“Głupia babcia”: jak na to reagować?

“Głupia babcia”: jak na to reagować?

To było ponad trzy lata temu, podczas wakacji na wsi. Zbliżała się pora obiadu; zawartość garnków i patelni atakowała nasze nozdrza przyjemnym zapachem. Głodny i nieco już zmęczony Mały – który miał wówczas niecałe trzy lata – nagle zażyczył sobie lizaka. Obecna przy tym moja Teściowa powiedziała, że za chwilę będzie obiad i potem będzie można zjeść lizaka. Usłyszawszy to, Mały zmarszczył brwi i zawołał do babci:
– Cie ziziaka tejaź! Tejaź, juź! Dawaj ziziaka!
Moja Teściowa spokojnie przypomniała zasadę, że najpierw jemy obiad, a dopiero po nim słodycze. Mały rozzłościł się na dobre i krzyknął:
– Głupia babcia! Głupia! Głupia!

Byłam w dobrej formie psychofizycznej – wyspana, niezbyt głodna, zrelaksowana – i w obecności mojej Teściowej czułam się jak zwykle dobrze i bezpiecznie. To pozwoliło mi zareagować modelowo, zgodnie z moją najlepszą wiedzą o podejściu Self-Reg. (Nie myślcie proszę, że zawsze mi się to udaje!) Zniżyłam się do poziomu malucha, przysiadając na piętach, i zwróciłam się do niego łagodnym głosem:
– Ojej, chyba się okropnie zdenerwowałeś?
– Tak! Głupia babcia nie da mi ziziaka! – zawołał oburzony Mały.
– Aha, jesteś zły, bo babcia nie chce ci dać lizaka?
– Tak! Głupia babcia!
– Jesteś naprawdę rozzłoszczony, skoro mówisz “głupia” na babcię!
– Tak!
– Wiesz, maluchu, teraz mamy obiad. Wiem, że bardzo chcesz tego lizaka i dostaniesz go, zaraz po obiedzie.
Mały ułożył usta w podkówkę (on robił taką cudną podkówkę jak na obrazkach!), broda mu zadrżała, oczy wypełniły się łzami. Jego ramiona opadły, a zaciśnięte pieści rozluźniły się. Smutek i żałość zastąpiły złość.
– Kochanie, co mogę dla ciebie teraz zrobić, żeby ci było choć trochę lepiej?
– Psitulić! – zaszlochał Mały i z płaczem rzucił się w moje ramiona. Przytuliłam go i delikatnie kołysałam, podczas gdy on płakał, powoli się uspokajając. (Czytelnicy mojej książki “Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę?” mogą mieć w tym momencie odczucie deja vu… O tym za chwilę.)
– Wiesz, ja rozumiem, że należy akceptować emocje i tak dalej, ale jednak uważam, że nie powinnaś go przytulać, kiedy krzyczy „głupia babcia” – powiedziała do mnie cicho Teściowa.
– Daj nam chwilę, dobrze? – poprosiłam. Umyłam Małemu ręce i twarz, a następnie zaprowadziłam do stołu. Rzucił się na jedzenie, jakby od rana nic nie miał w ustach.

Kiedy zjedliśmy obiad, zagadnęłam Małego:
– Pamiętasz, maluchu, jak się rozzłościłeś przed obiadem?
– Tak! Dostanę tejaź ziziaka? – ożywił się Mały.
– Dostaniesz za chwilę. A pamiętasz, co powiedziałeś do babci?
Mały zastanowił się, ale widać było, że nie pamięta.
– Powiedziałeś “głupia babcia” – podpowiedziałam łagodnie.
– Ojej… – w oczach Małego pojawił się błysk rozpoznania.
– Jak myślisz, jak mogła poczuć się babcia? – nadal mówiłam bardzo łagodnym tonem.
– Niefajnie… – stropił się Mały i zapadł się nieco w sobie.
– A co możesz teraz zrobić? – spytałam. Mały zastanowił się, po chwili jego buzia się rozjaśniła. Zeskoczył z krzesła, podbiegł do babci, objął jej nogi i patrząc jej w oczy, powiedział żarliwie:
– Babciu, ja cię bardzo pseplasam! Wcale nie jesteś głupia!

Ta sytuacja nieco przypomina baśń („… i żyli długo i szczęśliwie”), a jednak wydarzyła się naprawdę, podobnie jak wiele, wiele innych tego typu sytuacji z udziałem moich dzieci. Zależnie od mojej formy psychofizycznej – od mojego obciążenia rozmaitymi stresorami z pięciu obszarów – zakończenie było bardziej lub mniej szczęśliwe. Czasem, jak w opisanej tu sytuacji, byłam w stanie zareagować na “złe zachowanie” dziecka ze spokojem, empatycznie towarzyszyć mu w emocjach, następnie zredukować jego stres (czyli na przykład nakarmić) i dopiero, kiedy maluch autentycznie się uspokoił i zaspokoił swoje ważne potrzeby, podejmowałam rozmowę. Ten scenariusz zawsze, prędzej czy później, kończył się szczęśliwie. Kiedy natomiast ostro przywoływałam dziecko do porządku, wymierzałam mu karę albo udowadniałam, że jego zachowanie jest “bez sensu”, skutkiem było nie tylko chwilowe zerwanie naszej relacji, ale też pogorszenie zachowania dziecka. W zasadzie powinnam użyć czasu teraźniejszego, bo takie sceny rozgrywają się w naszym domu po wielokroć każdego dnia, a ja już coraz częściej potrafię zachować się tak, jak chcę, ponieważ dzięki konkretnej wiedzy i wielokrotnemu ćwiczeniu mój mózg utorował sobie taki wzorzec postępowania. Moje dzieci – nawet ośmioletni obecnie, wysoko wrażliwy Duży, który niegdyś “zawsze miał jakiś problem” – też są coraz lepiej wyregulowane.

