Self-Reg – cykl wpisów tematycznych

Lista wpisów blogowych wyjaśniających metodę Self-Reg.

  1. Świąteczny stres w pięciu obszarach
  2. Kilka słów o metodzie
  3. Pięć kroków do… zwycięstwa nad czekoladą
  4. Jak kształtujemy mózgi naszych dzieci
  5. Każde dziecko jest cudem
  6. Jestem spokojny i jestem tylko z tobą
  7. „Mamo, ja zawsze mam jakiś problem”, czyli o negatywnym zniekształceniu poznawczym
  8. Spokój rodzi spokój
  9. Jak zmienić bieg rzeki
  10. Proces, nie program
  11. To naprawdę działa!
  12. Ktoś dusił moje dziecko, czyli jak zareagowałam na ekstremalny stres
  13. Czy warto panować nad emocjami?
  14. Skup się na TEJ sytuacji
  15. Kiedy biję swoje dziecko
  16. Jak wyszłam z czarnej dupy
Matka wyczerpana, lecz wyregulowana

Matka wyczerpana, lecz wyregulowana

Opowieść o autentycznej akceptacji

Stoi awokado przed lustrem, patrzy z czułością na swoje odbicie i mówi do niego: „Jesteś tłuste, ale to dobry tłuszcz”. Uwielbiam ten obrazek. Dla mnie to nie tylko dowcipna gra słów, ale opowieść o autentycznej akceptacji siebie – także tych cech, które w przekazie kulturowym są nie do zaakceptowania.

Chyba dotarłam do takiego miejsca na mojej życiowej drodze, w którym autentycznie akceptuję swoją wysoką wrażliwość. Patrzę z czułością na swoje zaaferowanie zwykłymi, wydawałoby się, sprawami (jest! jest plan kół zainteresowań w szkole! Rzucam wszystko i zapisuję Dużego na „Mistrzów pisania”, a Małego na „Pod lupą” i „Klub niezwykłych zwierząt świata!”). Uśmiecham się do siebie czule, kiedy z marsem na czole kreślę w zeszycie plan tygodnia, jakbym była Napoleonem ruszającym na Moskwę. Przytulam siebie – całkiem dosłownie, obejmuję się ramionami – kiedy na widok szczególnie pięknej chmury zatrzymuję się raptownie i wydaję z siebie jęk zachwytu (oraz zapominam, dokąd szłam) albo łzy mi napływają do oczu, kiedy słyszę „jesteś najkochańszą mamą na świecie”.

Współodczuwam emocje innych ludzi

I – to wydawało mi się kiedyś najtrudniejsze – myślę o sobie ciepło, kiedy zalewa mnie od stóp do głów fala wkurwu wywołana krzykiem moich dzieci i ich wzajemną agresją. Bardzo silnie współodczuwam emocje innych ludzi. Niedawno byłam na pogrzebie nieznanego mi człowieka, aby wyrazić wsparcie i szacunek jego córce. Siedziałam w kościele w jednej z tylnych ławek i czułam całym ciałem (i w gardle, i pod powiekami) rozpacz osób siedzących w pierwszym rzędzie.

To silne współodczuwanie bywa bardzo obciążające, ale pozwala mi też być uważniejszą mamą oraz… coachką i coachką kryzysową. Wyłapuję najmniejsze zmiany w oddechu i tonie głosu klientek i zwracam im na nie uwagę – nawet kiedy one same ich nie wyczuwają, bo nawykowo ignorują sygnały ciała. Coraz lepiej radzę sobie też z regulacją emocji, którymi się zarażam: pozwalam im przepłynąć przez ciało i powoli opaść. Czasem potrzebuję je wyskakać, wytrząść, wytańczyć, wykrzyczeć, wyszlochać w samotności (zobacz moje krótkie wideo na ten temat – Domykanie cyklu stresu). Coraz rzadziej pozostaję z napięciem w ciele i coraz rzadziej przykrywam trudne emocje złością.

Jestem teraz wyczerpana,

ale to dobre wyczerpanie, choć z punktu widzenia Self-Reg brzmi to nonsensownie. Moje ciało jest zmęczone pobudkami o 6:35 (dlaczego lekcje w szkole nie mogą zaczynać się o 9 zamiast o 8?), ale odsypiam, kiedy mogę, zdrowo się odżywiam, dużo spaceruję i ćwiczę. Wyczerpany jest przede wszystkim mój umysł, który od miesiąca pracuje na najwyższych obrotach, realizując dziesiątki różnych zadań. Spora część wymaga zadzwonienia do kogoś obcego i spytania go o coś (o rany, jakie to trudne!) albo wypełnienia jakiegoś formularza (mam doktorat z ekonomii/ekonometrii i gadam w pięciu językach, ale formularzy nadal nie ogarniam).

Dlaczego to wyczerpanie jest dobre? Bo wynika z nietypowej kumulacji zadań w kluczowym dla mnie obszarze, który chciałam zaopiekować najlepiej, jak umiałam. Ten obszar to szeroko pojęte zdrowie psychofizyczne i dobrostan moich dzieci. Początek roku szkolnego to zawsze intensywny okres, a teraz nałożyły się na niego – u każdego z trójki dzieci – pewne wyzwania, które wymagały wsparcia różnych profesjonalistów, od ortoptysty poprzez ortodontę po terapeutę integracji sensorycznej i psychologów dziecięcych. Ale wszystko ogarnęłam tak, że jestem z siebie naprawdę dumna.

Czy perfekcjonizm jest zły?

To zależy. Jeśli ogranicza się do kluczowych życiowych celów i pomaga realizować najważniejsze wartości, to jest dobry. Czy sumienność i skrupulatność w realizowaniu zadań jest zła? To zależy. Jeśli dotyczy tylko ważnych spraw, tych z kluczowych obszarów i powiązanych z najważniejszymi wartościami, to jest dobra. Czy branie na siebie pełnej odpowiedzialności jest złe? Jak wyżej. Czy wyczerpanie może być dobre? Oczywiście! Wystarczy pomyśleć o kimś, kto przebiegł maraton. A ja się tak właśnie czuję pod koniec tego września: wyczerpana i spełniona, szczęśliwa, spokojna.

