Czym się różni klaps od bicia?

Photo by Arwan Sutanto on Unsplash

Wyobraźcie sobie taką oto sytuację: oto Komendant Główny Policji wypowiada się, że trzeba rozróżnić, czym jest piwo, a czym jest alkohol. Piwo nie ma zbyt wielu promili. Zapytany, czy da się to rozróżnić, odpowiada, że wiele osób nawet prowadzenie po wypiciu kieliszka wina może uznać za wykroczenie. Sam z rozrzewnieniem wspomina swoje młode lata, kiedy to on i jego koledzy ze szkoły policyjnej wypijali po piwku, po czym świetnie sobie radzili za kierownicą.

A teraz wyobraźcie sobie taką sytuację: oto Rzecznik Praw Dziecka wypowiada się: “Trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”. Zapytany, czy da się to rozróżnić, odpowiada: “Wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc”, Spytany, czy dawał klapsy swoim synom, odpowiada: “Chłopaki czasem dają w kość, ale nie uderzyłem ich. Jednak sam z estymą wspominam to, że dostałem od ojca w tyłek. (…) Jeżeli polaliśmy bratu denaturatem nogę, a potem ją podpaliliśmy… Ojciec w porę zareagował. Tak że przez dobrą chwilę nie mogłem siadać.”

Pierwszą z powyższych sytuacji wymyśliłam, druga miała miejsce naprawdę. Przytoczone cytaty pochodzą z wywiadu z Rzecznikiem Praw Dziecka (RPD) Mikołajem Pawlakiem, który ukazał się 19 czerwca br. w “Dzienniku Gazecie Prawnej”. Nieprzypadkowo porównałam klapsy do prowadzenia pojazdów mechanicznych po spożyciu piwa: część społeczeństwa w Polsce akceptuje (i stosuje) i jedno, i drugie. Dodam, że prowadzenie pojazdu po wypiciu małej ilości alkoholu, czego efektem jest stężenie alkoholu we krwi poniżej 0,2 promila, jest prawnie dozwolone, natomiast stosowania kar cielesnych – w tym klapsów – zakazuje obowiązująca od sierpnia 2010 roku nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Co spotkałoby komendanta i rzecznika w państwie prawa, w którym społeczeństwo oczekuje spójności i integralności osób zajmujących reprezentacyjne stanowiska? Ich wypowiedzi wywołałyby ogromne oburzenie i konsekwencje dyscyplinarne. I komendant, i rzecznik podaliby się do dymisji, przepraszając za swoje nieodpowiednie, nieprzemyślane, niestosowne i szkodliwe społecznie wypowiedzi. Ten pierwszy pokajałby się szczególnie przed ofiarami wypadków drogowych spowodowanych przez kierowców prowadzących pod wpływem alkoholu oraz przed bliskimi zmarłych w takich wypadkach, dla których bagatelizowanie skutków prowadzenia po „kilku piwkach” przez przedstawiciela policji jest szczególnie bolesne i okrutne. Ten drugi szczególne wyrazy ubolewania wyraziłby wobec osób, których dzieciństwo było naznaczone przemocą i które potrzebują obecnie wsparcia i potwierdzenia, że ich rodzice czy opiekunowie krzywdzili ich, stosując kary cielesne. Wypowiedź Mikołaja Pawlaka istotnie wywołała falę oburzenia i protestu ze strony różnych środowisk, co jednak nie doprowadziło do zmiany na stanowisku RPD. Nie wydaje się też, o ile mogę to ocenić, aby pan Pawlak zmienił swój sposób myślenia.

W wydanym pod wpływem krytyki oświadczeniu Mikołaj Pawlak argumentował, że jego wypowiedzi zostały wyjęte z kontekstu i skandalicznie zmanipulowane. Wyjęte z kontekstu – owszem. Czy zmanipulowane? Nie sądzę. Rozumiem i przyjmuję jego tłumaczenie, że chodziło mu o rozróżnienie – z punktu widzenia konsekwencji karnoprawnych – między incydentalnymi klapsami a znęcaniem się, analogiczne do rozróżnienia między prowadzeniem pojazdu po małym piwie i w stanie ciężkiego upojenia alkoholowego. Chcę jednak zwrócić Waszą uwagę, że RPD wprawdzie nie uderzył swoich synów, JEDNAK z estymą wspomina lanie – wcale nie “niewinny” klaps – otrzymane od ojca w dzieciństwie. Nawiasem mówiąc, RPD myli estymę – czyli szacunek, atencję, podziw – ze strachem. Nieumiejętność rozpoznawania i nazywania własnych stanów emocjonalnych (a także ich regulowania) jest charakterystyczna dla osób, które były wychowywane autorytarnie, przy użyciu kar cielesnych. O innych konsekwencjach takich kar napiszę poniżej.

Czemu czepiam się biednego rzecznika? Otóż czepiam się dlatego, że osoby piastujące ważne funkcje powinny być czyste jak łza przynajmniej w obszarze swoich kompetencji. Minister finansów powinien ze szczególną starannością płacić wszystkie podatki i opłaty, komendant policji powinien skrupulatnie przestrzegać przepisów (także ruchu drogowego), a RPD powinien swoimi wypowiedziami i działaniami sprzeciwiać się nie tylko znęcaniu się nad dziećmi, ale też bagatelizowaniu klapsów. Wypowiadając się na temat właściwego w jego ocenie sposobu traktowania dzieci, RPD występuje bowiem z pozycji autorytetu: jego opinia może stać się rozstrzygająca dla tych, którzy mają w danej kwestii wątpliwości. Jeśli RPD mówi, że klapsy są ok, to oczywiste jest, że rodzice mogą je stosować – i w Polsce stosują je powszechnie. Otóż nie, nie mogą, zabrania im tego ustawa.

Klap nie różni się od bicia. Klaps to bicie. Tak, szanowni puryści językowi: klaps to bicie, a ściślej – uderzanie (czy to coś zmienia?). Według Uniwersalnego Słownika Języka Polskiego PWN klaps to “uderzenie dłonią na płask, najczęściej w pośladki, stosowane zwykle w celu skarcenia kogoś, zwłaszcza dziecka”. Mam, a raczej miałam do tej pory, żelazną zasadę nieangażowania się na moim blogu w politykę, ale tym razem czynię wyjątek..Uważam, że Mikołaj Pawlak powinien ustąpić ze stanowiska, a przynajmniej pokajać się przed opinią publiczną i podkreślić, że ostro sprzeciwia się klapsom, które są biciem i formą przemocy. Na fali emocji podpisałam w ubiegłym tygodniu dwie petycje o dymisję RPD: sformułowaną przez profesjonalistów pracujących z dziećmi oraz przez Kamila Nowaka (BlogOjciec). Odczekałam tydzień, zanim dokończyłam i opublikowałam ten wpis, ponieważ chciałam, aby emocje opadły (chciałam “wyjść z mózgu limbicznego”). Ten wpis odzwierciedla moje poglądy oczyszczone z emocji.

Na tym mogłabym zakończyć mój wpis, gdyby nie to, że dla wielu Polaków obowiązujące przepisy nie stanowią istotnego argumentu, który mógłby doprowadzić do zmiany ich zachowania. Wystarczy spędzić pół godziny na ruchliwym skrzyżowaniu ulic i przyjrzeć się działaniom kierowców. Postaram się zatem rozprawić się merytorycznie z trzema argumentami przytaczanymi często przez zwolenników klapsów jako metody wychowawczej.

