“Głupia babcia”: jak na to reagować?

“Głupia babcia”: jak na to reagować?

To było ponad trzy lata temu, podczas wakacji na wsi. Zbliżała się pora obiadu; zawartość garnków i patelni atakowała nasze nozdrza przyjemnym zapachem. Głodny i nieco już zmęczony Mały – który miał wówczas niecałe trzy lata – nagle zażyczył sobie lizaka. Obecna przy tym moja Teściowa powiedziała, że za chwilę będzie obiad i potem będzie można zjeść lizaka. Usłyszawszy to, Mały zmarszczył brwi i zawołał do babci:
– Cie ziziaka tejaź! Tejaź, juź! Dawaj ziziaka!
Moja Teściowa spokojnie przypomniała zasadę, że najpierw jemy obiad, a dopiero po nim słodycze. Mały rozzłościł się na dobre i krzyknął:
– Głupia babcia! Głupia! Głupia!

Byłam w dobrej formie psychofizycznej – wyspana, niezbyt głodna, zrelaksowana – i w obecności mojej Teściowej czułam się jak zwykle dobrze i bezpiecznie. To pozwoliło mi zareagować modelowo, zgodnie z moją najlepszą wiedzą o podejściu Self-Reg. (Nie myślcie proszę, że zawsze mi się to udaje!) Zniżyłam się do poziomu malucha, przysiadając na piętach, i zwróciłam się do niego łagodnym głosem:
– Ojej, chyba się okropnie zdenerwowałeś?
– Tak! Głupia babcia nie da mi ziziaka! – zawołał oburzony Mały.
– Aha, jesteś zły, bo babcia nie chce ci dać lizaka?
– Tak! Głupia babcia!
– Jesteś naprawdę rozzłoszczony, skoro mówisz “głupia” na babcię!
– Tak!
– Wiesz, maluchu, teraz mamy obiad. Wiem, że bardzo chcesz tego lizaka i dostaniesz go, zaraz po obiedzie.
Mały ułożył usta w podkówkę (on robił taką cudną podkówkę jak na obrazkach!), broda mu zadrżała, oczy wypełniły się łzami. Jego ramiona opadły, a zaciśnięte pieści rozluźniły się. Smutek i żałość zastąpiły złość.
– Kochanie, co mogę dla ciebie teraz zrobić, żeby ci było choć trochę lepiej?
– Psitulić! – zaszlochał Mały i z płaczem rzucił się w moje ramiona. Przytuliłam go i delikatnie kołysałam, podczas gdy on płakał, powoli się uspokajając. (Czytelnicy mojej książki “Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę?” mogą mieć w tym momencie odczucie deja vu… O tym za chwilę.)
– Wiesz, ja rozumiem, że należy akceptować emocje i tak dalej, ale jednak uważam, że nie powinnaś go przytulać, kiedy krzyczy „głupia babcia” – powiedziała do mnie cicho Teściowa.
– Daj nam chwilę, dobrze? – poprosiłam. Umyłam Małemu ręce i twarz, a następnie zaprowadziłam do stołu. Rzucił się na jedzenie, jakby od rana nic nie miał w ustach.

Kiedy zjedliśmy obiad, zagadnęłam Małego:
– Pamiętasz, maluchu, jak się rozzłościłeś przed obiadem?
– Tak! Dostanę tejaź ziziaka? – ożywił się Mały.
– Dostaniesz za chwilę. A pamiętasz, co powiedziałeś do babci?
Mały zastanowił się, ale widać było, że nie pamięta.
– Powiedziałeś “głupia babcia” – podpowiedziałam łagodnie.
– Ojej… – w oczach Małego pojawił się błysk rozpoznania.
– Jak myślisz, jak mogła poczuć się babcia? – nadal mówiłam bardzo łagodnym tonem.
– Niefajnie… – stropił się Mały i zapadł się nieco w sobie.
– A co możesz teraz zrobić? – spytałam. Mały zastanowił się, po chwili jego buzia się rozjaśniła. Zeskoczył z krzesła, podbiegł do babci, objął jej nogi i patrząc jej w oczy, powiedział żarliwie:
– Babciu, ja cię bardzo pseplasam! Wcale nie jesteś głupia!

Ta sytuacja nieco przypomina baśń („… i żyli długo i szczęśliwie”), a jednak wydarzyła się naprawdę, podobnie jak wiele, wiele innych tego typu sytuacji z udziałem moich dzieci. Zależnie od mojej formy psychofizycznej – od mojego obciążenia rozmaitymi stresorami z pięciu obszarów – zakończenie było bardziej lub mniej szczęśliwe. Czasem, jak w opisanej tu sytuacji, byłam w stanie zareagować na “złe zachowanie” dziecka ze spokojem, empatycznie towarzyszyć mu w emocjach, następnie zredukować jego stres (czyli na przykład nakarmić) i dopiero, kiedy maluch autentycznie się uspokoił i zaspokoił swoje ważne potrzeby, podejmowałam rozmowę. Ten scenariusz zawsze, prędzej czy później, kończył się szczęśliwie. Kiedy natomiast ostro przywoływałam dziecko do porządku, wymierzałam mu karę albo udowadniałam, że jego zachowanie jest “bez sensu”, skutkiem było nie tylko chwilowe zerwanie naszej relacji, ale też pogorszenie zachowania dziecka. W zasadzie powinnam użyć czasu teraźniejszego, bo takie sceny rozgrywają się w naszym domu po wielokroć każdego dnia, a ja już coraz częściej potrafię zachować się tak, jak chcę, ponieważ dzięki konkretnej wiedzy i wielokrotnemu ćwiczeniu mój mózg utorował sobie taki wzorzec postępowania. Moje dzieci – nawet ośmioletni obecnie, wysoko wrażliwy Duży, który niegdyś “zawsze miał jakiś problem” – też są coraz lepiej wyregulowane.

Oczywiście nie zawsze rozwiązanie konfliktu było tak łatwe i szybkie, jak w opisanej tu scenie. Akurat w przypadku Małego, dziecka o tzw. łatwym temperamencie, zazwyczaj właśnie takie jest. Czy znacie Lenkę, bohaterkę mojej książki „Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę”? Ona i Mały mają wiele wspólnego: Lenkę też wystarczy przytulić, aby jej burza emocji szybko się wyciszyła. Z innymi dziećmi nie zawsze jest tak łatwo: na przykład Duży miewa tendencję do wpadania w czarne nastroje pod wpływem trudnych emocji, a prawie trzyletni Malutki nie lubi rozmawiać po fakcie o tym, co się wydarzyło. Dzieci mogą wpadać w szał (jak Duży niegdyś), mogą źle reagować nawet na spokojne próby dotarcia do nich, mogą “nakręcać się” bardzo łatwo ponad miarę, mogą nie wiedzieć, czego chcą (na przykład: “idź sobie! Nie zostawiaj mnie!”). Choć bywa to trudne, jednak z każdym dzieckiem da się wypracować indywidualny przepis na porozumienie. Warto próbować; w końcu stawką jest nie tylko nasza relacja z nim, ale też to, jak ukształtuje się ostatecznie jego mózg, który jest “w budowie” przez pierwsze 25 lat jego życia.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat, zapraszam do lektury mojego bloga i kilku książek: “Self-Reg” Stuarta Shankera, “Zintegrowany mózg, zintegrowane dziecko” oraz “Grzeczne dziecko” (wiem, polski tytuł zniechęca) Daniela Siegela i Tiny Bryson czy “Mózg dziecka. Przewodnik dla rodziców” Alvaro Bilbao. Możesz też pójść na skróty, inwestując 40 zł w webinar “Jęki, krzyki, agresja: jak pomóc dziecku i sobie?”, który poprowadzę już w najbliższy poniedziałek o godzinie 21 (nie trzeba być na żywo, nagranie będzie dostępne przez rok). Będzie on poświęcony temu, co się dzieje w mózgu dziecka, kiedy ono źle się zachowuje i jak na to reagować tak, aby szczęśliwe zakończenie było bardziej prawdopodobne. Bilety (dostępne tutaj) kupiło już ponad 300 osób; zapraszam i Ciebie, jeśli prezentowane tu podejście jest Ci nieznane lub Twoja wiedza jest wyrywkowa – a przede wszystkim, jeśli marzysz o tym, aby Twoja relacja z dzieckiem była mniej obciążona stresem.

Photo by Sharon McCutcheon on Unsplash

Self-regowo o nieidealnym przedszkolu

Byłam dziś naczyniem przepełnionym emocjami, ponieważ dwaj z moich synów – niemal sześcioletni Mały i niespełna trzyletni Malutki – rozpoczęli właśnie edukację szkolną i przedszkolną. O adaptację Małego w zerówce jestem spokojna, bo ma on doświadczenie przedszkolne i oboje znamy „od środka” jego szkołę. Natomiast wybór przedszkola dla Malutkiego swego czasu spędzał mi sen z powiek i nadal, po pierwszym dniu adaptacji z rodzicami, nie jestem całkiem spokojna. Tak było za każdym razem, kiedy szukałam przedszkola dla mojego dziecka, a obecne przedszkole jest piątym, z którym mam do czynienia jako matka.

Dla mnie, matki-perfekcjonistki, która chciałaby zapewnić swoim dzieciom jak najlepszą opiekę, temat przedszkola to kawałek macierzyństwa generujący sporo napięcia i niepokoju. Chcę podzielić się dziś z Wami moimi przemyśleniami na ten temat. Jeśli Twoje dziecko właśnie adaptuje się w przedszkolu i niepokoi Cię to, że nie wszystko (albo wręcz niewiele) jest tam zgodne z Twoimi oczekiwaniami, być może zainspirują Cię te moje przemyślenia z Self-Reg w tle.

