Moje wielkie marzenie, które sięgnęło bruku

Moje wielkie marzenie, które sięgnęło bruku

Pierwsze dni stycznia

kojarzą mi się z postanowieniami noworocznymi i wiem, że wielu innym osobom też. Jako coachka wspierająca zestresowane mamy w realizacji ich (rozmaitych) celów chcę Ci napisać kilka słów na temat postanowień i marzeń. Jeśli ten wpis Cię zainspiruje, wesprze, pomoże Ci coś lepiej zobaczyć, ucieszę się, jeśli go udostępnisz innym osobom, na przykład w mediach społecznościowych. A jeszcze bardziej ucieszę się, jeśli zostawisz tu komentarz.

Kiedy byłam małą dziewczynką,

zobaczyłam w telewizji przepiękną scenę: młoda dziewczyna galopowała na koniu po plaży o zachodzie słońca. Byłam oczarowana i zapragnęłam też tak kiedyś pogalopować. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy dowiedziałam się, że ze względu na wadę wzroku (krótkowzroczność i zwyrodnienia siatkówki) nie wolno mi jeździć konno. Upadek mógłby spowodować odklejenie się siatkówki i bardzo poważne problemy z widzeniem. Zresztą same wstrząsy byłyby ponoć niebezpieczne. (Zastanawiam się, dlaczego w takim razie wolno mi było jeździć na nartach, ale to już inna historia…)

 

W kolejnych latach w różnych sytuacjach zalewał mnie żal,

że nie mogę spełnić swojego wielkiego marzenia. Nie dla mnie piękne chwile w kontakcie z majestatycznym, silnym i jednocześnie wrażliwym zwierzęciem! Chłonęłam każdy fragment książki czy filmu, w którym pojawiał się motyw jazdy konnej i zazdrościłam bohaterom – zwłaszcza dziewczynkom – którym było to dane. Ach, ach, jakże byłam nieszczęśliwa!

 

Kiedy byłam już młodą dorosłą,

zaprzyjaźniłam się z osobą, która nie tylko jeździła konno, ale też miała własnego konia. Zachłannie słuchałam jej opowieści o jej wielkiej pasji. Kiedy razem odwiedziłyśmy jej rodziców, spytała mnie, czy chciałabym pojechać z nią do stajni. Czy chciałam? No właśnie, czy chciałam? Czy byłam w stanie patrzeć, jak moja przyjaciółka jeździ konno i stać obok? Czy byłam gotowa poczuć zwielokrotniony żal, że ona może, a ja nie, choć gdyby nie moja wada wzroku…? Zważyłam „za” i „przeciw” i… tak, byłam gotowa!

Pojechałyśmy do stajni.

Już przed wejściem straszliwy smród prawie powalił mnie na kolana. Jestem nadwrażliwa na rozmaite zapachy i nigdy nie wiem, który mi się spodoba albo przynajmniej będę w stanie go zaakceptować, a który sprawi, że będę miała ochotę wyć, wrzeszczeć, gryźć i kopać, byle tylko zniknął. Zapach psa (nawet mokrego, brudnego psa) należy do tych pierwszych: kojarzy mi się z ciepłym futrem, ufnie wpatrzonymi we mnie oczami, ogonem merdającym z radości, z głaskaniem i przytulaniem. Od osób jeżdżących konno słyszałam podobne skojarzenia z zapachem konia. Okazało się jednak, że w moim przypadku zapach konia jest z tej drugiej kategorii. Stojąc w progu tamtej stajni, myślałam, że umrę.

Dlaczego użyłam w przedostatnim zdaniu słów „okazało się”?

Bo wprawdzie przez kilkanaście lat marzyłam o jeździe konnej, ale nigdy nie miałam do czynienia z żywym koniem. Pokochałam jazdę konną, bo spodobała mi się scena w filmie. Nigdy jednak nie poddałam swojego marzenia „próbie ognia”, jaką byłoby wybranie się do stajni, a jeszcze lepiej – poszukanie zajęcia przy koniach. Gdybym kiedykolwiek wpadła na ten pomysł, bardzo szybko zweryfikowałabym swoje marzenie i pożegnałabym się z nim bez żalu.

Jak ta sytuacja potoczyła się dalej?

Jakoś się przemogłam i weszłam z przyjaciółką do stajni. Jej koń spróbował odgryźć mi głowę (a przynajmniej tak to zapamiętałam). Kiedy stałam obok ujeżdżalni i obserwowałam kłusujące po niej konie, zauważyłam, że raz po raz załatwiają się na piasek, a potem one same lub inne konie wdeptują w guano i uznałam to za wyjątkowo obrzydliwe. Jednym słowem, moje marzenie sięgnęło bruku czy też raczej… słomy wyściełającej boksy w stajni. I rzadko się zdarza, aby tak głębokie rozczarowanie czy deziluzja stało się początkiem tak ważnej i pięknej zmiany.

Od tamtej pory weryfikuję swoje marzenia, kiedy tylko się pojawiają.

Dalekie podróże z małymi dziećmi? Próbą były wyjazdy nad morze, które – dopóki dzieci były małe – kosztowały nas mnóstwo napięcia i na parę lat zniechęciły do dalszych wojaży. Napisanie pierwszej polskiej książki o Self-Reg dla dzieci i dorosłych? Po prostu ją napisałam, akceptując ryzyko, że być może nie zostanie ostatecznie wydana, a jeśli zostanie, to niewiele osób ją kupi i po pięciu latach resztki nakładu zostaną zutylizowane. Nieprzyzwoicie drogi płaszcz puchowy w idealnym czerwonym kolorze? Zamawiam online i przymierzam; jeśli leży jak ulał, to mobilizuję środki finansowe i kupuję, bo wiem, że posłuży mi przez wiele lat i będę uśmiechała się za każdym razem, kiedy go zobaczę.

Czy Ty weryfikujesz swoje marzenia?

Czy masz takie, które pielęgnujesz, ale nigdy nie zrobiłaś żadnego kroku w kierunku jego realizacji? A jeśli tak, to co chcesz z nim zrobić…?

Ten akapit kieruję do P., która być może przeczyta te słowa. Nigdy Ci nie podziękowałam za tamtą wyprawę do stajni. Dziękuję teraz z całego serca! Jak widzisz, sporo zmieniła ona w moim postrzeganiu rzeczywistości – na lepsze.

P.S. Przed wakacjami Mały, mój ośmioletni średni syn, zachwycił się końmi pod wpływem serialu animowanego „Spirit”. Czym prędzej spełniłam jego życzenie i zapisałam go na półkolonie z jazdą konną. Zakochał się w koniach po uszy i od września jeździ co tydzień. A ja najwyraźniej odwrażliwiłam się, bo zapach koni wprawdzie mnie nie zachwyca, ale też nie powala. Ale nadal nie mam ochoty spróbować jazdy konnej, wystarczy mi oglądanie szczęśliwego Małego.

 

Zapraszam po więcej historii z życia

Photo by Ivan Sanford on Unsplash

Jak NIE zafundowałam dziecku traumy

Jak NIE zafundowałam dziecku traumy

Ten wpis dojrzewał we mnie przez półtora roku.

Przez pierwsze miesiące nie byłam pewna, czy w ogóle chcę go opublikować, bo jego materia jest bardzo delikatna, ale ostatecznie zdecydowałam się, że chcę. A potem długo zastanawiałam się, co napisać i jak głęboko wejść w temat. Rezultat tych przemyśleń (i moich doświadczeń, i kilku lat psychoterapii, i wielu szkoleń, które odbyłam) przedstawiam poniżej. Ten post nie jest może idealnie dopracowany w warstwie językowej, ale przekazuje to, co bardzo chcę przekazać każdemu, kto chce dowiedzieć się, czym jest trauma – a zwłaszcza każdemu, kto jest gotów na pracę nad sobą. Jeśli masz takie osoby w swoim otoczeniu, udostępnij im, proszę, ten tekst. Opowiada on o tym, jak NIE zafundowałam dziecku traumy i o tym, czym jest trauma. Proszę Cię o delikatność w ewentualnym komentowaniu.

To był ciepły, słoneczny dzień pod koniec października 2019 roku

pierwszy poniedziałek po zmianie czasu na zimowy (to ważna informacja). Mój średni syn Mały był od niedawna uczniem „zerówki” szkolnej i codziennie rano odbywał ze swoim starszym o dwa lata bratem Dużym negocjacje dotyczące pory powrotu ze szkoły. Duży chciał być odebrany jak najwcześniej po lekcjach, żeby mieć po południu dużo czasu na zabawę i czytanie, a Mały – jak najpóźniej, żeby spędzić jak najwięcej czasu z kolegami i koleżankami na szkolnym podwórku. Zwykle „krakowskim targiem” przyjeżdżałam po nich około godziny 15.