1. Czasem tylko klaps działa

Zwolennicy takiego uzasadnienia klapsów mają zapewne na myśli sytuację, kiedy wielokrotnie bez skutku (albo z krótkotrwałym skutkiem) powtarzali dziecku, że ma się (przestać) zachowywać w określony sposób. Najczęściej chodzi konkretnie o zaprzestanie jakiegoś zachowania uciążliwego dla rodziców; może tu chodzić o przeróżne aktywności, od skakania po kanapie i krzyczenia poprzez bicie rodzeństwa aż po… jęczenie i płakanie (tak, sporo rodziców daje dzieciom klapsy po to, aby przestały jęczeć czy płakać!). Słowem, chodzi o zachowania, które wskazują na wysoki poziom pobudzenia dziecka (o stanach pobudzenia pisałam tutaj). Dopiero klaps sprawia, że NIEKTÓRE dzieci faktycznie zaprzestają tych aktywności i WYDAJĄ SIĘ spokojne. Celowo wyróżniłam zwroty „niektóre” i „wydają się”. Są bowiem dzieci, które pod wpływem klapsa zachowują się jeszcze gorzej: krzyczą, rzucają się na podłogę i popadają w kompletny chaos, biją rodzica, rzucają „wiązankę” niewybrednych słów. Jest też mała grupka takich, które śmieją się rodzicowi w twarz i – dosłownie lub w przenośni – dopominają się o kolejnego klapsa.

Reakcja dziecka na klaps zależy od jego indywidualnych predyspozycji i doświadczeń. Jedno jest pewne: klaps zwiększa pobudzenie dziecka i sprawia, że jego kontrola nad własnym zachowaniem zmniejsza się, a nie zwiększa. Jeśli wysoko pobudzone dziecko zostanie uderzone przez rodzica, z punktu widzenia neurobiologii nie ma możliwości uspokoić się (czyli m.in. obniżyć swojego poziomu pobudzenia oraz zwiększyć poziomu świadomości bodźców płynących z otoczenia i z wnętrza ciała). Człowiek jest tak skonstruowany, że w reakcji na uderzenie przez drugiego człowieka ciało migdałowate w jego mózgu bije na alarm, informując całe ciało o zagrożeniu. Dziecko przestawia się na tryb walki, ucieczki lub zamrożenia (pisałam o tym tutaj): krzyk czy furia to reakcja walki, wycofanie się czy zamknięcie w sobie to reakcja ucieczki, a zastygnięcie w bezruchu (czyli owo pozorne „uspokojenie się”) to stan zamrożenia. Wszystkie trzy stany sprawiają, że organizm zużywa duże ilości energii i przede wszystkim, że aktywność kory nowej mózgu, odpowiedzialnej za tzw. funkcje wykonawcze (w tym empatię i samokontrolę!) jest w danej chwili ograniczona. Dziecko przypomina w tej sytuacji przestraszone zwierzątko. Jedynym, co osiągnął rodzic poprzez klaps jest posłuszeństwo tu i teraz (w przypadku niektórych dzieci) – ale długoterminowo koszty są ogromne.

Wielokrotne stosowanie klapsów sprawia, że także w długim okresie kora nowa mózgu nie rozwija się optymalnie, za to wzmacniane są bardziej „zwierzęce” obszary mózgu. Dzieci wychowywane za pomocą klapsów są mniej inteligentne, mają gorszą pamięć i zdolność koncentracji. Są też bardziej agresywne i skłonne do przemocy, mają trudności z kontrolowaniem swoich emocji. Częściej miewają depresję i stany lękowe. Przegląd badań znajdziecie między innymi w tym wstrząsającym artykule.

2. Ono musi się nauczyć, że pewne zachowania są niedozwolone

Zwrot „nauczyć się” można rozumieć na dwa sposoby: jako wyciąganie uogólnionych wniosków z doświadczeń oraz jako świadome przyswajanie lekcji, które chcą nam przekazać inni ludzie. Wedle pierwszego znaczenia człowiek, zwłaszcza kilkuletni, uczy się przez cały czas, szczególnie pod wpływem silnych emocji. A niewątpliwie uderzenie przez rodzica wywołuje w dziecku silne emocje: żal, strach, złość (które pan rzecznik notabene pomylił z estymą – tak się składa, że dzieci bite mają słabiej rozwiniętą świadomość własnych emocji). W takiej formie uczenia się i zapamiętywania życiowych lekcji bierze udział tzw. mózg emocjonalny, czyli układ limbiczny. Jest to też sposób uczenia się właściwy zwierzętom, na przykład tresowanym drapieżnikom występującym w zoo. Jaki uogólniony wniosek może wyciągnąć kilkuletnie dziecko z klapsa otrzymanego od rodzica za coś, co robiło, bo uznało to za atrakcyjne? Przychodzi mi do głowy kilka możliwości: „Rzeczy fajne i zakazane należy robić po kryjomu”, „Jeśli ktoś jest duży i nie zgadza się z kimś małym, to może go bić”, „Nie mogę liczyć na zrozumienie mamy/taty”, „Mama/Tata jest źródłem zagrożenia”. Czy o takie lekcje chodzi zwolennikom klapsów?

A co z uczeniem się rozumianym jako świadome przyswajanie pewnych treści? Warunkiem tak rozumianej nauki jest „włączona”, czyli w pełni sprawna w danym momencie, kora nowa mózgu. Jak opisałam powyżej, kiedy dziecko dostaje klapsa, pewne funkcje kory nowej zostają upośledzone – organizm jest nastawiony na przetrwanie, a nie zdobywanie wiedzy, którą ktoś chce nam przekazać. Szczególnie nieskuteczne jest „uczenie” dziecka za pomocą klapsów brania pod uwagę potrzeb innych osób, np. potrzeby spokoju osób postronnych, którym przeszkadza krzyk dziecka albo potrzeby bezpieczeństwa małego braciszka, którego dziecko właśnie ugryzło. Pobudzony maluch, który właśnie dostał klapsa, nie ma za grosz empatii, bo tak został zaprojektowany jego system nerwowy. Nie obchodzą go też zasady współżycia społecznego: jest nastawiony na ochronę własnego życia i zdrowia, a nie komfortu życia „stada”. Jest więc całkowicie wykluczone, aby klapsami nauczyć dziecko społecznie pożądanych zachowań albo szacunku do kogokolwiek. Można je natomiast nauczyć „kombinowania”, czyli wymyślania prymitywnych, nieopartych na wewnętrznym moralnym kompasie, strategii unikania klapsów. Akcja – reakcja. Biją mnie – udam, że więcej nie będę. Jak tygrys, który przeskakuje przez płonący okrąg, bo alternatywa jest jeszcze mniej przyjemna.

3. Ja dostawałem/dostawałam klapsy i wyszedłem/wyszłam na ludzi

Zwolennicy klapsów najwyraźniej traktują owo „i” jako łącznik przyczynowo-skutkowy. Cóż, badania, o których wspomniałam powyżej, mówią co innego. Oczywiście chodzi tu o zależności obserwowane dla dużych grup, które nie muszą występować w konkretnym przypadku. Znam wielu rodziców małych dzieci, którzy wychowują je bezprzemocowo, choć sami w dzieciństwie byli bici (czasem tylko oni i ich psychoterapeuta czy psychotraumatolog wiedzą, ile pracy muszą włożyć w to, aby nie popaść w stare schematy). Jednak argument o „wyjściu na ludzi” traktuję w najlepszym razie podobnie, jak zdanie: „Mój dziadek palił kilka paczek papierosów dziennie i dożył dziewięćdziesiątki” – najwyraźniej ów dziadek miał dobre geny i dużo szczęścia, a jego historia nie jest dla mnie argumentem popierającym tezę, że palenie sprzyja długiemu życiu. Przede wszystkim jednak mam chęć zakwestionować owo „wyjście na ludzi”. Kto świadomie, z premedytacją bije małego człowieka, którego powołał na świat i który jest pod jego opieką, nie jest człowiekiem, z którym chciałabym mieć cokolwiek wspólnego.