1. Każde dziecko jest inne. Ty jesteś ekspertem w sprawie swojego

To truizm, ale warto go przypominać: dzieci rozwijają się w swoim tempie, mają różne temperamenty i różne potrzeby w zakresie optymalnej dla ich rozwoju liczby i rodzaju bodźców. Niektóre (jak mój świeżo upieczony zerówkowicz) już w wieku 2,5 roku nie mogą się doczekać, kiedy wreszcie pójdą do „pećkola”, jak ich starsze rodzeństwo. Inne (jak Duży, mój ośmioletni obecnie pierworodny) dojrzewają do tego później i lubią przedszkole, o ile nie ma tam zbyt wiele dzieci. Niektóre (jak Mały) uwielbiają towarzystwo innych dzieci i natychmiast wchodzą z nimi w relację, inne (jak niegdyś Duży) potrzebują wiele tygodni, aby w ogóle zacząć bawić się z kimkolwiek poza dorosłym opiekunem, a jeszcze inne (jak Malutki) wprawdzie uwielbiają dzieci, ale zdarza im się inicjować zabawę poprzez uderzenie, popchnięcie lub uszczypnięcie. Niektóre dzieci (jak Mały i Malutki) źle się czują zamknięte w czterech ścianach, za to kochają zabawy w błocie i piachu, inne (jak niegdyś Duży) unikają piachu i błota jak ognia i najlepiej się czują w pomieszczeniach.

Te różnice sprawiają, że między małymi dziećmi w tym samym wieku występują ogromne różnice w zakresie gotowości do przedszkola czy innej formy opieki zbiorowej. W Polsce utarło się, że dzieci rozpoczynają edukację przedszkolną we wrześniu roku kalendarzowego, w którym kończą trzy lata. Jednak tak nie musi być. Dziecko może pójść do przedszkola (lub żłobka) wcześniej albo później, może uczęszczać do „alternatywnej” placówki (np. przedszkola leśnego, Montessori, waldorfskiego itd.) lub też wcale nie korzystać z opieki zbiorowej (przedszkole w Polsce to opcja, przynajmniej do szóstego roku życia dziecka!).

Stuart Shanker, twórca Self-Reg, mawia, że każda społeczność ma unikalną ekspertyzę w dziedzinie własnej samoregulacji – a rodzina to najmniejsza społeczność. Jeśli masz możliwość podjęcia suwerennej decyzji w sprawie tego, czy i kiedy Twoje dziecko pójdzie do placówki, a także do jakiej i na ile czasu, to zrób to – Ty jesteś w tej kwestii ekspertem. Jeśli Twoja decyzja różni się od decyzji większości i podejmujesz ją świadomie, nie pozwól osobom postronnym, niemającym aktualnej wiedzy o rozwoju dzieci ani o Twoim konkretnym dziecku, a także o potrzebach i możliwościach Twojej rodziny (por. punkt 2) wpędzić się w wyrzuty sumienia. Tak, wiem, to trudne, sama tego nierzadko doświadczam, ale też wiem, że wyrzuty sumienia nikogo nie wspierają, a jedynie dodają napięcia i odbierają spokój.

2. Liczą się potrzeby wszystkich członków rodziny

Sądzę, że niewiele osób ma możliwość podjąć w sprawie przedszkola decyzję optymalną dla rozwoju dziecka. Wielu rodziców z różnych przyczyn (głównie finansowych i geograficznych) nie ma wyboru: dziecko może albo pójść do jedynego przedszkola w okolicy, albo zostać w domu z rodzicem – zwykle mamą – na kolejny rok (co czasem naraża owego rodzica na depresję i pogorszenie perspektyw rozwoju zawodowego, a rodzinę na zaciskanie pasa), ewentualnie przez kolejny rok zostać w domu z nianią (co nieprawdopodobnie drenuje rodzinny portfel – wiem coś o tym). Czasem rodzina stoi przed innym trudnym wyborem: może albo sfinansować optymalną, płatną edukację dla starszego, wrażliwego dziecka, albo wybrać „idealne” niepubliczne przedszkole dla mniej wrażliwego młodszego (to nasz przypadek obecnie: Duży rozkwitł w szkole społecznej, natomiast nie stać nas już na posłanie Malutkiego do wymarzonego „bliskościowego” przedszkola). Czasem finanse nie stanowią problemu, ale poranna logistyka uniemożliwia posłanie dzieci do upragnionej placówki (to dlatego żadne z moich starszych dzieci nigdy nie uczęszczało do typowo „bliskościowego” przedszkola). Czasem optymalnie byłoby odczekać kilka tygodni albo miesięcy na większą przedszkolną gotowość dziecka, ale ma ono zapewnione miejsce w przedszkolu publicznym pod warunkiem korzystania z niego od 1 września; jeśli to miejsce przepadnie, szanse na kolejne w przedszkolu publicznym w okolicy są bliskie zeru (mam pewne obawy, że tak może być z Malutkim teraz).

Świat nie jest idealny, nie mamy nieograniczonych środków, nie jesteśmy doskonale mobilni, mamy swoje ograniczenia. To bywa trudne i powoduje żal, wręcz żałobę. Dla mnie każda decyzja o wyborze czy zmianie przedszkola dla mojego dziecka była swego rodzaju kompromisem. Za każdym razem potrzebowałam opłakać tę niekoniecznie istniejącą (por. punkt 3) idealną placówkę, której powierzyłabym swoje dziecko bez cienia wątpliwości. Warto przeżyć tę żałobę, ale pogrążanie się w niej nikomu nie służy, raczej powoduje rosnące napięcie u rodziców i w efekcie u małego przedszkolaka (por punkt 5).

3. Przedszkole idealne nie istnieje i… nie jest potrzebne.

Każdy rodzic ma swoje wyobrażenia dotyczące tego, jak powinno wyglądać idealne przedszkole. Zależą one nie tylko od jego wiedzy i poglądów na wychowanie dziecka, ale też – czasem na poziomie nieświadomym – od osobistych doświadczeń z dzieciństwa. Niektórzy uważają przedszkole za zło, ponieważ mają traumatyczne wspomnienia sprzed 30 czy 40 lat i dlatego wybierają edukację domową lub demokratyczną (oczywiście nie twierdzę, że taka jest motywacja ogółu rodziców decydujących się na tę drogę edukacyjną!). Inni mają żal do swoich rodziców za to, że być może zaprzepaścili ich rozwojowe szanse, dlatego szukają placówki, która stawia na intensywny akademicki rozwój, zwłaszcza „zanurzenie” w języku obcym i wczesną naukę czytania i pisania. Rodzice dzieci z trudnościami sensomotorycznymi często wybierają przedszkola oferujące zajęcia lub terapię integracji sensorycznej; rodzice „duszący się” w dużym mieście stawiają na przedszkola leśne czy inne „zielone”; rodzice dzieci bardzo aktywnych i ruchliwych poszukują dużej oferty zajęć sportowych i na świeżym powietrzu. Rosnący odsetek rodziców oddaje wiele (także wiele materialnego i fizycznego komfortu) za możliwość posłania dziecka do placówki „bliskościowej”, której kadra jest przeszkolona w porozumieniu bez przemocy (NVC) czy Self-Reg. Żałoba po idealnym przedszkolu, o której pisałam w poprzednim punkcie, często dotyczy niemożności wyboru takiej właśnie pożądanej placówki.

Staram się pamiętać, że moje dziecko to nie ja, a więc to, co uważam za idealne przedszkole dla niego, wcale nie musi nim być. Znam dwie szokujące mnie relacje z tak zwanych bliskościowych przedszkoli, sama bardzo zawiodłam się na niepublicznym przedszkolu „dla wymagających”, a inne, wybrane przeze mnie ze względu na wiedzę nauczycieli o zaburzeniach sensomotorycznych, prawdopodobnie wzmocniło i tak już silną neofobię żywieniową (czyli niechęć do jedzenia nowych pokarmów) Dużego. Znaczna liczba zorganizowanych zajęć nie służy każdemu dziecku, a wręcz zaryzykuję tezę, że wiele maluchów po prostu rozregulowuje. Niektóre dzieci mogą nie odnaleźć się w przedszkolach „alternatywnych”; na przykład Duży swego czasu byłby potężnie zestresowany, przebywając przez kilka godzin dziennie w przedszkolu leśnym, narażony na stały kontakt z roślinami, ziemią, wiatrem i owadami (ja zresztą też). Ideały nie istnieją – znów truizm, ale chyba warto go powtarzać, skoro wielu rodziców spędza bezsenne noce, martwiąc się, że nie dali swojemu dziecku tego, co najlepsze! Może „wystarczająco dobre” przedszkole jest… wystarczająco dobre?

4. Relacja i poczucie bezpieczeństwa to podstawa.

Tym, co liczy się najbardziej dla małego dziecka jest jego poczucie bezpieczeństwa i dobra, oparta na więzi relacja z dorosłym opiekunem. To warunki konieczne tego, aby dziecko rozwijało się w optymalny dla siebie sposób i często bywało spokojne i uważne. Bez poczucia bezpieczeństwa i zaopiekowania dziecko „przełącza się” w tryb przetrwania (walki, ucieczki albo zamrożenia), w którym ma ograniczony dostęp do swoich zasobów. Szczególnie niekorzystne jest zamrożenie – stan bardzo wysokiego napięcia, w którym dziecko zachowuje się tak, żeby nikt nie zauważył, że istnieje, jak małe zwierzątko sparaliżowane ze strachu wobec drapieżnika, przed którym nie ma szans uciec ani się obronić. Taki stan kosztuje dziecko mnóstwo energii, a więc nie pozostawia jej zbyt wiele na naukę i ćwiczenie „energochłonnych” umiejętności i postaw: samokontroli, empatii, planowanie swoich działań, odraczanie gratyfikacji. To dlatego dziecko w trybie przetrwania zachowuje się gwałtownie i impulsywnie, a czasem agresywnie. Nie jest też skłonne do współpracy, a czasem też w sposób widoczny jakby zapominało nabytych niedawno umiejętności (np. samodzielnego ubierania się czy jedzenia, kontrolowania pęcherza itd.).