Tamtego dnia Duży obudził się przeziębiony

i został w domu, a Mały poprosił, żebym odebrała go „dużo później”, niż zwykle. Obiecałam mu to, ale nie ustaliliśmy konkretnej godziny. O 16 uznałam, że już czas wyruszać do szkoły. Jak zwykle włączyłam przed wyjściem z domu nawigację w telefonie, żeby sprawdzić, czy na naszej domyślnej drodze dojazdowej nie ma niespodziewanego korka. Zerknęłam i zamroziłam się, bo według Google Maps na miejsce miałam dojechać o 17:45, kwadrans po zamknięciu szkoły! Okazało się, że przez całe popołudnie zerkałam na zegarek w kuchni, którego nie przestawiliśmy na czas zimowy – była już godzina 17, nie 16.

Pamiętam, co się działo dalej, jakby to było dziś.

Krzyknęłam do mojej Mamy, która akurat u nas była, że wychodzę po Małego, odsunęłam od siebie gwałtownie Malutkiego, który chciał się do mnie przytulić na pożegnanie i popędziłam po dwa stopnie w dół do garażu. Pasy zapinałam już za bramą garażową. Gnałam co koń mechaniczny wyskoczy, kilka razy przejeżdżając skrzyżowanie w ostatniej chwili przed zmianą świateł na czerwone i mieląc pod nosem inwektywy pod adresem tych wszystkich koszmarnych lebieg wlokących się przede mną. Byłam w takim stanie mobilizacji, a właściwie walki, że gdyby ktoś stanął mi na drodze i kazał się zatrzymać, co najmniej bym go zwyzywała. Jakby od tego, czy dotrę do szkoły przed jej zamknięciem, zależało moje przeżycie…

Dotarłam na miejsce o 17:17, jeszcze przed zamknięciem szkoły.

Dojazd zajął mi 13 minut, a nie 41, jak twierdziła nawigacja – ona nie znała naszego skrótu i prowadziła mnie zakorkowaną o tej porze trasą Toruńską. Poczułam, jak moje ciało się odpręża. Bezpośrednie zagrożenie minęło. Teraz tylko trzeba zaopiekować się dzieckiem. Skruszona weszłam na szkolny dziedziniec i zobaczyłam z ulgą, że Mały nie jest ostatnim dzieckiem. Właśnie z dwoma kolegami wspinał się na „pająka” i wyglądał, jakby się świetnie bawił. Ufff, kolejna fala ulgi. Kiedy zszedł z „pająka”, zawołałam go, a on odwrócił się i… zamarł na mój widok. Widziałam po całej jego sylwetce, że momentalnie się spiął. Moje poczucie winy uderzyło na nowo, ze zdwojoną siłą. Podeszłam do niego i zaczęłam cicho:
– Synku, bardzo cię przepraszam…
– Jak mogłaś mi to zrobić! – przerwał mi gwałtownie. Do jego oczu napłynęły łzy, broda zaczęła drżeć, a usta wygięły się w podkówkę.
– Przepraszam… Patrzyłam na…
– Już miałem nadzieję, że zostanę jako ostatni aż do zamknięcia szkoły i zobaczę, co się wtedy dzieje! A ty mi wszystko zepsułaś! – rzucił mi w twarz rozżalony i wściekły Mały.

Osłupiałam na moment.

A potem dotarło do mnie, że MOJE DZIECKO TO NIE JA. Ono pewnie przeżyje jakieś traumy, ale najprawdopodobniej nie te, przed którymi tak bardzo chcę je uchronić, bo były moim udziałem. Mały ani trochę nie boi się porzucenia. Dla niego to, że mama zapomniała go odebrać ze szkoły, byłoby fantastyczną przygodą!

Być może czytasz to z rosnącym zdumieniem albo irytacją.

Być może prychasz: „Ale kobieta ma problemy!” albo „To nie jest normalne”. Zanim mnie ocenisz, chcę Ci o czymś powiedzieć. Otóż moje traumy z dzieciństwa są związane z rozmaitymi odsłonami porzucenia mnie przez rodziców. Brzmi to dość dramatycznie, tymczasem chodzi mi o rozmaite sytuacje, które odbierałam jako bycie porzuconą. Najtrudniejsza z tych traum była skutkiem mojej operacji usunięcia trzeciego migdała, która została wykonana „na żywo” (bez znieczulenia). A raczej… nie była skutkiem samej operacji, lecz okoliczności jej towarzyszących. Przed zabiegiem moja mama została wyproszona z sali i zobaczyłam ją dopiero po kilku dniach. Nie wiedziałam, co się dzieje, nikt mnie nie uprzedził, że nie zobaczę rodziców ani nie zapewnił, że po mnie wrócą. Rodzice mnie nie uprzedzili, bo dla nich to też było zaskoczeniem – byli przekonani, że będą mogli mnie odwiedzić. Nikt z personelu nie zaopiekował się moimi emocjami, bo też ich nie okazywałam, po prostu siedziałam osowiała i na nic nie reagowałam. Grzeczne, ciche dziecko, jak dziewczynka na zdjęciu, które towarzyszy wpisowi (zresztą podobna fizycznie do małej mnie)… Tymczasem mój umysł uwewnętrznił to, że zostałam porzucona i pewnie na to zasłużyłam. Może byłam niegrzeczna i muszę bardziej się starać, żeby rodzice wrócili? Czy to pomoże?

W związku z tą sytuacją wszelkie inne oznaki porzucenia odbierałam w kolejnych latach znacznie silniej,

niż można by się spodziewać, patrząc na nie z boku. Ponieważ byłam raczej zamknięta w sobie, nikt nie wiedział, co się kotłuje w mojej małej główce, kiedy to się działo – a kotłowały się myśli, że znów zostałam porzucona i pewnie na to zasługuję. Oto jedna z tych sytuacji, którą ze szczegółami pamiętam do dziś: moja mama – jeden jedyny raz! – zapomniała pomachać mi z ulicy po odprowadzeniu mnie do przedszkola. To był nasz rytuał i kiedy go nie dopełniła, przepłakałam cały dzień aż do jej powrotu. A oto inna sytuacja: rodzice nie dogadali się, kto ma mnie odebrać ze szkoły i po jej zamknięciu czekałam na nich w sekretariacie w towarzystwie poirytowanej sekretarki. Czy już widzisz, skąd ta moja reakcja na możliwe spóźnienie do szkoły po Małego…?

Przepracowałam w psychoterapii traum wiele takich sytuacji.

W efekcie trudne wspomnienia zostały przetworzone i nie oddziałują na moje ciało i umysł tu i teraz. A przynajmniej nie oddziałują, kiedy chodzi o mnie – o to, że ktoś mnie porzucił, odrzucił czy choćby nawet ocenił wyjątkowo krytycznie. Ale, jak widać, kiedy dotyczyło to mojego dziecka, instynktownie uruchomiła mi się wdrukowana przed laty reakcja ogromnej mobilizacji, wielkiego napięcia w ciele i… walki. Ciekawe, że kiedy byłam mała, stan „walki i ucieczki” manifestował się u mnie zwykle ucieczką (wycofaniem), a teraz – zawsze walki. (Uprzedzam ewentualne pytania: nie, nie polecę mojej psychoterapeutki, bo przysłałam jej już tyle klientek, że do odwołania nie przyjmuje już zapisów i prosiła o to, żebym już jej nie polecała. Możesz znaleźć rekomendowanego terapeutę EMDR.

Dodam, że takiej silnej reakcji, jak ta opisana powyżej z udziałem Małego, doświadczyłam po terapii tylko ten jeden raz.

Opisywana sytuacja zmotywowała mnie do bardzo uważnego przyglądania się swoim reakcjom i sprawiła, że jeszcze mocniej postawiłam na naukę włączania mentalnego przycisku „pauza”, kiedy tylko czuję duże wzburzenie. Nie zawsze się to udaje, ale akurat w sytuacjach z udziałem dzieci więcej się nie powtórzyła. Bardzo się z tego cieszę – nie tylko dlatego, że nie chcę tak szybko jeździć samochodem…

Czym tak naprawdę jest trauma?