Na koniec chcę bardzo mocno podkreślić, że cały mój post (zwłaszcza ostatnie słowa powyżej) odnosi się do osób, które „na chłodno” akceptują klapsy jako metodę wychowawczą. Nie pisałam tego wszystkiego, aby pogrążyć w poczuciu winy tych rodziców, którzy nie radzą sobie z własnymi emocjami i zdarza im się dać dziecku klapsa, czego potem gorzko żałują. Jestem daleka od potępiania ich i pouczania zarówno jako ekspertka (Facylitatorka) Self-Reg – pełnego łagodności podejścia, które lepiej pomaga zrozumieć stres i zachowania nim wywołane – jak i jako mama trójki dzieci, która kiedyś kompletnie nie radziła sobie z własną agresją. Zresztą nadal zdarza się, że cedzę pod adresem dziecka niemiłe słowa, krzyknę na nie albo przytrzymam je mocniej, niż tego wymagają okoliczności – tak, oczywiście, że tak, ja też, choć skala tych zachowań jest nieporównanie mniejsza, niż kilka lat temu. Wszystkim takim nieradzących sobie z własnymi emocjami rodzicom bardzo polecam podjęcie pracy z psychoterapeutą lub coachem. A tym stosującym klapsy z przekonania życzę, żeby sięgnęli do swojego serca i spytali siebie samych, czy to naprawdę jest ich droga, którą chcą świadomie podążać.

Droga świadoma mamo! Obserwuję Cię od dawna

Droga świadoma mamo! Obserwuję Cię od dawna

Droga świadoma mamo!

Obserwuję Cię od dawna. Decydujesz się na coaching ze mną, żeby zmieniać swoje schematy działania i ograniczające przekonania, lepiej poznać świat swoich emocji i poprawić jakość relacji z Twoimi dziećmi. Przychodzisz na moje warsztaty i wykłady na temat rodzicielskiego stresu i samoregulacji. Czytasz moje wpisy na blogu , komentujesz je i wysyłasz do mnie pełne osobistych refleksji wiadomości prywatne. Uczestniczysz w niezliczonych dyskusjach w rodzicielskich grupach na Facebooku. Czytasz tonę książek o różnych aspektach rodzicielstwa i o tym, jak wspierać dzieci, aby wyrosły im skrzydła. Przeżywasz mnóstwo dylematów w roli matki i kobiety łączącej różne życiowe role.

Towarzyszysz swoim dzieciom, podążasz za nimi i uważnie obserwujesz ich rozwój. Kiedy zauważasz, że przeżywają trudności, nie spoczniesz, dopóki nie znajdziesz najlepszego sposobu wsparcia ich. Jeśli trzeba, zgłaszasz się do profesjonalistów: lekarzy,  rehabilitantów, specjalistów w zakresie integracji sensorycznej, psychologów. W domu skrupulatnie realizujesz ich zalecenia, wplatając nie zawsze przyjemne ćwiczenia w codzienne czynności i zabawę. Dbasz o zdrową dietę oraz odpowiednią dawkę ruchu i stymulacji intelektualnej i wielozmysłowej. Stajesz na głowie, aby Twoje dziecko miało optymalne warunki rozwoju.

Wierzysz, że nie ma niegrzecznych dzieci i masz świadomość, że każde niewłaściwe zachowanie wynika z trudnych emocji, a te – z niezaspokojonych potrzeb. Stawiasz na wychowanie bez nagród i kar, które wspiera wewnątrzsterowność i karmi poczucie własnej wartości dziecka. Traktujesz swoje dzieci podmiotowo, z szacunkiem należnym odrębnemu małemu człowiekowi. Dajesz im przestrzeń i bezwarunkową miłość. A przynajmniej tak jest przez większość czasu, bo zdarza się, że…

Zdarza się, że zachowujesz się niezgodnie ze swoimi wartościami i ideałami. Kaliber Twoich „występków” bywa różny: może dajesz dziecku klapsa, może przytrzymujesz je mocniej, niż to jest niezbędne dla ochrony jego życia i zdrowia, może wykrzykujesz raniące słowa, może straszysz, szantażujesz, obrażasz się, gderasz, a może obiecujesz, że jeśli zje zupę, dostanie czekoladę. Dzieje się to wtedy, kiedy Twoje napięcie i obciążenie stresem wzrastają ponad poziom krytyczny, powyżej którego kora nowa Twojego mózgu nie działa w pełni sprawnie: samokontrola „puszcza”, a Twoim zachowaniem rządzą schematy zakodowane na wczesnym etapie Twojego życia. Otwierasz usta i, choć tego nie chcesz, komunikujesz się mało wspierający sposób: „Dlaczego ty znowu…?”, „Czy ty nigdy nie możesz…?”, „Masz natychmiast założyć buty, bo jak nie, to…!”.

Kiedy Twoje emocje opadną, odczuwasz ogromny wstyd. Przepraszasz dziecko, wyjaśniasz mu, co się z Tobą działo i postanawiasz poprawę: będziesz jeszcze lepszą, cierpliwszą matką. Powodowana wyrzutami sumienia, przesuwasz wtedy swoje granice czy też nie komunikujesz ich dziecku. W pewnym momencie Twoje napięcie znów przekracza krytyczny poziom i znów popełniasz macierzyńskie „wykroczenie”, i znów pojawia się wstyd i mocne postanowienie poprawy…

Uderza mnie to, jak bardzo się obwiniasz i jak wymagająca jesteś wobec samej siebie. Bez końca wyrzucasz sobie swoje matczyne potknięcia, analizując, co poszło nie tak. Twój krytyk wewnętrzny wygłasza mniej więcej takie przemowy: „Przecież przysięgałaś sobie, że stworzysz rodzinę, w której dzieci czują się ważne i kochane i że nigdy, przenigdy nie powtórzysz błędów i wpadek twoich rodziców. Przecież tyle czytasz, chodzisz na warsztaty dla rodziców, robisz kursy online. Przecież wiesz, jaką mamą chcesz być i jesteś bardzo zmotywowana. Wiesz to wszystko, a jednak znów nawaliłaś. Co się z tobą dzieje? Nie ogarniasz tego całego macierzyństwa. Biedne te twoje dzieci.”

Wiesz, co Ci umyka? To, że nie jesteś dzbanem bez dna. Nie można z ciebie bez końca nalewać zasoby małym istotkom, których potrzeby wydają się nie mieć końca, a emocje są rozbuchane i silnie przez Ciebie odczuwane. A może wcale Ci to nie umyka, może Twoja głowa to wie dzięki tym wszystkim książkom i warsztatom, ale nie umiesz tego przekuć w zmianę zachowania? Tak bardzo dbasz o swoje dziecko – a jak dbasz o swoją siebie? Może warto byłoby trochę bardziej zająć się sobą, tą małą dziewczynką w sobie, której potrzeby i emocje niekoniecznie były ważne dla rodziców i opiekunów i której potrzeby teraz są nadal na drugim albo wręcz na ostatnim miejscu…?

Jeśli chcesz pochylić się nad sobą, nad własną samoregulacją, to rozważ proszę udział w moim webinarze „Samoregulacja wrażliwej matki”. Informacje na jego temat znajdziesz pod tym linkiem. Zapraszam Cię serdecznie, ale też zachęcam, żebyś dobrze rozważyła, czy na pewno potrzebujesz kolejnej ekspertki, która opowie Ci, jak możesz nad sobą pracować. Może wcale tego nie potrzebujesz, bo przecież…

… przecież jesteś kompetentna. Jesteś mądra. Jesteś ok. Jesteś kompetentna nawet, jeśli czasem (często?) czegoś nie potrafisz, nie wiesz, nie umiesz i potrzebujesz wsparcia bliskiej osoby lub profesjonalisty. Jesteś mądra nawet, jeśli zdarza się, że Twoja intuicja Cię zawiodła i ktoś wiedział lepiej, czego potrzebuje Twoje dziecko. Jesteś ok nawet, jeśli nie zawsze postępujesz w zgodzie ze swoimi wartościami i najlepszą wiedzą. JESTEŚ. WYSTARCZAJĄCO. DOBRĄ. MAMĄ. W ogóle jesteś wystarczająco dobra taka, jaka jesteś.

Spójrz proszę w lustro i uśmiechnij się do samej siebie. A potem zastanów się, co by Ci sprawiło przyjemność i jest dostępne przy odrobinie wysiłku oraz dobrej woli osób Ci bliskich – i zrób to dla siebie. W końcu dziś Twoje święto!