Zanim zaczniesz z przerażeniem zastanawiać się, czy dotyczy to też Twojego małego przedszkolaka, postaram się trochę Cię uspokoić. Łzy i smutek dziecka przy rozstaniu z rodzicem ani trudne zachowania po powrocie z przedszkola nie muszą oznaczać, że dziecko jest tam w trybie przetrwania i czuje się zagrożone. To naturalne, że rozstanie z najukochańszą osobą jest smutne, nawet jeśli w przedszkolu też jest fajnie. I to naturalne, że dziecko przy tej najukochańszej osobie jest w największym stopniu sobą, z całym repertuarem trudnych zachowań – zwłaszcza wtedy, gdy przez cały dzień musiało funkcjonować w grupie, a więc rezygnować po części ze spełniania swoich potrzeb w taki sposób, w jaki byłoby to możliwe z rodzicem, babcią czy nianią. Czas po przedszkolu to czas odreagowania, regeneracji, bycia przy sobie – podobnie, jak dla dorosłych czas po pracy. W domu każdy: zarówno przedszkolak czy uczeń, jak i rodzic chcą móc być sobą i robić różne rzeczy po swojemu, a ponieważ maluchy mają jeszcze mało rozwiniętą korę nową, czasem domagają się tego w niezbyt, hmmm, cywilizowany sposób. Jeśli nasilenie trudnych emocji czy zachowań nie wywołuje Twojego niepokoju, to dziecko prawdopodobnie czuje się w placówce bezpiecznie. Chcę mocno podkreślić, że nawet nauczycielka niemająca pojęcia o NVC, operująca zdaniami typu „nie płacz” albo „trzeba się dzielić”, może skraść serce Twojego dziecka i być dla niego bezpieczną przystanią w przedszkolu. Osobiście się o tym przekonałam, towarzysząc moim starszakom na etapie przedszkolnym.

A co, jeśli zrealizuje się czarny scenariusz: dziecku będzie w przedszkolu źle i z czasem sytuacja się nie poprawi? To niewątpliwie trudna sytuacja. Czasem wystarczy odczekać trochę czasu z ponowną próbą adaptacji w tej samej placówce, jeśli rodzina ma taką możliwość. Czasem chodzi o zbyt długi czas przebywania dziecka w przedszkolu i wystarczy – znów na miarę możliwości – odbierać malucha przed drzemką. Czasem można zmienić przedszkole. A jeśli nic z tego nie jest w danych warunkach wykonalne, to warto pamiętać te (niezbyt dokładnie przytoczone) słowa Stuarta Shankera: wystarczy jeden regulujący dorosły w życiu dziecka, aby osiągnęło ono inną trajektorię. Historia zna mnóstwo przypadków, kiedy dziecko z przemocowego domu osiągało szczęście i realizowało swój potencjał dzięki jednemu wspierającemu dorosłemu, na przykład nauczycielowi czy trenerowi. Tym bardziej działa to „w drugą stronę”: mimo fatalnego przedszkola dziecko może być szczęśliwe dzięki regulującemu i wyregulowanemu rodzicowi (por. punkt 5). Bądź tym rodzicem!

5. Spokój rodzica rodzi spokój dziecka

Nigdy nie przestanę podkreślać, jak ważny dla poczucia bezpieczeństwa i spokoju dziecka jest spokój rodzica. Pamiętasz, czym jest rezonans limbiczny? Przypomnę, że to zjawisko charakterystyczne dla ssaków stadnych i człowieka, polegające na „zarażaniu się” pobudzeniem i emocjami. Odbywa się to na podstawie komunikacji niewerbalnej: wyrazu twarzy, tonu głosu, napięcia mięśni, ale też prawdopodobnie w bardziej subtelny sposób, poprzez nieuświadomione wyczuwanie substancji chemicznych wydzielanych przez organizm drugiej istoty. Małe dzieci mają korę nową mózgu „w budowie”, natomiast świetnie wyczuwają emocje i zarażają się nimi, zwłaszcza od opiekunów. Zapewne pamiętasz sytuację, kiedy Twoje dziecko „bez powodu” jęczało od samego rana i potem uświadomiłaś sobie, że to Ty wstałaś lewą nogą i jesteś spięta i nieprzyjemnie pobudzona. Dziecko odzwierciedla Twoje nastroje, nawet jeśli bardzo się starasz, żeby je ukryć.

Rezonans limbiczny ma kolosalne znaczenie dla adaptacji przedszkolnej. Kiedy zestresowana i pełna obaw mama odprowadza malucha do przedszkola i żegna się z nim, czując łzy pod powiekami, nie sprzyja to poczuciu bezpieczeństwa dziecka w placówce. Warto więc wyregulować swoje trudne emocje, w razie potrzeby zwracając się po wsparcie do innych dorosłych. Ja ostatnio byłam pełna niepokoju i rozterek i nie znajdowałam zbyt dużo zrozumienia wśród dorosłych w moim otoczeniu. Pod wpływem stresu zaczęłam wierzyć, że wydziwiam, wymyślam problemy, nie chcę wypuścić Malutkiego spod swoich skrzydeł, nie wspieram jego samodzielności (bo zależy mi na powolnej, dostosowanej do dziecka adaptacji i bezpiecznym, wspierającym przedszkolu).

Niespodziewanie znalazłam ukojenie w kursie online „Adaptacja do przedszkola” Katarzyny Kalinowskiej i Gosi Stańczyk. Słuchanie przez siedem dni krótkich nagrań dotyczących różnych aspektów adaptacji oraz – co ważne – uzyskanie od prowadzących inspirującej i obszernej odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie wlało we mnie nadzieję i spokój. Przypomniałam sobie, co jest dla mnie ważne w rodzicielstwie, co chcę dać swoim dzieciom, co jest moją drogą. Gosiu i Kasiu, dziękuję!

To właśnie pod wpływem kursu postanowiłam nie ustalać jeszcze daty mojego webinaru „Jęki, krzyki, agresja – jak pomóc dziecku i sobie”. Przygotowuję go przy wsparciu merytorycznym Jagody Sikory, psycholożki dziecięcej i jednej z trzech w Polsce Facylitatorek Self-Reg. Jagoda to profesjonalistka, która oprócz wspierania dzieci w szpitalu, kształcenia przyszłych psychologów na uczelni oraz szkolenia “w realu” rodziców i specjalistów chce się dzielić swoją wiedzą i doświadczeniem także online. Webinar odbędzie się w październiku, ale nie potrafię określić dokładnie, kiedy. Czuję dyskomfort na myśl o tym, że dokładna data nie jest określona (stresor prospołeczny!), ale silniejszy dyskomfort czułabym, będąc zmuszona do zmiany zaplanowanej daty w sytuacji, gdyby adaptacja Malutkiego szła jak po grudzie i moje zasoby były na wyczerpaniu (stresory z obszaru: biologicznego, emocji, poznawczego i prospołecznego). Datę webinaru ustalę około połowy września. Możesz zapisać się na listę zainteresowanych, żeby w swoim czasie otrzymać te informacje i ewentualnie zapewnić sobie bilet w niższej cenie. Zaznaczam, że to webinar dla osób, które niewiele wiedzą o Self-Reg. Jeśli znasz kogoś takiego, proszę, podziel się z nim tą informacją. Dla bardziej zaawansowanych Jagoda i ja przygotujemy miniszkolenie o samoregulacji wrażliwego dziecka złożone z trzech webinarów, prawdopodobnie w listopadzie.

Przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl, którą chcę się z Tobą podzielić: spokój buduje się przez zaufanie – do dziecka, do siebie i do nauczycielek. Kiedy kilka dni temu kupowałam w drogerii chusteczki do nosa – element wyprawki Malutkiego – przyłapałam się na myśli: „A może by kupić na razie jedno pudełko zamiast sześciu na cały semestr?” (przedszkole prosi o sześć pudełek) „Może Malutki się tam nie odnajdzie i kupię te chusteczki na darmo?” Jest mi nieco wstyd, kiedy o tym piszę. Zawstydziłam się i wtedy, po czym zrozumiałam, że ta myśl wypływa z mojego niepokoju, a ten – z niewystarczającego zaufania do przedszkola. Spytałam siebie, czy chcę się tak czuć podczas adaptacji i zarażać tym Malutkiego. Odpowiedź to mocne „nie”. Kupiłam więc sześć pięknych, kolorowych paczek chusteczek i zaniosłam je dziś do przedszkola, symbolicznie dając kredyt zaufania nauczycielkom. Myślę, że znajdą klucz do serduszka Malutkiego

Czym się różni klaps od bicia?

Photo by Arwan Sutanto on Unsplash

Wyobraźcie sobie taką oto sytuację: oto Komendant Główny Policji wypowiada się, że trzeba rozróżnić, czym jest piwo, a czym jest alkohol. Piwo nie ma zbyt wielu promili. Zapytany, czy da się to rozróżnić, odpowiada, że wiele osób nawet prowadzenie po wypiciu kieliszka wina może uznać za wykroczenie. Sam z rozrzewnieniem wspomina swoje młode lata, kiedy to on i jego koledzy ze szkoły policyjnej wypijali po piwku, po czym świetnie sobie radzili za kierownicą.

A teraz wyobraźcie sobie taką sytuację: oto Rzecznik Praw Dziecka wypowiada się: “Trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”. Zapytany, czy da się to rozróżnić, odpowiada: “Wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc”, Spytany, czy dawał klapsy swoim synom, odpowiada: “Chłopaki czasem dają w kość, ale nie uderzyłem ich. Jednak sam z estymą wspominam to, że dostałem od ojca w tyłek. (…) Jeżeli polaliśmy bratu denaturatem nogę, a potem ją podpaliliśmy… Ojciec w porę zareagował. Tak że przez dobrą chwilę nie mogłem siadać.”