Być może pozostajesz w niejasności, czym tak naprawdę jest trauma. Pewnie kojarzy Ci się z jakimś wydarzeniem, które jest „obiektywnie” potworne, groźne dla życia, graniczne. To dobry trop: takie zdarzenia – udział w groźnym wypadku, bycie świadkiem czyjejś gwałtownej śmierci, przeżycie gwałtu, napadu z bronią w ręku czy porwania itd. – mają duży potencjał wywoływania tzw. traumy przez duże T. Ale są też tzw. traumy przez małe t, wywołane pozornie nieznaczącymi trudnymi przeżyciami, których (dziecięcy zwykle) umysł nie jest w stanie przetworzyć. Trudne emocje zostają zamrożone i zapisane w ciele, wywołując identyczną reakcję w podobnych sytuacjach. Ja na przykład w sytuacji „porzucenia” czy choćby bardzo krytycznej oceny przez ważną dla mnie osobę (także jako dorosła!) czułam oprócz dużego napięcia w całym ciele także silny ucisk na czole, ból karku i jakby żelazne obręcze ściskające moje ramiona. Kiedy w psychoterapii traum podczas sesji EMDR (to bardzo skuteczna metoda leczenia traumy) przywołałam traumatyczne wspomnienie z sali operacyjnej, zrozumiałam, skąd te doznania w ciele: miałam przedramiona przypięte pasami do fotela, ale mimo to wyrywałam się, więc pielęgniarki trzymały mnie mocno za ramiona i czoło. Jeśli chcesz poczytać o samej traumie i podejściu EMDR, to bardzo Ci polecam książkę Francine Shapiro „Zostawić przeszłość w przeszłości”.

Czy zauważyłaś, że napisałam o zdarzeniach, które mogą wywołać traumę, tj. oddzieliłam samo zdarzenie od traumy nim wywołanej?

Traumą nie jest bowiem samo zdarzenie, lecz to, co dzieje się z człowiekiem pod jego wpływem. Pozwolę sobie przywołać bardzo obrazowy przykład podany przez Izabelę Barton-Smoczyńską, doświadczoną psychotraumatolog prowadzącą niedawno szkolenie Centrum Terapii DIALOG „Pacjent z doświadczeniem traumy z dzieciństwa”, w którym uczestniczyłam. (Na marginesie: oczywiście jako coach i coach kryzysowy nie pracuję z traumą, natomiast szkolę się w tym obszarze, bo uprawiam tzw. trauma-informed coaching: pracując z klientkami, biorę pod uwagę, że mogą mieć w swoim „plecaku” traumy i jestem uważna na ich oznaki). Jaki to konkretnie przykład?

Otóż Izabela Barton-Smoczyńska porównuje zdarzenie potencjalnie traumatyczne do znalezienia się w lodowatej wodzie zimą.

Jeśli ktoś zdecyduje się na morsowanie, wyposaży się w niezbędną wiedzę oraz piankowe obuwie i inne akcesoria, wybierze się nad jezioro w miłym towarzystwie i po niezbędnej rozgrzewce wskoczy do wody, a następnie znów się rozgrzeje, to może być to zdarzenie nie tylko radosne i przyjemne, ale też budujące odporność fizyczną i psychiczną oraz poczucie sprawczości. Kiedy jednak ktoś, spacerując zimą po pomoście, poślizgnie się i wpadnie do głębokiej lodowatej wody, to jest to doświadczenie bardzo trudne, zagrażające i ukazujące człowiekowi, jak niewielki ma wpływ na to, co mu się przydarza. Zależnie od tego, czy ten człowiek jest dorosły, czy jeszcze całkiem mały, czy umie pływać, jak bardzo jest sprawny, jak sobie radzi z silnym stresem, jak jego organizm radzi sobie z wyziębieniem, czy ktoś mu pomoże wydostać się z wody i ogrzać, a następnie pocieszy i ukoi – ten człowiek może potraktować to jako niezbyt przyjemną przygodę i po prostu stać się nieco ostrożniejszy w zimie nad wodą albo doznać traumy (albo… utopić się).

Na koniec chcę dodać jeszcze jedną myśl.

Moje dziecko to nie ja i te sytuacje, które dla mnie były bardzo trudne albo wręcz traumatyczne, być może dla niego nie będą. Ale jest też druga strona tego medalu: te sytuacje, z którymi ja sobie dobrze radziłam jako dziecko albo które mnie w ogóle nie dotyczyły, mogą być bardzo bolesne dla mojego dziecka. Mały ani trochę nie boi się porzucenia. Za to bardzo trudne są dla niego sytuacje, kiedy jest „tym drugim”, w czyimś cieniu. Ja, najstarsze dziecko w rodzinie, ukochana pierwsza wnuczka dwóch par dziadków i córeczka tatusia, a następnie wzorowa uczennica, rzadko czułam, że jestem w czyimś cieniu. Natomiast Mały bardzo przeżywa, kiedy któryś z jego braci „ma lepiej” i poświęcam ostatnio sporo uwagi na pracę nad jego niewspierającym przekonaniem, że „ma zawsze najgorzej”.

P.S. Nagranie na temat traumy i tego, w jaki sposób pod jej wpływem tworzą się ważne przekonania o sobie, świecie i innych ludziach jest częścią jednej z lekcji mojego programu WYREGULOWANA MATKA. Na newsletter możesz zapisać się pobierając darmowy PDF o „Domowych zasadach ekranowych wspierających samoregulację„.

Byłam złodziejką, czyli o tym, czego potrzebuje dziecko

Byłam złodziejką, czyli o tym, czego potrzebuje dziecko

Czego potrzebuje do szczęścia dziecko? Przeczytajcie tę naszą historię.

Pewnej niedzieli w styczniu – mój najmłodszy syn, Malutki, miał wtedy trzy lata – spędziłam kilka godzin na warsztacie dla coachów. Prosto stamtąd pojechałam do włoskiej restauracji, w której czekali na mnie Mąż i synowie. Malutki był stęskniony za mną i bardzo głodny, wobec czego wspinał się na moje kolana i jęczał przeokropnie. Ja jeszcze nie przestawiłam się w „tryb domowy”, myślami byłam wciąż na warsztacie, dlatego nie byłam zbyt uważna ani empatyczna wobec malucha. W końcu ten doznał „awarii systemu” i rozkrzyczał się tak, że Mąż wyniósł go z lokalu i zabrał do domu. Miało być miło i rodzinnie, a zamiast tego jadłam moją pizzę, w ogóle nie czując jej smaku i myślałam o Malutkim z mieszaniną współczucia, irytacji i desperacji oraz uciszałam Dużego i Małego, przekrzykujących się wzajemnie.

W domu Malutki zjadł i zajął się zabawą, a ja, nadal podminowana, zabrałam się za wypełnianie formularzy związanych z pewną urzędową sprawą.

Nie znoszę tego, nie umiem, nie znam się, a w dodatku z tamtym konkretnym urzędem (do spraw cudzoziemców) miałam na pieńku od dawna. Przeklinając w myślach, próbowałam zrozumieć, o co chodzi w kolejnych rubrykach formularzy („czy ja jestem zleceniodawcą, czy zleceniobiorcą? I co to za dziwny kod? Szlag!”). Oczywiście moi synowie nie zajęli się sobą zbyt długo i co chwila któryś przychodził do mnie z jakąś sprawą absolutnie niecierpiącą zwłoki („Mamo, czy latarnie mogą być niskie jak krzaki? A czy wtedy nikt nie wykręci żarówek?”) i wymagającą akurat mojej, a nie taty interwencji („Mamo, powiedz tacie, żeby mi podał z góry ten samochód!”).

Opędzałam się od nich jak od uprzykrzonych much, raz na jakiś czas dając wyraz swojej frustracji różnymi dramatycznymi gestami, od głośnych westchnień poprzez wznoszenie rąk do nieba po syczenie „Potrzebuję się teraz skupić”. Duży i Mały dość szybko dali mi spokój, ale Malutki źle reagował na moją niedostępność i Mężowi nie udawało się go zainteresować żadną zabawą. Trwało to grubo ponad godzinę, a we mnie rosła z jednej strony irytacja, a z drugiej – poczucie winy. Będąc osobą wysoko wrażliwą, a zatem i obdarzoną silną empatią, wyobrażałam sobie, jak trudno jest maluchowi wytrzymać, widząc mnie zirytowaną i z nosem w papierach.

Nareszcie skończyłam, a Malutki natychmiast zaproponował mi swoją ulubioną zabawę w policjantów i złodziei. Zawyłam w duchu z rozpaczy.

Już od kilku miesięcy chciał bawić się w to przy każdej okazji, a ja już nie mogłam! I od kilku lat to właśnie ja, a nie Mąż, „wyciągam krótką zapałkę” – to mnie przypada w udziale zajmowanie się najmłodszym z naszych dzieci. Często zazdrośnie spoglądam na Męża, który gra w „dorosłe” planszówki albo zwiedza wystawy ze starszakami, podczas gdy ja jestem (znów, cholera jasna!) złodziejką albo pilnuję, żeby Malutki nic na tej wystawie nie zepsuł.