Oczywiście nie zawsze rozwiązanie konfliktu było tak łatwe i szybkie, jak w opisanej tu scenie. Akurat w przypadku Małego, dziecka o tzw. łatwym temperamencie, zazwyczaj właśnie takie jest. Czy znacie Lenkę, bohaterkę mojej książki „Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę”? Ona i Mały mają wiele wspólnego: Lenkę też wystarczy przytulić, aby jej burza emocji szybko się wyciszyła. Z innymi dziećmi nie zawsze jest tak łatwo: na przykład Duży miewa tendencję do wpadania w czarne nastroje pod wpływem trudnych emocji, a prawie trzyletni Malutki nie lubi rozmawiać po fakcie o tym, co się wydarzyło. Dzieci mogą wpadać w szał (jak Duży niegdyś), mogą źle reagować nawet na spokojne próby dotarcia do nich, mogą “nakręcać się” bardzo łatwo ponad miarę, mogą nie wiedzieć, czego chcą (na przykład: “idź sobie! Nie zostawiaj mnie!”). Choć bywa to trudne, jednak z każdym dzieckiem da się wypracować indywidualny przepis na porozumienie. Warto próbować; w końcu stawką jest nie tylko nasza relacja z nim, ale też to, jak ukształtuje się ostatecznie jego mózg, który jest “w budowie” przez pierwsze 25 lat jego życia.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat, zapraszam do lektury mojego bloga i kilku książek: “Self-Reg” Stuarta Shankera, “Zintegrowany mózg, zintegrowane dziecko” oraz “Grzeczne dziecko” (wiem, polski tytuł zniechęca) Daniela Siegela i Tiny Bryson czy “Mózg dziecka. Przewodnik dla rodziców” Alvaro Bilbao. Możesz też pójść na skróty, inwestując 40 zł w webinar “Jęki, krzyki, agresja: jak pomóc dziecku i sobie?”, który poprowadzę już w najbliższy poniedziałek o godzinie 21 (nie trzeba być na żywo, nagranie będzie dostępne przez rok). Będzie on poświęcony temu, co się dzieje w mózgu dziecka, kiedy ono źle się zachowuje i jak na to reagować tak, aby szczęśliwe zakończenie było bardziej prawdopodobne. Bilety (dostępne tutaj) kupiło już ponad 300 osób; zapraszam i Ciebie, jeśli prezentowane tu podejście jest Ci nieznane lub Twoja wiedza jest wyrywkowa – a przede wszystkim, jeśli marzysz o tym, aby Twoja relacja z dzieckiem była mniej obciążona stresem.

Photo by Sharon McCutcheon on Unsplash

Jak ponownie wyszłam ze starych kolein

Jak ponownie wyszłam ze starych kolein

 

Oto obiecany dalszy ciąg wpisu na temat krytyka wewnętrznego, czyli krytycznego wewnętrznego głosu, który uaktywnił się w mojej głowie przed świętami Bożego Narodzenia. Zaznaczam, że niniejszy post NIE dotyczy tego, jak można pracować nad krytykiem wewnętrznym. Taka praca to długotrwały proces, czasem wymagający wsparcia profesjonalisty (psychoterapeuty lub coacha). Polega on na identyfikowaniu niepochlebnych myśli i przekonań na własny temat, poddawaniu ich krytycznej analizie, oddzielaniu ziarna prawdy od plew autoagresji, wreszcie zastępowaniu ich wspierającymi myślami i przekonaniami. Ten proces opanowałam już dawno temu na tyle dobrze, że teraz wspieram moich klientów (poprzez warsztaty i indywidualny coaching) w oswajaniu ich krytyków wewnętrznych (zewnętrznych zresztą też). A jednak… każdego roku, pod koniec listopada, mój krytyk powraca w swojej najbardziej nieprzyjemnej formie. Mam trudność z odpuszczeniem sobie, rośnie we mnie napięcie, robię się drażliwa, nieuważnie pędzę przez życie, nie słucham bliskich i warczę na nich. Rosnące napięcie zużywa moją energię i z ekspertki Self-Reg zamieniam się na powrót w rozregulowaną, zestresowaną “starą” wersję samej siebie.