Gdy byłam mała, chciałam być tatą, czyli o równouprawnieniu matki i ojca

Gdy byłam mała, chciałam być tatą, czyli o równouprawnieniu matki i ojca

Jest połowa lat 1980., mam kilka lat. Wiem już, czego chcę od życia: będę wielką polską pisarką i nie będę mamą. Będę tatą. To bardzo fajnie być tatą: po pracy można bawić się z dziećmi, jeździć z nimi na sankach, nauczyć je jazdy na rowerze, a córeczkom czesać warkocze. Kiedy nie ma się ochoty na zajmowanie się dziećmi, można obejrzeć coś w telewizji, poczytać albo pomóc żonie w pracach domowych. Bycie mamą to zupełnie inna para kaloszy. Po powrocie z pracy mama gotuje, sprząta, prasuje, piecze ciasta i torty bezowe na uroczystości rodzinne. A kiedy już to wszystko zrobi, siedzi do późna w nocy w kuchni przy maszynie do pisania i pracuje nad doktoratem. Mama jest stale zabiegana i zatopiona w myślach. Tak, będę tatą!

Dziesięć lat później myślę, że raczej zostanę mamą, ale na pewno nie dam się zaprząc w taki kierat, jak moja mama. Jako nastolatka buntuję mamę, tłumacząc jej, że jeśli wujkowi X nie smakuje zupa grzybowa, to nie musi na rodzinne przyjęcie oprócz tej grzybowej gotować też pomidorowej. I naprawdę, naprawdę ma prawo do chwili relaksu – prawdziwego relaksu, a nie prasowania nocą przed telewizorem. Jestem zdeterminowana, aby stworzyć inny model rodziny: taki, w którym mąż nie pomaga żonie, wywołując ochy i achy sąsiadek, lecz angażuje się na równi z nią.

Kilkanaście lat później wychodzę za mąż za mężczyznę zorganizowanego i „ogarniętego” pod względem prac domowych. Tworzymy partnerski związek. W domu on zajmuje się sprzątaniem, ja praniem i szczątkowym gotowaniem (jadamy głównie „na mieście”), inne prace domowe wykonujemy na zmianę albo wspólnie, ewentualnie delegujemy na panią sprzątającą. Niewiele tego jest, bo pracujemy od rana do wieczora: on w międzynarodowej firmie doradczej, ja na dwóch etatach jako nauczyciel akademicki i makroanalityk. Z pewną wyższością spoglądam na moje dzieciate już znajome, które są ponad miarę obciążone pracami domowymi i opieką nad dziećmi, podczas gdy ich mężowie wydają się być w tych obszarach nieco bezradni i mało aktywni. Ufff, ja na szczęście pokonałam schemat.

Mija kolejna dekada. Moi trzej synowie sprzątają ze mną ze stołu po sobotnim śniadaniu, Mąż jeszcze śpi. (Przecież ja mogę odespać w ciągu dnia w dni powszednie, jeśli akurat nie pracuję ani nie zajmuję się dziećmi czy pracami domowymi, a w domu jest niania.) Pięcioletni Mały po schowaniu do zmywarki talerzy i sztućców ewakuuje się do pokoju dziecięcego razem z dwuletnim Malutkim. Siedmioletni Duży w połowie pracy pada na kanapę i mówi:
– O matko, jaki jestem zmęczony tym sprzątaniem! Muszę odpocząć.
– A jaka ja jestem zmęczona, synu – wzdycham mało empatycznie, ścierając ze stołu ślady masła i podnosząc z podłogi plasterek ogórka, po czym zatapiam się w rozmyślaniach.

„Jestem zmęczona” to potężne niedopowiedzenie: jestem wykończona. (Czy jako bezdzietna też bywałam w takim stanie, że czasem płakałam ze zmęczenia? Niemożliwe!) Malutkiemu wyżynają się piątki i żuł moje piersi przez większą część nocy – tej ostatniej i kilkunastu poprzednich – przełażąc po mnie co jakiś czas na drugą stronę. Nie przespałam całej nocy od dwóch i pół roku. W mojej głowie odbywa się proces optymalizacji wielokryterialnej: kombinuję, z czego zrobić szybki obiad, a raczej trzy różne obiady, bo preferencje moich mężczyzn i moje mają mało punktów wspólnych; zastanawiam się, czy zdążę popluskać się z Dużym w basenie po jego lekcji pływania i potem zdążyć z Małym na urodziny jego koleżanki; obliczam, ile tur prania mogę dziś zrobić tak, żeby wszystko zostało powieszone szybko po upraniu; zastanawiam się, czy głośny pisk i płacz dobiegający z pokoju dziecięcego wskazuje na rozlew braterskiej krwi (Mały i Malutki ostatnio ciągle się gryzą, drapią i szczypią); co chwila przypominają mi się faktury, które powinnam wystawić i maile, na które muszę odpowiedzieć oraz różne inne drobne zadania.

Nagle przez ten szum informacyjny dobiega do mnie riposta Dużego:
– Tak, ale ty jesteś jedyną osobą w tym domu, która może pracować bez przerwy i nie odpoczywać nawet, kiedy jest bardzo zmęczona.

Staję jak wryta. Szlag, cholera jasna, psiakrew. (Tak naprawdę pomyślałam coś zgoła innego, ale staram się używać wulgaryzmów tylko w mowie, a nie na piśmie.) Powieliłam rodzinny schemat, choć tak bardzo starałam się tego uniknąć. Jak to się stało?!?

No właśnie, jak to się stało? Niepostrzeżenie. Byłam jak rak wrzucony do garnka z zimną wodą, podgrzewany tak powoli, że nawet nie zauważył, kiedy się ugotował. Kiedy urodził się Duży, spędzałam z nim w domu całe dnie, bo Mąż wychodził do pracy na co najmniej 12 godzin (podobnie, jak ja do siódmego miesiąca ciąży). Skoro “siedziałam w domu”, naturalne było, że to ja pilnuję szczepień i wizyt u specjalistów, kupuję pieluszki i waciki, wymyślam zabawy, czytam o rozwoju dziecka, usypiam i koję płacz. Podczas weekendów wolałam, żeby Mąż pobawił się z naszym wymagającym synem (ja miałam dość wymyślania atrakcji dla malucha), niż żeby ugotował obiad czy odkurzył, więc chętnie wciskałam mu niemowlaka i udawałam się do kuchni. Zależało mi też, żeby Mąż po pracy jak najszybciej wracał do domu, więc przejęłam od niego załatwianie większości spraw na styku rodzina-otoczenie zewnętrzne, którymi wcześniej zajmował się on, od zakupów poprzez monitorowanie i dokonywanie różnych płatności po kontakty z urzędami. Poczułam się zaalarmowana i zgłosiłam sprzeciw dopiero, kiedy pewnego dnia Mąż zadzwonił do mnie z pracy z prośbą, żebym oddzwoniła do jego Taty i dowiedziała się, w jakiej sprawie dzwonił do niego. Nawet nie wiedziałam, że za chwilę się ugotuję.

