Opowiem dziś Wam historię, która przydarzyła nam się minionego lata, a wnioski z niej znów stały się aktualne w związku z zamknięciem w połowie marca szkół i przedszkoli. Wraz z Mężem i naszymi trzema synami spędzałam urlop nad Bałtykiem. Najmłodszy, Malutki, miał wtedy nieco ponad dwa i pół roku. To o nim jest ta historia.

Malutki jest dzieckiem, które bardzo łatwo ulega przebodźcowaniu. Nierzadko nawet bodźce o nieznacznej sile – na przykład to, że któryś z jego braci podskoczy i coś krzyknie (co zdarza się dziesiątki razy dziennie) – wytrącają go ze stanu spokoju i uważności w kierunku nadmiernego pobudzenia. To nadmierne pobudzenie przejawia się u niego w przykry dla otoczenia sposób: Malutki piszczy, krzyczy, bije, gryzie, szczypie. Uprzedzam ewentualne sugestie czytelników: tak, był diagnozowany pod kątem integracji sensorycznej i diagnoza nie wykazała szczególnych nieprawidłowości, po prostu jest raczej wrażliwy, a te zachowania… zaobserwował jako maluch u starszych braci, którzy lubią wszelkiego rodzaju siłowanki i głośne zabawy. Cóż…

Jako Facylitatorka Self-Reg staram się zakładać, że – jak mawia Stuart Shanker, twórca Self-Reg – “Nie ma czegoś takiego, jak złe dziecko” (“There is no such thing as a bad kid”). Kiedy tylko mam wystarczające zasoby energii i wystarczająco niskie napięcie, działam zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą: staram się zarażać Malutkiego spokojem, odciąć go od nadmiaru bodźców, kucam przy nim, mówię ściszonym, łagodnym głosem, proponuję przytulenie, masuję plecki albo rączki. To działa! Malutki wycisza się i przestaje zachowywać agresywnie. Ale kiedy mam za mało energii lub zbyt wysokie napięcie, postępuję zgoła inaczej – a wtedy… No właśnie: przeczytajcie, co się wtedy dzieje.

Ubiegłoroczny pobyt nad morzem układał się zupełnie nie po naszej myśli. To był już nasz piąty pobyt w tej konkretnej miejscowości i każdorazowo mieliśmy tam wielkie szczęście do pogody, jednak tym razem akurat w dniu naszego przyjazdu zaczęło lać jak z cebra, a żadne z nas nie jest fanem moknięcia w deszczu. Nasz hotel jest rajem dla dzieci: ma salę zabaw oraz, co ważniejsze, kryty basen, w którym mogłabym pluskać się z dziećmi całymi dniami (Mąż nie lubi basenów). Pech chciał, że wieczorem w dniu przyjazdu rozłożyła mnie infekcja. Przez dwie doby leżałam w łóżku przykryta po nos, wstrząsana dreszczami, obolała i ledwo przytomna; potem zbadał mnie lekarz, stwierdził bakteryjne zapalenie gardła i zaordynował antybiotyk. Mąż też czuł się kiepsko, był bardzo osłabiony, kręciło mu się w głowie, bolało go gardło, nie był więc w stanie zabrać dzieci na basen i nie chciał też ryzykować zarażania innych dzieci w sali zabaw.

Na kilka dni utknęliśmy więc w apartamencie z naszą trójką, którą rozsadzała energia. Po przeczytaniu im wszystkich książek i wypróbowaniu kilku zabaw, wobec braku zabawek, Mąż posadził dzieci przed telewizorem. Na długo. O wiele za długo. “Patrol nasz radę da, już jadą nam z pomocą…” – dobiegało raz po raz do moich uszu. Wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie dla Malutkiego, ale ledwo miałam siłę chodzić do toalety, a Mąż też głównie przysypiał i ograniczał się do podawania dzieciom jedzenia, więc po prostu korzystałam z chwil (godzin…) względnego spokoju.

Drugiego dnia tych maratonów bajek Malutki zaczął pokazywać swoje najgorsze oblicze. Raz po raz, “bez powodu”, dziesiątki razy dziennie bił braci, szczypał ich, piszczał im wprost do ucha, na co oni reagowali okrzykami bólu i na zmianę skargami do nas oraz biciem i szczypaniem Malutkiego. Ja leżałam i umierałam, Mąż się wściekał i rozdzielał dzieci… Było naprawdę okropnie. Parę razy słyszałam, jak Mąż mówi do Malutkiego: “Jesteś niedobry”. Trudno mi było mieć mu to za złe w tej stresującej sytuacji… a jednocześnie wiedziałam, że Malutki po usłyszeniu takiego komunikatu nakręca się jeszcze bardziej. To było błędne koło, bardzo trudne do przerwania.