Wyjąc wewnętrznie, spojrzałam w ufnie we mnie wpatrzone cudne, wielkie, błękitne oczy Malutkiego i przestałam wyć, bo zalała mnie fala czułości.

„Pobawisz się ze mną?” – powtórzył, a ja, tłumiąc westchnienie, odpowiedziałam: „Tak, na początek przez 15 minut, a potem zobaczymy” i ustawiłam czasomierz w telefonie na 15 minut. To taki mój sposób motywowania się do aktywności, na którą nie mam najmniejszej ochoty. Mówię sobie, że przecież 15 minut wytrzymam i przez ten czas staram się dać z siebie wszystko – a potem już najczęściej jestem w pełni zaangażowana i nie potrzebuję dodatkowych motywatorów. (Polecam tę metodę!)

Tak było i tym razem. Usiadłam koło Malutkiego na podłodze i zamieniłam się w najbardziej kradziejską i podstępną złodziejkę pod słońcem. Kradłam wszystko, jak leci, a Malutki z wyciem syren mnie gonił i dopadał, i aresztował, a ja uciekałam z aresztu i cała zabawa zaczęła się od nowa. Spędziliśmy tak może pół godziny, może trochę więcej, w każdym razie niedużo czasu, ale maluch był zachwycony, a ja zyskałam poczucie, że nie nawaliłam tego dnia jako matka, a przynajmniej nie całkiem.

Wieczorem spytałam Malutkiego, jak mu minął dzień.

– Bardzo dobrze! – odpowiedział.
– A co było najfajniejsze? – spytałam.
– Ty! – jego buzia rozjaśniła się w uśmiechu.
„Jaja sobie ze mnie robi” – przemknęło mi przez myśl. Przecież przez większość dnia albo mnie nie było, albo byłam niedostępna i niemiła. Ale znów zobaczyłam te cudne oczęta wpatrzone we mnie z zachwytem i szeroki uśmiech na buzi, więc uznałam, że jednak to nie był sarkazm (zresztą, czy trzylatek jest zdolny do sarkazmu?).
– A co takiego robiłam? – spytałam ostrożnie.
– Byłaś złodziejką i uciekałaś przed policją.

To był jeden z tych „aha-moments” w moim rodzicielskim życiu.

Czego potrzebuje kilkulatek do pełni szczęścia?

Wyłącznej uwagi rodzica i jego stuprocentowego wejścia w dziecięcy świat, codziennie, choć przez krótki czas. Edukatorzy Pozytywnej Dyscypliny mówią w tym kontekście o „specjalnym czasie” sam na sam z rodzicem: 10 minut dziennie w przypadku dziecka w wieku 2-6 lat, a pół godziny tygodniowo w przypadku dziecka w wieku 6-12 lat (oczywiście mowa o minimach). Nie wiem, czy tak jest, nie udało mi się dotrzeć do naukowych źródeł, ale od kiedy o tym przeczytałam kilka lat temu, bardzo staram się spełniać chociaż te minimalne wymogi. Widzę wyraźnie, że brak takiego „specjalnego czasu” działa na dziecko – i na naszą relację! – rozregulowująco.

Oczywiście ważna jest nie tylko jakość czasu spędzanego z dzieckiem, ale też jego ilość. Dobrze jest robić razem wiele rzeczy i pozwalać dzieciom uczestniczyć w naszym życiu. Jednak kiedy słuchamy dziecka jednym uchem, jednocześnie myśląc o swoich sprawach, kiedy opędzamy się od niego, bo mamy coś pilnego do zrobienia, kiedy wreszcie wykonujemy różne czynności w pośpiechu i bez uważności albo kiedy bawimy się z dzieckiem, ale według naszej agendy – wtedy to nie jest to 100%, o które chodzi dziecku. Ono potrzebuje naszej wyłącznej uwagi i skupienia na aktywności, którą samo wybrało. Warto na ten krótki czas pokonać owo wewnętrzne wycie, o którym wspomniałam powyżej. No, chybachyba że rodzic jest u kresu sił i nie jest w stanie się przemóc – wtedy najlepiej, żeby zadbał o siebie.

Wiem, że wiele świadomych mam poczuje w tym miejscu wyrzuty sumienia albo irytację pod moim adresem.

A matki wymagających dzieci być może naprawdę się wkurzą: przecież ich dzieci wymagają atencji rodzica non stop! I tak, i nie. Jestem mamą jednego wymagającego dziecka (to Duży), jednego dziecka „o niskich potrzebach” (który jednakże od początku pandemii jest najbardziej wymagający ze wszystkich; to Mały) i jednego o temperamencie pośrednim (to Malutki). W nomenklaturze zaczerpniętej z interakcyjnej teorii temperamentu Duży ma temperament trudny, Mały – łatwy, a Malutki – wolno rozgrzewający się (por. Naukowo o High Need Baby – cz.I Interakcyjna Teoria Temperamentu bliskościowej psycholożki i specjalistki od wymagających dzieci, Magdaleny Komsty). A przynajmniej tak ich oceniam moim niefachowym okiem, bez testów psychologicznych.

Nie wykluczam przy tym, że Malutki jest dzieckiem o wrodzonej wysokiej wrażliwości, jak Duży, ale… miał zupełnie inną matkę. Jak to? Nie, nie jest adoptowany. Postaram się teraz streścić to, co opisałam w jednym z wczesnych postów – Mój hajnid, mój lowneed i ich dwie matki: kiedy urodził się Duży, byłam rozregulowanym kłębkiem nerwów i mój maluch mocno ze mną rezonował, a kiedy 5,5 roku później urodziłam Malutkiego, byłam już doświadczoną mamą, która chwilę później odkryła Self-Reg jako kolejne z wielu narzędzi do pracy nad sobą. Malutki wisiał na mnie przez pierwsze miesiące swojego życia w o wiele większym stopniu, niż Duży, ale nieskromnie uważam, że mój spokój i dominujące dobre emocje przyczyniły się do tego, że teraz jest fajnie wyregulowanym, empatycznym, radosnym prawie czterolatkiem. No i z nim spędzam czas naprawdę, na 100%, a kiedy bawiłam się godzinami z Dużym, myślami byłam zupełnie gdzie indziej albo… wszystko we mnie wyło.

Krótko po opisywanej sytuacji przeczytałam najnowszą książkę Dana Siegela i Tiny Payne Bryson „Potega obecności”, która jest właśnie

o obecności opiekuna jako fundamencie dobrostanu psychicznego dziecka

– a także dorosłego, na którego ono wyrośnie. Autorzy, znana para badaczy dziecięcej psychiki i popularyzatorów neuropsychologii, prezentują w przystępny sposób teorię więzi. Biorąc pod uwagę wyniki badań nad funkcjonowaniem mózgu, proponują różne strategie wprowadzania do codziennego życia czterech filarów jego harmonijnego rozwoju. Rodzic autentycznie obecny sprawia, że dziecko czuje się w relacji z nim:

  • bezpieczne (ang. safe),
  • dostrzeżone (ang. seen),
  • ukojone (ang. soothed) i w rezultacie
  • pewne (ang. secure).

Bezpieczeństwo odnosi się tu nie tylko do aspektu fizycznego, lecz też, w równym stopniu, do emocjonalnego. Dostrzeżenie oznacza owo wejście w świat dziecka, o którym pisałam powyżej, autentyczne zaciekawienie się nim. Ukojenie to pełne spokoju i empatii reagowanie w sytuacji, kiedy dziecko jest wytrącone z równowagi (pisałam o tym obszernie między innymi we wpisie „Głupia babcia”: jak na to reagować? oraz Self-reg, część 8: Spokój rodzi spokój). I, jak już nieraz podkreślałam, nie oznacza to owego mitycznego „bezstresowego wychowania”, lecz pomaga dziecku w nauce samodzielnego powracania do równowagi, bo wspiera rozwój obszarów mózgu odpowiedzialnych za regulację emocji! Ostatni filar odnosi się do wewnętrznej pewności, jaką zyskuje dziecko o bezpiecznej więzi. Nie będę pisać więcej – przeczytajcie sami. Warto. Ta książka awansowała na mojej osobistej liście książek, które każdy rodzic powinien przeczytać, na pierwsze miejsce.