Przyznaję, że przynajmniej w części sama sobie zgotowałam ten los. Chodzi tu o moje wieloletnie nawyki i uwewnętrznione przekonania, skutkujące tym, że nie umiałam stawiać granic – ba! nawet nie wiedziałam, gdzie one są. Kiedy więc czułam stale irytację i złość, nie umiałam powiązać tego z moimi emocjami, a tych – z potrzebami. W dodatku jestem typem, który,
aby czuć się bezpiecznie, musi dogłębnie poznać każdą nową sytuacje i sprawę. W czasie ciąży i urlopu macierzyńskiego oraz wychowawczego pochłaniałam zatem książki i wpisy na parentingowych blogach. Szybko stałam się samozwańczą ekspertką w dziedzinie rodzicielstwa, zwaną potocznie mamafią. Jako taka stale sprawdzałam, czy Mąż spełnia moje wysokie standardy („Pamiętaj o naprzemienności podczas przewijania”, „Nie bij mu brawa, bo będzie zewnątrzsterowny”), a kiedy ich nie spełniał, przejmowałam pałeczkę. Otrzymując ode mnie raz po raz komunikat „Zostaw, lepiej ja to zrobię”, Mąż w końcu wycofał się na pozycję obserwatora i wykonawcy moich poleceń – a we mnie rósł żal, że nie angażuje się w ojcostwo tak, jak bym chciała. Nie potrafiłam być wystarczająco dobrą mamą i nie pozwoliłam Mężowi być wystarczająco dobrym tatą. Myślę, że wrażliwy Duży cierpiał z tego powodu i że przynajmniej część jego trudnych zachowań była tego efektem. Z obserwacji mojego otoczenia i setek dyskusji na Facebooku, w których uczestniczyłam wynika, że nie jestem w mojej historii odosobniona.

Jednak trudno winić za ten rozwój sytuacji wyłącznie mnie: nasza kultura wzmacnia tradycyjny model rodziny. Tata z dzieckiem w chuście jest wprawdzie coraz powszechniejszym widokiem, zwłaszcza w dużych miastach, lecz nadal wywołuje ochy i achy. Tata na urlopie rodzicielskim lub wychowawczym albo zmieniający pracę na taką, która pozwala być obecnym w życiu dzieci na co dzień to ewenement. Kiedy wyjeżdżałam na dwudniowe szkolenie, zostawiając małe dzieci pod opieką Niani i Męża, wiele osób kręciło głowami: jak oni dadzą sobie radę beze mnie? I czy nie mam wyrzutów sumienia? (Owszem, miałam i teraz znów musiałam je przepracować, bo za trzy tygodnie wyjeżdżam bez dzieci na sześć dni.) Kiedy natomiast Mąż przez kilka miesięcy co drugi tydzień spędzał w Estonii, nikt nie spytał go o ojcowskie wyrzuty sumienia ani, jak damy sobie radę bez niego. Wiem, że to jest powszechne doświadczenie matek i ojców w Polsce. Wiem też, że choć to matka rodzi dziecko i karmi je piersią, nawet maluszek może być całkowicie bezpieczny i cudownie się rozwijać, kiedy jego głównym opiekunem jest tata. Jednak nasza kultura to ignoruje, a my, matki, niestety same nakładamy na siebie niepotrzebny ciężar i krzywdzimy ojców naszych dzieci, uważając się za niezastąpione. Efektem jest frustracja obu stron: tej przeciążonej obowiązkami rodzinnymi i tej odsuniętej na boczny tor (choć niestety bywa i tak, że ojciec jest mało zaangażowany w rodzicielstwo niezależnie od postawy matki).

Jak to wygląda u nas teraz? Jest o wiele lepiej dzięki przemianie, jaka się we mnie dokonała. Umiem już rozpoznawać i komunikować swoje potrzeby i granice oraz przyjmować pomoc Mąż jest bardziej zaangażowany, niż kiedykolwiek i stopniowo przejmuje odpowiedzialność w różnych obszarach życia domowego. Jednak nierównowaga między nami jest nadal miażdżąca i prawdopodobnie nie uda się zniwelować tej przepaści, która dzieli zakres mojej i jego odpowiedzialności za sprawy związane z dziećmi. Odpowiedzialność rozumiem tu podobnie, jak duński pedagog Jasper Juul, który w jednym z wywiadów wyjaśniał, że odpowiedzialnym za wynoszenie śmieci nie jest ten, kto zanosi do śmietnika worek wystawiony przed drzwi mieszkania, lecz ten, kto pilnuje, aby w domu był zawsze zapas worków na śmieci, w odpowiednim momencie doprowadza do tego, że śmieci są wyniesione, a kubeł wyścielony czystym workiem i uczy dzieci prawidłowego sortowania odpadów. To ja zajmuję się na przykład edukacją dzieci: przed etapem rekrutacji miesiącami zbieram informacje na temat poszczególnych rozwiązań i konkretnych placówek, a także systemu rekrutacji; w odpowiednim momencie załatwiam wszystkie formalności, od utworzenia konta dziecka w elektronicznym systemie po wydrukowanie podania i uzupełnienie danych (mąż tylko składa podpis, w miejscu, które mu wskażę); to ja kupuję i szykuję wszystkie niezbędne rzeczy do szkoły i przedszkola (od kapci po klej – swoją drogą, czy oni w szkole jedzą ten klej???) i koresponduję z wychowawczyniami i innymi rodzicami; to ja wpisuję do kalendarza daty wycieczek, uroczystości i występów dzieci, a następnie pilnuję, aby zabrały odpowiedni strój i na czas były w placówkach; to ja zgłaszam i usprawiedliwiam ich nieobecności i odwołuję dostawę posiłków na dany dzień; to ja zajmuję się płatnościami (czesne, posiłki, rada rodziców, fundusz na wycieczki itd.); to ja uczestniczę w przedszkolnych i szkolnych kiermaszach i piekę na nie ciasta; to ja zapraszam Babcie i Dziadków moich dzieci na uroczystości z okazji ich święta. Zdrowie oraz fizyczny, emocjonalny i społeczny dobrostan i rozwój dzieci to też moja działka. Przy trójce dzieci to wystarczy, aby uczynić z całkiem sprawnego mózgu jajecznicę, a mam na głowie przecież także inne sprawy.

Jest też druga strona medalu: zawodowa stagnacja matek i obciążenie ojców odpowiedzialnością za finanse domowe. Kiedy ponad rok po narodzinach Dużego wróciłam do pracy i awansowałam na kierownicze stanowisko, byłam już rakiem ugotowanym na miękko. Wprawdzie zrezygnowałam z posady adiunkta na uczelni, ale zasuwałam jak chomik w kieracie, bo nie oddałam Mężowi zadań, które przejęłam od niego podczas urlopu macierzyńskiego i wychowawczego. Sytuacja stała się dla mnie trudna do wytrzymania, kiedy zostałam pracującą matką dwojga dzieci, w tym jednego bardzo chorowitego. Wiłam się jak piskorz, próbując realizować moje zadania w pracy mimo częstych chorób Małego i Niani (oczywiście to ja, a nie Mąż zostawałam wtedy z Małym w domu) i jednocześnie dbać o dzieci i dom. Moja frustracja w pracy rosła, bo ze względu na moje liczne i trudne do przewidzenia nieobecności nie można mi było powierzyć najważniejszych i najciekawszych projektów. W dodatku czułam się wyobcowana: wiele strategicznych spraw w moim departamencie było omawianych podczas nieformalnych rozmów, zwłaszcza obiadów „na mieście” z przełożonymi. To oznaczało o około godzinę mniej czasu dla rodziny, bo w mojej instytucji każde takie wyjście musi zostać odpracowane co do minuty, a kiedy ktoś, jak ja wówczas, korzysta z godzinnej przerwy na karmienie piersią, trzeba dodatkowo zrezygnować z tej godziny. Zaczynałam pracę o 7 i kończyłam o 14 i absolutnie nie mogłam pozwolić sobie na późniejszy o dwie godziny powrót, ponieważ Duży w przedszkolu nie jadł nic i był tak słaby, że wymagał zawiezienia go do domu samochodem, czego nie mogła robić Niania z Małym. Z żalem, choć bez chwili wahania odrzuciłam dwie atrakcyjne propozycje objęcia nowego stanowiska; obie wiązały się z wymogiem dużej dyspozycyjności.

