“Nogi z d… powyrywam”, czyli o agresorze, który zaatakował moje dziecko

“Nogi z d… powyrywam”, czyli o agresorze, który zaatakował moje dziecko

To był maj, pachniała Saska Kępa szalonym zielonym bzem… A, nie, to nie była Saska Kępa, lecz inna dzielnica Warszawy, ale maj się zgadza i pachnący bez także. Spacerowałam po patio naszego osiedla, odprężona i szczęśliwa, że zniesiono obowiązek zakrywania ust i nosa w miejscach publicznych (to okres epidemii koronawirusa). Dookoła mnie roiło się od dzieci w wieku, na oko, od 5 do 12 lat: biegały, jeździły na hulajnogach, rowerach i wrotkach, bawiły się w wojnę, grały w piłkę, rysowały coś na chodniku kredą. Moi trzej synowie na rowerach też byli wśród nich. Znikali mi raz po raz z oczu, ale byłam spokojna, ponieważ mieszkamy na zamkniętym osiedlu i moje dzieci nie mają zwyczaju wychodzić same za bramę czy furtkę.

W pewnej chwili przyjechał do mnie Duży. Był nieco zdenerwowany i rozcierał sobie łokieć.
– Mamo, widziałaś tamtych trzech chłopaków na hulajnogach? – spytał.
– Widziałam. Coś się stało?
– Tak. Jeden z nich rzucił mi hulajnogę przed rower, musiałem ostro zahamować i upadłem. Boli mnie łokieć. Oni uciekli. Powiesz im coś? – poprosił.

Szlag mnie jasny trafił. “Nogi z dupy powyrywam!” – zasyczał mój wewnętrzny gad. “Dorwę gówniarza, powiem, co o nim myślę, zabiorę mu hulajnogę i nie oddam, dopóki nie przyjdzie z rodzicami, a kiedy przyjdzie, nastukam także im.” Wdech, wydech. I jeszcze raz. I jeszcze.
– Tak. Pokaż ten łokieć – rzuciłam krótko, uważając, żeby nie wypowiedzieć na głos żadnej z powyższych myśli. Na szczęście łokieć nie był ani otarty, ani stłuczony, już przestawał boleć. To trochę zmniejszyło moje napięcie.
– A spodnie? – spytałam jeszcze?
– Spodnie tym razem w porządku – uśmiechnął się Duży. Dzień wcześniej kupiłam mu dwie pary nowych spodni i jedną z nich rozdarł parę godzin później podczas upadku na rowerze. Teraz miał na sobie drugą parę…

Po tym jego uśmiechu poznałam, że już się uspokoił i to mnie też nieco uspokoiło. Upewniłam się,  czego ode mnie oczekuje – chciał, żebym porozmawiała z tym chłopcem, obawiał się sam to zrobić – i wyruszyliśmy na poszukiwania. Byłam nadal spięta i zirytowana, próbowałam dać sobie empatię w duchu porozumienia bez przemocy, nazywając moje emocje i potrzeby, ale nie udawało mi się to. Zaczęłam więc układać w myślach, co konkretnie powiem i zrobię, kiedy już stanę naprzeciw tego chłopca. Jednocześnie oddychałam w rytm moich szybkich kroków (wdech: 1-2-3-4-5-6 i  wydech: 1-2-3-4-5-6) i to pozwoliło mojej korze przedczołowej powoli wracać do gry. Na szczęście sprawca całego zdarzenia gdzieś zniknął, co dało mi więcej czasu na powrót do równowagi.

“Czego chcę?” – zastanawiałam się. – “O co chcę zadbać teraz? A o co – na przyszłość? Przecież oni będą spotykać się na tym patio często jeszcze przez ileś lat. Co zrobić, żeby wesprzeć Dużego i teraz, i w przyszłości, jednocześnie nie zawstydzając tego chłopca ani go nie strasząc?”. I nagle mnie olśniło: przecież nie muszę wygłaszać tyrady, lecz mogę… spytać tego chłopca, jak on widzi sytuację. Kiedyś podczas jednego z wystąpień live albo webinarów bliskościowa psycholożka Agnieszka Stein zasugerowała w takich sytuacjach pytanie: “Co ty chciałaś/chciałeś zrobić?” i postanowiłam z tego skorzystać. W tej chwili już moja kora przedczołowa rządziła, a gadzi mózg, widząc, że niebezpieczeństwo minęło, wycofał się z walki, choć pozostał czujny.

Wreszcie spotkaliśmy tego chłopca. Zagadnęłam go spokojnym głosem:
– Mój syn mówi, że rzuciłeś mu przed rower hulajnogę i się przewrócił. Czy tak właśnie było?
– Taaaak – powiedział ostrożnie chłopiec. Wyglądał na nieco przestraszonego.
– A powiesz mi, po co to zrobiłeś? – spytałam z autentycznym zaciekawieniem. Chłopiec odprężył się i wypalił ze szczerym uśmiechem:
– Chciałem, żeby się z nami pobawił!

Tadaaaaaam! Niewinne oczy chłopca wpatrywały się we mnie, a w mojej głowie grały fanfary. Nie ma czegoś takiego, jak niedobre dziecko! (“There is  no such thing as a bad kid” – słowa Stuarta Shankera, twórcy podejścia Self-Reg.)
– Aha, chciałeś go w ten sposób zaprosić do zabawy? – dopytałam.
– No tak, bo bawimy się w policjantów i złodziei.
– Co ty na to? Tak to zrozumiałeś? – zwróciłam się do Dużego.
– Nie. Myślałem, że chcesz, żebym się przewrócił – odpowiedział Duży wprost do chłopca.
– Nie! Wcale tego nie chciałem! – zawołał ten żarliwie.
– Dobra, to następnym razem po prostu mnie spytaj, czy chcę się bawić, ok? – odrzekł Duży.
– OK. A chcesz się bawić?
– Yyyy… Dobra. Tylko zawołam brata – odparł Duży i pojechał poszukać Małego. Od tamtej pory bawią się regularnie: Duży i Mały dołączyli do bandy, a Malutki często im towarzyszy.

To historia jakby przepisana z poradnika dla rodziców pragnących wychowywać dzieci w duchu rodzicielstwa bliskości, ale daję Wam słowo, że jest prawdziwa od początku do końca. To doświadczenie uświadomiło mi po raz kolejny, jak ważne jest zastosowanie pauzy, zanim się zareaguje na coś, co nas wzburzyło. I jak nieprawdopodobne pozytywne zwroty akcji można osiągnąć, jeśli nie zakłada się złych intencji drugiej osoby (małej czy dużej), lecz po prostu spyta ją o jej wersję wydarzeń. Dzięki temu, zamiast eskalować nieprzyjemne emocje czy wręcz stosować przemoc, można osiągnąć porozumienie. Zakarbowałam sobie tę lekcję i zapisuję ją jako post na blogu, żeby mieć szanse do niej wrócić, kiedy mój wewnętrzny gad – szybkie jak błyskawica i wyjątkowo agresywne stworzenie – znów będzie chciał kogoś zaatakować.

Jakiś czas po tym wydarzeniu zdałam sobie sprawę z tego, że przypomina ono historię, którą opowiedziałam w piątym rozdziale mojej książki „Self-Regulation. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę”*. Ponieważ książka spotkała się z ciepłym przyjęciem, wraz z wydawnictwem Znak Emotikon planuję kolejny tom! Tym razem opowiadania będą przeznaczone dla dzieci w wieku 6-10 lat i ich rodziców/opiekunów. Dotyczyć będą trudnych sytuacji w szkole lub w związku ze szkołą, z udziałem rówieśników, nauczycieli i rodziców. Bohaterowie będą radzić sobie z rozmaitymi trudnościami w drodze samoregulacji i współregulacji, a nie agresji czy wycofania.

Mam kilka pomysłów, ale zanim je zrealizuję, bardzo chcę wysłuchać Waszych historii i sugestii! Jeśli macie dzieci w wieku wczesnoszkolnym (6-10 lat, ewentualnie nieco starsze), proszę, pomóżcie mi stworzyć bohaterów nowej książki, biorąc udział w mojej ankiecie. Link do ankiety wyślę mailem osobom, które zapiszą się na mój newsletter na tej stronie (z newslettera w każdej chwili można się wypisać dwoma kliknięciami).

* Do niedawna pierwsze słowa tytułu mojej książki brzmiały „Self-Reg” – o przyczynach zmiany tytułu napisałam w tym poście. Wstęp i drugi rozdział książki w formacie pdf możecie otrzymać bezpłatnie, zapisując się na mój newsletter w okienku obok.

Złość, część 12: Czy na pewno “Dobra matka nigdy nie zostawia płaczącego dziecka”?

Złość, część 12: Czy na pewno “Dobra matka nigdy nie zostawia płaczącego dziecka”?

Jest godzina 1 w nocy, powoli szykuję się do snu, jeszcze tylko poczytam coś niezbyt wymagającego. Mam żelazne postanowienie, żeby o 1:30 zgasić światło i zasnąć, aby dobrze funkcjonować kolejnego dnia. Po wielu latach deprywacji snu mój czterdziestojednoletni organizm domaga się z całą stanowczością, abym każdej nocy przesypiała pełne sześć godzin (tak, dobrze liczycie, wstaję po 7:30). Jeśli tego nie zrobię, odmawia współpracy między innymi w ten sposób, że tracę pełny dostęp do kory przedczołowej mojego mózgu. Jestem wtedy drażliwa i nadwrażliwa na bodźce, mam “krótki loncik” i trudność z kontrolowaniem przeróżnych impulsów oraz zorganizowanym działaniem. Teraz, w czasie pandemii koronawirusa, która zwiększyła poziom mojego stresu we wszystkich obszarach, to szczególnie ważne, żeby moja kora przedczołowa działała tak sprawnie, jak to możliwe.