„Gdzie w tym wszystkim jest Mąż?” – spytasz. Jest blisko. Wspiera, bierze udział w podejmowaniu decyzji, realizuje mnóstwo zadań. Czasem nakazuję mu usiąść na kanapie i daję instrukcję: „Siedź tu, słuchaj mnie uważnie, kiwaj głową, okazuj aprobatę i pod każdym pozorem nie dawaj mi rad” albo „Posłuchaj i powiedz, co o tym sądzisz i co mam zrobić, ale delikatnie, bo jestem rozstrojona”. (Nie masz pojęcia, jak długo uważałam, że jeśli kocha, to domyśli się, czego dokładnie potrzebuję w danej chwili! Dawanie takich instrukcji obsługi samej siebie wydawało mi się jakieś takie… żałosne.)

To jest dla mnie ok, że jesteśmy tak różni

Ale Mężowi daleko do takiego zaangażowania „całym sobą” w sprawy dzieci, jakie jest moim udziałem. I też ma zupełnie inną osobowość, niż ja, co sprawia, że generalnie nie analizuje tego, co nie wymaga bezwzględnie analizy, nie roztrząsa różnych decyzji (poza tą o zmianie samochodu na kolejny), nie snuje w głowie scenariuszy, nie przejmuje się możliwymi konsekwencjami drobnych zaniedbań, dopóki te nie staną się faktem – a i wtedy się nie przejmuje, lecz działa, żeby naprawić sytuację. I to jest dla mnie ok, że jesteśmy tak różni. Jakoś tak… łagodnie jest w naszej rodzinie. Spokojnie. Jesteśmy coraz lepiej wyregulowani.

Mija intensywny wrzesień, kiedy to byłam niemal wyłącznie mamą. Teraz dzieci są zaopiekowane i mogę wrócić do intensywniejszej aktywności zawodowej.

O trudnych rozmowach i dobrych intencjach

O trudnych rozmowach i dobrych intencjach

Za chwilę święta Bożego Narodzenia, okazja do spotkań z bliższą i dalszą rodziną.

W tym roku będą inne, niż dotychczas: ze względu na pandemię o wiele mniej Polaków, niż zwykle, spotka się ze swoimi rodzinami przy wigilijnym stole. Będą jednak mieli okazję do rozmów ze starszym pokoleniem, choćby przez telefon, a może i odbędą dłuższe „spotkania” przez komunikatory wideo.

Wielu przedstawicieli mojego pokolenia usłyszy przy tej okazji słowa, które wywołają w nich trudne emocje i na które trudno im będzie zareagować ze spokojem.

Rodzice niemowlaka usłyszą być może: „Tylko go nie noś, on się musi nauczyć, że mama nie jest na każde zawołanie. Ty tak strasznie wymuszałaś wszystko płaczem, ale nie dałam ci się”; rodzice dwulatka – „Nadal ssie cyca? Przecież to chore!”; rodzice trzylatki – „A odpieluchowaliście ją wreszcie? Nie? No wiecie, co! Żeby taka duża dziewczynka sikała w pieluchy…”; rodzice czterolatka – „Mam nadzieję, że już nie śpi z wami. Co? Do osiemnastki tak będzie spał? Robicie z niego mazgaja, chłopak powinien być twardy!” I tak dalej.

Jeśli to dotyczy także Ciebie, jeśli spinasz się na samą myśl o rozmowie z babcią Zosią czy wujkiem Heniem, to… mam dla Ciebie propozycję.

Pewnie znasz te słowa Antoniego Słonimskiego: „Jeśli nie wiesz, jak należy w jakiejś sytuacji się zachować, na wszelki wypadek zachowuj się przyzwoicie”. Przychodzi mi do głowy następująca parafraza: „Jeśli nie wiesz, co myśleć o słowach wypowiedzianych przez jakąś osobę, na wszelki wypadek załóż jej dobre intencje”. Taki masz wybór: założyć dobre intencje albo złe. Ta pierwsza opcja powinna obniżyć Twoje napięcie i ma też całkiem sensowne uzasadnienie na gruncie psychologii.

Nikt nie uczył starszych osób z Twojej rodziny empatycznej komunikacji w duchu porozumienia bez przemocy.

Twoi pradziadkowie mieli jeden cel: przeżyć wraz ze swoim potomstwem w jakim takim zdrowiu w miarę godziwe życie zgodnie z regułami, którymi rządziła się ich społeczność. Twoje babcie i dziadkowie przeżyli zawieruchę wojenną i najprawdopodobniej doznali traum „przez duże T”, czyli tych związanych z zagrożeniem życia. Nieśli te traumy w sobie, ucieleśnione, i wpływały one na ich poczucie bezpieczeństwa i sposób, w jaki budowali relacje z innymi ludźmi. Swoim dzieciom, a Twoim rodzicom, chcieli dać przede wszystkim fizyczne bezpieczeństwo i zapewnić im potrzeby materialne, a także edukację. Nie słyszeli – bo i skąd? – o potrzebach emocjonalnych dziecka i o tym, że ludzki mózg i cały system nerwowy kształtują się w relacji z opiekunem. Nie wiedzieli, jak wiele zależy od głównego opiekuna, zwykle matki, która staje się dla dziecka bezpieczną albo niezbyt bezpieczną bazą. Raczej niezbyt bezpieczną, kiedy mowa o matce straumatyzowanej przez wojnę, która nigdy nie uzyskała wsparcia psychoterapeuty czy psychotraumatologa.

Twoi rodzice i ich rodzeństwo prawdopodobnie doznali w dzieciństwie traum „przez małe T”, rozwojowych czy też relacyjnych, wynikających z emocjonalnej niedostępności rodzica.

Nie wiedzieli, że to traumy – obruszyliby się pewnie, gdyby im to zasugerować. Od dzieciństwa słyszeli, że mają wielkie szczęście i powinni być wdzięczni, bo ominęły ich okrucieństwa wojny, głód i śmierć zaglądająca stale w oczy. Nie pozwalano im okazywać trudnych emocji (ba! nawet ich odczuwać!), „rozczulać się nad sobą”, uskarżać się. Uczono ich posłuszeństwa, ciężkiej pracy, skromności, radzenia sobie w trudnych warunkach. Nie mieli zbyt wielkich możliwości realizować wielu ważnych potrzeb: niezależności, autoekspresji, samorealizacji, opłakiwania strat. Ale starsze pokolenie starało się im zapewnić jak najlepsze warunki, o wiele lepsze niż te, których samo zaznało.