Podobnie jak Mąż został odstawiony na boczny tor w sprawach rodzicielskich, ja dryfowałam w kierunku bocznego toru w pracy. Czułam potężną frustrację, bo moja praca napełniała mnie niegdyś i dodawała skrzydeł. Wiązało się to też z rosnącą różnicą w zarobkach moich i Męża. Do roku narodzin Dużego zarabialiśmy mniej więcej tyle samo, dziś wynagrodzenie, które otrzymałabym po powrocie do mojej instytucji jest równe jednej czwartej (!) jego wynagrodzenia. Nie utrzymalibyśmy się z mojej pensji, za to jego pensja wystarcza nam na komfortowe życie – ale tylko pod warunkiem utrzymania jego ogromnego zaangażowania w pracę zawodową. Jednocześnie Mąż odczuwa brzemię odpowiedzialności za zapewnienie bezpieczeństwa materialnego rodzinie. W odróżnieniu ode mnie nie może pozwolić sobie na przerwę w pracy i przekwalifikowanie. Liczę na to, że uda mi się rozkręcić mój raczkujący biznes tak, aby zacząć solidnie zarabiać i zwiększyć swoją satysfakcję w obszarze zawodowym.

Przygotowując ten post, pomyślałam, że znów chcę być tatą, ale jednak nie tego chcę. Chcę być rodzicem, jednym z dwóch najważniejszych osób w życiu moich dzieci. Chcę też być profesjonalistką, która spełnia się zawodowo. I marzę o tym, żeby takie cele były w zasięgu większości matek w Polsce (i na świecie też, choć to na razie mrzonka), a nie osób już od urodzenia tak uprzywilejowanych, jak ja. Przecież ja mam wybór: mogę wrócić do pracy na cały etat lub na część etatu, mogę rozkręcić swój biznes dzięki poduszce finansowej, którą dysponujemy, mogę wreszcie pozostać na urlopie wychowawczym, dopóki Malutki nie pójdzie do zerówki. Ile kobiet w Polsce ma ten wybór, a ile zaciska zęby, wybierając mniejsze zło? Prawdziwy wybór wymaga nie tylko zmiany kulturowej, która – wierzę w to – kiedyś się dokona. Konieczna jest także mądra polityka społeczna, która rzeczywiście wspiera rodzicielstwo. O tym może napiszę w Dniu Kobiet za rok. A dziś życzę Wam, moim czytelniczkom, żebyście odnalazły swój balans między rodziną a pracą i innymi ważnymi dla Was obszarami i czuły się spełnione. Tylko tyle i aż tyle. Będę wdzięczna, jeśli napiszecie do mnie, czego byście potrzebowały, aby tak się właśnie czuć (info@dylematki.eu).

 

Przekuwanie słabości w siłę

Ostatnie dni przed rozpoczęciem roku szkolnego Duży, Mały i ja poświęciliśmy na przegląd ich prac plastycznych z ostatnich miesięcy. Chłopcy decydowali, które ze swoich dzieł chcą zachować dla potomności (niemal wszystkie…), ja je podpisywałam, a następnie razem wkładaliśmy je do transparentnych koszulek na dokumenty i te do segregatorów. Rok temu, kiedy Duży miał akurat rozpocząć zerówkę w nowym przedszkolu, robiliśmy to samo. Dziś przypomniałam sobie naszą rozmowę sprzed roku:
Duży: – Zobacz, mamo, jak teraz umiem rysować samochody. Kiedyś tak nie umiałem i w ogóle nie lubiłem rysować.
Ja: – A jak to się stało, że polubiłeś rysowanie?
Duży: – To przez to, że stresowałem się w nowym przedszkolu. Nie wiedziałem, jak się bawić z dziećmi, więc kiedy był czas na zabawę, to wolałem usiąść przy stoliku i rysować. I tak się wyćwiczyłem. W zerówce na początku też pewnie będę dużo rysować i będzie mi to super wychodziło.

W czasach, o których mowa, Duży miał dwie wyraźne słabości: deficyty w rozwoju społecznym i opóźniony rozwój małej motoryki, powodujący niechęć do rysowania. W nowym przedszkolu czuł się tak onieśmielony wobec grupy obcych dzieci, że wybierał aktywność też niezbyt lubianą, ale powodującą mniejszy dyskomfort – i w ten sposób nauczył się rysować i polubił tę czynność. Rok temu, w zerówce (po kolejnej zmianie przedszkola) na początku też czuł się onieśmielony i dużo rysował, zwykle samochody oraz telefony komórkowe. Jego rysunki zainteresowały dzieci z jego grupy i stały się tematem rozmów i przedmiotem zabaw, do których został włączony mój syn.

Tak oto Duży przekuł słabość w siłę, a następnie wykorzystał tę siłę, aby pokonać drugą słabość. Myśląc o tym, przeżyłam dziś olśnienie. Jako matka i osoba stale pracująca nad swoim rozwojem poświęcam wiele czasu na pokonywanie słabości i deficytów – moich dzieci, ale przede wszystkim moich własnych. Opisana powyżej historia pokazała mi, że czasem wystarczy poczekać i problem sam się rozwiąże. Czasem nawet, jak w tym wypadku, słabość daje nam siłę w innym obszarze i ten obszar staje się dźwignią, która pomaga nam pokonać inne słabości.

Moją słabością jest wysoka wrażliwość, na której zbudowałam ten blog. Blog poprowadził mnie w kierunku Self-Reg. Self-Reg pomaga mi odnaleźć spokój i zarażać nim moją rodzinę oraz wspierać w tym innych rodziców. Moja wrażliwość stała się źródłem mojej siły.

Zdjęcie przedstawia jeden z rysunków Dużego.

Zbuduj sobie wioskę… w realu

Jakiś czas temu przeczytałam moje dzienniki z okresu liceum i pierwszych lat studiów. To dla mnie fascynujące źródło wiedzy o mnie samej sprzed lat, ale też o świecie sprzed dwóch dekad, różniącym się bardzo od dzisiejszego. Najbardziej uderzającą różnicą jest to, że wówczas żyłam bez urządzeń z ekranami (innych, niż telewizor, który włączałam sporadycznie). Nie miałam komputera ani, oczywiście, telefonu komórkowego; nie umiałam wysłać e-maila czy SMS-a, surfować w Internecie, rozmawiać z kimś inaczej niż w cztery oczy lub przez telefon stacjonarny. Dlaczego o tym piszę akurat teraz? Bo ostatnio bardzo boli mnie to, że moje życie towarzyskie toczy się głównie w świecie wirtualnym. Z zabieganymi, mieszkającymi daleko przyjaciółkami i dobrymi znajomymi “rozmawiam” głównie przez mail i Messenger, a na Facebooku dyskutuję nierzadko z obcymi ludźmi.

Dlaczego tak boli mnie to, że większość moich kontaktów z innymi dorosłymi ludźmi odbywa się w wirtualnym świecie? Ponieważ w ostatnich miesiącach bardzo rozwinęłam świadomość swoich potrzeb, emocji, odczuć w ciele i trudno mi nie zauważyć, jak kojąco wpływa na mnie kontakt twarzą w twarz z życzliwymi ludźmi – i jak bardzo usycham na co dzień, kiedy te kontakty odbywają się głównie drogą cyfrową. Ponadto wiem jako ekspertka Self-Reg, że nie jest to tylko moja indywidualna właściwość. Człowiek do dobrej samoregulacji potrzebuje fizycznej obecności drugiego człowieka, oczywiście o ile ten drugi jest raczej spokojny, niż nadmiernie pobudzony i raczej pozytywnie, niż negatywnie nastawiony do rzeczywistości.

Nasze mózgi od narodzin karmią się bliskością z drugim człowiekiem. “Karmią się” używam tu w metaforycznym znaczeniu; powinnam raczej napisać: “rozwijają się w diadzie”, czyli w parze z najważniejszą osobą odniesienia. Jak sygnalizowałam w tym wpisie, noworodki i niemowlęta do właściwego rozwoju potrzebują kojącego dotyku i kontaktu wzrokowego z opiekunem. Wskazuje na to nie tylko tzw. doświadczenie anegdotyczne, ale też wiele badań naukowych. Jednak dotyk drugiego, przyjaźnie nastawionego człowieka, jego życzliwe spojrzenie, głos pełen zainteresowania to coś, co nas buduje i wzmacnia przez całe życie. Oprócz najmłodszych dzieci jest to szczególnie istotne w przypadku nastolatków, które szukają bliskości fizycznej na wszelkie sposoby (czasem nieadaptacyjne, jak agresja fizyczna lub przypadkowe kontakty seksualne) oraz osób w podeszłym wieku, które dosłownie więdną w samotności.