Na szczęście jeszcze przed świętami wydostałam się ze starych kolein i powróciłam na moje właściwe tory. Ten wpis jest o tym, jak tego dokonałam. Pomógł mi, rzecz jasna, Self-Reg, a konkretnie następujące kroki:

1. Autorefleksja i pogłębianie samoświadomości (krok 4 Self-Reg): 

Święta Bożego Narodzenia to dla wielu osób czas szczególny, silnie związany z doświadczeniami rodzinnymi i przez to powodujący regresję, czyli cofnięcie się do wcześniejszej fazy rozwoju. Ta regresja ma w moim przypadku trzy wymiary. Najbardziej widocznym jest wyjazd na czas świąt do domu rodzinnego: mojego lub Męża. Niemal czterdziestoletni ludzie, którzy od ponad dwóch dekad nie mieszkają z rodzicami i mają już własne dzieci, na kilka dni znów stają się przede wszystkim dziećmi swoich rodziców. Możemy zawieźć prezenty i własnoręcznie przygotowane potrawy, możemy pomóc w przygotowaniu wigilijnego stołu, ale na tym kończy się nasza “dorosła” rola w czasie świąt. Zauważyłam, że mam wtedy tendencję do bezwolnego kierowania się wskazówkami mojej Mamy, nie zastanawiając się nad ich adekwatnością.

Nierzadko automatycznie przenoszę się w dawne czasy również mentalnie; to jest ów drugi wymiar regresji. Spędzanie Bożego Narodzenia w sposób tradycyjny, wspólnie ze swoją rodziną pochodzenia, to okoliczność przywołująca najsilniej wdrukowane:
– przekonania (“to matka jest odpowiedzialna za to, jak dzieci będą wspominać święta”, “w czasie świąt trzeba spotkać się z całą rodziną”),
– schematy działania (“wyśpię się w grobie, co tam zmęczenie, święta muszą być idealne”, “cały dom musi być lśnić i być pięknie przystrojony”),
– oczekiwania (“na pewno da się tak wszystko poukładać, żeby każdy był zadowolony”, “będzie cudownie”).

Wreszcie trzeci wymiar: infekcje, które rozpoczynają się u mnie i mojej rodziny wraz z rozpoczęciem sezonu grzewczego. Choroba jest równoznaczna ze słabością, a czasem wręcz dziecięcą niezdolnością do zadbania o własne potrzeby. Znam wiele niezłomnych Matek Polek, które pracują bez wytchnienia, nie potrafią odpuścić, zadbać o siebie i świadomie naładować baterii. Szkoda czasu, przecież tego nie potrzebują, prawda? Nieprawda. Wie o tym ich nieświadomość i dlatego od czasu do czasu funduje im poważniejszą infekcję lub kontuzję, a wraz z nimi – tak potrzebne wytchnienie oraz odrobinę troski i uwagi ze strony najbliższych. Znacie ten schemat? Ja tak działałam przez wiele lat; moje jesienne i zimowe chorowanie było kiedyś z natury psychosomatyczne, o czym zapewne napiszę kiedyś oddzielny post.

W jaki sposób samoświadomość pomogła mi pokonać krytyka wewnętrznego? Wiedząc, skąd się wziął mój regres, oszczędziłam sobie jednej „warstwy” samokrytyki: mogłam przecież biczować się za to, że pomagam innym pokonać krytyka, a z moim własnym nie daję sobie rady. „Niedouczona trenerka! Samozwańcza ekspertka! Oszustka! Hipokrytka! Daj sobie spokój z tą swoją nową karierą!” – tak mogłam do siebie przemawiać. Nie zrobiłam tego, bo wiem, że stan niskiej energii i wysokiego napięcia przenosi nas w stare koleiny. Ale to minie: wystarczy popracować nad napięciem i energią, aby powrócić na drogę, którą chcemy kroczyć.

2. Obniżanie napięcia: kroki 1 i 3 Self-Reg

Aby obniżyć napięcie, starałam się systematycznie zakładać łagodne self-regowe okulary i przez nie patrzeć na siebie i, jeśli zdołałam, także na innych. Przypominam, że pierwszy krok Self-Reg polega na przeformułowaniu zachowania: nie jestem nieogarnięta, lecz mam wiele zadań na głowie; nie jestem wredną matką warczącą na dzieci, lecz matką nieprzesypiającą nocy od dwóch lat (a właściwie od siedmiu i pół z krótkimi przerwami); nie jestem egocentryczką, lecz brak mi zasobów, aby zaangażować się w świąteczne akcje charytatywne inaczej niż poprzez datki. Malutki nie jest agresywnym gryzoniem, lecz dostarcza sobie bodźców stymulujących czucie głębokie; Mały nie jest cwany i złośliwy, lecz ma przewlekłe mało energii w związku z wczesnymi pobudkami wymuszonymi przez początek edukacji szkolnej Dużego; Duży nie jest niedojrzały i egoistyczny, lecz bardzo brakuje mu wyłącznej uwagi rodziców. Kierowcy autobusu, który zatrzasnął mi drzwi przed nosem, grozi kara finansowa za nietrzymanie się rozkładu jazdy. I tak dalej. Przeformułowanie zachowania jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki obniża nasze napięcie – bo przecież przykro jest być okropnym człowiekiem w jeszcze okropniejszym świecie!