Twoi rodzice też chcieli Ci dać więcej, niż sami otrzymali.

To „więcej” miało pewnie, jak to często bywa, skompensować rozmaite deficyty, których sami doznali w dzieciństwie.

Jeśli:

  • Twoi dziadkowie żyli w biedzie, to celem Twoich rodziców było zapewnienie Ci komfortu materialnego.
  • Twoi rodzice jako nastolatki marzyli o dalszej nauce, ale nie mieli takich możliwości, to poświęcili dużo energii, abyś otrzymała najlepszą możliwą edukację.
  • doznali emocjonalnego chłodu i pustki, poświęcali Ci czas i dawali czułość tak, jak tylko potrafili.

Być może robili to w sposób niezgodny z tym, co teraz wiesz z książek, webinarów i blogów o rozwoju dziecka (na przykład chwalili, jaka to jesteś mądra i grzeczna). A może wiele razy Cię skrzywdzili słowem, uczynkiem albo zaniechaniem. Być może wyniosłaś z dzieciństwa liczne zranienia, bo jesteś wysoko wrażliwą osobą, a dalsze losy wrażliwych dzieci w większym stopniu, niż nieposiadających tej cechy zależą od bezpieczeństwa emocjonalnego we wczesnym okresie życia. Pewnie Twoi rodzice nie potrafili inaczej, bo sami byli wychowywani bez bezpiecznej bazy.

Jeśli tylko możesz założyć dobre intencje osób ze starszego pokolenia, kiedy wypowiadają przykre dla Ciebie słowa, to pomyśl o tej całej historii i o tym, że 

działali – i nadal działają – najlepiej, jak potrafili przy zasobach, jakimi dysponowali. Dokładnie tak, jak Ty!

Ty też zapewne starasz się dać dziecku to, czego miałaś za mało.

Jeśli:

  • rodzice nie akceptowali Twojego „nie”, Twoje wysiłki skupiają się na tym, aby Twoje dziecko miało przestrzeń i autonomię.
  • bagatelizowali Twoje emocje, Ty pochylasz się nad emocjami swojego dziecka, nazywasz je i pomagasz zrozumieć potrzeby, które się za nimi kryją.
  • nagradzali Cię i karali, Ty pewnie działasz tak, aby uniknąć kar i nagród w wychowaniu.
  • bałaś się spać sama w swoim pokoju, to pozwalasz dziecku spać z Tobą tak długo, jak sobie tego życzy.

Dajesz tyle, ile możesz przy swoich zasobach. Pewnie z czymś przesadzisz, coś zaniedbasz, pewnie Twoje dziecko za 20 lat będzie miało Ci coś za złe. Taka jest kolej rzeczy. Każde pokolenie stara się po swojemu. I każde coś spieprzy mimo dobrych intencji, czasem bardzo.

A co, jeśli nie jesteś w stanie założyć dobrych intencji, bo osoba wypowiadające owe przykre słowa od lat rani wszystkich dookoła i wręcz zdaje się czerpać z tego radość?

Co, jeśli:

  • nie masz zbyt wiele wspomnień z dzieciństwa, za które możesz być komukolwiek wdzięczna?
  • Twoja mama lub tata, babcia lub dziadek nie tylko nie byli bezpieczną bazą, ale wręcz byli źródłem zagrożenia?
  • musiałaś być matką i ojcem dla młodszego rodzeństwa albo wręcz matkowałaś swoim rodzicom (to się nazywa parentyfikacja i jest potężnym obciążeniem dla dziecka)?
  • musiałaś wykształcić dziewiąty zmysł, aby wyczuć po krokach na klatce schodowej, czy ojciec znów pił i należy stąpać na paluszkach, aby się mu nie narazić?
  • byłaś nadużywana seksualnie?
  • jesteś poraniona tak bardzo, że na samą myśl o rozmowie z tą osobą zaciska Ci się gardło, a w brzuchu czujesz bolesny ucisk?

I tak bardzo chciałabyś nie musieć do niej jechać, dzwonić, wchodzić z nią w kontakt?

Zaskoczę Cię może, ale nie musisz.

Zawsze masz wybór. Być może bardzo ograniczony, bo jesteś samodzielną matką dwójki maluchów, bez pracy, mieszkającą kątem u przemocowych rodziców, ale go masz. Ten wybór dotyczy reszty Twojego życia. Na te wszystkie lata aż do dziś nie masz już wpływu, to minęło i wprawdzie wpływa silnie na to, w jakim miejscu jesteś teraz, ale… nigdy nie jest za późno, aby zrobić coś na nowo, inaczej, w zgodzie z sobą. Choćby mały krok w kierunku spokojniejszego życia.

Podobnie ma się sprawa z tą trudną relacją: jej historia się nie zmieni, ale może się zmienić jej przyszłość. Jeśli utrzymywanie tej relacji dużo Cię kosztuje, to – naprawdę! – nie musisz jej utrzymywać, a przynajmniej nie w dotychczasowym zakresie albo dotychczasowej formie. Jeśli ta osoba krzywdziła Cię przez 35 lat, to nie jesteś skazana na bycie krzywdzoną aż do końca jej dni – ani nawet przez rok czy to jedno Boże Narodzenie. Możesz wybrać swój spokój i bezpieczeństwo emocjonalne. Możesz stanąć przy sobie, wreszcie. Tak, będą koszty w postaci obrazy, awantury, chłodu, zerwania relacji. Ale koszty pozostawania w tej relacji są wysokie i ponosisz je od lat. Może czas skończyć?

Brzmi to przerażająco?

Nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, że mogłabyś nie spędzić Wigilii z kimś, kto Cię rani? Słowo „nie” nie przechodzi Ci przez gardło? Jeśli tak jest, to może to dobry czas, aby rozważyć skorzystanie z profesjonalnego wsparcia i uleczenie ran z przeszłości? To Ci pomoże przerwać ten międzypokoleniowy łańcuch opuszczenia i zaniedbania emocjonalnego. Praca z dobrym specjalistą będzie skuteczniejsza, niż lektura tego i innych blogów czy książek albo korzystanie ze szkoleń (choć jestem zdania, że każda wartościowa lektura, lekcja czy rozmowa przybliża nas do celu, jakim jest bycie blisko siebie).