Nagle w sypialni pojawia się z nieszczęśliwą miną Duży, mój dziewięcioletni pierworodny. Obudził go silny ból palca u stopy. Oglądam paluch i widzę zaczerwienienie i lekką opuchliznę, wygląda to, jakby rozwijał się tam stan zapalny. Na mój dotyk Duży reaguje krzykiem i zaczyna płakać. Mój dziewięciolatek jest bardzo wrażliwy na ból, jak to często bywa u wysoko wrażliwych (choć akurat ja, też wysoko wrażliwa, jestem na ból bardzo odporna).

Kilka godzin wcześniej Duży postawił nogę krzesła na tym paluchu, po czym z impetem, jak to on, usiadł na krześle. Wyobrażacie sobie, jak to bolało? Jeśli mieliście do czynienia z wysoko wrażliwymi dziećmi, to wiecie, jak one komunikują taki ból światu: długo, głośno i dość dramatycznie. W ciągu dnia – wyspana, pełna endorfin po półgodzinnym treningu na balkonie – byłam w stanie zareagować w pełni empatycznie. Teraz jednak jest późno i chcę za chwilę pójść spać…

Początkowo jestem pełna empatii, przytulam Dużego, a jednocześnie zastanawiam się, jak działać. Chwila narady z Mężem i postanawiamy rano umówić teleporadę medyczną (ze względu na epidemię nie możemy po prostu wybrać się do lekarza), a teraz – podać Dużemu lek przeciwbólowy. Duży łyka tabletkę paracetamolu i dalej jęczy, płacze, narzeka, dopytuje, co będzie z tym palcem. Mija kwadrans, a Dużego nadal boli, coraz bardziej. I coraz bardziej rozpacza. Podaję mu jeszcze ibuprofen, znów empatyzuję, przytulam, próbuję przekierować jego uwagę. Minęło pół godziny i nadal nic nie pomaga, Duży nakręca się, że umrze z bólu, że straci palec, że to najgorszy ból na świecie. W pewnym momencie pyta mnie retorycznie ze złością: „Czy Ty w ogóle masz pojęcie, co to jest ból?!”

Od pewnego czasu rośnie we mnie irytacja, ale to ostatnie zdanie odpala moją złość – ba! furię! Szumi mi w uszach i kręci mi się w głowie. Dosłownie czuję, jak z mojego gardła w kierunku języka i ust wytaczają się słowa: „Przestań wyć, histeryku! To nie jest żaden ból! Ty w ogóle nie wiesz, co to jest ból!” Moja kora przedczołowa, wiedząc, że zaraz zostanie odcięta, krzyczy do mnie głośno: “Wyjdź stąd natychmiast!!!” Odnosi sukces: bez słowa wstaję i energicznym krokiem wychodzę z pokoju. Słyszę jakieś protesty Dużego, ale ignoruję je. Zamykam się w łazience i, gryząc zaciśniętą pięść, wydaję z siebie głuche warknięcie: “Aaaaaaaa!!!” To trochę pomaga. “Ależ jestem wkurrrrrrrrwiona!” – mówię do siebie na głos i rzucam jeszcze kilka przekleństw. To pomaga jeszcze bardziej. Czuję satysfakcję, a moje napięte mięśnie rozluźniają się trochę. “Chcę spać. Chcę spokoju. Chcę, żeby było łatwiej” – szepczę do siebie cicho. Ufff. Już o wiele lepiej, zaczynam się odprężać. Teraz skupiam się na oddechu: obserwuję go przez chwilę. Poruszam głową na boki, do przodu, do tyłu, zataczam nią okręgi, masując jednocześnie kark. Poruszam ramionami, przeciągam się, w końcu zginam się w pół, wykonując luźny zwis. Wszystko zwisa, rozluźnia się, krew napływa mi do głowy. Już. Minęło. Jestem całkiem rozluźniona. Utrzymałam gada w ryzach.

Wracam do syna, który już jest spokojniejszy (chyba leki w końcu zadziałały). Zerka na mnie z ukosa i pyta z lekkim wyrzutem, dlaczego tak nagle sobie poszłam i go zostawiłam. Odpowiadam: “Bo poczułam, że zaraz mnie szlag trafi i powiem coś bardzo niemiłego, więc zamiast tego wyszłam, żeby się uspokoić”. “Aha. Okay” – odpowiada Duży. Zna mnie dobrze i wie, że to moje wyjście było najlepszym wyjściem z sytuacji. Z autentyczną troską pyta, czy już czuję się dobrze, przytulamy się jeszcze raz i każde z nas idzie spać do siebie.

Jestem z siebie bardzo dumna, bo opisana sytuacja i słowa Dużego są dla mnie jednym z najsilniejszych zapalników. Wiem, skąd to się bierze: z tego, jakie podejście do “narzekania” i w szczególności skarżenia się na ból wpojono mi w dzieciństwie. “Dama się nie skarży” i “Nikt nie lubi ludzi, którzy narzekają” – to kwintesencja tego podejścia. To dlatego tak trudno mi było (i jak widać, czasem nadal bywa!) zachować spokój, kiedy któreś z moich dzieci widzi koniec świata i straszny dramat tam, gdzie ja swoimi dorosłymi oczami widzę jedynie drobną trudność albo w ogóle neutralną sytuację. W większości sytuacji potrafię spojrzeć na dzieci empatycznie i zarazić je swoim spokojem. Niekiedy jednak, jak w opisanej tu scenie, szczytem moich możliwości jest wyjście z pomieszczenia.

Zdarza się wtedy, że zostawiam rozpaczające dziecko samemu sobie. Można by to ocenić jako klęskę świadomej matki, która chce dać dzieciom poczucie, że są kochane i akceptowane bezwarunkowo, a nie tylko wtedy, kiedy zachowują się „grzecznie”. Tak właśnie surowo ocenia siebie wiele moich klientek, z którymi pracuję indywidualnie między innymi nad przeżywaniem i wyrażaniem złości. “Bliskościowa matka nie powinna zostawiać płaczącego dziecka”; “Dobra matka nigdy nie wścieka się na płaczące dziecko”; “Wszystkie matki jakoś sobie radzą ze złością i tylko ja nie”. Takie przekonania – wypowiedziane wprost lub ukryte za innymi komunikatami – często wypływają podczas moich sesji z wrażliwymi, świadomymi mamami. Żadne z tych przekonań nie jest wspierające. Wiem coś o tym, bo też je żywiłam swego czasu – ależ mi to zwiększało napięcie i obniżało energię! Żadne też nie nie jest obiektywnie prawdziwe. Są sytuacje, jak ta opisana, kiedy największym sukcesem jest to, że matka nie wybucha. Ta konkretna matka, w tym konkretnym miejscu i czasie, ze swoimi indywidualnymi predyspozycjami i bagażem doświadczeń.

Tamtej nocy przed zaśnięciem świętowałam swój matczyny sukces zamiast opłakiwać porażkę. To dało mi więcej energii do radzenia sobie z kolejnymi takimi sytuacjami w sposób coraz bliższy temu, jakiego pragnę. Po wielu powtórzeniach takiej pożądanej reakcji mój umysł przyzwyczai się do niej i będzie ją częściej wybierał jako tę “domyślną” (o kanalizacji zachowań pisałam tutaj). I tego Wam życzę w Dniu Matki: łagodnego spojrzenia na siebie i doceniania swoich małych i większych sukcesów. Dobrego Świętowania!

P.S. Dziękuję Wam za te lawinę ciepłych słów, która spłynęła na mnie po moim wystąpieniu o złości na konferencji Sylwii Włodarskiej „Bliżej potrzeb, bliżej szczęścia” dwa tygodnie temu. Niedługo wystąpię ponownie na podobnych wirtualnych wydarzeniach. W sobotę 13 czerwca opowiem o tym, jak nie zarażać się złością od dziecka i zarazić je spokojem (podczas konferencji „Chcę być skrzydlatym rodzicem” Krystyny Marczak). Natomiast już w sobotę 6 czerwca będę mówić o radzeniu sobie z przewlekłym stresem i kryzysem emocjonalnym (podczas II konferencji „Jakoś czy jakość?” przeznaczonej dla dyrektorów szkół, nauczycieli i rodziców). Jeśli interesuje Was temat kryzysu emocjonalnego związanego z pandemią, zaglądajcie tu, na mój fan page na Facebooku lub na profil na Instagramie (albo zapiszcie się na mój newsletter w okienku obok tu, na stronie). Już wkrótce będziecie mogli zapisać się na cykl moich webinarów na temat matki w Covidowym kryzysie.

Zmiana tytułu mojej książki, rozstanie w tle i co dalej?

Zmiana tytułu mojej książki, rozstanie w tle i co dalej?

ENGLISH VERSION: SEE BELOW

Jestem mamą trojga dzieci: Dużego, Małego i Malutkiego. Ale mam też dwoje innych dzieci. Nie kocham ich aż tak bardzo i nie wypełniają mojego życia, nie definiują mnie aż w takim stopniu, jak moi synowie, jednak są dla mnie ważne i jestem z nich dumna. To moje dwie książki.

