O trudnych rozmowach i dobrych intencjach

O trudnych rozmowach i dobrych intencjach

Za chwilę święta Bożego Narodzenia, okazja do spotkań z bliższą i dalszą rodziną. W tym roku będą inne, niż dotychczas: ze względu na pandemię o wiele mniej Polaków, niż zwykle, spotka się ze swoimi rodzinami przy wigilijnym stole. Będą jednak mieli okazję do rozmów ze starszym pokoleniem, choćby przez telefon, a może i odbędą dłuższe „spotkania” przez komunikatory wideo

Wielu przedstawicieli mojego pokolenia usłyszy przy tej okazji słowa, które wywołają w nich trudne emocje i na które trudno im będzie zareagować ze spokojem. Rodzice niemowlaka usłyszą być może: „Tylko go nie noś, on się musi nauczyć, że mama nie jest na każde zawołanie. Ty tak strasznie wymuszałaś wszystko płaczem, ale nie dałam ci się”; rodzice dwulatka – „Nadal ssie cyca? Przecież to chore!”; rodzice trzylatki – „A odpieluchowaliście ją wreszcie? Nie? No wiecie, co! Żeby taka duża dziewczynka sikała w pieluchy…”; rodzice czterolatka – „Mam nadzieję, że już nie śpi z wami. Co? Do osiemnastki tak będzie spał? Robicie z niego mazgaja, chłopak powinien być twardy!” I tak dalej.

Jeśli to dotyczy także Ciebie, jeśli spinasz się na samą myśl o rozmowie z babcią Zosią czy wujkiem Heniem, to… mam dla Ciebie propozycję. Pewnie znasz te słowa Antoniego Słonimskiego: „Jeśli nie wiesz, jak należy w jakiejś sytuacji się zachować, na wszelki wypadek zachowuj się przyzwoicie”. Przychodzi mi do głowy następująca parafraza: „Jeśli nie wiesz, co myśleć o słowach wypowiedzianych przez jakąś osobę, na wszelki wypadek załóż jej dobre intencje”. Taki masz wybór: założyć dobre intencje albo złe. Ta pierwsza opcja powinna obniżyć Twoje napięcie i ma też całkiem sensowne uzasadnienie na gruncie psychologii.

Nikt nie uczył starszych osób z Twojej rodziny empatycznej komunikacji w duchu porozumienia bez przemocy. Twoi pradziadkowie mieli jeden cel: przeżyć wraz ze swoim potomstwem w jakim takim zdrowiu w miarę godziwe życie zgodnie z regułami, którymi rządziła się ich społeczność. Twoje babcie i dziadkowie przeżyli zawieruchę wojenną i najprawdopodobniej doznali traum „przez duże T”, czyli tych związanych z zagrożeniem życia. Nieśli te traumy w sobie, ucieleśnione, i wpływały one na ich poczucie bezpieczeństwa i sposób, w jaki budowali relacje z innymi ludźmi. Swoim dzieciom, a Twoim rodzicom, chcieli dać przede wszystkim fizyczne bezpieczeństwo i zapewnić im potrzeby materialne, a także edukację. Nie słyszeli – bo i skąd? – o potrzebach emocjonalnych dziecka i o tym, że ludzki mózg i cały system nerwowy kształtują się w relacji z opiekunem. Nie wiedzieli, jak wiele zależy od głównego opiekuna, zwykle matki, która staje się dla dziecka bezpieczną albo niezbyt bezpieczną bazą. Raczej niezbyt bezpieczną, kiedy mowa o matce straumatyzowanej przez wojnę, która nigdy nie uzyskała wsparcia psychoterapeuty czy psychotraumatologa.

Twoi rodzice i ich rodzeństwo prawdopodobnie doznali w dzieciństwie traum „przez małe T”, rozwojowych czy też relacyjnych, wynikających z emocjonalnej niedostępności rodzica. Nie wiedzieli, że to traumy – obruszyliby się pewnie, gdyby im to zasugerować. Od dzieciństwa słyszeli, że mają wielkie szczęście i powinni być wdzięczni, bo ominęły ich okrucieństwa wojny, głód i śmierć zaglądająca stale w oczy. Nie pozwalano im okazywać trudnych emocji (ba! nawet ich odczuwać!), „rozczulać się nad sobą”, uskarżać się. Uczono ich posłuszeństwa, ciężkiej pracy, skromności, radzenia sobie w trudnych warunkach. Nie mieli zbyt wielkich możliwości realizować wielu ważnych potrzeb: niezależności, autoekspresji, samorealizacji, opłakiwania strat. Ale starsze pokolenie starało się im zapewnić jak najlepsze warunki, o wiele lepsze niż te, których samo zaznało.