I po takiej pracy może się okazać, że niemiłe słowa rodziców czy innych członków Twojej rodziny tylko lekko Cię irytują, a nie powodują już zalewu trudnych emocji: żalu, złości, strachu. Jeśli natomiast czyjeś jedno zdanie odpala Twojego wewnętrznego gada, a potem długo mielesz w głowie i przeżywasz tę sytuację, to prawdopodobnie nie chodzi o to jedno zdanie, lecz cały szereg zdań, opuszczeń, zranień nie z „tu i teraz”, lecz z „tam i wtedy”. Warto wtedy to przepracować, uleczyć tamte zranienia. Nie znikną całkiem, ale zagoją się, zabliźnią i nie będą się raz po raz ślimaczyć.

Kluczowe jest to, że ŚWIADOMEGO wyboru i zmiany można dokonać wtedy, kiedy się ma zintegrowany mózg i „włączoną” korę przedczołową.

To ta część naszego mózgu, która bierze udział w regulowaniu emocji, hamowaniu impulsów (robieniu świadomej pauzy), oglądaniu spraw z różnych perspektyw. Gwałtowne emocje utrudniają, a czasem wręcz uniemożliwiają nam skorzystanie z tych funkcji naszego umysłu i… też wybieramy, tyletyle że nieświadomie, powielając głęboko zakorzenione schematy. To dlatego pewne sytuacje powracają jak bumerang, a Ty zastanawiasz się, czemu znów się w to wpakowałaś. Czemu? Bo nie masz zasobów. Brakuje Ci w mentalnym i emocjonalnym plecaku wyposażenia do wędrowania własną, spokojną drogą. Ale plecak zawsze można doposażyć, nawet jeśli z domu rodzinnego wyszłaś z kompletnie pustym.

Trzymam kciuki za Twój spokój w czasie tych świąt i nie tylko!

P.S. Uprzedzając pytania, które zapewne otrzymam po publikacji tego postu: nie jestem w stanie polecić Ci sprawdzonego psychoterapeuty, który przyjmowałby obecnie nowych pacjentów/klientów. Mam garstkę kontaktów zarezerwowaną dla moich klientów w kryzysie. Możesz natomiast obejrzeć webinar Psychoterapeuta – jak go wybrać? i poszukać specjalisty zgodnie z zawartymi w nim wskazówkami (w ogóle polecam Ci webinary Strefy Psyche SWPS z serii „ABC psychoterapii”). Możesz szukać kontaktów na stronie Forum Przeciw Depresji albo Pokonać Kryzys. Jest też cała masa fundacji, które pomagają w trudnych sytuacjach i szerzą wiedzę o tym, jak znaleźć wsparcie (choćby fundacje Dajemy Dzieciom Siłę, RoRo czy Sto Pociech).

P.S.2. Jeśli masz za sobą niezbyt dobre doświadczenie psychoterapii, to pamiętaj o tej analogii: jeśli pewien polecany przez Twoją koleżankę dentysta nie wyleczy Ci zbyt dobrze zębów kanałowo, to raczej nie jest to argument przeciw stomatologii, prawda?

Matka: kontener na emocje dziecka

Matka: kontener na emocje dziecka

Dziś opowiem Wam o moich dwóch potknięciach rodzicielskich, które zaowocowały ważną dla mnie lekcją.

Ta lekcja powraca dla mnie jak bumerang i pozwala mi czerpać siłę w obliczu emocjonalnych burz moich dzieci. Otóż pod koniec lipca Mąż zawiózł nasze dzieci na tydzień na „ranczo”, czyli do wiejskiego domu swoich rodziców. To miał być pierwszy raz, kiedy cała trójka miała być pod opieką dziadków, z dala od nas i domu. Przyznaję, że poważnie brałam pod uwagę konieczność przerwania tych wakacji z dziadkami i odebrania dzieci przed ustalonym terminem. Nasi starsi synowie byli bowiem wyjątkowo rozregulowani po czterech miesiącach przebywania ze sobą non stop i często się kłócili. Z kolei najmłodszy Malutki – no cóż, jako 3,5-latek bywa bardzo absorbujący, a kiedy się nadmiernie nakręci, gryzie, bije i szczypie.

Obawiałam się, że dzieci będą się zachowywały tak okropnie, że nawet jeśli babcia z dziadkiem wytrzymają z nimi ten tydzień, to odechce im się kolejnych takich dłuższych spotkań

– a moje dzieci dużo czerpią z relacji z nimi (i ja też!). Nieopatrznie wyraziłam te swoje obawy w obecności Dużego, i to nie raz, lamentując, co to będzie, kiedy będą się tak bić i wrzeszczeć kilkanaście razy dziennie przy babci i dziadku. Przed wyjazdem nawet poprosiłam go, żeby starał się zachowywać dobrze i nie prowokować braci. To było kompletnie bez sensu: obciążyłam dziecko odpowiedzialnością za to, jak będzie się zachowywać nie tylko ono samo, ale też jego młodsze rodzeństwo. Owszem, to dziecko ma już dziewięć lat, ale minie jeszcze kilkanaście (lub więcej), zanim obszary jego mózgu odpowiedzialne za hamowanie impulsów, regulowanie emocji i myślenie w kategoriach „my” dojrzeją w pełni (przeczytacie o tym we wpisie Jak zmieniamy się w gady oraz Jak kształtujemy mózgi naszych dzieci). Dlatego nadal nie jest w stanie kontrolować swojego zachowania, zwłaszcza w sytuacji silnego wzburzenia.

W jeszcze mniejszym stopniu jest w stanie wpływać na zachowanie młodszych braci. Zresztą, czy my, dorośli, tak naprawdę jesteśmy w stanie wpłynąć na kilkulatka tak, aby zachowywał się w sposób pożądany przez nas…? Wiem to wszystko doskonale, a jednak byłam od dłuższego już czasu przeciążona stresem i nie umiałam powstrzymać tych wypływających z moich ust lamentów. Gryzłam się w język po każdym takim komunikacie i kilka dni później go powtarzałam.

W końcu pojechali.