Obniżaniu napięcia sprzyja też, rzecz jasna, redukowanie stresu (krok 3 Self-Reg). U mnie w listopadzie i grudniu najbardziej szwankował obszar biologiczny. Moją energię pożerały: przewlekły niedobór snu (nocne pobudki Malutkiego i poranne pobudki służące wyprawieniu starszaków do placówek), brak słońca (jestem podatna na depresję sezonową), objawy choroby (uporczywy kaszel poinfekcyjny, alergia na roztocza kurzu domowego), niedobór ruchu. Starałam się więc wykorzystywać moc krótkich drzemek w ciągu dnia, naświetlać lampą antydepresyjną i wplatać w każdy dzień choć odrobinę ruchu, choćby to miało być wejście na wyższe piętro po schodach zamiast jazdy windą. Najtrudniejsze było przy tym – dla mnie, perfekcjonistki i wieloletniej zwolenniczki podejścia „wszystko albo nic” – poprzestanie na tych małych kroczkach przypominających najczęściej dreptanie w miejscu. Codziennie wdawałam się w dyskusję z krytykiem, który grzmiał: „Serio? Pięć minut rozciągania pleców dziennie i pół godziny pływania raz w tygodniu nazywasz dbaniem o formę? A pamiętasz, jak po narodzinach Małego robiłaś solidny trening co najmniej pięć razy w tygodniu?” Pamiętam, krytyku. To nie ten czas. Dzięki za troskę. Oprócz tego dialogu z krytykiem wewnętrznym redukowałam stres w obszarze poznawczym, dusząc w zarodku każdą nieprzyjemną i nie wnoszącą nic konstruktywnego myśl, w szczególności – czarne scenariusze na temat przyszłości. Na początku grudnia nasza niania – trzecia z niań Malutkiego zatrudnionych w 2018 „na co najmniej dwa lata” – poinformowała nas, że wraca na Ukrainę. Duch we mnie upadł tylko na jeden dzień, po czym postanowiłam, że jakoś to będzie. Było nie tylko „jakoś”, ale bardzo dobrze, choć trudno – a niania właśnie dziś powróciła.

3. Dbanie o energię (kroki 3 i 5 Self-Reg)

Kiedy nasze zasoby energii są niskie, dbanie o nie jest szczególnie ważne. Niedobrze jest doprowadzić do tego, że nasz wewnętrzny bak opróżni się do cna, bo wtedy każdy silniejszy stresor może wywołać załamanie zdrowia fizycznego i psychicznego. Czasem tygodniami „jedziemy na oparach” i wydaje nam się, że damy radę jeszcze troszkę, jeszcze jeden dzień – i owszem, dajemy radę, ale tylko do pewnego momentu. Sęk w tym, że nigdy nie wiemy, kiedy osiągniemy owo dno baku i dopadnie nas ciężka depresja, zawał czy choroba autoimmunologiczna. Lepiej nie ryzykować. Idealnie jest systematycznie obniżać zbędny stres (krok 3) i regenerować się (krok 5) w taki sposób, który odpowiada zatankowaniu paliwa do pełna albo niemal do pełna. Wiem, to truizm, ale napiszę to: dobry sen, zrównoważona dieta, aktywność fizyczna i pozytywne myślenie mają ogromny wpływ na to, jak nam się żyje i jakie tworzymy relacje z ludźmi.

Co robić, jeśli takie tankowanie do pełna i usuwanie stresorów jest z jakichś powodów niemożliwe? Czasem przecież mamy do czynienia ze stresorami, które są przytłaczające i niezależne od nas: śmierć kogoś bliskiego, ciężka choroba nasza albo kogoś bliskiego, zaburzenie czy niepełnosprawność naszego dziecka, samodzielne rodzicielstwo, utrata pracy czy dachu nad głową. Cóż, po prostu trzeba robić to, co jest możliwe w danej sytuacji: wchodzić po schodach zamiast iść na godzinny trening, postać przez pięć minut pod gorącym prysznicem zamiast spędzić pół dnia w spa, posłuchać w samochodzie ulubionej muzyki zamiast przygnębiających wiadomości, spojrzeć na siebie choć troszkę łagodniejszymi niż zwykle oczami. A jeśli nic nie wydaje się możliwe ani sensowne, warto poszukać profesjonalnej pomocy.

A jak się ma w tej chwili Twój krytyk? Jaki masz poziom paliwa w swoim wewnętrznym baku? Co go obniża? Jak możesz napełnić bak…?

The Railroad and the Bridge where the mistery starts (CC BY-SA 2.0) by Felipe Tofani

Złość, część 8: Emocje są jak fala

Dziś powracam do tematu złości, który towarzyszy mi od początku funkcjonowania tego bloga. To już ósmy z cyklu postów o złości i na pewno nie ostatni. W poprzednich pisałam między innymi o tym, jak po raz pierwszy wrzasnęłam na dziecko; o mojej drodze do życia niezatrutego złością; o tym, jak pod wpływem złości zmieniamy się w gady; o myślach-zapalnikach oraz o pauzie jako narzędziu regulacji złości. To właśnie moje trudności z wyrażaniem złości sprawiły, że zainteresowałam się podejściem Self-Reg; pochłonęło mnie ono tak bardzo, że ostatecznie zostałam pierwszą w Polsce Facylitatorką tej metody. W planach mam kurs online na temat regulowania złości oraz… nie, na razie nic Wam nie zdradzę. 🙂

Kiedy jeszcze październik rozpieszczał nas słoneczną pogodą, pewnego ranka wybrałam się na przejażdżkę rowerową wraz z Malutkim, po drodze wstępując na targ. Znalazłam stragan, o który dało się oprzeć rower obciążony 14-kilogramowym Malutkim w foteliku. Utrzymując rower w równowadze dolną połową ciała, zaczęłam wkładać wybrane warzywa i owoce do siatek, szacując w myślach, ile zmieszczę w niewielkim plecaku i jeszcze mniejszym koszyku przy kierownicy. Byłam raczej spokojna i uważna, choć mój umysł pracował, a ciało było nieco napięte, aby utrzymać rower w pionie.