Twoi rodzice też chcieli Ci dać więcej, niż sami otrzymali. To „więcej” miało pewnie, jak to często bywa, skompensować rozmaite deficyty, których sami doznali w dzieciństwie. Jeśli Twoi dziadkowie żyli w biedzie, to celem Twoich rodziców było zapewnienie Ci komfortu materialnego. Jeśli Twoi rodzice jako nastolatki marzyli o dalszej nauce, ale nie mieli takich możliwości, to poświęcili dużo energii, abyś otrzymała najlepszą możliwą edukację. Jeśli doznali emocjonalnego chłodu i pustki, poświęcali Ci czas i dawali czułość tak, jak tylko potrafili. Być może robili to w sposób niezgodny z tym, co teraz wiesz z książek, webinarów i blogów o rozwoju dziecka (na przykład chwalili, jaka to jesteś mądra i grzeczna). A może wiele razy Cię skrzywdzili słowem, uczynkiem albo zaniechaniem. Być może wyniosłaś z dzieciństwa liczne zranienia, bo jesteś wysoko wrażliwą osobą, a dalsze losy wrażliwych dzieci w większym stopniu, niż nieposiadających tej cechy zależą od bezpieczeństwa emocjonalnego we wczesnym okresie życia. Pewnie Twoi rodzice nie potrafili inaczej, bo sami byli wychowywani bez bezpiecznej bazy.

Jeśli tylko możesz założyć dobre intencje osób ze starszego pokolenia, kiedy wypowiadają przykre dla Ciebie słowa, to pomyśl o tej całej historii i o tym, że działali – i nadal działają – najlepiej, jak potrafili przy zasobach, jakimi dysponowali. Dokładnie tak, jak Ty! Ty też zapewne starasz się dać dziecku to, czego miałaś za mało. Jeśli rodzice nie akceptowali Twojego “nie”, Twoje wysiłki skupiają się na tym, aby Twoje dziecko miało przestrzeń i autonomię. Jeśli bagatelizowali Twoje emocje, Ty pochylasz się nad emocjami swojego dziecka, nazywasz je i pomagać zrozumieć potrzeby, które się za nimi kryją. Jeśli nagradzali Cię i karali, Ty pewnie działasz tak, aby uniknąć kar i nagród w wychowaniu. Jeśli bałaś się spać sama w swoim pokoju, to pozwalasz dziecku spać z Tobą tak długo, jak sobie tego życzy. Dajesz tyle, ile możesz przy swoich zasobach. Pewnie z czymś przesadzisz, coś zaniedbasz, pewnie Twoje dziecko za 20 lat będzie miało Ci coś za złe. Taka jest kolej rzeczy. Każde pokolenie stara się po swojemu. I każde coś spieprzy mimo dobrych intencji, czasem bardzo.

A co, jeśli nie jesteś w stanie założyć dobrych intencji, bo osoba wypowiadające owe przykre słowa od lat rani wszystkich dookoła i wręcz zdaje się czerpać z tego radość? Co, jeśli nie masz zbyt wiele wspomnień z dzieciństwa, za które możesz być komukolwiek wdzięczna? Co, jeśli Twoja mama lub tata, babcia lub dziadek nie tylko nie byli bezpieczną bazą, ale wręcz byli źródłem zagrożenia? Co, jeśli musiałaś być matką i ojcem dla młodszego rodzeństwa albo wręcz matkowałaś swoim rodzicom (to się nazywa parentyfikacja i jest potężnym obciążeniem dla dziecka)? Co, jeśli musiałaś wykształcić dziewiąty zmysł, aby wyczuć po krokach na klatce schodowej, czy ojciec znów pił i należy stąpać na paluszkach, aby się mu nie narazić? Co, jeśli byłaś nadużywana seksualnie? Co, jeśli jesteś poraniona tak bardzo, że na samą myśl o rozmowie z tą osobą zaciska Ci się gardło, a w brzuchu czujesz bolesny ucisk? I tak bardzo chciałabyś nie musieć do niej jechać, dzwonić, wchodzić z nią w kontakt?