W czasie tego tygodnia codziennie rozmawiałam z dziećmi i teściową: dzieci były bardzo zadowolone, a teściowa nie mogła się nachwalić Dużego. Wedle jej relacji mój pierworodny nagle niesamowicie dojrzał, jest spokojny, nie kłóci się z Małym (serio???) i nawet siedzi prosto przy stole. Wiedziałam, że na „ranczu” zwykle przez cały dzień biega po dworze i dużo śpi, więc najczęściej jest tam o wiele spokojniejszy, niż w domu. Przypuszczałam jednak, że może chodzić nie o samoregulację – a przynajmniej nie tylko – lecz o samokontrolę, która kosztuje człowieka (zwłaszcza małego!) sporo energii (pisałam o tym w artykule Samoregulacja a samokontrola – Self-Reg). Natomiast 6,5-letni Mały i 3,5-letni Malutki byli po prostu sobą, choć zachowywali się spokojniej, niż w czasie zamknięcia w domu związanego z pandemią.

Kiedy przyjechałam do dzieci w piątek wieczorem,

Mały i Malutki ucieszyli się bardzo na mój widok, ale nie wpłynęło to na ich zachowanie. Natomiast Duży jakby przełączył się na inny tryb: tryb wymagającego dziecka. Dosłownie kilka minut po moim przyjeździe zaczął się zachowywać jak rozregulowany trzylatek: jęczał „bez powodu”, sprowokował Małego do bijatyki, kopnął Malutkiego w odpowiedzi na jego dość niewinną zaczepkę, a w końcu rozkrzyczał się, że jego życie jest okropne. Moi teściowie byli w szoku – „jakby ktoś dziecko podmienił” – i doszli do wniosku, że „tak go nauczyłam”, że przy mnie może zachowywać się okropnie. W pierwszej chwili w ogóle mnie to nie dotknęło, bo po tygodniu intensywnego ładowania emocjonalnych baterii byłam w znakomitej formie psychofizycznej, a zatem byłam w stanie skorzystać z całej mojej wiedzy i umiejętności regulującej matki. Wiem mianowicie, co się dzieje, kiedy dziecku (lub dorosłemu!) „puszcza” samokontrola: właśnie to, co działo się z Dużym.

Wiem też, że w obecności głównej figury przywiązania (najczęściej jest to matka) dzieci czują się najbezpieczniej i zachowują najswobodniej. To oznacza, że również trudne emocje okazują najbardziej intensywnie i często w trudny dla otoczenia sposób (pisze o tym m.in. Magdalena Komsta w artykule Dlaczego dzieci najgorzej zachowują się z mamą? oraz Gosia Musiał w Bicie, plucie i inne miłosne wyznania). Dlatego przez cały wieczór korzystałam z umiejętności, które wypracowałam w ciągu ostatnich kilku lat: spokojnie mu towarzyszyłam, dawałam empatię, wspierałam, zarażałam swoim spokojem. Czułam przy tym, jak mój, bardzo wysoki początkowo, poziom energii stopniowo się obniża. Na szczęście Duży był coraz spokojniejszy. I to mnie zmyliło: uznałam, że już po wszystkim i mogę się odprężyć i zająć młodszymi dziećmi.

W pewnym momencie Duży nagle znów zaczął rozpaczać z jakiegoś błahego w oczach dorosłych powodu.

Tym razem to ja przełączyłam się na inny tryb: tryb matki mało empatycznej, pełnej pretensji. Dzieje się tak wtedy, kiedy moje skumulowane napięcie przekroczy pewien krytyczny poziom i/lub mój poziom energii obniży się do swojego krytycznego poziomu. Nie jestem wtedy w stanie zachowywać się tak, jak bym chciała, lecz „jadę schematem”, którym przesiąkłam jako małe dziecko, podobnie zresztą, jak wielu współczesnych rodziców kilkulatków. Ten schemat jest oparty na paradygmacie samokontroli i zakłada, że dziecko zachowuje się źle, bo tak sobie postanowiło i należy je przywołać do porządku (czyli zdyscyplinować: upomnieć, zagrozić karą, odizolować). Całe moje rodzicielstwo jest nauką stosowania różnych strategii – opartych na samoregulacji, jak odpoczynek czy praktykowanie wdzięczności, lub na samokontroli, jak „rodzicielski time-out” –  które pozwolą mi zachować zintegrowany mózg, czyli nie przełączać się na ten „gadzi” tryb zbyt łatwo ani zbyt często.

Co takiego zrobiłam w tym gadzim trybie? Obarczyłam Dużego pretensjami.

Powiedziałam, że mam na dziś już dość jego jęczenia i jestem rozczarowana tym, że zamiast spędzić miło wieczór po tygodniowym rozstaniu z moimi dziećmi, zajmuję się tylko najstarszym z nich, które powinno być najbardziej ogarnięte. I dodałam te oto pełne goryczy słowa (trudno mi jest przyznać się do nich przed tysiącami osób, które czytują mojego bloga, ale gdybym je pominęła, nie byłoby tego wpisu – a wierzę, że wesprze wiele spośród osób go czytających):
– Wiesz, to jest dla mnie naprawdę trudne, że traktujesz mnie jak śmietnik na swoje najtrudniejsze emocje i najgorsze zachowania.
Duży spojrzał na mnie, jakbym się urwała z choinki i powiedział powoli i wyraźnie, jak do małego dziecka:
– Ale jaki śmietnik, mamo? Po prostu przez cały tydzień starałem się dobrze zachowywać, a przy tobie mogę być sobą. Całkiem sobą.

Stałam naprzeciwko niego jak rażona gromem.

Znów otrzymałam od mojego syna piękną lekcję, i to tuż po tym, jak „dałam ciała” jako matka, która stara się być wyregulowana i regulująca, a nawet uczy tego inne matki! Mogłabym tu jeszcze napisać Wam o strefach regulacji według teorii poliwagalnej Stephena Porgesa i o tym, że przejście z niebieskiej strefy zazwyczaj odbywa się przez czerwoną, ale to temat na osobny post.

Chcę, żeby została w Was przede wszystkim ta nasza historia i słowa Dużego. Proszę, przypomnijcie ją sobie, kiedy Wasze dziecko wróci ze żłobka, przedszkola czy szkoły i będzie zachowywać się tak, że Wam się odechce wszystkiego i zaczniecie kwestionować „całe to rodzicielstwo bliskości”. I kiedy ktoś z Waszego otoczenia będzie sugerować, że dziecko weszło Wam na głowę („przy mnie się tak nie zachowuje”). Jesteście emocjonalnym śmietnikiem czy też bezpieczną przystanią dla Waszych dzieci. Tzw. kontenerowanie emocji dziecka to rola bezpiecznego opiekuna, po prostu. I jeszcze jedno: kiedy „dacie ciała”, bo Wasze napięcie przekroczy pewien krytyczny poziom, to, zamiast gryźć się tym w nieskończoność, okażcie sobie łagodność, odnajdźcie spokój, przeproście dziecko i poszukajcie sposobów na to, żeby rzadziej przełączać się w „gadzi” tryb.