Nagle w tę scenerię wtargnęła jak burza kobieta w podeszłym wieku. Była kilka metrów przede mną, szła w moją stronę. Cała jej postać wyrażała gniew, oczy lustrowały podejrzliwie otoczenie, a usta były gorzko zaciśnięte, tworząc wąską kreskę. Momentalnie poczułam, jak moje ramiona i nogi napinają się, jakby przygotowując się do walki albo ucieczki. Szybko odłożyłam siatkę z ogórkami i chwyciłam mocno kierownicę roweru, jednocześnie omiatając wzrokiem otoczenie. Po mojej prawej stronie miałam rower oparty o stragan, a po lewej – około metrowej szerokości przejście. Kobieta też zlustrowała otoczenie, po czym spojrzała mi w oczy i ruszyła do ataku. Naparła na przednie koło, próbując odepchnąć rower od straganu i krzyknęła: “DZIE z tym rowerem?”.

Poczułam,  jak w moje stopy wstępuje ogień, szybko ogarnia łydki, uda, biodra i tułów, a następnie spływa od barków aż po koniuszki palców rąk. Przez chwilę moje ciało płonęło, czułam się jak żywa pochodnia. Widziałam jakby przez wąski tunel tylko tę kobietę i, patrząc jej z wściekłością prosto w oczy, wycedziłam niższym niż zwykle głosem: “Tu ma pani przejście!”. Ona sapnęła, jakby zmniejszyła się i odwróciła wzrok. Następnie, mamrocząc coś pod nosem, przeszła po mojej lewej stronie. Ogień tymczasem dotarł do mojej głowy, aż po sam jej czubek, a następnie jakby odbił się od niego i, tym razem powoli, powrócił przez całe ciało aż do stóp, a następnie ulotnił się. Czułam drżenie mięśni, w moim ciele zaszły właśnie prastare procesy biochemiczne służące obronie mnie samej i mojego potomstwa przed napastnikami. Wyjście z trybu walki i ucieczki zajęło mi jeszcze chwilę, jednak dość szybko w moje ciało i umysł wstąpił spokój. Nie zanotowałam żadnej myśli-zapalnika, które w tego typu sytuacji mogłyby się pojawić (“Co za baba!”, “Mogła zrobić krzywdę Malutkiemu!”, “Porąbało ją?” itd.). Kobieta poszła swoją drogą, a ja upewniłam się, że Malutki się nie przestraszył, po czym sięgnęłam po porzuconą siatkę z ogórkami. Całe zdarzenie trwało może 90 sekund.

Od dwóch lat z różną intensywnością praktykuję uważność (mindfulness), jednak dopiero teraz doświadczyłam tego, że emocje są jak fala. Słyszałam wielokrotnie, że “czysta” emocja trwa kilkadziesiąt sekund: pojawia się i rośnie jak fala, osiąga punkt kulminacyjny, a następnie rozpływa się, ustępując miejsca kolejnej. Dokładnie to wydarzyło się tego dnia na targu. Moja złość odpłynęła, a ja poczułam ekscytację wywołaną tym, że wreszcie było mi dane w taki uważny sposób jej doświadczyć. Nie bez znaczenia było zapewne to, że w ostatnich miesiącach postawiłam sobie za cel wyraźniejsze odczuwanie emocji w ciele – coś, z czym miałam jeszcze niedawno potężną trudność. Od mistrzyni uważności dzielą mnie lata świetlne, ale też mój mózg nie składa się już z hiperaktywnej lewej, logicznej półkuli i uśpionej prawej, emocjonalnej i doznaniowej. Dzięki tej większej integracji obu półkul mogę lepiej wspierać i moje dzieci, i inne bliskie mi osoby, i moich klientów coachingowych.

[Przy okazji chcę Wam polecić darmowe wyzwanie “CUD uważności dla mam” Anny Kuszewskiej-Sprawki, terapeutki i trenerki uważności, w którym wzięłam udział w mijającym tygodniu. Wyzwanie już się skończyło, ale materiały będą dostępne do 31 października, możecie jeszcze skorzystać, zapisując się pod tym linkiem. Warto!]

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Waves” (CC BY 2.0) by Ed Dunens

Jak działają nagrody: domowe studium przypadku

Znów życie podsunęło mi temat wpisu: w minionym tygodniu Duży miał okazję zaobserwować, jak na jego motywację działają nagrody. Od dawna planuję napisanie dłuższego, merytorycznego postu o wychowaniu bez nagród i kar, ale jeszcze nie poukładałam sobie moich przemyśleń na ten trudny dla mnie temat. Dlaczego trudny? Bo w naszej rodzinie wychowanie bez kar i nagród nie ma szans na pełną realizację ze względu na różnicę zdań między mną a Mężem. Ów długi wpis powoli dojrzewa w mojej głowie, a dziś proponuję Wam jedynie krótkie, ale wymowne studium przypadku.