Moja pierwsza książka nosi nieco onieśmielający tytuł “Polen auf dem Weg zur Wirtschafts- und Währungsunion. Der flexible Wechselkurs als ein Instrument zur Absorption asymmetrischer Schocks” i była moją dysertacją doktorską. Ukazała się w maju 2008 roku nakładem berlińskiego wydawnictwa naukowego z wieloletnią tradycją, Duncker & Humblot. Poświęciłam jej dwa i pół roku pracy, a w ostatnim półroczu tworzyłam ją z pasją po kilkanaście godzin dziennie, w każdej wolnej chwili, w moim biurze na uniwersytecie, w małej i po spartańsku urządzonej kawalerce, a nawet w basenie czy na rowerze. Dla mnie takiej, jaką byłam wówczas – żyjącej głównie w świecie intelektu, danych statystycznych i modeli ekonomicznych, pragnącej wspinać się po szczeblach kariery naukowej – ukończenie doktoratu w języku obcym, na obcej ziemi, zdanie egzaminów summa cum laude i otrzymanie międzynarodowej nagrody dla młodego naukowca było ważnym osiągnięciem. Dziś, kiedy o tym myślę, nadal jestem z tego dumna – bo dałam z siebie wszystko, włożyłam w to serce i wykonałam tę pracę uczciwie.

Drugą z moich książek zapewne znacie: to “Self-Regulation. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę”. Do niedawna jej tytuł brzmiał: “Self-Reg. Opowieści dla dzieci…”. Książka o pierwotnym tytule ukazała się w maju 2019 roku nakładem krakowskiego wydawnictwa z wieloletnią tradycją, Znak Emotikon. Poświęciłam jej rok marzeń i kilka miesięcy pracy po kilkanaście minut (tak, minut) dziennie: rzadko przy biurku, częściej na przedszkolnym lub szkolnym korytarzu, w samochodzie, na ławce przy placu zabaw. Dla mnie takiej, jaką jestem teraz – z coraz większym powodzeniem, choć wciąż bardzo niedoskonale łączącej domenę intelektu z domeną emocji, samokontrolę z samoregulacją, rozwój osobisty i zawodowy z zaangażowanym macierzyństwem, dbanie o siebie ze wspieraniem moich klientów – napisanie tej książki było sukcesem.

W coachingu istnieje określenie “wielki, włochaty, zuchwały cel” (BHAG), oznaczające cel onieśmielająco ambitny, wyznaczający kierunek działań. Kiedy pisałam moją książkę, marzyłam, aby podejście oparte na Self-Reg “trafiło pod strzechy”. Pragnęłam, aby książkę kupili rodzice, dziadkowie i inni opiekunowie, którzy kochają „swoje” dzieci, ale zazwyczaj nie sięgają po poradniki wychowania ani nie interesują się tym, co neuronauka ma do powiedzenia o zachowaniu dzieci. Przez to widzą trudne zachowania dzieci jako wyraz nieposłuszeństwa. Marzyłam, aby kupili tę książkę i, czytając ją dzieciom, sami zyskali łagodne self-regowe spojrzenie.

Mam dowody, że udało mi się zrealizować ten cel. Książka cieszy się ogromną popularnością, przez wiele tygodni znajdowała się w kilku księgarniach internetowych na szczycie listy bestsellerów. Ale nie to jest dowodem, lecz dziesiątki recenzji na rodzicielskich blogach, setki komentarzy na Facebooku oraz obszernych, osobistych wiadomości od dorosłych czytelników. Piszą o tym, że moja książka wspiera ich w dążeniu do budowania lepszej relacji z ich dziećmi i że otworzyła im oczy na to, że dzieci zachowują się zwykle tak dobrze, jak pozwala im ich etap rozwojowy i obciążenie stresem w danej chwili. Piszą, że książka znalazła się w biblioteczce przedszkolnej i jest rozchwytywana; że dzieci w przedszkolach mają w oparciu o nią zajęcia o emocjach; że babcie i dziadkowie zmieniają swoje postrzeganie trudnych zachowań dzieci. Dostaję też wiadomości od specjalistów pracujących z dziećmi lub uczących przyszłych psychologów bądź pedagogów, których zdaniem książka “robi dobrą robotę”.

Co więcej, otrzymuję sygnały, że same dzieci – najbardziej wymagający i szczerzy czytelnicy – lubią wspólne czytanie mojej książki. Uczą się też stosować proste strategie samoregulacji, jak “świeczka i kwiatek” albo po prostu… masowanie po pleckach. Wiele osób pisze, że sformułowanie “skończyło mi się paliwo” weszło do słownika ich rodzin i że dzieci oświadczają to postronnym osobom, kiedy te nazywają je niegrzecznymi. Dostaję też zdjęcia i filmiki maluchów, które oglądają lub „czytają” książkę. Te wiadomości poruszają i wzruszają mnie w największym stopniu.

Nie zliczę próśb o napisanie kolejnej self-regowej książki dla dzieci i rodziców, jakie otrzymałam w ostatnich miesiącach. Czytam je i mam dylemat. Dlaczego? Ponieważ to moje najmłodsze dziecko stało się bezpośrednią przyczyną mojego rozwodu z jego “ojcem”, kanadyjskim The MEHRIT Centre (TMC). Nie pytajcie mnie, proszę, o szczegóły. Tu napiszę tylko, że wbrew temu, co niektórzy z Was mogli usłyszeć, treść książki zdanie po zdaniu oraz jej tytuł uzgodniłam z ekspertem TMC wyznaczonym do tego przez szefową tej instytucji, a mój późniejszy konflikt z nią był efektem nieefektywnej komunikacji. Dowodem jest obszerna korespondencja, którą ujawnię, jeśli uznam to za niezbędne.

Efekt tego konfliktu jest taki, że ani TMC nie chce współpracować ze mną, ani ja nie chcę wchodzić w żadną, nawet pośrednią (np. poprzez licencję) relację z tą instytucją. Ten rozwód jest dla mnie bolesny, ponieważ sama idea Self-Reg jest bliska mojemu sercu. Kiedy poznałam ją ponad trzy lata temu, zafascynowała mnie tak bardzo, że zdecydowałam się pójść za nią także zawodowo, a także poświęcić dużo energii w jej szerzenie w Polsce. Jednak za każdą ideą stoją ludzie i z niektórymi, mimo potężnego wysiłku, który włożyłam w próbę zrozumienia ich stresu i spojrzenia na nich przez łagodne self-regowe okulary, nie jestem w stanie się porozumieć.

Z tego powodu nie będę już pisać nic stricte na temat Self-Reg ani też ze zwrotem “Self-Reg” w tytule. Wiąże się z tym zmiana tytułu mojej książki, a konkretnie zastąpienie “Self-Reg” poprzez “Self-Regulation”. Podjęłam tę decyzję wspólnie z wydawnictwem Znak Emotikon w związku z tym, że – już po ukazaniu się mojej książki na rynku – zarejestrowano znak towarowy “Shanker Self-Reg” na terytorium Europy, a ja nie jestem i nie będę licencjobiorcą. Dla mnie ta zmiana tytułu to symboliczne odcięcie się od “ojca” mojego dziecka, jak zmiana nazwiska po rozwodzie – choć sytuacja jest dla mnie dziwna, skoro ów “ojciec” brał udział w stworzeniu dziecka, a jedynie odciął się od niego już po narodzinach.

Podejście określane jako Self-Reg jest mi nadal bliskie i nie przestanę patrzeć na siebie i innych ludzi przez pryzmat stresu, energii i napięcia. Przestanę natomiast być ambasadorką tej konkretnej metody pięciu kroków i pięciu obszarów samoregulacji oraz swoimi działaniami promować TMC. “Samoregulacja” (ang. “self-regulation”) jest jednym z ważnych pojęć w psychologii i wiedzę o nim czerpię nie tylko ze szkoleń certyfikacyjnych w TMC, lecz także z wielu innych źródeł – jak pewnie wiecie, jestem coachem kryzysowym i stale poszerzam swoją wiedzę o stresie i kryzysie, m.in. tę upowszechnianą przez Dana Siegela i Stephena Porgesa.

A teraz mam do Was pytania: czy interesowałaby Was moja książka dla dzieci i rodziców bez odniesienia do metody Self-Reg? Książka o emocjach, o radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami? Albo kilka książek dla różnych grup wiekowych i różnych rodzajów dziecięcych problemów? A jeśli tak, jakie konkretne tematy czy trudności (konflikty w rodzeństwie? adaptacja w przedszkolu? trudności w nauce? odrzucenie przez rówieśników w szkole? Uzależnienie od ekranów?) miałabym poruszyć? Czy ramki dla rodziców uważacie za wartościowe, czy mogę je pominąć?

I na koniec niespodzianka: w porozumieniu z wydawnictwem Znak Emotikon piszę obecnie dwa opowiadania o Kubie i Lence w czasach koronawirusa. Opowiadania będą miały formę bezpłatnego e-booka – to nasz wspólny prezent dla rodziców i dzieci zestresowanych przedłużającym się “siedzeniem w domu”, zdalną pracą i zdalną nauką. Jeśli nie chcecie przegapić ich ukazania się, zapiszcie się na mój newsletter w okienku na tej stronie. Przy okazji otrzymacie w prezencie wstęp i drugi rozdział książki “Self-Regulation”, opowiadający o konflikcie między rodzeństwem.

ENGLISH VERSION:

I am a mother of three children: Big, Little and Tiny. But I also have two other children. I do not love them so much and they do not fill my life, they do not define me as much as my sons do, but they are important to me and I am proud of them. These are my two books.

My first book has the somewhat intimidating title “Polen auf dem Weg zur Wirtschafts- und Währungsunion. Der flexible Wechselkurs als ein Instrument zur Absorption asymmetrischer Schocks” and was my doctoral dissertation. It was released in May 2008 by a Berlin scientific publishing house with many years of tradition, Duncker & Humblot. I devoted two and a half years of work to that book, and during the last six months I was working on it with passion for a dozen or so hours a day, in every free moment, in my office at the university, in a small and spartan studio apartment, even in a swimming pool or on a bicycle. For me as I was then – living mainly in the world of intellect, statistical data and economic models, eager to pursue my scientific career – completing my PhD in a foreign language, on a foreign land, passing the exams summa cum laude and receiving an international young scientist award were important achievements. Today, when I think about it, I’m still proud of this book – because I did my best, I put my heart in it and did this job honestly.