Złość, część 13: „Nogi z d… powyrywam”, czyli o agresorze, który zaatakował moje dziecko

Złość, część 13: „Nogi z d… powyrywam”, czyli o agresorze, który zaatakował moje dziecko

To był maj, pachniała Saska Kępa szalonym zielonym bzem…

A, nie, to nie była Saska Kępa, lecz inna dzielnica Warszawy, ale maj się zgadza i pachnący bez także. Spacerowałam po patio naszego osiedla, odprężona i szczęśliwa, że zniesiono obowiązek zakrywania ust i nosa w miejscach publicznych (to okres epidemii koronawirusa). Dookoła mnie roiło się od dzieci w wieku, na oko, od 5 do 12 lat: biegały, jeździły na hulajnogach, rowerach i wrotkach, bawiły się w wojnę, grały w piłkę, rysowały coś na chodniku kredą. Moi trzej synowie na rowerach też byli wśród nich. Znikali mi raz po raz z oczu, ale byłam spokojna, ponieważ mieszkamy na zamkniętym osiedlu i moje dzieci nie mają zwyczaju wychodzić same za bramę czy furtkę.

W pewnej chwili przyjechał do mnie Duży.

Był nieco zdenerwowany i rozcierał sobie łokieć.
– Mamo, widziałaś tamtych trzech chłopaków na hulajnogach? – spytał.
– Widziałam. Coś się stało?
– Tak. Jeden z nich rzucił mi hulajnogę przed rower, musiałem ostro zahamować i upadłem. Boli mnie łokieć. Oni uciekli. Powiesz im coś? – poprosił.

Szlag mnie jasny trafił.

„Nogi z dupy powyrywam!” – zasyczał mój wewnętrzny gad. „Dorwę gówniarza, powiem, co o nim myślę, zabiorę mu hulajnogę i nie oddam, dopóki nie przyjdzie z rodzicami, a kiedy przyjdzie, nastukam także im.” Wdech, wydech. I jeszcze raz. I jeszcze.
– Tak. Pokaż ten łokieć – rzuciłam krótko, uważając, żeby nie wypowiedzieć na głos żadnej z powyższych myśli. Na szczęście łokieć nie był ani otarty, ani stłuczony, już przestawał boleć. To trochę zmniejszyło moje napięcie.
– A spodnie? – spytałam jeszcze?
– Spodnie tym razem w porządku – uśmiechnął się Duży. Dzień wcześniej kupiłam mu dwie pary nowych spodni i jedną z nich rozdarł parę godzin później podczas upadku na rowerze. Teraz miał na sobie drugą parę…

Po tym jego uśmiechu poznałam, że już się uspokoił i to mnie też nieco uspokoiło.

Upewniłam się,  czego ode mnie oczekuje – chciał, żebym porozmawiała z tym chłopcem, obawiał się sam to zrobić – i wyruszyliśmy na poszukiwania. Byłam nadal spięta i zirytowana, próbowałam dać sobie empatię w duchu porozumienia bez przemocy, nazywając moje emocje i potrzeby, ale nie udawało mi się to. Zaczęłam więc układać w myślach, co konkretnie powiem i zrobię, kiedy już stanę naprzeciw tego chłopca. Jednocześnie oddychałam w rytm moich szybkich kroków (wdech: 1-2-3-4-5-6 i  wydech: 1-2-3-4-5-6) i to pozwoliło mojej korze przedczołowej powoli wracać do gry. Na szczęście sprawca całego zdarzenia gdzieś zniknął, co dało mi więcej czasu na powrót do równowagi.

„Czego chcę?” – zastanawiałam się. – „O co chcę zadbać teraz? A o co – na przyszłość?

Przecież oni będą spotykać się na tym patio często jeszcze przez ileś lat. Co zrobić, żeby wesprzeć Dużego i teraz, i w przyszłości, jednocześnie nie zawstydzając tego chłopca ani go nie strasząc?”. I nagle mnie olśniło: przecież nie muszę wygłaszać tyrady, lecz mogę… spytać tego chłopca, jak on widzi sytuację. Kiedyś podczas jednego z wystąpień live albo webinarów bliskościowa psycholożka Agnieszka Stein zasugerowała w takich sytuacjach pytanie: „Co ty chciałaś/chciałeś zrobić?” i postanowiłam z tego skorzystać. W tej chwili już moja kora przedczołowa rządziła, a gadzi mózg, widząc, że niebezpieczeństwo minęło, wycofał się z walki, choć pozostał czujny.

Wreszcie spotkaliśmy tego chłopca.

Zagadnęłam go spokojnym głosem:
– Mój syn mówi, że rzuciłeś mu przed rower hulajnogę i się przewrócił. Czy tak właśnie było?
– Taaaak – powiedział ostrożnie chłopiec. Wyglądał na nieco przestraszonego.
– A powiesz mi, po co to zrobiłeś? – spytałam z autentycznym zaciekawieniem. Chłopiec odprężył się i wypalił ze szczerym uśmiechem:
– Chciałem, żeby się z nami pobawił!

Tadaaaaaam! Niewinne oczy chłopca wpatrywały się we mnie, a w mojej głowie grały fanfary.

Nie ma czegoś takiego, jak niedobre dziecko! („There is  no such thing as a bad kid” – słowa Stuarta Shankera, twórcy podejścia Self-Reg.)
– Aha, chciałeś go w ten sposób zaprosić do zabawy? – dopytałam.
– No tak, bo bawimy się w policjantów i złodziei.
– Co ty na to? Tak to zrozumiałeś? – zwróciłam się do Dużego.
– Nie. Myślałem, że chcesz, żebym się przewrócił – odpowiedział Duży wprost do chłopca.
– Nie! Wcale tego nie chciałem! – zawołał ten żarliwie.
– Dobra, to następnym razem po prostu mnie spytaj, czy chcę się bawić, ok? – odrzekł Duży.
– OK. A chcesz się bawić?
– Yyyy… Dobra. Tylko zawołam brata – odparł Duży i pojechał poszukać Małego. Od tamtej pory bawią się regularnie: Duży i Mały dołączyli do bandy, a Malutki często im towarzyszy.