Pierwszą z powyższych sytuacji wymyśliłam, druga miała miejsce naprawdę. Przytoczone cytaty pochodzą z wywiadu z Rzecznikiem Praw Dziecka (RPD) Mikołajem Pawlakiem, który ukazał się 19 czerwca br. w “Dzienniku Gazecie Prawnej”. Nieprzypadkowo porównałam klapsy do prowadzenia pojazdów mechanicznych po spożyciu piwa: część społeczeństwa w Polsce akceptuje (i stosuje) i jedno, i drugie. Dodam, że prowadzenie pojazdu po wypiciu małej ilości alkoholu, czego efektem jest stężenie alkoholu we krwi poniżej 0,2 promila, jest prawnie dozwolone, natomiast stosowania kar cielesnych – w tym klapsów – zakazuje obowiązująca od sierpnia 2010 roku nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Co spotkałoby komendanta i rzecznika w państwie prawa, w którym społeczeństwo oczekuje spójności i integralności osób zajmujących reprezentacyjne stanowiska? Ich wypowiedzi wywołałyby ogromne oburzenie i konsekwencje dyscyplinarne. I komendant, i rzecznik podaliby się do dymisji, przepraszając za swoje nieodpowiednie, nieprzemyślane, niestosowne i szkodliwe społecznie wypowiedzi. Ten pierwszy pokajałby się szczególnie przed ofiarami wypadków drogowych spowodowanych przez kierowców prowadzących pod wpływem alkoholu oraz przed bliskimi zmarłych w takich wypadkach, dla których bagatelizowanie skutków prowadzenia po „kilku piwkach” przez przedstawiciela policji jest szczególnie bolesne i okrutne. Ten drugi szczególne wyrazy ubolewania wyraziłby wobec osób, których dzieciństwo było naznaczone przemocą i które potrzebują obecnie wsparcia i potwierdzenia, że ich rodzice czy opiekunowie krzywdzili ich, stosując kary cielesne. Wypowiedź Mikołaja Pawlaka istotnie wywołała falę oburzenia i protestu ze strony różnych środowisk, co jednak nie doprowadziło do zmiany na stanowisku RPD. Nie wydaje się też, o ile mogę to ocenić, aby pan Pawlak zmienił swój sposób myślenia.

W wydanym pod wpływem krytyki oświadczeniu Mikołaj Pawlak argumentował, że jego wypowiedzi zostały wyjęte z kontekstu i skandalicznie zmanipulowane. Wyjęte z kontekstu – owszem. Czy zmanipulowane? Nie sądzę. Rozumiem i przyjmuję jego tłumaczenie, że chodziło mu o rozróżnienie – z punktu widzenia konsekwencji karnoprawnych – między incydentalnymi klapsami a znęcaniem się, analogiczne do rozróżnienia między prowadzeniem pojazdu po małym piwie i w stanie ciężkiego upojenia alkoholowego. Chcę jednak zwrócić Waszą uwagę, że RPD wprawdzie nie uderzył swoich synów, JEDNAK z estymą wspomina lanie – wcale nie “niewinny” klaps – otrzymane od ojca w dzieciństwie. Nawiasem mówiąc, RPD myli estymę – czyli szacunek, atencję, podziw – ze strachem. Nieumiejętność rozpoznawania i nazywania własnych stanów emocjonalnych (a także ich regulowania) jest charakterystyczna dla osób, które były wychowywane autorytarnie, przy użyciu kar cielesnych. O innych konsekwencjach takich kar napiszę poniżej.

Czemu czepiam się biednego rzecznika? Otóż czepiam się dlatego, że osoby piastujące ważne funkcje powinny być czyste jak łza przynajmniej w obszarze swoich kompetencji. Minister finansów powinien ze szczególną starannością płacić wszystkie podatki i opłaty, komendant policji powinien skrupulatnie przestrzegać przepisów (także ruchu drogowego), a RPD powinien swoimi wypowiedziami i działaniami sprzeciwiać się nie tylko znęcaniu się nad dziećmi, ale też bagatelizowaniu klapsów. Wypowiadając się na temat właściwego w jego ocenie sposobu traktowania dzieci, RPD występuje bowiem z pozycji autorytetu: jego opinia może stać się rozstrzygająca dla tych, którzy mają w danej kwestii wątpliwości. Jeśli RPD mówi, że klapsy są ok, to oczywiste jest, że rodzice mogą je stosować – i w Polsce stosują je powszechnie. Otóż nie, nie mogą, zabrania im tego ustawa.

Klap nie różni się od bicia. Klaps to bicie. Tak, szanowni puryści językowi: klaps to bicie, a ściślej – uderzanie (czy to coś zmienia?). Według Uniwersalnego Słownika Języka Polskiego PWN klaps to “uderzenie dłonią na płask, najczęściej w pośladki, stosowane zwykle w celu skarcenia kogoś, zwłaszcza dziecka”. Mam, a raczej miałam do tej pory, żelazną zasadę nieangażowania się na moim blogu w politykę, ale tym razem czynię wyjątek..Uważam, że Mikołaj Pawlak powinien ustąpić ze stanowiska, a przynajmniej pokajać się przed opinią publiczną i podkreślić, że ostro sprzeciwia się klapsom, które są biciem i formą przemocy. Na fali emocji podpisałam w ubiegłym tygodniu dwie petycje o dymisję RPD: sformułowaną przez profesjonalistów pracujących z dziećmi oraz przez Kamila Nowaka (BlogOjciec). Odczekałam tydzień, zanim dokończyłam i opublikowałam ten wpis, ponieważ chciałam, aby emocje opadły (chciałam “wyjść z mózgu limbicznego”). Ten wpis odzwierciedla moje poglądy oczyszczone z emocji.

Na tym mogłabym zakończyć mój wpis, gdyby nie to, że dla wielu Polaków obowiązujące przepisy nie stanowią istotnego argumentu, który mógłby doprowadzić do zmiany ich zachowania. Wystarczy spędzić pół godziny na ruchliwym skrzyżowaniu ulic i przyjrzeć się działaniom kierowców. Postaram się zatem rozprawić się merytorycznie z trzema argumentami przytaczanymi często przez zwolenników klapsów jako metody wychowawczej.

1. Czasem tylko klaps działa

Zwolennicy takiego uzasadnienia klapsów mają zapewne na myśli sytuację, kiedy wielokrotnie bez skutku (albo z krótkotrwałym skutkiem) powtarzali dziecku, że ma się (przestać) zachowywać w określony sposób. Najczęściej chodzi konkretnie o zaprzestanie jakiegoś zachowania uciążliwego dla rodziców; może tu chodzić o przeróżne aktywności, od skakania po kanapie i krzyczenia poprzez bicie rodzeństwa aż po… jęczenie i płakanie (tak, sporo rodziców daje dzieciom klapsy po to, aby przestały jęczeć czy płakać!). Słowem, chodzi o zachowania, które wskazują na wysoki poziom pobudzenia dziecka (o stanach pobudzenia pisałam tutaj). Dopiero klaps sprawia, że NIEKTÓRE dzieci faktycznie zaprzestają tych aktywności i WYDAJĄ SIĘ spokojne. Celowo wyróżniłam zwroty „niektóre” i „wydają się”. Są bowiem dzieci, które pod wpływem klapsa zachowują się jeszcze gorzej: krzyczą, rzucają się na podłogę i popadają w kompletny chaos, biją rodzica, rzucają „wiązankę” niewybrednych słów. Jest też mała grupka takich, które śmieją się rodzicowi w twarz i – dosłownie lub w przenośni – dopominają się o kolejnego klapsa.

Reakcja dziecka na klaps zależy od jego indywidualnych predyspozycji i doświadczeń. Jedno jest pewne: klaps zwiększa pobudzenie dziecka i sprawia, że jego kontrola nad własnym zachowaniem zmniejsza się, a nie zwiększa. Jeśli wysoko pobudzone dziecko zostanie uderzone przez rodzica, z punktu widzenia neurobiologii nie ma możliwości uspokoić się (czyli m.in. obniżyć swojego poziomu pobudzenia oraz zwiększyć poziomu świadomości bodźców płynących z otoczenia i z wnętrza ciała). Człowiek jest tak skonstruowany, że w reakcji na uderzenie przez drugiego człowieka ciało migdałowate w jego mózgu bije na alarm, informując całe ciało o zagrożeniu. Dziecko przestawia się na tryb walki, ucieczki lub zamrożenia (pisałam o tym tutaj): krzyk czy furia to reakcja walki, wycofanie się czy zamknięcie w sobie to reakcja ucieczki, a zastygnięcie w bezruchu (czyli owo pozorne „uspokojenie się”) to stan zamrożenia. Wszystkie trzy stany sprawiają, że organizm zużywa duże ilości energii i przede wszystkim, że aktywność kory nowej mózgu, odpowiedzialnej za tzw. funkcje wykonawcze (w tym empatię i samokontrolę!) jest w danej chwili ograniczona. Dziecko przypomina w tej sytuacji przestraszone zwierzątko. Jedynym, co osiągnął rodzic poprzez klaps jest posłuszeństwo tu i teraz (w przypadku niektórych dzieci) – ale długoterminowo koszty są ogromne.

Wielokrotne stosowanie klapsów sprawia, że także w długim okresie kora nowa mózgu nie rozwija się optymalnie, za to wzmacniane są bardziej „zwierzęce” obszary mózgu. Dzieci wychowywane za pomocą klapsów są mniej inteligentne, mają gorszą pamięć i zdolność koncentracji. Są też bardziej agresywne i skłonne do przemocy, mają trudności z kontrolowaniem swoich emocji. Częściej miewają depresję i stany lękowe. Przegląd badań znajdziecie między innymi w tym wstrząsającym artykule.

2. Ono musi się nauczyć, że pewne zachowania są niedozwolone

Zwrot „nauczyć się” można rozumieć na dwa sposoby: jako wyciąganie uogólnionych wniosków z doświadczeń oraz jako świadome przyswajanie lekcji, które chcą nam przekazać inni ludzie. Wedle pierwszego znaczenia człowiek, zwłaszcza kilkuletni, uczy się przez cały czas, szczególnie pod wpływem silnych emocji. A niewątpliwie uderzenie przez rodzica wywołuje w dziecku silne emocje: żal, strach, złość (które pan rzecznik notabene pomylił z estymą – tak się składa, że dzieci bite mają słabiej rozwiniętą świadomość własnych emocji). W takiej formie uczenia się i zapamiętywania życiowych lekcji bierze udział tzw. mózg emocjonalny, czyli układ limbiczny. Jest to też sposób uczenia się właściwy zwierzętom, na przykład tresowanym drapieżnikom występującym w zoo. Jaki uogólniony wniosek może wyciągnąć kilkuletnie dziecko z klapsa otrzymanego od rodzica za coś, co robiło, bo uznało to za atrakcyjne? Przychodzi mi do głowy kilka możliwości: „Rzeczy fajne i zakazane należy robić po kryjomu”, „Jeśli ktoś jest duży i nie zgadza się z kimś małym, to może go bić”, „Nie mogę liczyć na zrozumienie mamy/taty”, „Mama/Tata jest źródłem zagrożenia”. Czy o takie lekcje chodzi zwolennikom klapsów?