You probably know the second of my books: it is “Self-Regulation. Stories for children on how to act when emotions take over”. Until recently the title was: “Self-Reg. Stories for children…”. The book with the initial title was released in May 2019 by a Cracow publishing house with many years of tradition, Znak Emotikon. I devoted a year of dreams to this book as well as several months of work for several minutes (yes, minutes) a day: rarely at the desk, more often in the kindergarten or school corridor, in the car, on the bench at the playground. For me, the way I am now – with increasing success, although still very imperfectly connecting the domain of intellect with the domain of emotions, self-control with self-regulation, personal and professional development with engaged motherhood, taking care of myself with supporting my clients – writing this book was a success.

In coaching there is the term “big hairy audacious goal” (BHAG), meaning a goal that is intimidatingly ambitious, setting the course of action. When I was writing my book, I dreamed that Self-Reg would “go under the thatched roofs”, as we say in Polish, i.e. become known by the wider public. I wanted the book to be bought by parents, grandparents and other carers who love “their” children, but usually neither reach for parenting guides or are interested in what neuroscience has to say about children’s behaviour. Therefore, they see children’s difficult behaviour as an expression of disobedience. I dreamed that they would buy this book and, reading it to children, would see the kids with soft Self-Reg eyes.

I have evidence that I have achieved this goal. The book is very popular, for many weeks it was at the top of bestseller lists in several online bookstores. But this is not the proof that I mean. Rather, it is dozens of reviews on parental blogs, hundreds of Facebook comments and personal messages that I receive from adult readers. They write that my book supports them in striving to build a better relationship with their children and that it has opened their eyes to the fact that children usually behave as well as their developmental stage and stress at the moment allow. They write that the book is in their kindergarten library and is in demand; that children in kindergartens have classes regarding emotions based on the book; that it makes grandparents change their perception of children’s difficult behaviour. I also get messages from specialists working with children or teaching future psychologists or teachers who think the book “does a good job”.

What is more, I get signals that the children themselves – the most demanding and honest readers – like having the book read out to them. They also learn to use simple self-regulation strategies, such as “candle and flower” or just … back massaging. Many people write that the phrase “I ran out of fuel” entered the dictionary of their families and that the children say it to other grown-ups when they call them naughty. I also get photos and videos of kids who go through or “read” the book. These messages touch me the most.

I cannot count the requests for another Self-Reg book for children and parents that I have received in recent months. I read them and I’m in a dilemma. Why? Because this youngest child of mine became the direct cause of my divorce from his “father”, The MEHRIT Center (TMC) in Canada. Please don’t ask me for details. Here I will write only that, contrary to what some of you may have heard, I had agreed the content of the book, sentence by sentence, as well as its title with a TMC expert designated to do this job by TMC’s Executive Director, and my subsequent conflict with his superior was the result of ineffective communication. The proof? Our extensive correspondence, which I will disclose if I deem it necessary.

The effect of that conflict is that neither the TMC wants to cooperate with me nor I want to enter into any, even indirect (e.g. through a license) relationship with this institution. This “divorce” has been painful to me because the mere idea of Self-Reg is very close to my heart. When I got to know it over three years ago, I was so fascinated that I decided to follow this path professionally and also to invest a lot of energy into disseminating it in Poland. Nevertheless, there are people behind every idea and I cannot come to terms with some of them, despite the immense effort that I put into trying to understand their stress and looking at them through soft Self-Reg eyes.

For this reason, I will no longer write anything strictly about Self-Reg nor with the phrase “Self-Reg” in the title. This involves changing the title of my book, specifically replacing “Self-Reg” with “Self-Regulation”. I made this decision together with the publisher, Znak Emotikon, because – after the publication of my book – the trademark “Shanker Self-Reg” was registered in Europe, and I am not and will not be a licensee. For me, this change of title is a symbolic separation from my child’s “father”, like a change of name after a divorce – although the situation is strange to me, since this “father” participated in the creation of the child, and only cut off from them after birth.

I continue to feel connected to the approach called Self-Reg and I will not cease to look at myself and other people through the lens of stress, energy and tension. I will, though, cease to act as an ambassador of this specific method of five steps and five domains of self-regulation and to promote TMC by my actions. “Self-regulation” is an important term in psychology and I have learned about it not only from TMC’s certification courses, but also from many other sources – as you probably know, I am a crisis coach and am constantly expanding my knowledge about stress and crisis, including that disseminated by Dan Siegel and Stephen Porges.

And now I have a question to you: would you be interested in a book written by me without reference to Self-Reg as such? A book about emotions, dealing with difficult situations? Or several books for different age groups and different kinds of children’s problems? And if so, which specific subjects or difficulties (sibling conflicts? learning difficulties? rejection by peers at school? screen addiction?) should I touch upon? Do you see boxes for parents as valuable or are they unnecessary?

And finally, a surprise: in agreement with the publishing house Znak Emotikon I am writing two stories about Kuba and Lenka at the time of the coronavirus. The stories will take the form of a free e-book – this is our joint gift for parents and children stressed by prolonged “sitting at home”, remote work and remote learning. If you do not want to miss their release, subscribe to my newsletter in the window on this page. By the way, you will receive as a gift the introduction and the second chapter of the book “Self-Regulation”, telling about the conflict between siblings.

Moje (nie)dobre dziecko, które bije, gryzie i szczypie

Moje (nie)dobre dziecko, które bije, gryzie i szczypie

Opowiem dziś Wam historię, która przydarzyła nam się minionego lata, a wnioski z niej znów stały się aktualne w związku z zamknięciem w połowie marca szkół i przedszkoli. Wraz z Mężem i naszymi trzema synami spędzałam urlop nad Bałtykiem. Najmłodszy, Malutki, miał wtedy nieco ponad dwa i pół roku. To o nim jest ta historia.

Malutki jest dzieckiem, które bardzo łatwo ulega przebodźcowaniu. Nierzadko nawet bodźce o nieznacznej sile – na przykład to, że któryś z jego braci podskoczy i coś krzyknie (co zdarza się dziesiątki razy dziennie) – wytrącają go ze stanu spokoju i uważności w kierunku nadmiernego pobudzenia. To nadmierne pobudzenie przejawia się u niego w przykry dla otoczenia sposób: Malutki piszczy, krzyczy, bije, gryzie, szczypie. Uprzedzam ewentualne sugestie czytelników: tak, był diagnozowany pod kątem integracji sensorycznej i diagnoza nie wykazała szczególnych nieprawidłowości, po prostu jest raczej wrażliwy, a te zachowania… zaobserwował jako maluch u starszych braci, którzy lubią wszelkiego rodzaju siłowanki i głośne zabawy. Cóż…

Jako Facylitatorka Self-Reg staram się zakładać, że – jak mawia Stuart Shanker, twórca Self-Reg – “Nie ma czegoś takiego, jak złe dziecko” (“There is no such thing as a bad kid”). Kiedy tylko mam wystarczające zasoby energii i wystarczająco niskie napięcie, działam zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą: staram się zarażać Malutkiego spokojem, odciąć go od nadmiaru bodźców, kucam przy nim, mówię ściszonym, łagodnym głosem, proponuję przytulenie, masuję plecki albo rączki. To działa! Malutki wycisza się i przestaje zachowywać agresywnie. Ale kiedy mam za mało energii lub zbyt wysokie napięcie, postępuję zgoła inaczej – a wtedy… No właśnie: przeczytajcie, co się wtedy dzieje.

Ubiegłoroczny pobyt nad morzem układał się zupełnie nie po naszej myśli. To był już nasz piąty pobyt w tej konkretnej miejscowości i każdorazowo mieliśmy tam wielkie szczęście do pogody, jednak tym razem akurat w dniu naszego przyjazdu zaczęło lać jak z cebra, a żadne z nas nie jest fanem moknięcia w deszczu. Nasz hotel jest rajem dla dzieci: ma salę zabaw oraz, co ważniejsze, kryty basen, w którym mogłabym pluskać się z dziećmi całymi dniami (Mąż nie lubi basenów). Pech chciał, że wieczorem w dniu przyjazdu rozłożyła mnie infekcja. Przez dwie doby leżałam w łóżku przykryta po nos, wstrząsana dreszczami, obolała i ledwo przytomna; potem zbadał mnie lekarz, stwierdził bakteryjne zapalenie gardła i zaordynował antybiotyk. Mąż też czuł się kiepsko, był bardzo osłabiony, kręciło mu się w głowie, bolało go gardło, nie był więc w stanie zabrać dzieci na basen i nie chciał też ryzykować zarażania innych dzieci w sali zabaw.

Na kilka dni utknęliśmy więc w apartamencie z naszą trójką, którą rozsadzała energia. Po przeczytaniu im wszystkich książek i wypróbowaniu kilku zabaw, wobec braku zabawek, Mąż posadził dzieci przed telewizorem. Na długo. O wiele za długo. “Patrol nasz radę da, już jadą nam z pomocą…” – dobiegało raz po raz do moich uszu. Wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie dla Malutkiego, ale ledwo miałam siłę chodzić do toalety, a Mąż też głównie przysypiał i ograniczał się do podawania dzieciom jedzenia, więc po prostu korzystałam z chwil (godzin…) względnego spokoju.