Zmusiłam się do wejścia w świat Minecraft

Na koniec dodam jeszcze, że trzy miesiące temu w sposób analogiczny do opisanego powyżej zmusiłam się do wejścia w świat Minecrafta. Nie macie pojęcia, jak to mnie zbliżyło do Dużego i Małego! Jeśli jest coś, co Wasze dzieci kochają robić, a Wy wyjecie wewnętrznie na samą myśl o tym, to poczekajcie na moment, kiedy będziecie w dobrej formie i spróbujcie się zmusić. Tylko na 15 minut. I być może wydarzy się coś pięknego w Waszej relacji.

P.S. Czasy mamy bardzo niespokojne. Niepokój rodzi niepokój. Jeśli Wasze dzieci są bardzo niespokojne, poirytowane, rozdrażnione, to spójrzcie w lustro (mówiłam o tym w sobotę, 24 października w Dzień Dobry TVN). Czy macie rozluźnioną twarz i ciało, otwartą postawę ciała i ogólnie widać, że czujecie się dobrze? Czy czujecie spokój? Jeśli tak, to cudownie: idźcie do dzieci i wesprzyjcie je, zaraźcie je swoim spokojem. A jeśli macie zaciśnięte zęby i pięści, zmarszczone brwi, napięte ręce i barki, to… koniecznie zadbajcie o swój własny spokój w przestrzeni domowej.

Matka: kontener na emocje dziecka

Matka: kontener na emocje dziecka

Dziś opowiem Wam o moich dwóch potknięciach rodzicielskich, które zaowocowały ważną dla mnie lekcją.

Ta lekcja powraca dla mnie jak bumerang i pozwala mi czerpać siłę w obliczu emocjonalnych burz moich dzieci. Otóż pod koniec lipca Mąż zawiózł nasze dzieci na tydzień na „ranczo”, czyli do wiejskiego domu swoich rodziców. To miał być pierwszy raz, kiedy cała trójka miała być pod opieką dziadków, z dala od nas i domu. Przyznaję, że poważnie brałam pod uwagę konieczność przerwania tych wakacji z dziadkami i odebrania dzieci przed ustalonym terminem. Nasi starsi synowie byli bowiem wyjątkowo rozregulowani po czterech miesiącach przebywania ze sobą non stop i często się kłócili. Z kolei najmłodszy Malutki – no cóż, jako 3,5-latek bywa bardzo absorbujący, a kiedy się nadmiernie nakręci, gryzie, bije i szczypie.

Obawiałam się, że dzieci będą się zachowywały tak okropnie, że nawet jeśli babcia z dziadkiem wytrzymają z nimi ten tydzień, to odechce im się kolejnych takich dłuższych spotkań

– a moje dzieci dużo czerpią z relacji z nimi (i ja też!). Nieopatrznie wyraziłam te swoje obawy w obecności Dużego, i to nie raz, lamentując, co to będzie, kiedy będą się tak bić i wrzeszczeć kilkanaście razy dziennie przy babci i dziadku. Przed wyjazdem nawet poprosiłam go, żeby starał się zachowywać dobrze i nie prowokować braci. To było kompletnie bez sensu: obciążyłam dziecko odpowiedzialnością za to, jak będzie się zachowywać nie tylko ono samo, ale też jego młodsze rodzeństwo. Owszem, to dziecko ma już dziewięć lat, ale minie jeszcze kilkanaście (lub więcej), zanim obszary jego mózgu odpowiedzialne za hamowanie impulsów, regulowanie emocji i myślenie w kategoriach „my” dojrzeją w pełni (przeczytacie o tym we wpisie Jak zmieniamy się w gady oraz Jak kształtujemy mózgi naszych dzieci). Dlatego nadal nie jest w stanie kontrolować swojego zachowania, zwłaszcza w sytuacji silnego wzburzenia.

W jeszcze mniejszym stopniu jest w stanie wpływać na zachowanie młodszych braci. Zresztą, czy my, dorośli, tak naprawdę jesteśmy w stanie wpłynąć na kilkulatka tak, aby zachowywał się w sposób pożądany przez nas…? Wiem to wszystko doskonale, a jednak byłam od dłuższego już czasu przeciążona stresem i nie umiałam powstrzymać tych wypływających z moich ust lamentów. Gryzłam się w język po każdym takim komunikacie i kilka dni później go powtarzałam.

W końcu pojechali.

W czasie tego tygodnia codziennie rozmawiałam z dziećmi i teściową: dzieci były bardzo zadowolone, a teściowa nie mogła się nachwalić Dużego. Wedle jej relacji mój pierworodny nagle niesamowicie dojrzał, jest spokojny, nie kłóci się z Małym (serio???) i nawet siedzi prosto przy stole. Wiedziałam, że na „ranczu” zwykle przez cały dzień biega po dworze i dużo śpi, więc najczęściej jest tam o wiele spokojniejszy, niż w domu. Przypuszczałam jednak, że może chodzić nie o samoregulację – a przynajmniej nie tylko – lecz o samokontrolę, która kosztuje człowieka (zwłaszcza małego!) sporo energii (pisałam o tym w artykule Samoregulacja a samokontrola – Self-Reg). Natomiast 6,5-letni Mały i 3,5-letni Malutki byli po prostu sobą, choć zachowywali się spokojniej, niż w czasie zamknięcia w domu związanego z pandemią.

Kiedy przyjechałam do dzieci w piątek wieczorem,

Mały i Malutki ucieszyli się bardzo na mój widok, ale nie wpłynęło to na ich zachowanie. Natomiast Duży jakby przełączył się na inny tryb: tryb wymagającego dziecka. Dosłownie kilka minut po moim przyjeździe zaczął się zachowywać jak rozregulowany trzylatek: jęczał „bez powodu”, sprowokował Małego do bijatyki, kopnął Malutkiego w odpowiedzi na jego dość niewinną zaczepkę, a w końcu rozkrzyczał się, że jego życie jest okropne. Moi teściowie byli w szoku – „jakby ktoś dziecko podmienił” – i doszli do wniosku, że „tak go nauczyłam”, że przy mnie może zachowywać się okropnie. W pierwszej chwili w ogóle mnie to nie dotknęło, bo po tygodniu intensywnego ładowania emocjonalnych baterii byłam w znakomitej formie psychofizycznej, a zatem byłam w stanie skorzystać z całej mojej wiedzy i umiejętności regulującej matki. Wiem mianowicie, co się dzieje, kiedy dziecku (lub dorosłemu!) „puszcza” samokontrola: właśnie to, co działo się z Dużym.

Wiem też, że w obecności głównej figury przywiązania (najczęściej jest to matka) dzieci czują się najbezpieczniej i zachowują najswobodniej. To oznacza, że również trudne emocje okazują najbardziej intensywnie i często w trudny dla otoczenia sposób (pisze o tym m.in. Magdalena Komsta w artykule Dlaczego dzieci najgorzej zachowują się z mamą? oraz Gosia Musiał w Bicie, plucie i inne miłosne wyznania). Dlatego przez cały wieczór korzystałam z umiejętności, które wypracowałam w ciągu ostatnich kilku lat: spokojnie mu towarzyszyłam, dawałam empatię, wspierałam, zarażałam swoim spokojem. Czułam przy tym, jak mój, bardzo wysoki początkowo, poziom energii stopniowo się obniża. Na szczęście Duży był coraz spokojniejszy. I to mnie zmyliło: uznałam, że już po wszystkim i mogę się odprężyć i zająć młodszymi dziećmi.

W pewnym momencie Duży nagle znów zaczął rozpaczać z jakiegoś błahego w oczach dorosłych powodu.

Tym razem to ja przełączyłam się na inny tryb: tryb matki mało empatycznej, pełnej pretensji. Dzieje się tak wtedy, kiedy moje skumulowane napięcie przekroczy pewien krytyczny poziom i/lub mój poziom energii obniży się do swojego krytycznego poziomu. Nie jestem wtedy w stanie zachowywać się tak, jak bym chciała, lecz „jadę schematem”, którym przesiąkłam jako małe dziecko, podobnie zresztą, jak wielu współczesnych rodziców kilkulatków. Ten schemat jest oparty na paradygmacie samokontroli i zakłada, że dziecko zachowuje się źle, bo tak sobie postanowiło i należy je przywołać do porządku (czyli zdyscyplinować: upomnieć, zagrozić karą, odizolować). Całe moje rodzicielstwo jest nauką stosowania różnych strategii – opartych na samoregulacji, jak odpoczynek czy praktykowanie wdzięczności, lub na samokontroli, jak „rodzicielski time-out” –  które pozwolą mi zachować zintegrowany mózg, czyli nie przełączać się na ten „gadzi” tryb zbyt łatwo ani zbyt często.