To historia jakby przepisana z poradnika dla rodziców pragnących wychowywać dzieci w duchu rodzicielstwa bliskości,

ale daję Wam słowo, że jest prawdziwa od początku do końca. To doświadczenie uświadomiło mi po raz kolejny, jak ważne jest zastosowanie pauzy, zanim się zareaguje na coś, co nas wzburzyło. I jak nieprawdopodobne pozytywne zwroty akcji można osiągnąć, jeśli nie zakłada się złych intencji drugiej osoby (małej czy dużej), lecz po prostu spyta ją o jej wersję wydarzeń. Dzięki temu, zamiast eskalować nieprzyjemne emocje czy wręcz stosować przemoc, można osiągnąć porozumienie. Zakarbowałam sobie tę lekcję i zapisuję ją jako post na blogu, żeby mieć szanse do niej wrócić, kiedy mój wewnętrzny gad – szybkie jak błyskawica i wyjątkowo agresywne stworzenie – znów będzie chciał kogoś zaatakować.

Jakiś czas po tym wydarzeniu

zdałam sobie sprawę z tego, że przypomina ono historię, którą opowiedziałam w piątym rozdziale mojej książki „Self-Regulation. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę”*. Ponieważ książka spotkała się z ciepłym przyjęciem, wraz z wydawnictwem Znak Emotikon planuję kolejny tom! Tym razem opowiadania będą przeznaczone dla dzieci w wieku 6-10 lat i ich rodziców/opiekunów. Dotyczyć będą trudnych sytuacji w szkole lub w związku ze szkołą, z udziałem rówieśników, nauczycieli i rodziców. Bohaterowie będą radzić sobie z rozmaitymi trudnościami w drodze samoregulacji i współregulacji, a nie agresji czy wycofania.

Mam kilka pomysłów, ale zanim je zrealizuję, bardzo chcę wysłuchać Waszych historii i sugestii!

Jeśli macie dzieci w wieku wczesnoszkolnym (6-10 lat, ewentualnie nieco starsze), proszę, pomóżcie mi stworzyć bohaterów nowej książki, biorąc udział w mojej ankiecie. Link do ankiety wyślę mailem osobom, które zapiszą się na mój newsletter (z newslettera w każdej chwili można się wypisać dwoma kliknięciami).

EDIT z października 2020 roku: książka „Self-Regulation. Szkolne wyzwania” już jest w księgarniach! Dziękuję za wszystkie odpowiedzi na pytania ankiety, były bardzo pomocne. 🙂

EDIT z 2022 roku: Jeśli masz dziecko w wieku wczesnoszkolnym, to zapraszam Cię do wypełnienia ankiety, do której link otrzymasz po zapisaniu się na mój newsletter. Wezmę Twoją odpowiedź pod uwagę, pisząc kolejną książkę „szkolną”. 

* Do niedawna pierwsze słowa tytułu mojej książki brzmiały „Self-Reg” – przeczytaj o przyczynach zmiany tytułu. Wstęp i drugi rozdział książki w formacie pdf możecie otrzymać bezpłatnie, zapisując się na mój newsletter w okienku obok.

Złość, część 12: Czy na pewno „Dobra matka nigdy nie zostawia płaczącego dziecka”?

Złość, część 12: Czy na pewno „Dobra matka nigdy nie zostawia płaczącego dziecka”?

Jest godzina 1 w nocy, powoli szykuję się do snu, jeszcze tylko poczytam coś niezbyt wymagającego.

Mam żelazne postanowienie, żeby o 1:30 zgasić światło i zasnąć, aby dobrze funkcjonować kolejnego dnia. Po wielu latach deprywacji snu mój czterdziestojednoletni organizm domaga się z całą stanowczością, abym każdej nocy przesypiała pełne sześć godzin (tak, dobrze liczycie, wstaję po 7:30). Jeśli tego nie zrobię, odmawia współpracy między innymi w ten sposób, że tracę pełny dostęp do kory przedczołowej mojego mózgu. Jestem wtedy drażliwa i nadwrażliwa na bodźce, mam „krótki loncik” i trudność z kontrolowaniem przeróżnych impulsów oraz zorganizowanym działaniem. Teraz, w czasie pandemii koronawirusa, która zwiększyła poziom mojego stresu we wszystkich obszarach, to szczególnie ważne, żeby moja kora przedczołowa działała tak sprawnie, jak to możliwe.

Nagle w sypialni pojawia się z nieszczęśliwą miną Duży, mój dziewięcioletni pierworodny.

Obudził go silny ból palca u stopy. Oglądam paluch i widzę zaczerwienienie i lekką opuchliznę, wygląda to, jakby rozwijał się tam stan zapalny. Na mój dotyk Duży reaguje krzykiem i zaczyna płakać. Mój dziewięciolatek jest bardzo wrażliwy na ból, jak to często bywa u wysoko wrażliwych (choć akurat ja, też wysoko wrażliwa, jestem na ból bardzo odporna).

Kilka godzin wcześniej Duży postawił nogę krzesła na tym paluchu, po czym z impetem, jak to on, usiadł na krześle.

Wyobrażacie sobie, jak to bolało? Jeśli mieliście do czynienia z wysoko wrażliwymi dziećmi, to wiecie, jak one komunikują taki ból światu: długo, głośno i dość dramatycznie. W ciągu dnia – wyspana, pełna endorfin po półgodzinnym treningu na balkonie – byłam w stanie zareagować w pełni empatycznie. Teraz jednak jest późno i chcę za chwilę pójść spać…

Początkowo jestem pełna empatii, przytulam Dużego, a jednocześnie zastanawiam się, jak działać.

Chwila narady z Mężem i postanawiamy rano umówić teleporadę medyczną (ze względu na epidemię nie możemy po prostu wybrać się do lekarza), a teraz – podać Dużemu lek przeciwbólowy. Duży łyka tabletkę paracetamolu i dalej jęczy, płacze, narzeka, dopytuje, co będzie z tym palcem. Mija kwadrans, a Dużego nadal boli, coraz bardziej. I coraz bardziej rozpacza. Podaję mu jeszcze ibuprofen, znów empatyzuję, przytulam, próbuję przekierować jego uwagę. Minęło pół godziny i nadal nic nie pomaga, Duży nakręca się, że umrze z bólu, że straci palec, że to najgorszy ból na świecie. W pewnym momencie pyta mnie retorycznie ze złością: „Czy Ty w ogóle masz pojęcie, co to jest ból?!”