A co z uczeniem się rozumianym jako świadome przyswajanie pewnych treści? Warunkiem tak rozumianej nauki jest „włączona”, czyli w pełni sprawna w danym momencie, kora nowa mózgu. Jak opisałam powyżej, kiedy dziecko dostaje klapsa, pewne funkcje kory nowej zostają upośledzone – organizm jest nastawiony na przetrwanie, a nie zdobywanie wiedzy, którą ktoś chce nam przekazać. Szczególnie nieskuteczne jest „uczenie” dziecka za pomocą klapsów brania pod uwagę potrzeb innych osób, np. potrzeby spokoju osób postronnych, którym przeszkadza krzyk dziecka albo potrzeby bezpieczeństwa małego braciszka, którego dziecko właśnie ugryzło. Pobudzony maluch, który właśnie dostał klapsa, nie ma za grosz empatii, bo tak został zaprojektowany jego system nerwowy. Nie obchodzą go też zasady współżycia społecznego: jest nastawiony na ochronę własnego życia i zdrowia, a nie komfortu życia „stada”. Jest więc całkowicie wykluczone, aby klapsami nauczyć dziecko społecznie pożądanych zachowań albo szacunku do kogokolwiek. Można je natomiast nauczyć „kombinowania”, czyli wymyślania prymitywnych, nieopartych na wewnętrznym moralnym kompasie, strategii unikania klapsów. Akcja – reakcja. Biją mnie – udam, że więcej nie będę. Jak tygrys, który przeskakuje przez płonący okrąg, bo alternatywa jest jeszcze mniej przyjemna.

3. Ja dostawałem/dostawałam klapsy i wyszedłem/wyszłam na ludzi

Zwolennicy klapsów najwyraźniej traktują owo „i” jako łącznik przyczynowo-skutkowy. Cóż, badania, o których wspomniałam powyżej, mówią co innego. Oczywiście chodzi tu o zależności obserwowane dla dużych grup, które nie muszą występować w konkretnym przypadku. Znam wielu rodziców małych dzieci, którzy wychowują je bezprzemocowo, choć sami w dzieciństwie byli bici (czasem tylko oni i ich psychoterapeuta czy psychotraumatolog wiedzą, ile pracy muszą włożyć w to, aby nie popaść w stare schematy). Jednak argument o „wyjściu na ludzi” traktuję w najlepszym razie podobnie, jak zdanie: „Mój dziadek palił kilka paczek papierosów dziennie i dożył dziewięćdziesiątki” – najwyraźniej ów dziadek miał dobre geny i dużo szczęścia, a jego historia nie jest dla mnie argumentem popierającym tezę, że palenie sprzyja długiemu życiu. Przede wszystkim jednak mam chęć zakwestionować owo „wyjście na ludzi”. Kto świadomie, z premedytacją bije małego człowieka, którego powołał na świat i który jest pod jego opieką, nie jest człowiekiem, z którym chciałabym mieć cokolwiek wspólnego.

Na koniec chcę bardzo mocno podkreślić, że cały mój post (zwłaszcza ostatnie słowa powyżej) odnosi się do osób, które „na chłodno” akceptują klapsy jako metodę wychowawczą. Nie pisałam tego wszystkiego, aby pogrążyć w poczuciu winy tych rodziców, którzy nie radzą sobie z własnymi emocjami i zdarza im się dać dziecku klapsa, czego potem gorzko żałują. Jestem daleka od potępiania ich i pouczania zarówno jako ekspertka (Facylitatorka) Self-Reg – pełnego łagodności podejścia, które lepiej pomaga zrozumieć stres i zachowania nim wywołane – jak i jako mama trójki dzieci, która kiedyś kompletnie nie radziła sobie z własną agresją. Zresztą nadal zdarza się, że cedzę pod adresem dziecka niemiłe słowa, krzyknę na nie albo przytrzymam je mocniej, niż tego wymagają okoliczności – tak, oczywiście, że tak, ja też, choć skala tych zachowań jest nieporównanie mniejsza, niż kilka lat temu. Wszystkim takim nieradzących sobie z własnymi emocjami rodzicom bardzo polecam podjęcie pracy z psychoterapeutą lub coachem. A tym stosującym klapsy z przekonania życzę, żeby sięgnęli do swojego serca i spytali siebie samych, czy to naprawdę jest ich droga, którą chcą świadomie podążać.

Pierwsza na świecie książka o Self-Reg dla dzieci

Pierwsza na świecie książka o Self-Reg dla dzieci

 

Kiedy jako dziecko byłam pytana, kim chcę być, gdy dorosnę, odpowiadałam bez wahania: “Wielką polską pisarką”. Już nie snuję marzeń o wielkości, ale pozostałą część tego dziecięcego marzenia spełniłam: 14 maja nakładem wydawnictwa Znak ukaże się moja książka „Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę”. Dziś opowiem Wam co nieco o podstawach Self-Reg, o procesie tworzenia książki i o efekcie końcowym. Ten wpis jest przeznaczony dla wszystkich osób potencjalnie zainteresowanych książką, zwłaszcza tych, którzy nie wiedzą nic o samej metodzie. Ale nawet ci z Was, którzy dobrze znają to podejście i przez ostatnie pół roku śledzili mój fan page na Facebooku, dowiedzą się z tego wpisu co nieco o treści książki.

Czym jest Self-Reg? (Jeśli to wiesz, możesz pominąć ten i kolejny akapit.) Jest to oparta na wynikach badań naukowych metoda, która pozwala lepiej rozumieć stres i zarządzać napięciem i energią. Nazwa metody pochodzi od angielskiego self-regulation (samoregulacja). Człowiek, który ma wysoko rozwiniętą umiejętność samoregulacji, umie wydajnie uczyć się i pracować, ale też odpoczywać. Dba o swoje zdrowie fizyczne i psychiczne. Często bywa spokojny, odczuwa przyjemne emocje (np. radość, zadowolenie) i potrafi łagodnie wyregulować te trudne (np. złość, smutek, żal). Tworzy głębokie, pełne wzajemnego zrozumienia i empatii związki z innymi ludźmi, w tym własnymi dziećmi. Efektywna samoregulacja sprzyja rozwojowi, uczeniu się oraz dobrostanowi emocjonalnemu, społecznemu i fizycznemu.

Twórcą Self-Reg jest prof. Stuart Shanker, kanadyjski ekspert w dziedzinie samoregulacji. Założone przez niego The MEHRIT Centre (TMC) zajmuje się szerzeniem wiedzy o samoregulacji, badaniami naukowymi i certyfikacją ekspertów. W Polsce obecnie są trzy osoby z certyfikatem drugiego stopnia (Facylitator): oprócz mnie Natalia Fedan, która spopularyzowała to podejście w Polsce, oraz Jagoda Sikora, do której możecie się zwracać z pytaniami dotyczącymi samoregulacji u dzieci. Jest też garstka osób, które ukończyły szkolenie pierwszego stopnia i pracują aktualnie nad stworzeniem fundacji Self-Reg Europe. Pod jej parasolem mają się toczyć wszelkie działania związane z rozpowszechnianiem tego podejścia w Europie. Warto wiedzieć, że Self-Reg jest chronione patentem, więc prowadzenie szkoleń i warsztatów wykorzystujących to podejście bez odpowiednich uprawnień jest niezgodne z prawem.

Książka, o której tu mowa jest dowodem, że kiedy czegoś bardzo pragniemy, Wszechświat nam sprzyja. (Jeśli nie interesuje Cię to, jak powstawała książka, pomiń ten akapit i dwa kolejne.) Już późnym latem 2017 roku, w trakcie szkolenia certyfikacyjnego pierwszego stopnia w TMC, wpadłam na pomysł napisania serii opowiadań dla dzieci opartych o Self-Reg. Jednak miałam wówczas na głowie tyle, że odłożyłam projekt na mentalną półkę. Jesienią 2018 roku poczułam, że mam zasoby, aby faktycznie napisać te opowiadania, jednak nie wiedziałam, jak się di tego zabrać. Jak się wydaje książkę? Czy zgodnie z prawem własności intelektualnej w ogóle wolno mi wypuścić na rynek książkę o Self-Reg? Dosłownie kilka dni po tych moich rozmyślaniach otrzymałam mail od redaktorki z renomowanego wydawnictwa Znak. Pytała, czy byłabym zainteresowana napisaniem książki dla dzieci opartej o metodę Self-Reg przy poszanowaniu praw TMC. Zespół redakcyjny poprzez mojego bloga poznał mnie jako jedną z pierwszych w Polsce ekspertek i popularyzatorek Self-Reg. Uznałam ten zbieg okoliczności za, nomen omen, ZNAK od losu i z radością przyjęłam propozycję.

Książkę pisałam przez kilka tygodni w warunkach niezbyt sprzyjających procesowi twórczemu. Jako mama trójki dzieci nauczyłam się realizować swoje ważne potrzeby i projekty w tak zwanym międzyczasie i w rozkroku między dziećmi a sobą samą. Osoby odwiedzające mój fan page na Facebooku miały okazję obserwować, jak kolejne fragmenty książki powstają w kilkunastominutowych odcinkach czasu: w poczekalni przedszkolnej, na szkolnym korytarzu, w samochodzie podczas nieplanowanej drzemki Malutkiego, w łazience podczas jego wieczornych ablucji. Cierpię na deficyt uwagi, bardzo trudno mi “wejść” w jakieś zadanie, ale nie dotyczy to spraw, które mój umysł uznał za priorytetowe, a za taką właśnie uważałam moją książkę. Bardzo pomagała mi też łagodna, ale nieustępliwa postawa redaktorek: Oli Bisztygi i Kamili Biedrońskiej. Pierwsza z nich podsunęła mi sporo pomysłów i dała wsparcie emocjonalne w pierwszej fazie pisania, a druga profesjonalnie czuwała nad tłumaczeniem (o tym za chwilę), ilustracjami, składem i łamaniem tekstu.