Drugiego dnia tych maratonów bajek Malutki zaczął pokazywać swoje najgorsze oblicze. Raz po raz, “bez powodu”, dziesiątki razy dziennie bił braci, szczypał ich, piszczał im wprost do ucha, na co oni reagowali okrzykami bólu i na zmianę skargami do nas oraz biciem i szczypaniem Malutkiego. Ja leżałam i umierałam, Mąż się wściekał i rozdzielał dzieci… Było naprawdę okropnie. Parę razy słyszałam, jak Mąż mówi do Malutkiego: “Jesteś niedobry”. Trudno mi było mieć mu to za złe w tej stresującej sytuacji… a jednocześnie wiedziałam, że Malutki po usłyszeniu takiego komunikatu nakręca się jeszcze bardziej. To było błędne koło, bardzo trudne do przerwania.

Wreszcie mój antybiotyk przyniósł spodziewane efekty i – upewniwszy się w rozmowie z lekarzem, że już nie zarażam – zabrałam Malutkiego do pokoju zabaw. Cóż za radość! Byliśmy tam sami, więc nie próbowałam obniżać pobudzenia malucha, który wpadł w radosny amok i z dzikimi okrzykami zjeżdżał raz po raz ze zjeżdżalni do basenu z kulkami. Pokój był bezpieczny, więc usiadłam na kanapie nieopodal i zainteresowałam się książką leżącą w biblioteczce. Tak mnie wciągnęła, że przegapiłam ciche wejście do pokoju zabaw rodziny złożonej z mamy, taty i kilkunastomiesięcznej córeczki. W pewnym momencie podniosłam wzrok, żeby sprawdzić, co u Malutkiego i… znieruchomiałam.

Malutki siedział u szczytu zjeżdżalni, a obok niego stała ta malutka dziewczynka. Malutki uśmiechnął się do niej szeroko i… popchnął ją tak, że spadła w tył, na podest znajdujący się kilkadziesiąt centymetrów niżej. Podest był tak naprawdę miękką poduchą, moi synowie w tym wieku spadali (lub byli zrzucani przez braci) wielokrotnie także z większych wysokości i na twardsze powierzchnie, a następnie otrzepywali się i bawili dalej, ale widać było, że dla tej dziewczynki to było absolutnie przerażające doświadczenie. Wybuchła rozpaczliwym płaczem, a jej rodzice – którzy stali obok i byli tym niespodziewanym aktem agresji równie porażeni, jak ona sama – porwali ją w ramiona, przytulali, koili.

Ukłuło mnie poczucie winy i wstyd, a jednocześnie poczułam złość na moje dziecko, które ZNOWU zrobiło komuś krzywdę. (Poczucie winy, bo powinnam była nie spuszczać z oka tego małego agresora, a wstyd, bo  wyobraziłam sobie, co ja na miejscu tych ludzi – spokojnych rodziców jedynego malutkiego dziecka – pomyślałabym sobie o Malutkim i o mnie. Kiedy byłam na ich etapie, uważałam, że jeśli małe dziecko kogoś bije, to musi pochodzić z głęboko patologicznej rodziny.) Podeszłam szybko do zjeżdżalni i przeprosiłam zarówno dziewczynkę, jak i jej rodziców. Następnie zdjęłam protestującego, wierzgającego nogami i szczypiącego mnie w ręce Malutkiego ze zjeżdżalni. Byłam już wkurzona, bo szczypał naprawdę boleśnie i w dodatku zrzucił mi okulary, co mnie doprowadza do wrzenia.

Zaniosłam malucha na kanapę, posadziłam go na niej niezbyt delikatnie, po czym pochyliłam się i wysyczałam cicho:
– Widzisz, co narobiłeś! Zrzuciłeś dziewczynkę ze zjeżdżalni! Ona teraz przez ciebie płacze. Jesteś niedobry! Jesteś naprawdę niedobrym dzieckiem!
– Ja dob dob! [Jestem dobry!] – odpowiedział Malutki, który nie mówił wtedy jeszcze zbyt wiele. Ton był hardy, ale minę miał nietęgą i w jego oczach pojawił się cień strachu.

Ten strach mnie zatrzymał i nieco ostudził moją złość. Zawstydziłam się, ale tylko trochę, bo moja złość opada bardzo wolno. Nieco spokojniej porozmawiałam z Malutkim i zabrałam go do pokoju. Dopiero tam, po jakimś czasie, rozpoczęłam właściwą rozmowę:
– Malutki, pamiętasz, że w pokoju zabaw powiedziałam, że jesteś niedobry?
– Tat [Tak] – kiwnął głową Malutki i wyraźnie posmutniał.
– Przepraszam cię za to. Byłam zdenerwowana i powiedziałam coś niemądrego, co nie jest prawdą. Jesteś dobry. Jesteś dobrym chłopczykiem.
– Ja dob dob? [Jestem dobry?] – upewnił się Malutki.
–Tak. Jesteś dobry – odparłam. – Powiedziałam wtedy nieprawdę, bo byłam zdenerwowana. Teraz jestem spokojna i mówię ci prawdę: jesteś dobry.
– Ja bam i dob dob? [A kiedy biję, też jestem dobry?] – spytał z nadzieją, ale i widoczną obawą Malutki.
– Tak. Jesteś dobry zawsze. Nawet, kiedy bijesz i gryziesz i robisz inne niefajne rzeczy – odpowiedziałam z mocą.
– Ja dob dob! Ja dob dob! Huja! [Jestem dobry! Jestem dobry! Hurra!] – Malutki wykrzykując to, zaczął podskakiwać jak piłeczka, a następnie rzucił mi się w ramiona i obsypał pocałunkami. – Mama, och! [Kocham cię, mamo!]

Popłakałam się ze wzruszenia. Na Mężu, który był świadkiem tej rozmowy, też zrobiła ona ogromne wrażenie. Przestaliśmy mówić Malutkiemu, że jest niedobry i przeprowadziliśmy rozmowę z Dużym i Małym o tym, żeby też tego mu nie mówili. Ta jedna zmiana w naszej komunikacji sprawiła, że Malutki z dnia na dzień zaczął się zachowywać trochę lepiej. Słyszeliście o efekcie Pigmaliona? Jeśli nie, to przeczytajcie o nim na przykład tu. To właśnie on tu zadziałał: Malutki zachowywał się w taki sposób, aby podtrzymać naszą ocenę jego osoby, po prostu spełniał nasze oczekiwania. Ten efekt ma potężny wpływ na zachowanie nie tylko naszych dzieci, ale i nas samych. Dlatego to bardzo, bardzo ważne, aby nawet bijące, szczypiące, gryzące, “leniwe”, “histeryzujące”, “nieempatyczne”, “złośliwe”, “nieszczere” (zauważyliście cudzysłowy?) dziecko traktować jak nasz mały cud. Tak, nawet dziewięciolatka albo nastolatka, którzy odburkują nam niezbyt przyjemnie i zachowują się chwilami naprawdę okropnie. Nawet ich. Zwłaszcza ich.

Jak to zrobić? Jak zmienić perspektywę i przestać się nakręcać? To czasem bardzo trudne. Miałam okazję się o tym przekonać w ubiegłym tygodniu, kiedy – po kilkunastu dniach kwarantanny w domu z dziećmi, przekonana, że mój kaszel i duszności są efektem zarażenia koronawirusem – znalazłam się w kryzysie emocjonalnym (o którym też wkrótce napiszę). Malutki zareagował na moje rozstrojenie i brak autentycznej wspierającej obecności identycznie, jak brak kontaktu ze mną i nadmiar bajek nad morzem, a ja przez jeden okropny dzień zaczęłam w nim widzieć przyszłego bandytę i sadystę, który z uśmiechem na twarzy będzie krzywdził ludzi. Na szczęście udało mi się uruchomić całą swoją wiedzę, wszystkie swoje umiejętności i zasoby coacha, coacha kryzysowego i Facylitatorki Self-Reg; niebagatelną rolę odegrało tu sięgnięcie po emocjonalne wsparcie do kogoś, kto zna się na dzieciach i Self-Reg, a do tego ma w sobie ocean spokoju i potrafi fantastycznie słuchać i wspierać (Jagoda, dziękuję!). To wszystko sprawiło, że zmieniłam optykę i znów potrafię – na miarę własnych, chwilami wątłych, zasobów – postępować w zgodzie z samą sobą nie tylko z Malutkim, ale też z rozstrojonym kwarantanną niemal dziewięcioletnim Dużym oraz sześcioletnim Małym, którego rozpiera niespożyta energia. (A jak postępować? O tym jest cały mój blog, a wiedzę tę zawarłam w pigułce w szkoleniu online “Jęki, krzyki, agresja: jak pomóc dziecku i sobie”.)

Teraz jestem pełna dobrej energii po moim wtorkowym webinarze “Spokój rodzi spokój. 12 sposobów na opanowanie złości”, który został udostępniony na Facebooku ponad 150 razy i dotarł do 15 tysięcy osób. Otrzymałam na jego temat tak pozytywny feedback, że czuję, jak rosną mi skrzydła i mimo trudnych warunków i obaw o przyszłość jestem teraz w miarę spokojna i mogę dzielić się tym spokojem z innymi. Otworzyła mi się ponownie przestrzeń na indywidualny coaching kryzysowy, a ponadto 13 kwietnia uruchomię Facebookową grupę wsparcia, w której będę się dzielić sposobami na wprowadzanie spokoju, kiedy dzieci zachowują się jak Malutki albo po prostu ciągle jęczą lub płaczą, codziennie moderować grupę i odpowiadać na pytania uczestników w cotygodniowych live’ach. Udział w grupie można kupić w pakiecie ze wspomnianym wyżej szkoleniem “Jęki, krzyki, agresja” oraz webinarem “Spokój rodzi spokój”.