Człowiek jest zwierzęciem stadnym, nasze mózgi potrzebują innych mózgów. Świat wirtualny to tylko namiastka, choć czasem i ona potrafi nas wesprzeć. Być może znacie przysłowie afrykańskie, które mówi, że potrzebna jest cała wioska, aby wychować dziecko. W świecie rzeczywistym nie mam niestety “wioski”, czyli grupy podobnie myślących osób, z którymi mogłabym dzielić codzienność, w tym także opiekę nad moimi i ich dziećmi. Codzienna logistyka bywa trudna przy trójce małych dzieci, choć już jako mama jednego malucha czułam się odizolowana od innych dorosłych poza Mężem, który wychodził do pracy, kiedy Duży i ja jeszcze spaliśmy i wracał po 12-14 godzinach, kiedy Duży już spał. Ta samotność, wynikająca trochę z obecnego modelu życia w wielkim mieście, a trochę z mojego introwertyzmu, niewątpliwie przyczyniła się do rozwoju mojej depresji poporodowej. Od pewnego czasu mam natomiast życzliwą mi wioskę na Facebooku: tajną grupę ponad 40 kobiet, które niemal trzy lata temu postanowiły codziennie zapisywać swoje małe i wielkie powody do szczęścia, aby zmienić swoje postrzeganie świata (pisałam o tej metodzie pracy nad negatywnym zniekształceniem poznawczym w tym poście). Zresztą Was, czytelników mojego bloga i fan page’a na Facebooku, też traktuję jako taką wioskę! Czasem ratujecie mnie przed popadnięciem w obłęd w moich czterech ścianach i za to Wam dziękuję.

Dostaję od Was sygnały, że i Wy polegacie na wirtualnych “wioskach”, a w świecie rzeczywistym jesteście raczej osamotnieni. Czasem jest to samotność w tłumie. W Waszej okolicy mieszkają rodziny z dziećmi hołdujące innym zasadom, niż te, które są dla Was ważne, a Wasze rodziny pochodzenia albo mieszkają daleko, albo nie rozumieją Waszego podejścia do wychowania dzieci. Mnie też to dotyczy w dużej mierze. Ostatnio jednak podejmuję wysiłek zmiany moich nawyków, aby częściej spotykać się w realu z mieszkankami mojej wirtualnej wioski i ich rodzinami. Poza tym udało mi się nawiązać relacje z mamami trzech kolegów Dużego; ależ trudno mi było zadzwonić do nich i zaprosić do naszego domu! Telefon do obcej osoby to dla mnie ogromny stres, ale warto było się przełamać. Teraz czeka mnie początek nauki szkolnej Dużego i wzajemne poznawanie się i dzieci, i rodziców. Postaram się być bardziej aktywna, niż w okresie przedszkolnym.

Co robić, jeśli nasze wysiłki zbudowania “wioski” w realu przynoszą rozczarowujące efekty? Bardzo Wam polecam udział w warsztacie umiejętności rodzicielskich lub grupie wsparcia dla rodziców. Dla mnie to doświadczenie okazało się jednym z najcenniejszych na mojej macierzyńskiej drodze. Uczestniczyłam swego czasu w warsztatach fundacji RoRo oraz w szeregu warsztatów oferowanych przez fundację Sto Pociech. Te ostatnie były dla mnie tak budujące, że na początku bieżącego roku zapisałam się do stupociechowej Szkoły prowadzenia grup wsparcia dla rodziców, aby lepiej prowadzić warsztaty z Self-Reg. Przyszłam tam po wiedzę („kserówki”, jak wyraziła się jedna z uczestniczek), a dostałam coś znacznie cenniejszego: wioskę, w której nikt nikogo nie ocenia ani nie udziela rad, nieproszony. W codziennym życiu takie wioski bardzo trudno zbudować, bo większość z nas jest przyzwyczajona do komunikacji, która często zamyka zamiast otwierać, a czasem wręcz obciąża zamiast pomagać. W grupie wsparcia prowadzonej przez wykwalifikowanych, stale szkolących się i poddających się superwizji trenerów ci ostatni dbają o to, aby osoba „pracująca”, czyli dzieląca się swoimi trudnościami z grupą, została wysłuchana i obdarowana opowieściami o tym, co pomogło innym uczestnikom w  podobnych okolicznościach. Magia takiej grupy polega na tym, że osoba „pracująca” może wziąć z tych historii to, co chce i najczęściej znajdzie w nich coś, co ją wzmocni i uskrzydli. Kto nie doświadczył tak wspierającej obecności grupy wrażliwych ludzi, ten nie uwierzy w tę magię, dopóki jej nie odczuje na własnej skórze. Gorąco Wam polecam zarówno udział w grupach wsparcia, jak i tej konkretnej szkole. To nie jest wpis sponsorowany, lecz podyktowany wdzięcznością. Dziękuję Wam, Janko, Kasiu i Krzysztofie, za to doświadczenie!

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Himba women in Namibia, Jako village” (CC BY-NC-ND 2.0) by Globe Trotting

 

Dlaczego film “Tully” budzi mój sprzeciw

Dwa tygodnie temu spontanicznie postanowiłam wybrać się do kina na film „Tully” i chciałabym podzielić się z Wami emocjami i przemyśleniami, jakie we mnie wywołał. Od kiedy zostałam mamą, chodzę do kina średnio raz w roku, więc była to dla mnie wyjątkowa wyprawa. Zostawiłam moją trójkę dzieci pod opieką niani, żeby obejrzeć perypetie innej mamy trójki dzieci, którą też wspiera niania, tytułowa Tully. Widziałam zwiastun filmu i czytałam kilka powierzchownych recenzji oraz sporą liczbę wypowiedzi widzów płci żeńskiej. Padały sformułowania: „poruszający”, „mocny”, „ukazuje prawdziwe macierzyństwo”.

Uwaga (SPOILER ALERT): w dalszej części wpisu zdradzę, jak kończy się „Tully”. Jeśli nie oglądaliście tego filmu i chcecie się na niego wybrać, sami zdecydujcie, czy chcecie czytać dalej.

Liczyłam na porcję wzruszeń i refleksji oraz swego rodzaju katharsis, po którym wyjdę z kina z nową energią, jednak przydarzyło mi się co innego. Oglądając amerykański film, zwykle na początku czuję zaciekawienie, potem sprawy się komplikują i przeżywam wraz z bohaterami trudne emocje, ale w końcu wszystko jakoś się układa i seans kończę „domknięta”. Film „Tully” wywołał we mnie inny ciąg stanów emocjonalnych: niemal od początku byłam zaniepokojona, potem poczułam ulgę i radość, ale od pewnego momentu czułam sprzeciw i rosnący niepokój. Jest to przynajmniej po części efekt moich oczekiwań, ukształtowanych przez reklamy i płytkie recenzje, a po części – moich własnych doświadczeń macierzyństwa.

Skąd ten niepokój, który czułam od początku, obserwując główną bohaterkę u progu potrójnego macierzyństwa? Kiedyś mój dobry znajomy zażartował, że matkę wielodzietną można poznać na pierwszy rzut oka: ona nigdy się nie uśmiecha. O Marlo, głównej bohaterce „Tully”, można powiedzieć coś podobnego. Na krótko przed narodzinami trzeciego dziecka przez większość czasu albo na jej twarzy maluje się duże napięcie, albo ma zamiast twarzy maskę bez wyrazu. Jedynie w nielicznych momentach wygląda na spełnioną – na przykład w tym, bardzo dla mnie wzruszającym, w którym szczotkuje ciało synka (ja też stosowałam na Dużym procedurę Wilbarger). Jeszcze przed porodem swoimi autoironicznymi „żartami” Marlo woła o pomoc, ale otoczenie nie słyszy tego wołania. „Chcę się zabić” – mówi głucho bohaterka, a jej mąż natychmiast uspokaja dzieci: „Mama żartuje jak klaun, cha cha”. W innej scenie Marlo opowiada bez cienia uśmiechu zamożnej i zadbanej bratowej, że czuje się jak barka pełna śmieci, która dryfuje wzdłuż wybrzeża, a śmieci w końcu zostaną spalone. Bratowa reaguje osłupieniem, potem pełnym zażenowania chichotem, po czym przyznaje: „Ja w dziewiątym miesiącu ledwo byłam w stanie pójść na siłownię”. (W tym momencie sama głośno prychnęłam z irytacji.)