Dopiero kiedy tekst był gotowy, opadły mnie wątpliwości i lęk przed oceną. Nie, nie chodziło o ocenę czytelników (na to jeszcze pewnie przyjdzie czas), lecz o opinię MEHRIT Centre. Aby książka mogła się ukazać z poszanowaniem praw własności intelektualnej prof. Shankera i TMC, musiałam przedłożyć tej instytucji tłumaczenie tekstu i poprosić o jego ocenę pod kątem jego zgodności z metodą Shankera. Zaczęłam prokrastynować i w efekcie praca nad korektą tłumaczenia przysłanego mi przez wydawnictwo szła mi jak po grudzie. Kiedy w końcu wysłałam tłumaczenie dr Susan Hopkins, dyrektor zarządzającej TMC, wyobraźnia zaczęła mi podsuwać czarne scenariusze: Susan wcale do tego nie zajrzy i książka nigdy się nie ukaże albo, gorzej, Susan przeczyta to, złapie się za głowę i powie mi najdelikatniej, jak się da (jak to ona), że to nie Self-Reg. Wszystko się wyda: nie jestem żadną ekspertką, nie zasłużyłam na certyfikat i zaufanie czytelników mojego bloga. Słyszeliście o syndromie oszusta? To właśnie to: zjawisko psychiczne polegające na niewierze we własne kompetencje i przekonanie, że nie zasłużyło się na sukcesy i uznanie otoczenia. Jako wzorowa uczennica i studentka oraz kobieta pnąca się w górę po szczeblach kariery, w dodatku obdarzona surowym krytykiem wewnętrznym, cierpiałam na ten syndrom przez wiele lat. Teraz, w sytuacji oceny arcyważnego dla mnie wytworu mojej pracy, było naturalne, że ten syndrom powrócił. Pozwoliłam sobie go zauważyć, zaakceptować i poczekać, aż odpłynie.

MEHRIT Centre bardzo życzliwie przyjęło projekt książki. Dr Susan Hopkins zareagowała wręcz entuzjastycznie i szybko skierowała sprawę w ręce eksperta: Johna Hoffmana. Jestem mu wdzięczna za to, że uważnie przeczytał manuskrypt i zgłosił genialnie celne uwagi, których uwzględnienie poprawiło przejrzystość i trafność tekstu ramek dla rodziców. W efekcie powstała pierwsza na świecie książka dla dzieci o Self-Reg, zaakceptowana przez TMC, a zatem prezentująca “czystą” metodę Shankera. Jestem bardzo podekscytowana tym, że mogłam się do tego przyczynić.

Czas najwyższy uchylić rąbka tajemnicy i napisać co nieco o treści książki. Jest ona przeznaczona dla dzieci w wieku (mniej więcej, bo przecież dzieci są różne) od 4 do 8 lat, choć w niektórych księgarniach internetowych bywa przypisana do innego zakresu wiekowego (3-5 lat). Składa się na nią siedem opowiadań z udziałem rodzeństwa: sześcioletniego Kuby i trzyletniej Lenki. Kuba jest dość wrażliwym chłopcem, który nie lubi nadmiaru bodźców i stresuje go kontakt z większymi grupami ludzi. Natomiast Lenka jest intensywna, głośna, ruchliwa i śmiała, a jej emocje są widoczne jak na dłoni. Opowiadania przedstawiają najzwyklejsze pod słońcem sytuacje z życia dzieci w tym wieku: zmęczona i senna Lenka wpada przy kolacji w rozpacz z powodu koloru kubka (znacie to…? Ja tak!); Kuba i Lenka kłócą się i biją o zabawkę (tak, biją, szczypią i przezywają); przedszkolny kolega Kuby nie jest w stanie spokojnie siedzieć podczas lektury; naszych bohaterów odwiedza nieśmiały, nadwrażliwy na dotyk kolega; na placu zabaw nieznajomy chłopiec “bez powodu” podstawia Lence nogę; nakręcone występem tanecznym i słodyczami dzieciaki szaleją w przedszkolnej szatni; wreszcie nasi bohaterowie biorą udział w uroczystym i stresującym dla całej czwórki obiedzie w restauracji. Te sytuacje są znane przyszłym czytelnikom książki. Nie każdemu znana jest natomiast regulująca, wspierająca dzieci (a nie dyscyplinująca) postawa rodziców i wychowawczyni przedszkolnej. Opiekunowie widzą zachowania dzieci przez pryzmat stresu, starają się znaleźć ich przyczyny i pomóc dziecku wyregulować się. Jednocześnie sami dbają o swój spokój: kiedy jedno traci cierpliwość, drugie je wspiera i przejmuje opiekę nad rozregulowanym maluchem. Kiedy rodzicom zdarza się krzyknąć na dzieci, przepraszają je i wyjaśniają sytuację. Dzieci dobrze reagują na te działania dorosłych: wyciszają się, zyskują wgląd w sytuację i, nieprzymuszane, starają się ją naprawić. Są generalnie pogodne, współpracujące i empatyczne. To nie czary: tak właśnie działa Self-Reg, widzę dowody tego na co dzień.

Książka jest moją próbą przybliżenia Self-Reg nie tylko dzieciom, ale i dorosłym, także tym, którzy niekoniecznie sięgnęliby po poradniki dla rodziców. Do każdego opowiadania dołączyłam bowiem ramkę dla dorosłych o tym, co wydarzyło się w opowiadaniu w świetle podejścia Self-Reg: dlaczego akurat to dziecko akurat teraz zachowało się „niegrzecznie”. Pięć pierwszych ramek dotyczy pięciu obszarów stresu i samoregulacji: biologicznego, emocji, poznawczego, społecznego i prospołecznego. Szósta ramka wyjaśnia zjawisko rezonansu limbicznego (zarażania się pobudzeniem, w tym emocjami), a siódma analizuje indywidualne reakcje bohaterów na stres. Wstęp do książki zawiera też zwięzły opis pięciu kroków Self-Reg i wyjaśnienie kilku podstawowych pojęć. Mam ogromną nadzieję, że te fragmenty zainteresują dorosłych, którym podejście Self-Reg jest nieznane albo kojarzy się z bezstresowym wychowaniem (do tego ostatniego też odnoszę się w książce).

Czy książka spodoba się odbiorcom? Nie mam pojęcia, ale wraz z zespołem redakcyjnym bardzo postarałam się, żeby tak było. Atutem na pewno jest piękna oprawa graficzna: twarda okładka, atrakcyjna kolorystyka i pełne życia ilustracje Anny Teodorczyk pojawiające się praktycznie na każdej stronie. (Serdecznie dziękuję pani Annie za cierpliwe wprowadzanie moich licznych poprawek i sugestii: “sukienka Lenki musi koniecznie być czerwona”; “na scenie powinno być więcej dzieci”; “ten kawałek tortu tu nie pasuje” itd.) Innym atutem jest, jak sądzę, realizm opowiadanych w książce historii: każdej opisanej sytuacji doświadczyłam wraz z moimi lub znajomymi dziećmi, wiele rozmów przeprowadziliśmy w podobny sposób. Zależało mi, żeby i mali, i duzi czytelnicy mogli wczuć się w rolę bohaterów i dlatego też wolałam pisać o prawdziwych dzieciach, niż o zwierzątkach mówiących ludzkim głosem lub czarodziejach i wróżkach. Wiem, że niektórzy wolą magię od realizmu, ale wiem też, że nie napisałabym dobrej książki o czarach. Zresztą wielu przyszłym czytelnikom sam Self-Reg wyda się magią… Moją największą obawą było to, że język bohaterów – zwłaszcza wówczas, gdy rodzice dociekają źródeł stresu dzieci i wyjaśniają im, co się z nimi działo w trudnej sytuacji – może wydawać się sztuczny. Początkowo faktycznie tak było, ale redaktorki włożyły wiele wysiłku w uproszczenie pierwszych wersji opowiadań i wzbogacenie tekstu w przeróżne „bęc” i „plask”. John Hoffman z TMC zwrócił uwagę, że także w ostatecznej wersji tekstu komunikaty rodziców skierowane do Kuby i zwłaszcza Lenki bywają nieco zbyt złożone, a słownictwo zbyt abstrakcyjne. Jednak konkretne fragmenty, które wskazał były w moim odczuciu trudniejsze w języku angielskim, niż w oryginale. Polskie „działaliście pod wpływem silnych emocji” jest prostszym komunikatem, niż angielskie „you acted under the influence of emotions”, czyż nie?

Moim czytelnikom-testerom książka bardzo się podobała i to napełnia mnie nadzieją. 7,5-letni Duży i 5-letni Mały kazali ją sobie przeczytać od początku do końca i słuchali z dużą uwagą, reagując żywo. Co więcej, mój mało self-regowy, dyscyplinujący Mąż też zainteresował się tekstem tak, że trudno mu było się oderwać od lektury. To tylko dowód anegdotyczny, próba jest niereprezentatywna, ale mimo to jestem pełna nadziei, że dzięki tej książce Self-Reg zatoczy w Polsce szersze kręgi. Jeśli choć jedna para rodzic-dziecko zyska dzięki lekturze więcej spokoju i dobrych wspólnych chwil, to warto było podjąć ten wysiłek.

Książkę można kupić w księgarniach stacjonarnych i internetowych w całym kraju. Jest już dostępna w przedsprzedaży, z dużą zniżką na przykład w tym sklepie online.

P.S. Szykuję wykłady w Warszawie 18 maja! Śledźcie moją stronę i fan page.

