Opowieść o autentycznej akceptacji

Stoi awokado przed lustrem, patrzy z czułością na swoje odbicie i mówi do niego: „Jesteś tłuste, ale to dobry tłuszcz”. Uwielbiam ten obrazek. Dla mnie to nie tylko dowcipna gra słów, ale opowieść o autentycznej akceptacji siebie – także tych cech, które w przekazie kulturowym są nie do zaakceptowania.

Chyba dotarłam do takiego miejsca na mojej życiowej drodze, w którym autentycznie akceptuję swoją wysoką wrażliwość. Patrzę z czułością na swoje zaaferowanie zwykłymi, wydawałoby się, sprawami (jest! jest plan kół zainteresowań w szkole! Rzucam wszystko i zapisuję Dużego na „Mistrzów pisania”, a Małego na „Pod lupą” i „Klub niezwykłych zwierząt świata!”). Uśmiecham się do siebie czule, kiedy z marsem na czole kreślę w zeszycie plan tygodnia, jakbym była Napoleonem ruszającym na Moskwę. Przytulam siebie – całkiem dosłownie, obejmuję się ramionami – kiedy na widok szczególnie pięknej chmury zatrzymuję się raptownie i wydaję z siebie jęk zachwytu (oraz zapominam, dokąd szłam) albo łzy mi napływają do oczu, kiedy słyszę „jesteś najkochańszą mamą na świecie”.

Współodczuwam emocje innych ludzi

I – to wydawało mi się kiedyś najtrudniejsze – myślę o sobie ciepło, kiedy zalewa mnie od stóp do głów fala wkurwu wywołana krzykiem moich dzieci i ich wzajemną agresją. Bardzo silnie współodczuwam emocje innych ludzi. Niedawno byłam na pogrzebie nieznanego mi człowieka, aby wyrazić wsparcie i szacunek jego córce. Siedziałam w kościele w jednej z tylnych ławek i czułam całym ciałem (i w gardle, i pod powiekami) rozpacz osób siedzących w pierwszym rzędzie.

To silne współodczuwanie bywa bardzo obciążające, ale pozwala mi też być uważniejszą mamą oraz… coachką i coachką kryzysową. Wyłapuję najmniejsze zmiany w oddechu i tonie głosu klientek i zwracam im na nie uwagę – nawet kiedy one same ich nie wyczuwają, bo nawykowo ignorują sygnały ciała. Coraz lepiej radzę sobie też z regulacją emocji, którymi się zarażam: pozwalam im przepłynąć przez ciało i powoli opaść. Czasem potrzebuję je wyskakać, wytrząść, wytańczyć, wykrzyczeć, wyszlochać w samotności (zobacz moje krótkie wideo na ten temat – Domykanie cyklu stresu). Coraz rzadziej pozostaję z napięciem w ciele i coraz rzadziej przykrywam trudne emocje złością.

Jestem teraz wyczerpana,

ale to dobre wyczerpanie, choć z punktu widzenia Self-Reg brzmi to nonsensownie. Moje ciało jest zmęczone pobudkami o 6:35 (dlaczego lekcje w szkole nie mogą zaczynać się o 9 zamiast o 8?), ale odsypiam, kiedy mogę, zdrowo się odżywiam, dużo spaceruję i ćwiczę. Wyczerpany jest przede wszystkim mój umysł, który od miesiąca pracuje na najwyższych obrotach, realizując dziesiątki różnych zadań. Spora część wymaga zadzwonienia do kogoś obcego i spytania go o coś (o rany, jakie to trudne!) albo wypełnienia jakiegoś formularza (mam doktorat z ekonomii/ekonometrii i gadam w pięciu językach, ale formularzy nadal nie ogarniam).