Wreszcie mój antybiotyk przyniósł spodziewane efekty i – upewniwszy się w rozmowie z lekarzem, że już nie zarażam – zabrałam Malutkiego do pokoju zabaw. Cóż za radość! Byliśmy tam sami, więc nie próbowałam obniżać pobudzenia malucha, który wpadł w radosny amok i z dzikimi okrzykami zjeżdżał raz po raz ze zjeżdżalni do basenu z kulkami. Pokój był bezpieczny, więc usiadłam na kanapie nieopodal i zainteresowałam się książką leżącą w biblioteczce. Tak mnie wciągnęła, że przegapiłam ciche wejście do pokoju zabaw rodziny złożonej z mamy, taty i kilkunastomiesięcznej córeczki. W pewnym momencie podniosłam wzrok, żeby sprawdzić, co u Malutkiego i… znieruchomiałam.

Malutki siedział u szczytu zjeżdżalni, a obok niego stała ta malutka dziewczynka. Malutki uśmiechnął się do niej szeroko i… popchnął ją tak, że spadła w tył, na podest znajdujący się kilkadziesiąt centymetrów niżej. Podest był tak naprawdę miękką poduchą, moi synowie w tym wieku spadali (lub byli zrzucani przez braci) wielokrotnie także z większych wysokości i na twardsze powierzchnie, a następnie otrzepywali się i bawili dalej, ale widać było, że dla tej dziewczynki to było absolutnie przerażające doświadczenie. Wybuchła rozpaczliwym płaczem, a jej rodzice – którzy stali obok i byli tym niespodziewanym aktem agresji równie porażeni, jak ona sama – porwali ją w ramiona, przytulali, koili.

Ukłuło mnie poczucie winy i wstyd, a jednocześnie poczułam złość na moje dziecko, które ZNOWU zrobiło komuś krzywdę. (Poczucie winy, bo powinnam była nie spuszczać z oka tego małego agresora, a wstyd, bo  wyobraziłam sobie, co ja na miejscu tych ludzi – spokojnych rodziców jedynego malutkiego dziecka – pomyślałabym sobie o Malutkim i o mnie. Kiedy byłam na ich etapie, uważałam, że jeśli małe dziecko kogoś bije, to musi pochodzić z głęboko patologicznej rodziny.) Podeszłam szybko do zjeżdżalni i przeprosiłam zarówno dziewczynkę, jak i jej rodziców. Następnie zdjęłam protestującego, wierzgającego nogami i szczypiącego mnie w ręce Malutkiego ze zjeżdżalni. Byłam już wkurzona, bo szczypał naprawdę boleśnie i w dodatku zrzucił mi okulary, co mnie doprowadza do wrzenia.

Zaniosłam malucha na kanapę, posadziłam go na niej niezbyt delikatnie, po czym pochyliłam się i wysyczałam cicho:
– Widzisz, co narobiłeś! Zrzuciłeś dziewczynkę ze zjeżdżalni! Ona teraz przez ciebie płacze. Jesteś niedobry! Jesteś naprawdę niedobrym dzieckiem!
– Ja dob dob! [Jestem dobry!] – odpowiedział Malutki, który nie mówił wtedy jeszcze zbyt wiele. Ton był hardy, ale minę miał nietęgą i w jego oczach pojawił się cień strachu.

Ten strach mnie zatrzymał i nieco ostudził moją złość. Zawstydziłam się, ale tylko trochę, bo moja złość opada bardzo wolno. Nieco spokojniej porozmawiałam z Malutkim i zabrałam go do pokoju. Dopiero tam, po jakimś czasie, rozpoczęłam właściwą rozmowę:
– Malutki, pamiętasz, że w pokoju zabaw powiedziałam, że jesteś niedobry?
– Tat [Tak] – kiwnął głową Malutki i wyraźnie posmutniał.
– Przepraszam cię za to. Byłam zdenerwowana i powiedziałam coś niemądrego, co nie jest prawdą. Jesteś dobry. Jesteś dobrym chłopczykiem.
– Ja dob dob? [Jestem dobry?] – upewnił się Malutki.
–Tak. Jesteś dobry – odparłam. – Powiedziałam wtedy nieprawdę, bo byłam zdenerwowana. Teraz jestem spokojna i mówię ci prawdę: jesteś dobry.
– Ja bam i dob dob? [A kiedy biję, też jestem dobry?] – spytał z nadzieją, ale i widoczną obawą Malutki.
– Tak. Jesteś dobry zawsze. Nawet, kiedy bijesz i gryziesz i robisz inne niefajne rzeczy – odpowiedziałam z mocą.
– Ja dob dob! Ja dob dob! Huja! [Jestem dobry! Jestem dobry! Hurra!] – Malutki wykrzykując to, zaczął podskakiwać jak piłeczka, a następnie rzucił mi się w ramiona i obsypał pocałunkami. – Mama, och! [Kocham cię, mamo!]