W ostatnich dniach ciąży Marlo ewidentnie ma obniżony nastrój, ale po porodzie jej zachowanie w moim odczuciu – moim, czyli nie specjalistki, lecz matki z podobnym doświadczeniem – wskazuje na depresję poporodową. Nie mam na myśli snucia się z kąta w kąt w piżamie czy byle jakim dresie, tępego wpatrywania się w telewizor, odpuszczania ważnych dla niej zasad (np. nieużywania przez dzieci urządzeń z ekranami podczas posiłku), bałaganu w domu. To wszystko można uzasadnić zmęczeniem po trzecim porodzie, w wieku ponad 40 lat, oraz stresem wywołanym trudnościami rozwojowymi starszego synka i niewystarczającym wsparciem ze strony męża i innych bliskich osób. Mój niepokój wzbudziło to, jak mechanicznie Marlo opiekuje się nowonarodzoną córeczką. Zmienia jej pieluchy, karmi piersią, wstaje w nocy, słysząc jej płacz przez elektroniczną nianię (jaka szkoda, że Amerykańska Akademia Pediatrii odradza spanie z niemowlęciem w jednym łóżku!), kołysze, usypia, odciąga dla niej mleko, zapewne na czas, kiedy wróci do pracy po urlopie macierzyńskim. Jednak nie widać, żeby nawiązywała więź z noworodkiem: nie patrzy jej w oczy, nie przemawia do niej czule, praktycznie nie używa jej imienia, nazywając ją „ona”, „mała” lub „niemowlę”. Dopiero nocna niania, Tully, dopytuje Marlo o imię córeczki i konsekwentnie namawia ją do okazywania Mii czułości. Marlo jest pusta, jak sama przyznaje – i nie ma na myśli opróżnionej przez Mię prawej piersi. Co na to mąż, w sumie dobry chłop i raczej zaangażowany (zważywszy obowiązki zawodowe) tata? Nic. Napieprza wieczorami w zombie. Wiem, też jest zestresowany i przeciążony, oboje są w błędnym kole stresu, zwanym też czarną dupą, ale Marlo autentycznie cierpi i bardzo potrzebuje kogoś, kto jej pomoże.

Kiedy zjawia się Tully, wszystko zaczyna się układać i to właśnie wtedy czuję ulgę i radość, jednak potem mój niepokój rośnie, zmieniając się w przerażenie. Marlo odżywa, zaczyna nawiązywać więź z córeczką i czerpać radość z kontaktów ze starszymi dziećmi. Odważnie staje po stronie synka i wspiera go w pierwszym dniu w nowej szkole. Myślę sobie: „Cudownie, wreszcie otrzymała wsparcie i odbiła się od dna, może nawet specjalista nie będzie potrzebny”. A potem… potem czuję się dziwnie, kiedy Marlo i Tully zostawiają w uśpionym domu niemowlę i piją na zewnątrz alkohol. Kiedy aranżują seks z mężem Marlo, czuję sprzeciw, dezorientację i niepokój, a kiedy zostawiają Mię praktycznie bez opieki i udają się na pijacką eskapadę na Brooklyn, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Tully, zatrudniona po to, aby opiekować się nocami niemowlęciem, zachęca Marlo do porzucenia malutkiej córeczki i takiego zachowania, które naraża jej własne zdrowie i życie. W końcu sama Tully okazuje się być wymysłem wyobraźni Marlo, inkarnacją umęczonego skrajnym niewyspaniem i wyczerpaniem umysłu, reminiscencją samej siebie sprzed lat. Czy z czymś Wam się to kojarzy? Halucynacje, narażanie zdrowia i życia dziecka i własnego? To psychoza poporodowa. Mój głęboki sprzeciw budzi to, że realizatorzy filmu zrównali tę niezwykle niebezpieczną i na szczęście stosunkowo rzadką kondycję z depresją poporodową i zasugerowali (tak mi się przynajmniej wydaje), że można ją wyleczyć, włączając męża w obowiązki domowe. Nie, nie można. Psychoza wymaga leczenia psychiatrycznego. Swoją drogą, to ciekawe, że po obejrzeniu Tully i sformułowaniu w głowie niniejszego wpisu przeczytałam recenzję napisaną przez położną, która ma identyczne zastrzeżenia, co ja.

Właśnie dlatego stwierdzenie, że „Tully” prezentuje obraz prawdziwego macierzyństwa jest moim zdaniem równie trafne, co stwierdzenie, że film „Sypiając z wrogiem”, którego bohaterka grana przez Julię Roberts ucieka od katującego ją męża, prezentuje obraz prawdziwego małżeństwa. Owszem, film pod wieloma względami bardzo prawdziwie oddaje rzeczywistość świeżo upieczonej matki wielodzietnej. Moje uznanie budzi przede wszystkim realistyczne ukazanie karmienia piersią: częste nocne karmienia noworodka, smarowanie podrażnionych brodawek lanoliną, wielkie plamy z mleka na bluzce podczas wysiłku fizycznego, odciąganie pokarmu (i ten przewracający się woreczek strunowy z mlekiem! Mistrzostwo!), ból przepełnionych piersi podczas pierwszych przespanych przez niemowlę nocach, nawet posapywanie małego ssaka przy piersi – to wszystko naga prawda. Ale też uśmiechałam się ze zrozumieniem i współczuciem, kiedy rodzina wychodziła rano w pośpiechu i nerwach do pracy i szkoły; kiedy spocona, zdyszana i byle jak ubrana Marlo przytachała na spotkanie z dyrektorką szkoły noworodka w foteliku samochodowym; kiedy synek Marlo mimo upomnień raz po raz kopał fotel kierowcy; kiedy malutka Mia rozkrzyczała się w samochodzie akurat wtedy, gdy Marlo była bliska łez; kiedy Marlo usypiała córeczkę, podskakując na piłce (mamy high need babies, jak się poczułyście, kiedy ktoś wreszcie pokazał to w amerykańskim filmie?). Choć mam nieporównanie większe wsparcie w opiece nad dziećmi, niż Marlo, są takie momenty, kiedy moja twarz jest zestresowana albo bez wyrazu jak jej twarz. No dobrze, przyznaję: bardzo często około godziny 20 właśnie tak wyglądam, porównanie z barką ze śmieciami jest nie od rzeczy. Jednak to są chwile, kilka procent mojego życia. Wiele kobiet przeżywa macierzyństwo właśnie tak, jak Marlo; wiele kobiet przeżywa małżeństwo tak, jak bohaterka filmu „Sypiając z wrogiem”. Depresja czy wręcz psychoza poporodowa oraz przemoc w związku to ich realne, niezwykle trudne doświadczenie. Jednak ani pozostawienie małego niemowlęcia pod „opieką” śpiącego i niczego nieświadomego męża i szalony pijacki wypad do baru w towarzystwie wyimaginowanej niani, ani mąż bijący żonę za to, że nierówno powiesiła kuchenne ściereczki NIE SĄ I NIE POWINNY BYĆ NORMĄ. Jedna i druga sytuacja wymaga dużej uważności bliskich cierpiącej kobiecie osób i wsparcia profesjonalistów. Bardzo Was proszę, bądźcie uważni na siebie i bliskich…

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “#Movie #Poster Tully (2018) [1382 x 2048]” (CC BY-NC-ND 2.0) by junaidrao