Od pewnego czasu rośnie we mnie irytacja, ale to ostatnie zdanie odpala moją złość – ba! furię!

Szumi mi w uszach i kręci mi się w głowie. Dosłownie czuję, jak z mojego gardła w kierunku języka i ust wytaczają się słowa: „Przestań wyć, histeryku! To nie jest żaden ból! Ty w ogóle nie wiesz, co to jest ból!” Moja kora przedczołowa, wiedząc, że zaraz zostanie odcięta, krzyczy do mnie głośno: „Wyjdź stąd natychmiast!!!” Odnosi sukces: bez słowa wstaję i energicznym krokiem wychodzę z pokoju. Słyszę jakieś protesty Dużego, ale ignoruję je.

Zamykam się w łazience i, gryząc zaciśniętą pięść, wydaję z siebie głuche warknięcie: „Aaaaaaaa!!!” To trochę pomaga. „Ależ jestem wkurrrrrrrrwiona!” – mówię do siebie na głos i rzucam jeszcze kilka przekleństw. To pomaga jeszcze bardziej. Czuję satysfakcję, a moje napięte mięśnie rozluźniają się trochę. „Chcę spać. Chcę spokoju. Chcę, żeby było łatwiej” – szepczę do siebie cicho. Ufff. Już o wiele lepiej, zaczynam się odprężać. Teraz skupiam się na oddechu: obserwuję go przez chwilę. Poruszam głową na boki, do przodu, do tyłu, zataczam nią okręgi, masując jednocześnie kark. Poruszam ramionami, przeciągam się, w końcu zginam się w pół, wykonując luźny zwis. Wszystko zwisa, rozluźnia się, krew napływa mi do głowy. Już. Minęło. Jestem całkiem rozluźniona. Utrzymałam gada w ryzach.

Wracam do syna, który już jest spokojniejszy (chyba leki w końcu zadziałały).

Zerka na mnie z ukosa i pyta z lekkim wyrzutem, dlaczego tak nagle sobie poszłam i go zostawiłam. Odpowiadam: „Bo poczułam, że zaraz mnie szlag trafi i powiem coś bardzo niemiłego, więc zamiast tego wyszłam, żeby się uspokoić”. „Aha. Okay” – odpowiada Duży. Zna mnie dobrze i wie, że to moje wyjście było najlepszym wyjściem z sytuacji. Z autentyczną troską pyta, czy już czuję się dobrze, przytulamy się jeszcze raz i każde z nas idzie spać do siebie.

Jestem z siebie bardzo dumna, bo opisana sytuacja i słowa Dużego są dla mnie jednym z najsilniejszych zapalników.

Wiem, skąd to się bierze: z tego, jakie podejście do „narzekania” i w szczególności skarżenia się na ból wpojono mi w dzieciństwie. „Dama się nie skarży” i „Nikt nie lubi ludzi, którzy narzekają” – to kwintesencja tego podejścia. To dlatego tak trudno mi było (i jak widać, czasem nadal bywa!) zachować spokój, kiedy któreś z moich dzieci widzi koniec świata i straszny dramat tam, gdzie ja swoimi dorosłymi oczami widzę jedynie drobną trudność albo w ogóle neutralną sytuację. W większości sytuacji potrafię spojrzeć na dzieci empatycznie i zarazić je swoim spokojem. Niekiedy jednak, jak w opisanej tu scenie, szczytem moich możliwości jest wyjście z pomieszczenia.

Zdarza się wtedy, że zostawiam rozpaczające dziecko samemu sobie.

Można by to ocenić jako klęskę świadomej matki, która chce dać dzieciom poczucie, że są kochane i akceptowane bezwarunkowo, a nie tylko wtedy, kiedy zachowują się „grzecznie”. Tak właśnie surowo ocenia siebie wiele moich klientek, z którymi pracuję indywidualnie między innymi nad przeżywaniem i wyrażaniem złości.

„Bliskościowa matka nie powinna zostawiać płaczącego dziecka”; „Dobra matka nigdy nie wścieka się na płaczące dziecko”; „Wszystkie matki jakoś sobie radzą ze złością i tylko ja nie”. Takie przekonania – wypowiedziane wprost lub ukryte za innymi komunikatami – często wypływają podczas moich sesji z wrażliwymi, świadomymi mamami. Żadne z tych przekonań nie jest wspierające. Wiem coś o tym, bo też je żywiłam swego czasu – ależ mi to zwiększało napięcie i obniżało energię! Żadne też nie jest obiektywnie prawdziwe. Są sytuacje, jak ta opisana, kiedy największym sukcesem jest to, że matka nie wybucha. Ta konkretna matka, w tym konkretnym miejscu i czasie, ze swoimi indywidualnymi predyspozycjami i bagażem doświadczeń.

Tamtej nocy przed zaśnięciem świętowałam swój matczyny sukces, zamiast opłakiwać porażkę.

To dało mi więcej energii do radzenia sobie z kolejnymi takimi sytuacjami w sposób coraz bliższy temu, jakiego pragnę. Po wielu powtórzeniach takiej pożądanej reakcji mój umysł przyzwyczai się do niej i będzie ją częściej wybierał jako tę „domyślną” (przeczytaj o kanalizacji zachowań). I tego Wam życzę w Dniu Matki: łagodnego spojrzenia na siebie i doceniania swoich małych i większych sukcesów. Dobrego Świętowania!

P.S. Dziękuję Wam za tę lawinę ciepłych słów, która spłynęła na mnie po moim wystąpieniu o złości na konferencji Sylwii Włodarskiej „Bliżej potrzeb, bliżej szczęścia” dwa tygodnie temu. Niedługo wystąpię ponownie na podobnych wirtualnych wydarzeniach. W sobotę 13 czerwca opowiem o tym, jak nie zarażać się złością od dziecka i zarazić je spokojem (podczas konferencji „Chcę być skrzydlatym rodzicem” Krystyny Marczak).