 

Nowa ja i nowa strona DyleMatki

Nowa ja i nowa strona DyleMatki

Zaprojektowane przez Ikimasa

Mało się ostatnio dzieje na stronie mojego bloga, za to mnóstwo się dzieje na zapleczu i dziś chcę Wam opowiedzieć o tym, co szykuję. Kiedy zaczynałam pisać mój blog, byłam na urlopie macierzyńskim z Malutkim wiszącym całymi dniami przy mojej piersi, a starszakami w przedszkolu, więc miałam mnóstwo czasu na pisanie długich postów. Teraz czasu na blogowanie mam o wiele mniej: pracuję jako coach i przygotowuję się do akredytacji coacha w Izbie Coachingu, a także do certyfikacji coacha kryzysowego w Polskim Towarzystwie Coachingu Kryzysowego. Wkrótce ukaże się efekt wielu godzin mojej pracy – książka „Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę”, zredagowana merytorycznie przez MEHRIT Centre. Zapowiedziałam ją w tym poście i w najbliższych dniach napiszę o niej więcej. Poza tym trwają prace nad moją nową stroną internetową i identyfikacją wizualną i właśnie o tym chcę Wam dziś opowiedzieć.

Blog DyleMatki.eu narodził się ponad dwa lata temu, kiedy jako świeżo upieczona mama trójki dzieci postanowiłam podczas urlopu macierzyńskiego i rodzicielskiego napisać książkę. Od małego chciałam być „wielką polską pisarką” i wydawało mi się, że trzeci i ostatni roczny urlop od pracy zawodowej to moja ostatnia przed emeryturą szansa na spełnienie tego marzenia. Książka miała nosić tytuł „DyleMatki. Dylematy świadomego macierzyństwa” i opowiadać w beletrystycznej formie o dylematach, które przeżywałam jako mama, jednocześnie przemycając czytelnikom wiedzę o rozwoju dziecka i rodzica. Miałam całe mnóstwo notatek, ale nie byłam w stanie sklecić z nich porządnego tekstu choćby jednego rozdziału. Widząc moją frustrację, pewnego wieczoru Mąż zasugerował, żebym zaczęła pisać blog: to pozwoli mi uporządkować myśli i znaleźć pierwszych czytelników książki. Zaczęłam zatem pisać – anonimowo, ale do bólu szczerze i otwarcie – o moim doświadczeniu macierzyństwa. Miałam jasno określony plan: napiszę książkę, a kiedy Malutki skończy rok, wrócę do mojej instytucji, gdzie czekała na mnie dobra, stabilna i nieźle płatna praca badacza i analityka gospodarki. Miałam szczęście, bo zatrudnienie tam pozwalało mi łączyć rozwój zawodowy z macierzyństwem: w ostatnim roku pracy mimo kilkudziesięciu dni zwolnień na chore dzieci otrzymałam awans i podwyżkę. Jednak sprawy potoczyły się inaczej: ani nie napisałam (jeszcze) książki, ani nie wróciłam (jeszcze?) do mojej instytucji, choć w lutym minęły dwa lata od pierwszego wpisu na blogu. Odkryłam bowiem Self-Reg i moje życie skręciło w nowym kierunku.

Self-Reg było dla mnie objawieniem: poczułam, jak gdyby rozsypane bezładnie jak kolorowe puzzle kawałki moich i cudzych doświadczeń, wiedzy i przemyśleń złożyły się w spójną całość wyjaśniającą wszystko. Po odbyciu kursu „Odstresowany rodzic” Natalii Fedan musiałam, po prostu musiałam zapisać się na kurs Foundations (podstaw) Self-Reg w kanadyjskim MEHRIT Centre, instytucji założonej przez Stuarta Shankera, twórcę tej metody. Ośmielana przez Natalię, postanowiłam uczyć innych ludzi tej metody, jednak czułam, że jako ekonomistka nie mam kwalifikacji, aby zająć się tym zawodowo. Dlatego oprócz kursu Self-Reg drugiego stopnia, Facilitator (który ukończyłam jako pierwsza osoba z Polski), zdecydowałam się na Podyplomowe Studia Coachingu i Mentoringu na Uniwersytecie SWPS we współpracy z Laboratorium Psychoedukacji oraz Szkołę prowadzenia grup wsparcia dla rodziców w fundacji Sto Pociech. Marzyłam o magisterce z psychologii, ale uznałam to za zbyt obciążające przy trójce małych dzieci. Kiedy złożyłam wniosek o urlop wychowawczy w mojej instytucji i zdałam sobie sprawę, jak ogromny koszt finansowy poniesie w związku z moimi pomysłami moja rodzina oraz, jak mało stabilna jest moja nowa droga rozwoju, zaczęłam mieć ataki paniki. Podjęłam decyzję o terapii traum, która – wraz z niezwykle wymagającymi emocjonalnie studiami – sprawiła, że moja osobowość rozpadła się na kilka części. Z pomocą terapeutki poskładałam ją w spójną, silną całość. We wrześniu 2018 roku ukończyłam studia i rozpoczęłam praktykę coacha, prowadząc warsztaty na temat Self-Reg i stawiając pierwsze kroki w biznesie – ja, która od czasów studiów pracowała w instytucjach publicznych.

W marcu skończyłam czterdzieści lat i chwilę potem wykonałam ostatni (na razie) duży krok na mojej drodze rozwoju. Zostawiłam synów – w tym karmionego piersią  niemal 2,5-letniego Malutkiego – na sześć dni i pięć nocy, aby wziąć udział w treningu interpersonalnym zwanym grupą otwarcia. Było to doświadczenie trudne ze względu na to, że jestem wysoko wrażliwą osobą, chłonącą emocje innych jak gąbka (starałam się nie wchodzić tam w rolę coacha, który konteneruje emocje innych). Jednocześnie było to doświadczenie – dosłownie – budujące: przekonałam się, że jestem dokładnie taka, jaką chcę być. Najbardziej satysfakcjonujący moment zawdzięczam jednej z uczestniczek treningu, która czwartego dnia przy wszystkich zaatakowała mnie za to, jaka jestem, jak siedzę, jak patrzę, jak przeżywam emocje, jak żyję. Dwa lata temu spaliłabym się ze wstydu, manifestując to ślepą furią i bezpardonowym atakiem na nią. Potem bez końca analizowałabym i racjonalizowała sytuację, czując do tej kobiety rosnącą niechęć i deprecjonując grupę otwarcia i jej pomysłodawców. Teraz zrobiło mi się przykro, bo ten atak nastąpił w chwilę po tym, jak wyraziłam tej uczestniczce uznanie i szacunek. Poczułam też irytację z powodu jej niektórych insynuacji oraz sporo współczucia dla niej. Jej słowa sprawiły, że przez chwilę zastanowiłam się nad swoich zachowaniem, ale nie dotknęły mojej istoty, nie pozbawiły mnie spokoju ani nie sprawiły, że zachowałam się niezgodnie z moimi wartościami. Jestem, jaka jestem. Już nie muszę podobać się wszystkim ani wciąż na nowo ulepszać samej siebie i robić tych wszystkich wyjątkowych rzeczy kosztem snu i bliskości z innymi ludźmi. Mogę z pasją i cichą odwagą zająć się tym, co mnie teraz pociąga najbardziej: wspieraniem moich bliskich oraz moich klientów na drodze do lepszego życia. To nowe i cudowne odczucie.

W związku z tymi przemianami i przekroczeniem magicznej czterdziestki zapragnęłam też nowego miejsca w sieci. Będzie nim strona DyleMatki.pl, na której znajdzie się całe archiwum bloga i o wiele więcej. Blog DyleMatki.eu zaczęłam pisać jako świadoma mama, pragnąca dzielić się swoją wiedzą, doświadczeniem i dylematami z innymi mamami. Pozostaję tą samą mamą, ale stałam się też kimś innym: coachem, trenerką Self-Reg, autorką, ekspertką w dziedzinie pracy nad własnym stresem i złością. Będę kontynuować pisanie bloga, a oprócz tego na nowej stronie znajdziecie kompletne informacje o tym, jak mogę Was wesprzeć: o coachingu ze mną, warsztatach, książce dla dzieci, a w przyszłości także o moich kolejnych projektach czy produktach, w tym wielokrotnie zapowiadanym kursie online o złości. Stronę oraz nową identyfikację wizualną, którą prezentuje zdjęcie powyżej, stworzyła Kamila Chyła Ikimasa wraz z zespołem. Trwają ostatnie prace w domenie DyleMatki.pl, na którą będziecie automatycznie przekierowywani z DyleMatki.eu.

Mam nadzieję, że nowa strona będzie służyć i Wam, i mnie. Zawsze obawiałam się zmian i nadal nie jestem do nich nastawiona hurraoptymistycznie. Wiem, że wielu z Was, moich czytelników i klientów, też tak ma. A jednak czuję, że nowa strona oraz nowa identyfikacja wizualna to krok, którego potrzebuję i wierzę głęboko, że nawet ci sceptyczni spośród Was przekonają się do niej, bo mimo zmiany wizyalnej pozostanę tą samą Agnieszką-DyleMatką, którą lubicie czytać.

 

Jak ponownie wyszłam ze starych kolein

Jak ponownie wyszłam ze starych kolein

 

Oto obiecany dalszy ciąg wpisu na temat krytyka wewnętrznego, czyli krytycznego wewnętrznego głosu, który uaktywnił się w mojej głowie przed świętami Bożego Narodzenia. Zaznaczam, że niniejszy post NIE dotyczy tego, jak można pracować nad krytykiem wewnętrznym. Taka praca to długotrwały proces, czasem wymagający wsparcia profesjonalisty (psychoterapeuty lub coacha). Polega on na identyfikowaniu niepochlebnych myśli i przekonań na własny temat, poddawaniu ich krytycznej analizie, oddzielaniu ziarna prawdy od plew autoagresji, wreszcie zastępowaniu ich wspierającymi myślami i przekonaniami. Ten proces opanowałam już dawno temu na tyle dobrze, że teraz wspieram moich klientów (poprzez warsztaty i indywidualny coaching) w oswajaniu ich krytyków wewnętrznych (zewnętrznych zresztą też). A jednak… każdego roku, pod koniec listopada, mój krytyk powraca w swojej najbardziej nieprzyjemnej formie. Mam trudność z odpuszczeniem sobie, rośnie we mnie napięcie, robię się drażliwa, nieuważnie pędzę przez życie, nie słucham bliskich i warczę na nich. Rosnące napięcie zużywa moją energię i z ekspertki Self-Reg zamieniam się na powrót w rozregulowaną, zestresowaną “starą” wersję samej siebie.