Co takiego zrobiłam w tym gadzim trybie? Obarczyłam Dużego pretensjami.

Powiedziałam, że mam na dziś już dość jego jęczenia i jestem rozczarowana tym, że zamiast spędzić miło wieczór po tygodniowym rozstaniu z moimi dziećmi, zajmuję się tylko najstarszym z nich, które powinno być najbardziej ogarnięte. I dodałam te oto pełne goryczy słowa (trudno mi jest przyznać się do nich przed tysiącami osób, które czytują mojego bloga, ale gdybym je pominęła, nie byłoby tego wpisu – a wierzę, że wesprze wiele spośród osób go czytających):
– Wiesz, to jest dla mnie naprawdę trudne, że traktujesz mnie jak śmietnik na swoje najtrudniejsze emocje i najgorsze zachowania.
Duży spojrzał na mnie, jakbym się urwała z choinki i powiedział powoli i wyraźnie, jak do małego dziecka:
– Ale jaki śmietnik, mamo? Po prostu przez cały tydzień starałem się dobrze zachowywać, a przy tobie mogę być sobą. Całkiem sobą.

Stałam naprzeciwko niego jak rażona gromem.

Znów otrzymałam od mojego syna piękną lekcję, i to tuż po tym, jak „dałam ciała” jako matka, która stara się być wyregulowana i regulująca, a nawet uczy tego inne matki! Mogłabym tu jeszcze napisać Wam o strefach regulacji według teorii poliwagalnej Stephena Porgesa i o tym, że przejście z niebieskiej strefy zazwyczaj odbywa się przez czerwoną, ale to temat na osobny post.

Chcę, żeby została w Was przede wszystkim ta nasza historia i słowa Dużego. Proszę, przypomnijcie ją sobie, kiedy Wasze dziecko wróci ze żłobka, przedszkola czy szkoły i będzie zachowywać się tak, że Wam się odechce wszystkiego i zaczniecie kwestionować „całe to rodzicielstwo bliskości”. I kiedy ktoś z Waszego otoczenia będzie sugerować, że dziecko weszło Wam na głowę („przy mnie się tak nie zachowuje”). Jesteście emocjonalnym śmietnikiem czy też bezpieczną przystanią dla Waszych dzieci. Tzw. kontenerowanie emocji dziecka to rola bezpiecznego opiekuna, po prostu. I jeszcze jedno: kiedy „dacie ciała”, bo Wasze napięcie przekroczy pewien krytyczny poziom, to, zamiast gryźć się tym w nieskończoność, okażcie sobie łagodność, odnajdźcie spokój, przeproście dziecko i poszukajcie sposobów na to, żeby rzadziej przełączać się w „gadzi” tryb.

Złość, część 13: „Nogi z d… powyrywam”, czyli o agresorze, który zaatakował moje dziecko

Złość, część 13: „Nogi z d… powyrywam”, czyli o agresorze, który zaatakował moje dziecko

To był maj, pachniała Saska Kępa szalonym zielonym bzem…

A, nie, to nie była Saska Kępa, lecz inna dzielnica Warszawy, ale maj się zgadza i pachnący bez także. Spacerowałam po patio naszego osiedla, odprężona i szczęśliwa, że zniesiono obowiązek zakrywania ust i nosa w miejscach publicznych (to okres epidemii koronawirusa). Dookoła mnie roiło się od dzieci w wieku, na oko, od 5 do 12 lat: biegały, jeździły na hulajnogach, rowerach i wrotkach, bawiły się w wojnę, grały w piłkę, rysowały coś na chodniku kredą. Moi trzej synowie na rowerach też byli wśród nich. Znikali mi raz po raz z oczu, ale byłam spokojna, ponieważ mieszkamy na zamkniętym osiedlu i moje dzieci nie mają zwyczaju wychodzić same za bramę czy furtkę.

W pewnej chwili przyjechał do mnie Duży.

Był nieco zdenerwowany i rozcierał sobie łokieć.
– Mamo, widziałaś tamtych trzech chłopaków na hulajnogach? – spytał.
– Widziałam. Coś się stało?
– Tak. Jeden z nich rzucił mi hulajnogę przed rower, musiałem ostro zahamować i upadłem. Boli mnie łokieć. Oni uciekli. Powiesz im coś? – poprosił.

Szlag mnie jasny trafił.

„Nogi z dupy powyrywam!” – zasyczał mój wewnętrzny gad. „Dorwę gówniarza, powiem, co o nim myślę, zabiorę mu hulajnogę i nie oddam, dopóki nie przyjdzie z rodzicami, a kiedy przyjdzie, nastukam także im.” Wdech, wydech. I jeszcze raz. I jeszcze.
– Tak. Pokaż ten łokieć – rzuciłam krótko, uważając, żeby nie wypowiedzieć na głos żadnej z powyższych myśli. Na szczęście łokieć nie był ani otarty, ani stłuczony, już przestawał boleć. To trochę zmniejszyło moje napięcie.
– A spodnie? – spytałam jeszcze?
– Spodnie tym razem w porządku – uśmiechnął się Duży. Dzień wcześniej kupiłam mu dwie pary nowych spodni i jedną z nich rozdarł parę godzin później podczas upadku na rowerze. Teraz miał na sobie drugą parę…

Po tym jego uśmiechu poznałam, że już się uspokoił i to mnie też nieco uspokoiło.

Upewniłam się,  czego ode mnie oczekuje – chciał, żebym porozmawiała z tym chłopcem, obawiał się sam to zrobić – i wyruszyliśmy na poszukiwania. Byłam nadal spięta i zirytowana, próbowałam dać sobie empatię w duchu porozumienia bez przemocy, nazywając moje emocje i potrzeby, ale nie udawało mi się to. Zaczęłam więc układać w myślach, co konkretnie powiem i zrobię, kiedy już stanę naprzeciw tego chłopca. Jednocześnie oddychałam w rytm moich szybkich kroków (wdech: 1-2-3-4-5-6 i  wydech: 1-2-3-4-5-6) i to pozwoliło mojej korze przedczołowej powoli wracać do gry. Na szczęście sprawca całego zdarzenia gdzieś zniknął, co dało mi więcej czasu na powrót do równowagi.

„Czego chcę?” – zastanawiałam się. – „O co chcę zadbać teraz? A o co – na przyszłość?

Przecież oni będą spotykać się na tym patio często jeszcze przez ileś lat. Co zrobić, żeby wesprzeć Dużego i teraz, i w przyszłości, jednocześnie nie zawstydzając tego chłopca ani go nie strasząc?”. I nagle mnie olśniło: przecież nie muszę wygłaszać tyrady, lecz mogę… spytać tego chłopca, jak on widzi sytuację. Kiedyś podczas jednego z wystąpień live albo webinarów bliskościowa psycholożka Agnieszka Stein zasugerowała w takich sytuacjach pytanie: „Co ty chciałaś/chciałeś zrobić?” i postanowiłam z tego skorzystać. W tej chwili już moja kora przedczołowa rządziła, a gadzi mózg, widząc, że niebezpieczeństwo minęło, wycofał się z walki, choć pozostał czujny.

Wreszcie spotkaliśmy tego chłopca.

Zagadnęłam go spokojnym głosem:
– Mój syn mówi, że rzuciłeś mu przed rower hulajnogę i się przewrócił. Czy tak właśnie było?
– Taaaak – powiedział ostrożnie chłopiec. Wyglądał na nieco przestraszonego.
– A powiesz mi, po co to zrobiłeś? – spytałam z autentycznym zaciekawieniem. Chłopiec odprężył się i wypalił ze szczerym uśmiechem:
– Chciałem, żeby się z nami pobawił!

Tadaaaaaam! Niewinne oczy chłopca wpatrywały się we mnie, a w mojej głowie grały fanfary.

Nie ma czegoś takiego, jak niedobre dziecko! („There is  no such thing as a bad kid” – słowa Stuarta Shankera, twórcy podejścia Self-Reg.)
– Aha, chciałeś go w ten sposób zaprosić do zabawy? – dopytałam.
– No tak, bo bawimy się w policjantów i złodziei.
– Co ty na to? Tak to zrozumiałeś? – zwróciłam się do Dużego.
– Nie. Myślałem, że chcesz, żebym się przewrócił – odpowiedział Duży wprost do chłopca.
– Nie! Wcale tego nie chciałem! – zawołał ten żarliwie.
– Dobra, to następnym razem po prostu mnie spytaj, czy chcę się bawić, ok? – odrzekł Duży.
– OK. A chcesz się bawić?
– Yyyy… Dobra. Tylko zawołam brata – odparł Duży i pojechał poszukać Małego. Od tamtej pory bawią się regularnie: Duży i Mały dołączyli do bandy, a Malutki często im towarzyszy.