Zaskoczę Cię może, ale nie musisz. Zawsze masz wybór. Być może bardzo ograniczony, bo jesteś samodzielną matką dwójki maluchów, bez pracy, mieszkającą kątem u przemocowych rodziców, ale go masz. Ten wybór dotyczy reszty Twojego życia. Na te wszystkie lata aż do dziś nie masz już wpływu, to minęło i wprawdzie wpływa silnie na to, w jakim miejscu jesteś teraz, ale… nigdy nie jest za późno, aby zrobić coś na nowo, inaczej, w zgodzie z sobą. Choćby mały krok w kierunku spokojniejszego życia. Podobnie ma się sprawa z tą trudną relacją: jej historia się nie zmieni, ale może się zmienić jej przyszłość. Jeśli utrzymywanie tej relacji dużo Cię kosztuje, to – naprawdę! – nie musisz jej utrzymywać, a przynajmniej nie w dotychczasowym zakresie albo dotychczasowej formie. Jeśli ta osoba krzywdziła Cię przez 35 lat, to nie jesteś skazana na bycie krzywdzoną aż do końca jej dni – ani nawet przez rok czy to jedno Boże Narodzenie. Możesz wybrać swój spokój i bezpieczeństwo emocjonalne. Możesz stanąć przy sobie, wreszcie. Tak, będą koszty w postaci obrazy, awantury, chłodu, zerwania relacji. Ale koszty pozostawania w tej relacji są wysokie i ponosisz je od lat. Może czas skończyć?

Brzmi to przerażająco? Nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, że mogłabyś nie spędzić Wigilii z kimś, kto Cię rani? Słowo „nie” nie przechodzi Ci przez gardło? Jeśli tak jest, to może to dobry czas, aby rozważyć skorzystanie z profesjonalnego wsparcia i uleczenie ran z przeszłości? To Ci pomoże przerwać ten międzypokoleniowy łańcuch opuszczenia i zaniedbania emocjonalnego. Praca z dobrym specjalistą będzie skuteczniejsza, niż lektura tego i innych blogów czy książek albo korzystanie ze szkoleń (choć jestem zdania, że każda wartościowa lektura, lekcja czy rozmowa przybliża nas do celu, jakim jest bycie blisko siebie). I po takiej pracy może się okazać, że niemiłe słowa rodziców czy innych członków Twojej rodziny tylko lekko Cię irytują, a nie powodują już zalewu trudnych emocji: żalu, złości, strachu. Jeśli natomiast czyjeś jedno zdanie odpala Twojego wewnętrznego gada, a potem długo mielesz w głowie i przeżywasz tę sytuację, to prawdopodobnie nie chodzi o to jedno zdanie, lecz cały szereg zdań, opuszczeń, zranień nie z “tu i teraz”, lecz z “tam i wtedy”. Warto wtedy to przepracować, uleczyć tamte zranienia. Nie znikną całkiem, ale zagoją się, zabliźnią i nie będą się raz po raz ślimaczyć.

Kluczowe jest to, że ŚWIADOMEGO wyboru i zmiany można dokonać wtedy, kiedy się ma zintegrowany mózg i “włączoną” korę przedczołową. To ta część naszego mózgu, która bierze udział w regulowaniu emocji, hamowaniu impulsów (robieniu świadomej pauzy), oglądaniu spraw z różnych perspektyw. Gwałtowne emocje utrudniają, a czasem wręcz uniemożliwiają nam skorzystanie z tych funkcji naszego umysłu i… też wybieramy, tyle, że nieświadomie, powielając głęboko zakorzenione schematy. To dlatego pewne sytuacje powracają jak bumerang, a Ty zastanawiasz się, czemu znów się w to wpakowałaś. Czemu? Bo nie masz zasobów. Brakuje Ci w mentalnym i emocjonalnym plecaku wyposażenia do wędrowania własną, spokojną drogą. Ale plecak zawsze można doposażyć, nawet, jeśli z domu rodzinnego wyszłaś z kompletnie pustym.

Trzymam kciuki za Twój spokój w czasie tych świąt i nie tylko!

P.S. Uprzedzając pytania, które zapewne otrzymam po publikacji tego postu: nie jestem w stanie polecić Ci sprawdzonego psychoterapeuty, który przyjmowałby obecnie nowych pacjentów/klientów. Mam garstkę kontaktów zarezerwowaną dla moich klientów w kryzysie. Możesz natomiast obejrzeć ten webinar i poszukać specjalisty zgodnie z zawartymi w nim wskazówkami (w ogóle polecam Ci webinary Strefy Psyche SWPS z serii „ABC psychoterapii”). Możesz szukać kontaktów na tej stronie albo na tej. Jest też cała masa fundacji, które pomagają w trudnych sytuacjach i szerzą wiedzę o tym, jak znaleźć wsparcie (choćby fundacje Dajemy Dzieciom Siłę, RoRo czy Sto Pociech).