Sam webinar “Spokój rodzi spokój” można odsłuchać bezpłatnie do środy 8 kwietnia po zapisie pod tym linkiem. Podczas webinaru podałam kod umożliwiający zakup szkolenia online “Jęki, krzyki, agresja” (z grupą wsparcia lub bez niej) z 20-procentowym rabatem. Zapraszam. 🙂

“Głupia babcia”: jak na to reagować?

“Głupia babcia”: jak na to reagować?

To było ponad trzy lata temu, podczas wakacji na wsi. Zbliżała się pora obiadu; zawartość garnków i patelni atakowała nasze nozdrza przyjemnym zapachem. Głodny i nieco już zmęczony Mały – który miał wówczas niecałe trzy lata – nagle zażyczył sobie lizaka. Obecna przy tym moja Teściowa powiedziała, że za chwilę będzie obiad i potem będzie można zjeść lizaka. Usłyszawszy to, Mały zmarszczył brwi i zawołał do babci:
– Cie ziziaka tejaź! Tejaź, juź! Dawaj ziziaka!
Moja Teściowa spokojnie przypomniała zasadę, że najpierw jemy obiad, a dopiero po nim słodycze. Mały rozzłościł się na dobre i krzyknął:
– Głupia babcia! Głupia! Głupia!

Byłam w dobrej formie psychofizycznej – wyspana, niezbyt głodna, zrelaksowana – i w obecności mojej Teściowej czułam się jak zwykle dobrze i bezpiecznie. To pozwoliło mi zareagować modelowo, zgodnie z moją najlepszą wiedzą o podejściu Self-Reg. (Nie myślcie proszę, że zawsze mi się to udaje!) Zniżyłam się do poziomu malucha, przysiadając na piętach, i zwróciłam się do niego łagodnym głosem:
– Ojej, chyba się okropnie zdenerwowałeś?
– Tak! Głupia babcia nie da mi ziziaka! – zawołał oburzony Mały.
– Aha, jesteś zły, bo babcia nie chce ci dać lizaka?
– Tak! Głupia babcia!
– Jesteś naprawdę rozzłoszczony, skoro mówisz “głupia” na babcię!
– Tak!
– Wiesz, maluchu, teraz mamy obiad. Wiem, że bardzo chcesz tego lizaka i dostaniesz go, zaraz po obiedzie.
Mały ułożył usta w podkówkę (on robił taką cudną podkówkę jak na obrazkach!), broda mu zadrżała, oczy wypełniły się łzami. Jego ramiona opadły, a zaciśnięte pieści rozluźniły się. Smutek i żałość zastąpiły złość.
– Kochanie, co mogę dla ciebie teraz zrobić, żeby ci było choć trochę lepiej?
– Psitulić! – zaszlochał Mały i z płaczem rzucił się w moje ramiona. Przytuliłam go i delikatnie kołysałam, podczas gdy on płakał, powoli się uspokajając. (Czytelnicy mojej książki “Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę?” mogą mieć w tym momencie odczucie deja vu… O tym za chwilę.)
– Wiesz, ja rozumiem, że należy akceptować emocje i tak dalej, ale jednak uważam, że nie powinnaś go przytulać, kiedy krzyczy „głupia babcia” – powiedziała do mnie cicho Teściowa.
– Daj nam chwilę, dobrze? – poprosiłam. Umyłam Małemu ręce i twarz, a następnie zaprowadziłam do stołu. Rzucił się na jedzenie, jakby od rana nic nie miał w ustach.

Kiedy zjedliśmy obiad, zagadnęłam Małego:
– Pamiętasz, maluchu, jak się rozzłościłeś przed obiadem?
– Tak! Dostanę tejaź ziziaka? – ożywił się Mały.
– Dostaniesz za chwilę. A pamiętasz, co powiedziałeś do babci?
Mały zastanowił się, ale widać było, że nie pamięta.
– Powiedziałeś “głupia babcia” – podpowiedziałam łagodnie.
– Ojej… – w oczach Małego pojawił się błysk rozpoznania.
– Jak myślisz, jak mogła poczuć się babcia? – nadal mówiłam bardzo łagodnym tonem.
– Niefajnie… – stropił się Mały i zapadł się nieco w sobie.
– A co możesz teraz zrobić? – spytałam. Mały zastanowił się, po chwili jego buzia się rozjaśniła. Zeskoczył z krzesła, podbiegł do babci, objął jej nogi i patrząc jej w oczy, powiedział żarliwie:
– Babciu, ja cię bardzo pseplasam! Wcale nie jesteś głupia!

Ta sytuacja nieco przypomina baśń („… i żyli długo i szczęśliwie”), a jednak wydarzyła się naprawdę, podobnie jak wiele, wiele innych tego typu sytuacji z udziałem moich dzieci. Zależnie od mojej formy psychofizycznej – od mojego obciążenia rozmaitymi stresorami z pięciu obszarów – zakończenie było bardziej lub mniej szczęśliwe. Czasem, jak w opisanej tu sytuacji, byłam w stanie zareagować na “złe zachowanie” dziecka ze spokojem, empatycznie towarzyszyć mu w emocjach, następnie zredukować jego stres (czyli na przykład nakarmić) i dopiero, kiedy maluch autentycznie się uspokoił i zaspokoił swoje ważne potrzeby, podejmowałam rozmowę. Ten scenariusz zawsze, prędzej czy później, kończył się szczęśliwie. Kiedy natomiast ostro przywoływałam dziecko do porządku, wymierzałam mu karę albo udowadniałam, że jego zachowanie jest “bez sensu”, skutkiem było nie tylko chwilowe zerwanie naszej relacji, ale też pogorszenie zachowania dziecka. W zasadzie powinnam użyć czasu teraźniejszego, bo takie sceny rozgrywają się w naszym domu po wielokroć każdego dnia, a ja już coraz częściej potrafię zachować się tak, jak chcę, ponieważ dzięki konkretnej wiedzy i wielokrotnemu ćwiczeniu mój mózg utorował sobie taki wzorzec postępowania. Moje dzieci – nawet ośmioletni obecnie, wysoko wrażliwy Duży, który niegdyś “zawsze miał jakiś problem” – też są coraz lepiej wyregulowane.

Oczywiście nie zawsze rozwiązanie konfliktu było tak łatwe i szybkie, jak w opisanej tu scenie. Akurat w przypadku Małego, dziecka o tzw. łatwym temperamencie, zazwyczaj właśnie takie jest. Czy znacie Lenkę, bohaterkę mojej książki „Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę”? Ona i Mały mają wiele wspólnego: Lenkę też wystarczy przytulić, aby jej burza emocji szybko się wyciszyła. Z innymi dziećmi nie zawsze jest tak łatwo: na przykład Duży miewa tendencję do wpadania w czarne nastroje pod wpływem trudnych emocji, a prawie trzyletni Malutki nie lubi rozmawiać po fakcie o tym, co się wydarzyło. Dzieci mogą wpadać w szał (jak Duży niegdyś), mogą źle reagować nawet na spokojne próby dotarcia do nich, mogą “nakręcać się” bardzo łatwo ponad miarę, mogą nie wiedzieć, czego chcą (na przykład: “idź sobie! Nie zostawiaj mnie!”). Choć bywa to trudne, jednak z każdym dzieckiem da się wypracować indywidualny przepis na porozumienie. Warto próbować; w końcu stawką jest nie tylko nasza relacja z nim, ale też to, jak ukształtuje się ostatecznie jego mózg, który jest “w budowie” przez pierwsze 25 lat jego życia.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat, zapraszam do lektury mojego bloga i kilku książek: “Self-Reg” Stuarta Shankera, “Zintegrowany mózg, zintegrowane dziecko” oraz “Grzeczne dziecko” (wiem, polski tytuł zniechęca) Daniela Siegela i Tiny Bryson czy “Mózg dziecka. Przewodnik dla rodziców” Alvaro Bilbao. Możesz też pójść na skróty, inwestując 40 zł w webinar “Jęki, krzyki, agresja: jak pomóc dziecku i sobie?”, który poprowadzę już w najbliższy poniedziałek o godzinie 21 (nie trzeba być na żywo, nagranie będzie dostępne przez rok). Będzie on poświęcony temu, co się dzieje w mózgu dziecka, kiedy ono źle się zachowuje i jak na to reagować tak, aby szczęśliwe zakończenie było bardziej prawdopodobne. Bilety (dostępne tutaj) kupiło już ponad 300 osób; zapraszam i Ciebie, jeśli prezentowane tu podejście jest Ci nieznane lub Twoja wiedza jest wyrywkowa – a przede wszystkim, jeśli marzysz o tym, aby Twoja relacja z dzieckiem była mniej obciążona stresem.

Photo by Sharon McCutcheon on Unsplash

Self-regowo o nieidealnym przedszkolu

Self-regowo o nieidealnym przedszkolu

 

Byłam dziś naczyniem przepełnionym emocjami, ponieważ dwaj z moich synów – niemal sześcioletni Mały i niespełna trzyletni Malutki – rozpoczęli właśnie edukację szkolną i przedszkolną. O adaptację Małego w zerówce jestem spokojna, bo ma on doświadczenie przedszkolne i oboje znamy „od środka” jego szkołę. Natomiast wybór przedszkola dla Malutkiego swego czasu spędzał mi sen z powiek i nadal, po pierwszym dniu adaptacji z rodzicami, nie jestem całkiem spokojna. Tak było za każdym razem, kiedy szukałam przedszkola dla mojego dziecka, a obecne przedszkole jest piątym, z którym mam do czynienia jako matka.