To historia jakby przepisana z poradnika dla rodziców pragnących wychowywać dzieci w duchu rodzicielstwa bliskości,

ale daję Wam słowo, że jest prawdziwa od początku do końca. To doświadczenie uświadomiło mi po raz kolejny, jak ważne jest zastosowanie pauzy, zanim się zareaguje na coś, co nas wzburzyło. I jak nieprawdopodobne pozytywne zwroty akcji można osiągnąć, jeśli nie zakłada się złych intencji drugiej osoby (małej czy dużej), lecz po prostu spyta ją o jej wersję wydarzeń. Dzięki temu, zamiast eskalować nieprzyjemne emocje czy wręcz stosować przemoc, można osiągnąć porozumienie. Zakarbowałam sobie tę lekcję i zapisuję ją jako post na blogu, żeby mieć szanse do niej wrócić, kiedy mój wewnętrzny gad – szybkie jak błyskawica i wyjątkowo agresywne stworzenie – znów będzie chciał kogoś zaatakować.

Jakiś czas po tym wydarzeniu

zdałam sobie sprawę z tego, że przypomina ono historię, którą opowiedziałam w piątym rozdziale mojej książki „Self-Regulation. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę”*. Ponieważ książka spotkała się z ciepłym przyjęciem, wraz z wydawnictwem Znak Emotikon planuję kolejny tom! Tym razem opowiadania będą przeznaczone dla dzieci w wieku 6-10 lat i ich rodziców/opiekunów. Dotyczyć będą trudnych sytuacji w szkole lub w związku ze szkołą, z udziałem rówieśników, nauczycieli i rodziców. Bohaterowie będą radzić sobie z rozmaitymi trudnościami w drodze samoregulacji i współregulacji, a nie agresji czy wycofania.

Mam kilka pomysłów, ale zanim je zrealizuję, bardzo chcę wysłuchać Waszych historii i sugestii!

Jeśli macie dzieci w wieku wczesnoszkolnym (6-10 lat, ewentualnie nieco starsze), proszę, pomóżcie mi stworzyć bohaterów nowej książki, biorąc udział w mojej ankiecie. Link do ankiety wyślę mailem osobom, które zapiszą się na mój newsletter (z newslettera w każdej chwili można się wypisać dwoma kliknięciami).

EDIT z października 2020 roku: książka „Self-Regulation. Szkolne wyzwania” już jest w księgarniach! Dziękuję za wszystkie odpowiedzi na pytania ankiety, były bardzo pomocne. 🙂

EDIT z 2022 roku: Jeśli masz dziecko w wieku wczesnoszkolnym, to zapraszam Cię do wypełnienia ankiety, do której link otrzymasz po zapisaniu się na mój newsletter. Wezmę Twoją odpowiedź pod uwagę, pisząc kolejną książkę „szkolną”. 

* Do niedawna pierwsze słowa tytułu mojej książki brzmiały „Self-Reg” – przeczytaj o przyczynach zmiany tytułu. Wstęp i drugi rozdział książki w formacie pdf możecie otrzymać bezpłatnie, zapisując się na mój newsletter w okienku obok.

Moje (nie)dobre dziecko, które bije, gryzie i szczypie

Moje (nie)dobre dziecko, które bije, gryzie i szczypie

Opowiem dziś Wam historię, która przydarzyła nam się minionego lata,

a wnioski z niej znów stały się aktualne w związku z zamknięciem w połowie marca szkół i przedszkoli. Wraz z Mężem i naszymi trzema synami spędzałam urlop nad Bałtykiem. Najmłodszy, Malutki, miał wtedy nieco ponad dwa i pół roku. To o nim jest ta historia.

Malutki jest dzieckiem, które bardzo łatwo ulega przebodźcowaniu.

Nierzadko nawet bodźce o nieznacznej sile – na przykład to, że któryś z jego braci podskoczy i coś krzyknie (co zdarza się dziesiątki razy dziennie) – wytrącają go ze stanu spokoju i uważności w kierunku nadmiernego pobudzenia. To nadmierne pobudzenie przejawia się u niego w przykry dla otoczenia sposób: Malutki piszczy, krzyczy, bije, gryzie, szczypie. Uprzedzam ewentualne sugestie czytelników: tak, był diagnozowany pod kątem integracji sensorycznej i diagnoza nie wykazała szczególnych nieprawidłowości, po prostu jest raczej wrażliwy, a te zachowania… zaobserwował jako maluch u starszych braci, którzy lubią wszelkiego rodzaju siłowanki i głośne zabawy. Cóż…

Jako Facylitatorka Self-Reg staram się zakładać, że – jak mawia Stuart Shanker, twórca Self-Reg – „Nie ma czegoś takiego, jak złe dziecko”

(„There is no such thing as a bad kid”). Kiedy tylko mam wystarczające zasoby energii i wystarczająco niskie napięcie, działam zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą: staram się zarażać Malutkiego spokojem, odciąć go od nadmiaru bodźców, kucam przy nim, mówię ściszonym, łagodnym głosem, proponuję przytulenie, masuję plecki albo rączki. To działa! Malutki wycisza się i przestaje zachowywać agresywnie. Ale kiedy mam za mało energii lub zbyt wysokie napięcie, postępuję zgoła inaczej – a wtedy… No właśnie: przeczytajcie, co się wtedy dzieje.

Ubiegłoroczny pobyt nad morzem układał się zupełnie nie po naszej myśli.

To był już nasz piąty pobyt w tej konkretnej miejscowości i każdorazowo mieliśmy tam wielkie szczęście do pogody, jednak tym razem akurat w dniu naszego przyjazdu zaczęło lać jak z cebra, a żadne z nas nie jest fanem moknięcia w deszczu. Nasz hotel jest rajem dla dzieci: ma salę zabaw oraz, co ważniejsze, kryty basen, w którym mogłabym pluskać się z dziećmi całymi dniami (Mąż nie lubi basenów). Pech chciał, że wieczorem w dniu przyjazdu rozłożyła mnie infekcja. Przez dwie doby leżałam w łóżku przykryta po nos, wstrząsana dreszczami, obolała i ledwo przytomna; potem zbadał mnie lekarz, stwierdził bakteryjne zapalenie gardła i zaordynował antybiotyk. Mąż też czuł się kiepsko, był bardzo osłabiony, kręciło mu się w głowie, bolało go gardło, nie był więc w stanie zabrać dzieci na basen i nie chciał też ryzykować zarażania innych dzieci w sali zabaw.

Na kilka dni utknęliśmy więc w apartamencie z naszą trójką, którą rozsadzała energia.

Po przeczytaniu im wszystkich książek i wypróbowaniu kilku zabaw, wobec braku zabawek, Mąż posadził dzieci przed telewizorem. Na długo. O wiele za długo. „Patrol nasz radę da, już jadą nam z pomocą…” – dobiegało raz po raz do moich uszu. Wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie dla Malutkiego, ale ledwo miałam siłę chodzić do toalety, a Mąż też głównie przysypiał i ograniczał się do podawania dzieciom jedzenia, więc po prostu korzystałam z chwil (godzin…) względnego spokoju.

Drugiego dnia tych maratonów bajek Malutki zaczął pokazywać swoje najgorsze oblicze.

Raz po raz, „bez powodu”, dziesiątki razy dziennie bił braci, szczypał ich, piszczał im wprost do ucha, na co oni reagowali okrzykami bólu i na zmianę skargami do nas oraz biciem i szczypaniem Malutkiego. Ja leżałam i umierałam, Mąż się wściekał i rozdzielał dzieci… Było naprawdę okropnie. Parę razy słyszałam, jak Mąż mówi do Malutkiego: „Jesteś niedobry”. Trudno mi było mieć mu to za złe w tej stresującej sytuacji… a jednocześnie wiedziałam, że Malutki po usłyszeniu takiego komunikatu nakręca się jeszcze bardziej. To było błędne koło, bardzo trudne do przerwania.

Wreszcie mój antybiotyk przyniósł spodziewane efekty

i – upewniwszy się w rozmowie z lekarzem, że już nie zarażam – zabrałam Malutkiego do pokoju zabaw. Cóż za radość! Byliśmy tam sami, więc nie próbowałam obniżać pobudzenia malucha, który wpadł w radosny amok i z dzikimi okrzykami zjeżdżał raz po raz ze zjeżdżalni do basenu z kulkami. Pokój był bezpieczny, więc usiadłam na kanapie nieopodal i zainteresowałam się książką leżącą w biblioteczce. Tak mnie wciągnęła, że przegapiłam ciche wejście do pokoju zabaw rodziny złożonej z mamy, taty i kilkunastomiesięcznej córeczki. W pewnym momencie podniosłam wzrok, żeby sprawdzić, co u Malutkiego i… znieruchomiałam.