Popłakałam się ze wzruszenia. Na Mężu, który był świadkiem tej rozmowy, też zrobiła ona ogromne wrażenie. Przestaliśmy mówić Malutkiemu, że jest niedobry i przeprowadziliśmy rozmowę z Dużym i Małym o tym, żeby też tego mu nie mówili. Ta jedna zmiana w naszej komunikacji sprawiła, że Malutki z dnia na dzień zaczął się zachowywać trochę lepiej. Słyszeliście o efekcie Pigmaliona? Jeśli nie, to przeczytajcie o nim na przykład tu. To właśnie on tu zadziałał: Malutki zachowywał się w taki sposób, aby podtrzymać naszą ocenę jego osoby, po prostu spełniał nasze oczekiwania. Ten efekt ma potężny wpływ na zachowanie nie tylko naszych dzieci, ale i nas samych. Dlatego to bardzo, bardzo ważne, aby nawet bijące, szczypiące, gryzące, “leniwe”, “histeryzujące”, “nieempatyczne”, “złośliwe”, “nieszczere” (zauważyliście cudzysłowy?) dziecko traktować jak nasz mały cud. Tak, nawet dziewięciolatka albo nastolatka, którzy odburkują nam niezbyt przyjemnie i zachowują się chwilami naprawdę okropnie. Nawet ich. Zwłaszcza ich.

Jak to zrobić? Jak zmienić perspektywę i przestać się nakręcać? To czasem bardzo trudne. Miałam okazję się o tym przekonać w ubiegłym tygodniu, kiedy – po kilkunastu dniach kwarantanny w domu z dziećmi, przekonana, że mój kaszel i duszności są efektem zarażenia koronawirusem – znalazłam się w kryzysie emocjonalnym (o którym też wkrótce napiszę). Malutki zareagował na moje rozstrojenie i brak autentycznej wspierającej obecności identycznie, jak brak kontaktu ze mną i nadmiar bajek nad morzem, a ja przez jeden okropny dzień zaczęłam w nim widzieć przyszłego bandytę i sadystę, który z uśmiechem na twarzy będzie krzywdził ludzi. Na szczęście udało mi się uruchomić całą swoją wiedzę, wszystkie swoje umiejętności i zasoby coacha, coacha kryzysowego i Facylitatorki Self-Reg; niebagatelną rolę odegrało tu sięgnięcie po emocjonalne wsparcie do kogoś, kto zna się na dzieciach i Self-Reg, a do tego ma w sobie ocean spokoju i potrafi fantastycznie słuchać i wspierać (Jagoda, dziękuję!). To wszystko sprawiło, że zmieniłam optykę i znów potrafię – na miarę własnych, chwilami wątłych, zasobów – postępować w zgodzie z samą sobą nie tylko z Malutkim, ale też z rozstrojonym kwarantanną niemal dziewięcioletnim Dużym oraz sześcioletnim Małym, którego rozpiera niespożyta energia. (A jak postępować? O tym jest cały mój blog, a wiedzę tę zawarłam w pigułce w szkoleniu online “Jęki, krzyki, agresja: jak pomóc dziecku i sobie”.)

Teraz jestem pełna dobrej energii po moim wtorkowym webinarze “Spokój rodzi spokój. 12 sposobów na opanowanie złości”, który został udostępniony na Facebooku ponad 150 razy i dotarł do 15 tysięcy osób. Otrzymałam na jego temat tak pozytywny feedback, że czuję, jak rosną mi skrzydła i mimo trudnych warunków i obaw o przyszłość jestem teraz w miarę spokojna i mogę dzielić się tym spokojem z innymi. Otworzyła mi się ponownie przestrzeń na indywidualny coaching kryzysowy, a ponadto 13 kwietnia uruchomię Facebookową grupę wsparcia, w której będę się dzielić sposobami na wprowadzanie spokoju, kiedy dzieci zachowują się jak Malutki albo po prostu ciągle jęczą lub płaczą, codziennie moderować grupę i odpowiadać na pytania uczestników w cotygodniowych live’ach. Udział w grupie można kupić w pakiecie ze wspomnianym wyżej szkoleniem “Jęki, krzyki, agresja” oraz webinarem “Spokój rodzi spokój”.

Sam webinar “Spokój rodzi spokój” można odsłuchać bezpłatnie do środy 8 kwietnia po zapisie pod tym linkiem. Podczas webinaru podałam kod umożliwiający zakup szkolenia online “Jęki, krzyki, agresja” (z grupą wsparcia lub bez niej) z 20-procentowym rabatem. Zapraszam. 🙂