Dla mnie, matki-perfekcjonistki, która chciałaby zapewnić swoim dzieciom jak najlepszą opiekę, temat przedszkola to kawałek macierzyństwa generujący sporo napięcia i niepokoju. Chcę podzielić się dziś z Wami moimi przemyśleniami na ten temat. Jeśli Twoje dziecko właśnie adaptuje się w przedszkolu i niepokoi Cię to, że nie wszystko (albo wręcz niewiele) jest tam zgodne z Twoimi oczekiwaniami, być może zainspirują Cię te moje przemyślenia z Self-Reg w tle.

1. Każde dziecko jest inne. Ty jesteś ekspertem w sprawie swojego

To truizm, ale warto go przypominać: dzieci rozwijają się w swoim tempie, mają różne temperamenty i różne potrzeby w zakresie optymalnej dla ich rozwoju liczby i rodzaju bodźców. Niektóre (jak mój świeżo upieczony zerówkowicz) już w wieku 2,5 roku nie mogą się doczekać, kiedy wreszcie pójdą do „pećkola”, jak ich starsze rodzeństwo. Inne (jak Duży, mój ośmioletni obecnie pierworodny) dojrzewają do tego później i lubią przedszkole, o ile nie ma tam zbyt wiele dzieci. Niektóre (jak Mały) uwielbiają towarzystwo innych dzieci i natychmiast wchodzą z nimi w relację, inne (jak niegdyś Duży) potrzebują wiele tygodni, aby w ogóle zacząć bawić się z kimkolwiek poza dorosłym opiekunem, a jeszcze inne (jak Malutki) wprawdzie uwielbiają dzieci, ale zdarza im się inicjować zabawę poprzez uderzenie, popchnięcie lub uszczypnięcie. Niektóre dzieci (jak Mały i Malutki) źle się czują zamknięte w czterech ścianach, za to kochają zabawy w błocie i piachu, inne (jak niegdyś Duży) unikają piachu i błota jak ognia i najlepiej się czują w pomieszczeniach.

Te różnice sprawiają, że między małymi dziećmi w tym samym wieku występują ogromne różnice w zakresie gotowości do przedszkola czy innej formy opieki zbiorowej. W Polsce utarło się, że dzieci rozpoczynają edukację przedszkolną we wrześniu roku kalendarzowego, w którym kończą trzy lata. Jednak tak nie musi być. Dziecko może pójść do przedszkola (lub żłobka) wcześniej albo później, może uczęszczać do „alternatywnej” placówki (np. przedszkola leśnego, Montessori, waldorfskiego itd.) lub też wcale nie korzystać z opieki zbiorowej (przedszkole w Polsce to opcja, przynajmniej do szóstego roku życia dziecka!).

Stuart Shanker, twórca Self-Reg, mawia, że każda społeczność ma unikalną ekspertyzę w dziedzinie własnej samoregulacji – a rodzina to najmniejsza społeczność. Jeśli masz możliwość podjęcia suwerennej decyzji w sprawie tego, czy i kiedy Twoje dziecko pójdzie do placówki, a także do jakiej i na ile czasu, to zrób to – Ty jesteś w tej kwestii ekspertem. Jeśli Twoja decyzja różni się od decyzji większości i podejmujesz ją świadomie, nie pozwól osobom postronnym, niemającym aktualnej wiedzy o rozwoju dzieci ani o Twoim konkretnym dziecku, a także o potrzebach i możliwościach Twojej rodziny (por. punkt 2) wpędzić się w wyrzuty sumienia. Tak, wiem, to trudne, sama tego nierzadko doświadczam, ale też wiem, że wyrzuty sumienia nikogo nie wspierają, a jedynie dodają napięcia i odbierają spokój.

2. Liczą się potrzeby wszystkich członków rodziny

Sądzę, że niewiele osób ma możliwość podjąć w sprawie przedszkola decyzję optymalną dla rozwoju dziecka. Wielu rodziców z różnych przyczyn (głównie finansowych i geograficznych) nie ma wyboru: dziecko może albo pójść do jedynego przedszkola w okolicy, albo zostać w domu z rodzicem – zwykle mamą – na kolejny rok (co czasem naraża owego rodzica na depresję i pogorszenie perspektyw rozwoju zawodowego, a rodzinę na zaciskanie pasa), ewentualnie przez kolejny rok zostać w domu z nianią (co nieprawdopodobnie drenuje rodzinny portfel – wiem coś o tym). Czasem rodzina stoi przed innym trudnym wyborem: może albo sfinansować optymalną, płatną edukację dla starszego, wrażliwego dziecka, albo wybrać „idealne” niepubliczne przedszkole dla mniej wrażliwego młodszego (to nasz przypadek obecnie: Duży rozkwitł w szkole społecznej, natomiast nie stać nas już na posłanie Malutkiego do wymarzonego „bliskościowego” przedszkola). Czasem finanse nie stanowią problemu, ale poranna logistyka uniemożliwia posłanie dzieci do upragnionej placówki (to dlatego żadne z moich starszych dzieci nigdy nie uczęszczało do typowo „bliskościowego” przedszkola). Czasem optymalnie byłoby odczekać kilka tygodni albo miesięcy na większą przedszkolną gotowość dziecka, ale ma ono zapewnione miejsce w przedszkolu publicznym pod warunkiem korzystania z niego od 1 września; jeśli to miejsce przepadnie, szanse na kolejne w przedszkolu publicznym w okolicy są bliskie zeru (mam pewne obawy, że tak może być z Malutkim teraz).

Świat nie jest idealny, nie mamy nieograniczonych środków, nie jesteśmy doskonale mobilni, mamy swoje ograniczenia. To bywa trudne i powoduje żal, wręcz żałobę. Dla mnie każda decyzja o wyborze czy zmianie przedszkola dla mojego dziecka była swego rodzaju kompromisem. Za każdym razem potrzebowałam opłakać tę niekoniecznie istniejącą (por. punkt 3) idealną placówkę, której powierzyłabym swoje dziecko bez cienia wątpliwości. Warto przeżyć tę żałobę, ale pogrążanie się w niej nikomu nie służy, raczej powoduje rosnące napięcie u rodziców i w efekcie u małego przedszkolaka (por punkt 5).

3. Przedszkole idealne nie istnieje i… nie jest potrzebne.

Każdy rodzic ma swoje wyobrażenia dotyczące tego, jak powinno wyglądać idealne przedszkole. Zależą one nie tylko od jego wiedzy i poglądów na wychowanie dziecka, ale też – czasem na poziomie nieświadomym – od osobistych doświadczeń z dzieciństwa. Niektórzy uważają przedszkole za zło, ponieważ mają traumatyczne wspomnienia sprzed 30 czy 40 lat i dlatego wybierają edukację domową lub demokratyczną (oczywiście nie twierdzę, że taka jest motywacja ogółu rodziców decydujących się na tę drogę edukacyjną!). Inni mają żal do swoich rodziców za to, że być może zaprzepaścili ich rozwojowe szanse, dlatego szukają placówki, która stawia na intensywny akademicki rozwój, zwłaszcza „zanurzenie” w języku obcym i wczesną naukę czytania i pisania. Rodzice dzieci z trudnościami sensomotorycznymi często wybierają przedszkola oferujące zajęcia lub terapię integracji sensorycznej; rodzice „duszący się” w dużym mieście stawiają na przedszkola leśne czy inne „zielone”; rodzice dzieci bardzo aktywnych i ruchliwych poszukują dużej oferty zajęć sportowych i na świeżym powietrzu. Rosnący odsetek rodziców oddaje wiele (także wiele materialnego i fizycznego komfortu) za możliwość posłania dziecka do placówki „bliskościowej”, której kadra jest przeszkolona w porozumieniu bez przemocy (NVC) czy Self-Reg. Żałoba po idealnym przedszkolu, o której pisałam w poprzednim punkcie, często dotyczy niemożności wyboru takiej właśnie pożądanej placówki.

Staram się pamiętać, że moje dziecko to nie ja, a więc to, co uważam za idealne przedszkole dla niego, wcale nie musi nim być. Znam dwie szokujące mnie relacje z tak zwanych bliskościowych przedszkoli, sama bardzo zawiodłam się na niepublicznym przedszkolu „dla wymagających”, a inne, wybrane przeze mnie ze względu na wiedzę nauczycieli o zaburzeniach sensomotorycznych, prawdopodobnie wzmocniło i tak już silną neofobię żywieniową (czyli niechęć do jedzenia nowych pokarmów) Dużego. Znaczna liczba zorganizowanych zajęć nie służy każdemu dziecku, a wręcz zaryzykuję tezę, że wiele maluchów po prostu rozregulowuje. Niektóre dzieci mogą nie odnaleźć się w przedszkolach „alternatywnych”; na przykład Duży swego czasu byłby potężnie zestresowany, przebywając przez kilka godzin dziennie w przedszkolu leśnym, narażony na stały kontakt z roślinami, ziemią, wiatrem i owadami (ja zresztą też). Ideały nie istnieją – znów truizm, ale chyba warto go powtarzać, skoro wielu rodziców spędza bezsenne noce, martwiąc się, że nie dali swojemu dziecku tego, co najlepsze! Może „wystarczająco dobre” przedszkole jest… wystarczająco dobre?