Na szczęście jeszcze przed świętami wydostałam się ze starych kolein i powróciłam na moje właściwe tory. Ten wpis jest o tym, jak tego dokonałam. Pomógł mi, rzecz jasna, Self-Reg, a konkretnie następujące kroki:

1. Autorefleksja i pogłębianie samoświadomości (krok 4 Self-Reg): 

Święta Bożego Narodzenia to dla wielu osób czas szczególny, silnie związany z doświadczeniami rodzinnymi i przez to powodujący regresję, czyli cofnięcie się do wcześniejszej fazy rozwoju. Ta regresja ma w moim przypadku trzy wymiary. Najbardziej widocznym jest wyjazd na czas świąt do domu rodzinnego: mojego lub Męża. Niemal czterdziestoletni ludzie, którzy od ponad dwóch dekad nie mieszkają z rodzicami i mają już własne dzieci, na kilka dni znów stają się przede wszystkim dziećmi swoich rodziców. Możemy zawieźć prezenty i własnoręcznie przygotowane potrawy, możemy pomóc w przygotowaniu wigilijnego stołu, ale na tym kończy się nasza “dorosła” rola w czasie świąt. Zauważyłam, że mam wtedy tendencję do bezwolnego kierowania się wskazówkami mojej Mamy, nie zastanawiając się nad ich adekwatnością.

Nierzadko automatycznie przenoszę się w dawne czasy również mentalnie; to jest ów drugi wymiar regresji. Spędzanie Bożego Narodzenia w sposób tradycyjny, wspólnie ze swoją rodziną pochodzenia, to okoliczność przywołująca najsilniej wdrukowane:
– przekonania (“to matka jest odpowiedzialna za to, jak dzieci będą wspominać święta”, “w czasie świąt trzeba spotkać się z całą rodziną”),
– schematy działania (“wyśpię się w grobie, co tam zmęczenie, święta muszą być idealne”, “cały dom musi być lśnić i być pięknie przystrojony”),
– oczekiwania (“na pewno da się tak wszystko poukładać, żeby każdy był zadowolony”, “będzie cudownie”).

Wreszcie trzeci wymiar: infekcje, które rozpoczynają się u mnie i mojej rodziny wraz z rozpoczęciem sezonu grzewczego. Choroba jest równoznaczna ze słabością, a czasem wręcz dziecięcą niezdolnością do zadbania o własne potrzeby. Znam wiele niezłomnych Matek Polek, które pracują bez wytchnienia, nie potrafią odpuścić, zadbać o siebie i świadomie naładować baterii. Szkoda czasu, przecież tego nie potrzebują, prawda? Nieprawda. Wie o tym ich nieświadomość i dlatego od czasu do czasu funduje im poważniejszą infekcję lub kontuzję, a wraz z nimi – tak potrzebne wytchnienie oraz odrobinę troski i uwagi ze strony najbliższych. Znacie ten schemat? Ja tak działałam przez wiele lat; moje jesienne i zimowe chorowanie było kiedyś z natury psychosomatyczne, o czym zapewne napiszę kiedyś oddzielny post.

W jaki sposób samoświadomość pomogła mi pokonać krytyka wewnętrznego? Wiedząc, skąd się wziął mój regres, oszczędziłam sobie jednej „warstwy” samokrytyki: mogłam przecież biczować się za to, że pomagam innym pokonać krytyka, a z moim własnym nie daję sobie rady. „Niedouczona trenerka! Samozwańcza ekspertka! Oszustka! Hipokrytka! Daj sobie spokój z tą swoją nową karierą!” – tak mogłam do siebie przemawiać. Nie zrobiłam tego, bo wiem, że stan niskiej energii i wysokiego napięcia przenosi nas w stare koleiny. Ale to minie: wystarczy popracować nad napięciem i energią, aby powrócić na drogę, którą chcemy kroczyć.

2. Obniżanie napięcia: kroki 1 i 3 Self-Reg

Aby obniżyć napięcie, starałam się systematycznie zakładać łagodne self-regowe okulary i przez nie patrzeć na siebie i, jeśli zdołałam, także na innych. Przypominam, że pierwszy krok Self-Reg polega na przeformułowaniu zachowania: nie jestem nieogarnięta, lecz mam wiele zadań na głowie; nie jestem wredną matką warczącą na dzieci, lecz matką nieprzesypiającą nocy od dwóch lat (a właściwie od siedmiu i pół z krótkimi przerwami); nie jestem egocentryczką, lecz brak mi zasobów, aby zaangażować się w świąteczne akcje charytatywne inaczej niż poprzez datki. Malutki nie jest agresywnym gryzoniem, lecz dostarcza sobie bodźców stymulujących czucie głębokie; Mały nie jest cwany i złośliwy, lecz ma przewlekłe mało energii w związku z wczesnymi pobudkami wymuszonymi przez początek edukacji szkolnej Dużego; Duży nie jest niedojrzały i egoistyczny, lecz bardzo brakuje mu wyłącznej uwagi rodziców. Kierowcy autobusu, który zatrzasnął mi drzwi przed nosem, grozi kara finansowa za nietrzymanie się rozkładu jazdy. I tak dalej. Przeformułowanie zachowania jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki obniża nasze napięcie – bo przecież przykro jest być okropnym człowiekiem w jeszcze okropniejszym świecie!

Obniżaniu napięcia sprzyja też, rzecz jasna, redukowanie stresu (krok 3 Self-Reg). U mnie w listopadzie i grudniu najbardziej szwankował obszar biologiczny. Moją energię pożerały: przewlekły niedobór snu (nocne pobudki Malutkiego i poranne pobudki służące wyprawieniu starszaków do placówek), brak słońca (jestem podatna na depresję sezonową), objawy choroby (uporczywy kaszel poinfekcyjny, alergia na roztocza kurzu domowego), niedobór ruchu. Starałam się więc wykorzystywać moc krótkich drzemek w ciągu dnia, naświetlać lampą antydepresyjną i wplatać w każdy dzień choć odrobinę ruchu, choćby to miało być wejście na wyższe piętro po schodach zamiast jazdy windą. Najtrudniejsze było przy tym – dla mnie, perfekcjonistki i wieloletniej zwolenniczki podejścia „wszystko albo nic” – poprzestanie na tych małych kroczkach przypominających najczęściej dreptanie w miejscu. Codziennie wdawałam się w dyskusję z krytykiem, który grzmiał: „Serio? Pięć minut rozciągania pleców dziennie i pół godziny pływania raz w tygodniu nazywasz dbaniem o formę? A pamiętasz, jak po narodzinach Małego robiłaś solidny trening co najmniej pięć razy w tygodniu?” Pamiętam, krytyku. To nie ten czas. Dzięki za troskę. Oprócz tego dialogu z krytykiem wewnętrznym redukowałam stres w obszarze poznawczym, dusząc w zarodku każdą nieprzyjemną i nie wnoszącą nic konstruktywnego myśl, w szczególności – czarne scenariusze na temat przyszłości. Na początku grudnia nasza niania – trzecia z niań Malutkiego zatrudnionych w 2018 „na co najmniej dwa lata” – poinformowała nas, że wraca na Ukrainę. Duch we mnie upadł tylko na jeden dzień, po czym postanowiłam, że jakoś to będzie. Było nie tylko „jakoś”, ale bardzo dobrze, choć trudno – a niania właśnie dziś powróciła.

3. Dbanie o energię (kroki 3 i 5 Self-Reg)

Kiedy nasze zasoby energii są niskie, dbanie o nie jest szczególnie ważne. Niedobrze jest doprowadzić do tego, że nasz wewnętrzny bak opróżni się do cna, bo wtedy każdy silniejszy stresor może wywołać załamanie zdrowia fizycznego i psychicznego. Czasem tygodniami „jedziemy na oparach” i wydaje nam się, że damy radę jeszcze troszkę, jeszcze jeden dzień – i owszem, dajemy radę, ale tylko do pewnego momentu. Sęk w tym, że nigdy nie wiemy, kiedy osiągniemy owo dno baku i dopadnie nas ciężka depresja, zawał czy choroba autoimmunologiczna. Lepiej nie ryzykować. Idealnie jest systematycznie obniżać zbędny stres (krok 3) i regenerować się (krok 5) w taki sposób, który odpowiada zatankowaniu paliwa do pełna albo niemal do pełna. Wiem, to truizm, ale napiszę to: dobry sen, zrównoważona dieta, aktywność fizyczna i pozytywne myślenie mają ogromny wpływ na to, jak nam się żyje i jakie tworzymy relacje z ludźmi.

Co robić, jeśli takie tankowanie do pełna i usuwanie stresorów jest z jakichś powodów niemożliwe? Czasem przecież mamy do czynienia ze stresorami, które są przytłaczające i niezależne od nas: śmierć kogoś bliskiego, ciężka choroba nasza albo kogoś bliskiego, zaburzenie czy niepełnosprawność naszego dziecka, samodzielne rodzicielstwo, utrata pracy czy dachu nad głową. Cóż, po prostu trzeba robić to, co jest możliwe w danej sytuacji: wchodzić po schodach zamiast iść na godzinny trening, postać przez pięć minut pod gorącym prysznicem zamiast spędzić pół dnia w spa, posłuchać w samochodzie ulubionej muzyki zamiast przygnębiających wiadomości, spojrzeć na siebie choć troszkę łagodniejszymi niż zwykle oczami. A jeśli nic nie wydaje się możliwe ani sensowne, warto poszukać profesjonalnej pomocy.

A jak się ma w tej chwili Twój krytyk? Jaki masz poziom paliwa w swoim wewnętrznym baku? Co go obniża? Jak możesz napełnić bak…?

The Railroad and the Bridge where the mistery starts (CC BY-SA 2.0) by Felipe Tofani