Duży “od zawsze” był zapalonym czytelnikiem. Już jako czteromiesięczne niemowlę zastygał w bezruchu, kiedy czytałam mu wiersze Brzechwy i były to jedyne chwile w stanie czuwania, kiedy pozostawał w bezruchu. Kilka miesięcy temu nauczył się czytać i z każdym tygodniem i miesiącem czytał coraz dłuższe teksty. Robi to codziennie, czasem zaczytuje się w nieodpowiednim miejscu lub czasie, ale nawet wtedy cieszy mnie ta jego pasja. Kilkanaście dni temu po powrocie z naszej dzielnicowej biblioteki zamknął się w gabinecie ze stustronicową lekturą i, nie licząc krótkiej przerwy na wizytę w toalecie, wyszedł z niego dopiero po przeczytaniu całości. Czytanie go zaciekawia i wycisza – to jedna z aktywności, które obniżają jego, zwykle nadmierny, poziom pobudzenia, pozwalając mu osiągnąć spokój.

W miniony poniedziałek Duży wrócił ze szkoły z nowym zadaniem domowym.
– Mamo, teraz muszę codziennie czytać przez dziesięć minut – oświadczył z determinacją.
– Dziesięć minut? Przecież codziennie czytasz dużo dłużej – zdziwiłam się.
– Tak, ale teraz jest za to nagroda. Tu jest taka kartka, ty lub tata będziecie codziennie podpisywali się na tych kółkach, że czytałem przez dziesięć minut i kiedy uzbieram wszystkie podpisy, dostanę (…)”. (Tu padła nazwa nagrody, którą była maskotka z pewnej sieci dyskontów – to akcja czytelnicza tego dyskontu.)

Nie spodobało mi się to, ale ugryzłam się w język i postanowiłam obserwować rozwój wydarzeń. A oto i on: w poniedziałek Duży czytał przez dokładnie dziesięć minut, po czym przybiegł do mnie z kartką po podpis i tego dnia więcej nie zajrzał już do książki. We wtorek sytuacja się powtórzyła. W środę Duży zapodział gdzieś kartkę z podpisami i wpadł w rozpacz, że przez to nie dostanie nagrody. Tego dnia nie czytał w ogóle i był rozdrażniony. W czwartek kartka się odnalazła i Duży dla odmiany wpadł w rozpacz, że nie czytał w środę i przez to stracił jeden podpis, a więc nagrodę zdobędzie o jeden dzień później. Rzuciłam tylko: „Zobacz, co ci robi ta kartka”.

Duży przemyślał sprawę i w końcu oznajmił: „Przez te głupie podpisy i nagrody czytanie przestało być przyjemnością”. Postanowił, że będzie czytał tyle, ile chce, a kartkę przeznaczoną do zbierania podpisów rodziców wyrzuci. W piątek poinformował o swojej decyzji wychowawczynię. Powoli wraca do czytania z przyjemnością.

Myślę, że ta historia nie wymaga komentarza. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wspomniała, że wnioski z naszego naturalnego eksperymentu są zgodne z wnioskami z badań naukowych, o których napiszę w owym długim wpisie.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “ex libris” (CC BY 2.0) by Roger Salz

Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija

Pytacie mnie ostatnio, jak odnaleźć spokój w sytuacji przewlekle podwyższonego stresu. Opisujecie przeróżne sytuacje, do których należą między innymi: trzecia ciąża w relatywnie krótkim czasie po dwóch poprzednich; mąż pracujący od rana do nocy i brak wsparcia innych dorosłych; napięta sytuacja w pracy; powiększająca się dziura w domowym budżecie; potężne rozczarowanie kimś, komu się zaufało; dziecko miesiącami budzące się każdej nocy po kilkanaście razy; rozregulowane dziecko wielkim krzykiem domagające się piersi kilkadziesiąt razy w ciągu dnia; wymagające dziecko z utrzymującym się tygodniami i miesiącami silnym lękiem separacyjnym; dziecko porozumiewające się głównie za pomocą jęków, krzyków albo przeraźliwego pisku; dziecko gryzące rodzeństwo i rodziców w chwilach silniejszych emocji lub zmęczenia; dziecko chorujące praktycznie bez przerwy od jesieni do wiosny; zbliżająca się operacja dziecka; wojny między starszym a młodszym dzieckiem. Wszystkich tych sytuacji doświadczyłam na którymś etapie mojego potrójnego macierzyństwa. Łączy je przewlekle podwyższone napięcie połączone z przewlekle obniżoną energią, czyli stan określany jako czarny kwadrant macierzy Thayera, zwany też czarną dupą.

Co mi pomaga, kiedy wiem, że w najbliższym czasie nie mam szans na redukcję stresu i porządną regenerację (kroki trzeci i piąty Self-Reg)? Zanim odpowiem, spróbujcie sobie uświadomić, jakie myśli krążą Wam po głowie w tego typu sytuacjach. “Kiedy to się skończy?”, “Nie wytrzymam tego dłużej”, “Co za koszmar”, “Nie ogarniam”, “Jestem beznadziejna”, “Jestem w czarnej dupie”, “Moje życie jest do kitu”, “Dlaczego akurat mnie się to przydarza?”, “To dziecko jest okropne” – czy coś z tego brzmi znajomo? Jeśli nie, to serdecznie Wam gratuluję: nie dokładacie sobie cierpienia do bólu myślami-zapalnikami. A jeśli tak, to… doskonale Was rozumiem, bo też tak miewam – coraz rzadziej, właściwie już bardzo rzadko, od kiedy stosuję Self-Reg. To na kursie online Natalii Fedan “Odstresowany rodzic”, którego siódma edycja startuje już niedługo, odkryłam, że myśli-zapalniki to dla mnie najsilniejszy ze wszystkich stresorów – tak, silniejszy niż wszystkie te, które wymieniłam w poprzednim akapicie! Dopiero pod wpływem tych myśli widzę daną sytuację jako przytłaczającą.