Malutki siedział u szczytu zjeżdżalni, a obok niego stała ta malutka dziewczynka.

Malutki uśmiechnął się do niej szeroko i… popchnął ją tak, że spadła w tył, na podest znajdujący się kilkadziesiąt centymetrów niżej. Podest był tak naprawdę miękką poduchą, moi synowie w tym wieku spadali (lub byli zrzucani przez braci) wielokrotnie także z większych wysokości i na twardsze powierzchnie, a następnie otrzepywali się i bawili dalej, ale widać było, że dla tej dziewczynki to było absolutnie przerażające doświadczenie. Wybuchła rozpaczliwym płaczem, a jej rodzice – którzy stali obok i byli tym niespodziewanym aktem agresji równie porażeni, jak ona sama – porwali ją w ramiona, przytulali, koili.

Ukłuło mnie poczucie winy i wstyd,

a jednocześnie poczułam złość na moje dziecko, które ZNOWU zrobiło komuś krzywdę. (Poczucie winy, bo powinnam była nie spuszczać z oka tego małego agresora, a wstyd, bo  wyobraziłam sobie, co ja na miejscu tych ludzi – spokojnych rodziców jedynego malutkiego dziecka – pomyślałabym sobie, o Malutkim i o mnie. Kiedy byłam na ich etapie, uważałam, że jeśli małe dziecko kogoś bije, to musi pochodzić z głęboko patologicznej rodziny). Podeszłam szybko do zjeżdżalni i przeprosiłam zarówno dziewczynkę, jak i jej rodziców. Następnie zdjęłam protestującego, wierzgającego nogami i szczypiącego mnie w ręce Malutkiego ze zjeżdżalni. Byłam już wkurzona, bo szczypał naprawdę boleśnie i w dodatku zrzucił mi okulary, co mnie doprowadza do wrzenia.

Zaniosłam malucha na kanapę, posadziłam go na niej niezbyt delikatnie, po czym pochyliłam się i wysyczałam cicho:

– Widzisz, co narobiłeś! Zrzuciłeś dziewczynkę ze zjeżdżalni! Ona teraz przez ciebie płacze. Jesteś niedobry! Jesteś naprawdę niedobrym dzieckiem!
– Ja dob dob! [Jestem dobry!] – odpowiedział Malutki, który nie mówił wtedy jeszcze zbyt wiele. Ton był hardy, ale minę miał nietęgą i w jego oczach pojawił się cień strachu.

Ten strach mnie zatrzymał i nieco ostudził moją złość.

Zawstydziłam się, ale tylko trochę, bo moja złość opada bardzo wolno. Nieco spokojniej porozmawiałam z Malutkim i zabrałam go do pokoju. Dopiero tam, po jakimś czasie, rozpoczęłam właściwą rozmowę:
– Malutki, pamiętasz, że w pokoju zabaw powiedziałam, że jesteś niedobry?
– Tat [Tak] – kiwnął głową Malutki i wyraźnie posmutniał.
– Przepraszam cię za to. Byłam zdenerwowana i powiedziałam coś niemądrego, co nie jest prawdą. Jesteś dobry. Jesteś dobrym chłopczykiem.
– Ja dob dob? [Jestem dobry?] – upewnił się Malutki.
–Tak. Jesteś dobry – odparłam. – Powiedziałam wtedy nieprawdę, bo byłam zdenerwowana. Teraz jestem spokojna i mówię ci prawdę: jesteś dobry.
– Ja bam i dob dob? [A kiedy biję, też jestem dobry?] – spytał z nadzieją, ale i widoczną obawą Malutki.
– Tak. Jesteś dobry zawsze. Nawet kiedy bijesz i gryziesz i robisz inne niefajne rzeczy – odpowiedziałam z mocą.
– Ja dob dob! Ja dob dob! Huja! [Jestem dobry! Jestem dobry! Hurra!] – Malutki wykrzykując to, zaczął podskakiwać jak piłeczka, a następnie rzucił mi się w ramiona i obsypał pocałunkami. – Mama, och! [Kocham cię, mamo!]

Popłakałam się ze wzruszenia.

Na Mężu, który był świadkiem tej rozmowy, też zrobiła ona ogromne wrażenie. Przestaliśmy mówić Malutkiemu, że jest niedobry i przeprowadziliśmy rozmowę z Dużym i Małym o tym, żeby też tego mu nie mówili. Ta jedna zmiana w naszej komunikacji sprawiła, że Malutki z dnia na dzień zaczął się zachowywać trochę lepiej. Słyszeliście efekcie Pigmaliona? Jeśli nie, to przeczytajcie o nim. To właśnie on tu zadziałał: Malutki zachowywał się w taki sposób, aby podtrzymać naszą ocenę jego osoby, po prostu spełniał nasze oczekiwania. Ten efekt ma potężny wpływ na zachowanie nie tylko naszych dzieci, ale i nas samych. Dlatego to bardzo, bardzo ważne, aby nawet bijące, szczypiące, gryzące, „leniwe”, „histeryzujące”, „nieempatyczne”, „złośliwe”, „nieszczere” (zauważyliście cudzysłowy?) dziecko traktować jak nasz mały cud. Tak, nawet dziewięciolatka albo nastolatka, którzy odburkują nam niezbyt przyjemnie i zachowują się chwilami naprawdę okropnie. Nawet ich. Zwłaszcza ich.

Jak to zrobić? Jak zmienić perspektywę i przestać się nakręcać?

To czasem bardzo trudne. Miałam okazję się o tym przekonać w ubiegłym tygodniu, kiedy – po kilkunastu dniach kwarantanny w domu z dziećmi, przekonana, że mój kaszel i duszności są efektem zarażenia koronawirusem – znalazłam się w kryzysie emocjonalnym (o którym też wkrótce napiszę). Malutki zareagował na moje rozstrojenie i brak autentycznej wspierającej obecności identycznie, jak brak kontaktu ze mną i nadmiar bajek nad morzem, a ja przez jeden okropny dzień zaczęłam w nim widzieć przyszłego bandytę i sadystę, który z uśmiechem na twarzy będzie krzywdził ludzi.

Na szczęście udało mi się uruchomić całą swoją wiedzę, wszystkie swoje umiejętności i zasoby coacha, coacha kryzysowego i Facylitatorki Self-Reg; niebagatelną rolę odegrało tu sięgnięcie po emocjonalne wsparcie od kogoś, kto zna się na dzieciach i Self-Reg, a do tego ma w sobie ocean spokoju i potrafi fantastycznie słuchać i wspierać (Jagoda, dziękuję!). To wszystko sprawiło, że zmieniłam optykę i znów potrafię – na miarę własnych, chwilami wątłych, zasobów – postępować w zgodzie z samą sobą nie tylko z Malutkim, ale też z rozstrojonym kwarantanną niemal dziewięcioletnim Dużym oraz sześcioletnim Małym, którego rozpiera niespożyta energia.

A jak postępować? O tym jest cały mój blog, a wiedzę tę zawarłam w pigułce w szkoleniu online „Jęki, krzyki, agresja: jak pomóc dziecku i sobie”.

Teraz jestem pełna dobrej energii po moim wtorkowym webinarze „Spokój rodzi spokój. 12 sposobów na opanowanie złości”,

który został udostępniony na Facebooku ponad 150 razy i dotarł do 15 tysięcy osób. Otrzymałam na jego temat tak pozytywny feedback, że czuję, jak rosną mi skrzydła i mimo trudnych warunków i obaw o przyszłość jestem teraz w miarę spokojna i mogę dzielić się tym spokojem z innymi.

Otworzyła mi się ponownie przestrzeń na indywidualny coaching kryzysowy, a ponadto 13 kwietnia uruchomię Facebookową grupę wsparcia, w której będę się dzielić sposobami na wprowadzanie spokoju, kiedy dzieci zachowują się jak Malutki albo po prostu ciągle jęczą lub płaczą, codziennie moderować grupę i odpowiadać na pytania uczestników w cotygodniowych live’ach. Udział w grupie można kupić w pakiecie ze wspomnianym wyżej szkoleniem „Jęki, krzyki, agresja” oraz webinarem „Spokój rodzi spokój”.

EDIT z 2021 roku: Możesz kupić nagranie webinaru „Spokój rodzi spokój”