4. Relacja i poczucie bezpieczeństwa to podstawa.

Tym, co liczy się najbardziej dla małego dziecka jest jego poczucie bezpieczeństwa i dobra, oparta na więzi relacja z dorosłym opiekunem. To warunki konieczne tego, aby dziecko rozwijało się w optymalny dla siebie sposób i często bywało spokojne i uważne. Bez poczucia bezpieczeństwa i zaopiekowania dziecko „przełącza się” w tryb przetrwania (walki, ucieczki albo zamrożenia), w którym ma ograniczony dostęp do swoich zasobów. Szczególnie niekorzystne jest zamrożenie – stan bardzo wysokiego napięcia, w którym dziecko zachowuje się tak, żeby nikt nie zauważył, że istnieje, jak małe zwierzątko sparaliżowane ze strachu wobec drapieżnika, przed którym nie ma szans uciec ani się obronić. Taki stan kosztuje dziecko mnóstwo energii, a więc nie pozostawia jej zbyt wiele na naukę i ćwiczenie „energochłonnych” umiejętności i postaw: samokontroli, empatii, planowanie swoich działań, odraczanie gratyfikacji. To dlatego dziecko w trybie przetrwania zachowuje się gwałtownie i impulsywnie, a czasem agresywnie. Nie jest też skłonne do współpracy, a czasem też w sposób widoczny jakby zapominało nabytych niedawno umiejętności (np. samodzielnego ubierania się czy jedzenia, kontrolowania pęcherza itd.).

Zanim zaczniesz z przerażeniem zastanawiać się, czy dotyczy to też Twojego małego przedszkolaka, postaram się trochę Cię uspokoić. Łzy i smutek dziecka przy rozstaniu z rodzicem ani trudne zachowania po powrocie z przedszkola nie muszą oznaczać, że dziecko jest tam w trybie przetrwania i czuje się zagrożone. To naturalne, że rozstanie z najukochańszą osobą jest smutne, nawet jeśli w przedszkolu też jest fajnie. I to naturalne, że dziecko przy tej najukochańszej osobie jest w największym stopniu sobą, z całym repertuarem trudnych zachowań – zwłaszcza wtedy, gdy przez cały dzień musiało funkcjonować w grupie, a więc rezygnować po części ze spełniania swoich potrzeb w taki sposób, w jaki byłoby to możliwe z rodzicem, babcią czy nianią. Czas po przedszkolu to czas odreagowania, regeneracji, bycia przy sobie – podobnie, jak dla dorosłych czas po pracy. W domu każdy: zarówno przedszkolak czy uczeń, jak i rodzic chcą móc być sobą i robić różne rzeczy po swojemu, a ponieważ maluchy mają jeszcze mało rozwiniętą korę nową, czasem domagają się tego w niezbyt, hmmm, cywilizowany sposób. Jeśli nasilenie trudnych emocji czy zachowań nie wywołuje Twojego niepokoju, to dziecko prawdopodobnie czuje się w placówce bezpiecznie. Chcę mocno podkreślić, że nawet nauczycielka niemająca pojęcia o NVC, operująca zdaniami typu „nie płacz” albo „trzeba się dzielić”, może skraść serce Twojego dziecka i być dla niego bezpieczną przystanią w przedszkolu. Osobiście się o tym przekonałam, towarzysząc moim starszakom na etapie przedszkolnym.

A co, jeśli zrealizuje się czarny scenariusz: dziecku będzie w przedszkolu źle i z czasem sytuacja się nie poprawi? To niewątpliwie trudna sytuacja. Czasem wystarczy odczekać trochę czasu z ponowną próbą adaptacji w tej samej placówce, jeśli rodzina ma taką możliwość. Czasem chodzi o zbyt długi czas przebywania dziecka w przedszkolu i wystarczy – znów na miarę możliwości – odbierać malucha przed drzemką. Czasem można zmienić przedszkole. A jeśli nic z tego nie jest w danych warunkach wykonalne, to warto pamiętać te (niezbyt dokładnie przytoczone) słowa Stuarta Shankera: wystarczy jeden regulujący dorosły w życiu dziecka, aby osiągnęło ono inną trajektorię. Historia zna mnóstwo przypadków, kiedy dziecko z przemocowego domu osiągało szczęście i realizowało swój potencjał dzięki jednemu wspierającemu dorosłemu, na przykład nauczycielowi czy trenerowi. Tym bardziej działa to „w drugą stronę”: mimo fatalnego przedszkola dziecko może być szczęśliwe dzięki regulującemu i wyregulowanemu rodzicowi (por. punkt 5). Bądź tym rodzicem!

5. Spokój rodzica rodzi spokój dziecka

Nigdy nie przestanę podkreślać, jak ważny dla poczucia bezpieczeństwa i spokoju dziecka jest spokój rodzica. Pamiętasz, czym jest rezonans limbiczny? Przypomnę, że to zjawisko charakterystyczne dla ssaków stadnych i człowieka, polegające na „zarażaniu się” pobudzeniem i emocjami. Odbywa się to na podstawie komunikacji niewerbalnej: wyrazu twarzy, tonu głosu, napięcia mięśni, ale też prawdopodobnie w bardziej subtelny sposób, poprzez nieuświadomione wyczuwanie substancji chemicznych wydzielanych przez organizm drugiej istoty. Małe dzieci mają korę nową mózgu „w budowie”, natomiast świetnie wyczuwają emocje i zarażają się nimi, zwłaszcza od opiekunów. Zapewne pamiętasz sytuację, kiedy Twoje dziecko „bez powodu” jęczało od samego rana i potem uświadomiłaś sobie, że to Ty wstałaś lewą nogą i jesteś spięta i nieprzyjemnie pobudzona. Dziecko odzwierciedla Twoje nastroje, nawet jeśli bardzo się starasz, żeby je ukryć.

Rezonans limbiczny ma kolosalne znaczenie dla adaptacji przedszkolnej. Kiedy zestresowana i pełna obaw mama odprowadza malucha do przedszkola i żegna się z nim, czując łzy pod powiekami, nie sprzyja to poczuciu bezpieczeństwa dziecka w placówce. Warto więc wyregulować swoje trudne emocje, w razie potrzeby zwracając się po wsparcie do innych dorosłych. Ja ostatnio byłam pełna niepokoju i rozterek i nie znajdowałam zbyt dużo zrozumienia wśród dorosłych w moim otoczeniu. Pod wpływem stresu zaczęłam wierzyć, że wydziwiam, wymyślam problemy, nie chcę wypuścić Malutkiego spod swoich skrzydeł, nie wspieram jego samodzielności (bo zależy mi na powolnej, dostosowanej do dziecka adaptacji i bezpiecznym, wspierającym przedszkolu).

Niespodziewanie znalazłam ukojenie w kursie online „Adaptacja do przedszkola” Katarzyny Kalinowskiej i Gosi Stańczyk. Słuchanie przez siedem dni krótkich nagrań dotyczących różnych aspektów adaptacji oraz – co ważne – uzyskanie od prowadzących inspirującej i obszernej odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie wlało we mnie nadzieję i spokój. Przypomniałam sobie, co jest dla mnie ważne w rodzicielstwie, co chcę dać swoim dzieciom, co jest moją drogą. Gosiu i Kasiu, dziękuję!

To właśnie pod wpływem kursu postanowiłam nie ustalać jeszcze daty mojego webinaru „Jęki, krzyki, agresja – jak pomóc dziecku i sobie”. Przygotowuję go przy wsparciu merytorycznym Jagody Sikory, psycholożki dziecięcej i jednej z trzech w Polsce Facylitatorek Self-Reg. Jagoda to profesjonalistka, która oprócz wspierania dzieci w szpitalu, kształcenia przyszłych psychologów na uczelni oraz szkolenia “w realu” rodziców i specjalistów chce się dzielić swoją wiedzą i doświadczeniem także online. Webinar odbędzie się w październiku, ale nie potrafię określić dokładnie, kiedy. Czuję dyskomfort na myśl o tym, że dokładna data nie jest określona (stresor prospołeczny!), ale silniejszy dyskomfort czułabym, będąc zmuszona do zmiany zaplanowanej daty w sytuacji, gdyby adaptacja Malutkiego szła jak po grudzie i moje zasoby były na wyczerpaniu (stresory z obszaru: biologicznego, emocji, poznawczego i prospołecznego). Datę webinaru ustalę około połowy września. Możesz zapisać się na listę zainteresowanych, żeby w swoim czasie otrzymać te informacje i ewentualnie zapewnić sobie bilet w niższej cenie. Zaznaczam, że to webinar dla osób, które niewiele wiedzą o Self-Reg. Jeśli znasz kogoś takiego, proszę, podziel się z nim tą informacją. Dla bardziej zaawansowanych Jagoda i ja przygotujemy miniszkolenie o samoregulacji wrażliwego dziecka złożone z trzech webinarów, prawdopodobnie w listopadzie.

Przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl, którą chcę się z Tobą podzielić: spokój buduje się przez zaufanie – do dziecka, do siebie i do nauczycielek. Kiedy kilka dni temu kupowałam w drogerii chusteczki do nosa – element wyprawki Malutkiego – przyłapałam się na myśli: „A może by kupić na razie jedno pudełko zamiast sześciu na cały semestr?” (przedszkole prosi o sześć pudełek) „Może Malutki się tam nie odnajdzie i kupię te chusteczki na darmo?” Jest mi nieco wstyd, kiedy o tym piszę. Zawstydziłam się i wtedy, po czym zrozumiałam, że ta myśl wypływa z mojego niepokoju, a ten – z niewystarczającego zaufania do przedszkola. Spytałam siebie, czy chcę się tak czuć podczas adaptacji i zarażać tym Malutkiego. Odpowiedź to mocne „nie”. Kupiłam więc sześć pięknych, kolorowych paczek chusteczek i zaniosłam je dziś do przedszkola, symbolicznie dając kredyt zaufania nauczycielkom. Myślę, że znajdą klucz do serduszka Malutkiego