Zapewne już się domyślacie, co mi pomaga: samoregulacja w obszarze poznawczym, a konkretnie zastąpienie tych myśli bardziej sprzyjającymi. Moja ulubiona myśl, którą powtarzam jak mantrę,  brzmi: “To minie. To minie. To minie”. Wdech, wydech. To minie. Pewna znana w rodzicielskich grupach bliskościowych na Facebooku osoba sformułowała tę myśl przepięknie: “Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija” i pozwalam sobie użyć tego zdania jako tytułu niniejszego wpisu. Nawet, kiedy żmija wydaje się nie mieć końca, ten jednak prędzej czy później następuje. Kiedy więc jest mi ciężko albo oczekuję na jakieś trudne doświadczenie (jak dziś – operacji Małego jutro rano), próbuję przypomnieć sobie tego typu sytuacje z przeszłości, posiłkując się moimi dziennikami i zapiskami na Facebooku. Zawsze stwierdzam, że te wspomnienia nie wzbudzają już we mnie silnych emocji, a po burzy zawsze pojawiało się słońce. Jutro po południu Mały będzie w domu, po operacji. Za kilka tygodni Malutkiemu wyrżną się ostatnie zęby mleczne i przestanie traktować nocą moje piersi jak gryzaki. Za jakieś dwa lata Mały zacznie mówić ciszej zamiast wykrzykiwać wszystko donośnym głosem (Duży niedawno zaczął), a Malutki przestanie reagować przeraźliwym piskiem na każdą frustrację (Mały jakiś czas temu przestał). Mąż niedługo dokończy wszystkie projekty w miejscu pracy, z którego odchodzi i przestanie pracować po kilkanaście godzin dziennie. Już za pół roku znów będzie wiosna. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Koniec żmii kiedyś nastąpi.

Może to, czym dzielę się dziś z Wami, to oczywista oczywistość. Jednak mnie powtarzanie w myślach “To minie” zamiast myśli-zapalników bardzo pomaga. Jeśli choć jednej osobie spośród Was także pomoże, to uznam, że warto było spędzić chwilę przy komputerze.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Female Adder” (CC BY 2.0) by Mike Prince

Zbuduj sobie wioskę… w realu

Jakiś czas temu przeczytałam moje dzienniki z okresu liceum i pierwszych lat studiów. To dla mnie fascynujące źródło wiedzy o mnie samej sprzed lat, ale też o świecie sprzed dwóch dekad, różniącym się bardzo od dzisiejszego. Najbardziej uderzającą różnicą jest to, że wówczas żyłam bez urządzeń z ekranami (innych, niż telewizor, który włączałam sporadycznie). Nie miałam komputera ani, oczywiście, telefonu komórkowego; nie umiałam wysłać e-maila czy SMS-a, surfować w Internecie, rozmawiać z kimś inaczej niż w cztery oczy lub przez telefon stacjonarny. Dlaczego o tym piszę akurat teraz? Bo ostatnio bardzo boli mnie to, że moje życie towarzyskie toczy się głównie w świecie wirtualnym. Z zabieganymi, mieszkającymi daleko przyjaciółkami i dobrymi znajomymi “rozmawiam” głównie przez mail i Messenger, a na Facebooku dyskutuję nierzadko z obcymi ludźmi.

Dlaczego tak boli mnie to, że większość moich kontaktów z innymi dorosłymi ludźmi odbywa się w wirtualnym świecie? Ponieważ w ostatnich miesiącach bardzo rozwinęłam świadomość swoich potrzeb, emocji, odczuć w ciele i trudno mi nie zauważyć, jak kojąco wpływa na mnie kontakt twarzą w twarz z życzliwymi ludźmi – i jak bardzo usycham na co dzień, kiedy te kontakty odbywają się głównie drogą cyfrową. Ponadto wiem jako ekspertka Self-Reg, że nie jest to tylko moja indywidualna właściwość. Człowiek do dobrej samoregulacji potrzebuje fizycznej obecności drugiego człowieka, oczywiście o ile ten drugi jest raczej spokojny, niż nadmiernie pobudzony i raczej pozytywnie, niż negatywnie nastawiony do rzeczywistości.

Nasze mózgi od narodzin karmią się bliskością z drugim człowiekiem. “Karmią się” używam tu w metaforycznym znaczeniu; powinnam raczej napisać: “rozwijają się w diadzie”, czyli w parze z najważniejszą osobą odniesienia. Jak sygnalizowałam w tym wpisie, noworodki i niemowlęta do właściwego rozwoju potrzebują kojącego dotyku i kontaktu wzrokowego z opiekunem. Wskazuje na to nie tylko tzw. doświadczenie anegdotyczne, ale też wiele badań naukowych. Jednak dotyk drugiego, przyjaźnie nastawionego człowieka, jego życzliwe spojrzenie, głos pełen zainteresowania to coś, co nas buduje i wzmacnia przez całe życie. Oprócz najmłodszych dzieci jest to szczególnie istotne w przypadku nastolatków, które szukają bliskości fizycznej na wszelkie sposoby (czasem nieadaptacyjne, jak agresja fizyczna lub przypadkowe kontakty seksualne) oraz osób w podeszłym wieku, które dosłownie więdną w samotności.