Dlaczego to wyczerpanie jest dobre? Bo wynika z nietypowej kumulacji zadań w kluczowym dla mnie obszarze, który chciałam zaopiekować najlepiej, jak umiałam. Ten obszar to szeroko pojęte zdrowie psychofizyczne i dobrostan moich dzieci. Początek roku szkolnego to zawsze intensywny okres, a teraz nałożyły się na niego – u każdego z trójki dzieci – pewne wyzwania, które wymagały wsparcia różnych profesjonalistów, od ortoptysty poprzez ortodontę po terapeutę integracji sensorycznej i psychologów dziecięcych. Ale wszystko ogarnęłam tak, że jestem z siebie naprawdę dumna.

Czy perfekcjonizm jest zły?

To zależy. Jeśli ogranicza się do kluczowych życiowych celów i pomaga realizować najważniejsze wartości, to jest dobry. Czy sumienność i skrupulatność w realizowaniu zadań jest zła? To zależy. Jeśli dotyczy tylko ważnych spraw, tych z kluczowych obszarów i powiązanych z najważniejszymi wartościami, to jest dobra. Czy branie na siebie pełnej odpowiedzialności jest złe? Jak wyżej. Czy wyczerpanie może być dobre? Oczywiście! Wystarczy pomyśleć o kimś, kto przebiegł maraton. A ja się tak właśnie czuję pod koniec tego września: wyczerpana i spełniona, szczęśliwa, spokojna.

„Gdzie w tym wszystkim jest Mąż?” – spytasz. Jest blisko. Wspiera, bierze udział w podejmowaniu decyzji, realizuje mnóstwo zadań. Czasem nakazuję mu usiąść na kanapie i daję instrukcję: „Siedź tu, słuchaj mnie uważnie, kiwaj głową, okazuj aprobatę i pod każdym pozorem nie dawaj mi rad” albo „Posłuchaj i powiedz, co o tym sądzisz i co mam zrobić, ale delikatnie, bo jestem rozstrojona”. (Nie masz pojęcia, jak długo uważałam, że jeśli kocha, to domyśli się, czego dokładnie potrzebuję w danej chwili! Dawanie takich instrukcji obsługi samej siebie wydawało mi się jakieś takie… żałosne.)

To jest dla mnie ok, że jesteśmy tak różni

Ale Mężowi daleko do takiego zaangażowania „całym sobą” w sprawy dzieci, jakie jest moim udziałem. I też ma zupełnie inną osobowość, niż ja, co sprawia, że generalnie nie analizuje tego, co nie wymaga bezwzględnie analizy, nie roztrząsa różnych decyzji (poza tą o zmianie samochodu na kolejny), nie snuje w głowie scenariuszy, nie przejmuje się możliwymi konsekwencjami drobnych zaniedbań, dopóki te nie staną się faktem – a i wtedy się nie przejmuje, lecz działa, żeby naprawić sytuację. I to jest dla mnie ok, że jesteśmy tak różni. Jakoś tak… łagodnie jest w naszej rodzinie. Spokojnie. Jesteśmy coraz lepiej wyregulowani.

Mija intensywny wrzesień, kiedy to byłam niemal wyłącznie mamą. Teraz dzieci są zaopiekowane i mogę wrócić do intensywniejszej aktywności zawodowej.


Chcesz się ze mną spotkać na bezpłatnym webinarze?

Zdradzę Ci sekrety spokojnych, spełnionych matek. Siebie też do tej grupy zaliczam (przez większość czasu). Zapraszam baaaardzo serdecznie! Dowiedz się więcej klikając w guzik poniżej. Pamiętaj o potwierdzeniu zapisu, bez tego nie wyślę Wam linku z dostępem do webinaru.

A jeśli uważasz, że warto, to zaproś też znajome mamy. Z góry dziękuję za zapisy, komentarze i udostępnienia.

Webinar DyleMatki – czwartek, 29.09. 2022 roku, godz. 21:00 Siedem sekretów spokojnej, spełnionej matki


2
0
Would love your thoughts, please comment.x