Człowiek jest zwierzęciem stadnym, nasze mózgi potrzebują innych mózgów. Świat wirtualny to tylko namiastka, choć czasem i ona potrafi nas wesprzeć. Być może znacie przysłowie afrykańskie, które mówi, że potrzebna jest cała wioska, aby wychować dziecko. W świecie rzeczywistym nie mam niestety “wioski”, czyli grupy podobnie myślących osób, z którymi mogłabym dzielić codzienność, w tym także opiekę nad moimi i ich dziećmi. Codzienna logistyka bywa trudna przy trójce małych dzieci, choć już jako mama jednego malucha czułam się odizolowana od innych dorosłych poza Mężem, który wychodził do pracy, kiedy Duży i ja jeszcze spaliśmy i wracał po 12-14 godzinach, kiedy Duży już spał. Ta samotność, wynikająca trochę z obecnego modelu życia w wielkim mieście, a trochę z mojego introwertyzmu, niewątpliwie przyczyniła się do rozwoju mojej depresji poporodowej. Od pewnego czasu mam natomiast życzliwą mi wioskę na Facebooku: tajną grupę ponad 40 kobiet, które niemal trzy lata temu postanowiły codziennie zapisywać swoje małe i wielkie powody do szczęścia, aby zmienić swoje postrzeganie świata (pisałam o tej metodzie pracy nad negatywnym zniekształceniem poznawczym w tym poście). Zresztą Was, czytelników mojego bloga i fan page’a na Facebooku, też traktuję jako taką wioskę! Czasem ratujecie mnie przed popadnięciem w obłęd w moich czterech ścianach i za to Wam dziękuję.

Dostaję od Was sygnały, że i Wy polegacie na wirtualnych “wioskach”, a w świecie rzeczywistym jesteście raczej osamotnieni. Czasem jest to samotność w tłumie. W Waszej okolicy mieszkają rodziny z dziećmi hołdujące innym zasadom, niż te, które są dla Was ważne, a Wasze rodziny pochodzenia albo mieszkają daleko, albo nie rozumieją Waszego podejścia do wychowania dzieci. Mnie też to dotyczy w dużej mierze. Ostatnio jednak podejmuję wysiłek zmiany moich nawyków, aby częściej spotykać się w realu z mieszkankami mojej wirtualnej wioski i ich rodzinami. Poza tym udało mi się nawiązać relacje z mamami trzech kolegów Dużego; ależ trudno mi było zadzwonić do nich i zaprosić do naszego domu! Telefon do obcej osoby to dla mnie ogromny stres, ale warto było się przełamać. Teraz czeka mnie początek nauki szkolnej Dużego i wzajemne poznawanie się i dzieci, i rodziców. Postaram się być bardziej aktywna, niż w okresie przedszkolnym.

Co robić, jeśli nasze wysiłki zbudowania “wioski” w realu przynoszą rozczarowujące efekty? Bardzo Wam polecam udział w warsztacie umiejętności rodzicielskich lub grupie wsparcia dla rodziców. Dla mnie to doświadczenie okazało się jednym z najcenniejszych na mojej macierzyńskiej drodze. Uczestniczyłam swego czasu w warsztatach fundacji RoRo oraz w szeregu warsztatów oferowanych przez fundację Sto Pociech. Te ostatnie były dla mnie tak budujące, że na początku bieżącego roku zapisałam się do stupociechowej Szkoły prowadzenia grup wsparcia dla rodziców, aby lepiej prowadzić warsztaty z Self-Reg. Przyszłam tam po wiedzę („kserówki”, jak wyraziła się jedna z uczestniczek), a dostałam coś znacznie cenniejszego: wioskę, w której nikt nikogo nie ocenia ani nie udziela rad, nieproszony. W codziennym życiu takie wioski bardzo trudno zbudować, bo większość z nas jest przyzwyczajona do komunikacji, która często zamyka zamiast otwierać, a czasem wręcz obciąża zamiast pomagać. W grupie wsparcia prowadzonej przez wykwalifikowanych, stale szkolących się i poddających się superwizji trenerów ci ostatni dbają o to, aby osoba „pracująca”, czyli dzieląca się swoimi trudnościami z grupą, została wysłuchana i obdarowana opowieściami o tym, co pomogło innym uczestnikom w  podobnych okolicznościach. Magia takiej grupy polega na tym, że osoba „pracująca” może wziąć z tych historii to, co chce i najczęściej znajdzie w nich coś, co ją wzmocni i uskrzydli. Kto nie doświadczył tak wspierającej obecności grupy wrażliwych ludzi, ten nie uwierzy w tę magię, dopóki jej nie odczuje na własnej skórze. Gorąco Wam polecam zarówno udział w grupach wsparcia, jak i tej konkretnej szkole. To nie jest wpis sponsorowany, lecz podyktowany wdzięcznością. Dziękuję Wam, Janko, Kasiu i Krzysztofie, za to doświadczenie!

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Himba women in Namibia, Jako village” (CC BY-NC-ND 2.0) by Globe Trotting