P.S.2. Jeśli masz za sobą niezbyt dobre doświadczenie psychoterapii, to pamiętaj o tej analogii: jeśli pewien polecany przez Twoją koleżankę dentysta nie wyleczy Ci zbyt dobrze zębów kanałowo, to raczej nie jest to argument przeciw stomatologii, prawda?

Matka: kontener na emocje dziecka

Matka: kontener na emocje dziecka

Dziś opowiem Wam o moich dwóch potknięciach rodzicielskich, które zaowocowały ważną dla mnie lekcją. Ta lekcja powraca dla mnie jak bumerang i pozwala mi czerpać siłę w obliczu emocjonalnych burz moich dzieci. Otóż pod koniec lipca Mąż zawiózł nasze dzieci na tydzień na “ranczo”, czyli do wiejskiego domu swoich rodziców. To miał być pierwszy raz, kiedy cała trójka miała być pod opieką dziadków, z dala od nas i domu. Przyznaję, że poważnie brałam pod uwagę konieczność przerwania tych wakacji z dziadkami i odebrania dzieci przed ustalonym terminem. Nasi starsi synowie byli bowiem wyjątkowo rozregulowani po czterech miesiącach przebywania ze sobą non stop i często się kłócili. Z kolei najmłodszy Malutki – no cóż, jako 3,5-latek bywa bardzo absorbujący, a kiedy się nadmiernie nakręci, gryzie, bije i szczypie (o czym pisałam w tym poście).

Obawiałam się, że dzieci będą się zachowywały tak okropnie, że nawet jeśli babcia z dziadkiem wytrzymają z nimi ten tydzień, to odechce im się kolejnych takich dłuższych spotkań – a moje dzieci dużo czerpią z relacji z nimi (i ja też!). Nieopatrznie wyraziłam te swoje obawy w obecności Dużego, i to nie raz, lamentując, co to będzie, kiedy będą się tak bić i wrzeszczeć kilkanaście razy dziennie przy babci i dziadku. Przed wyjazdem nawet poprosiłam go, żeby starał się zachowywać dobrze i nie prowokować braci. To było kompletnie bez sensu: obciążyłam dziecko odpowiedzialnością za to, jak będzie się zachowywać nie tylko ono samo, ale też jego młodsze rodzeństwo. Owszem, to dziecko ma już dziewięć lat, ale minie jeszcze kilkanaście (lub więcej), zanim obszary jego mózgu odpowiedzialne za hamowanie impulsów, regulowanie emocji i myślenie w kategoriach “my” dojrzeją w pełni (przeczytacie o tym tutajtutaj). Dlatego nadal nie jest w stanie kontrolować swojego zachowania, zwłaszcza w sytuacji silnego wzburzenia. W jeszcze mniejszym stopniu jest w stanie wpływać na zachowanie młodszych braci. Zresztą, czy my, dorośli, tak naprawdę jesteśmy w stanie wpłynąć na kilkulatka tak, aby zachowywał się w sposób pożądany przez nas…? Wiem to wszystko doskonale, a jednak byłam od dłuższego już czasu przeciążona stresem i nie umiałam powstrzymać tych wypływających z moich ust lamentów. Gryzłam się w język po każdym takim komunikacie i kilka dni później go powtarzałam.

W końcu pojechali. W czasie tego tygodnia codziennie rozmawiałam z dziećmi i teściową: dzieci były bardzo zadowolone, a teściowa nie mogła się nachwalić Dużego. Wedle jej relacji mój pierworodny nagle niesamowicie dojrzał, jest spokojny, nie kłóci się z Małym (serio???) i nawet siedzi prosto przy stole. Wiedziałam, że na “ranczu” zwykle przez cały dzień biega po dworze i dużo śpi, więc najczęściej jest tam o wiele spokojniejszy, niż w domu. Przypuszczałam jednak, że może chodzić nie o samoregulację – a przynajmniej nie tylko – lecz o samokontrolę, która kosztuje człowieka (zwłaszcza małego!) sporo energii (pisałam o tym tutaj). Natomiast 6,5-letni Mały i 3,5-letni Malutki byli po prostu sobą, choć zachowywali się spokojniej, niż w czasie zamknięcia w domu związanego z pandemią.

Kiedy przyjechałam do dzieci w piątek wieczorem, Mały i Malutki ucieszyli się bardzo na mój widok, ale nie wpłynęło to na ich zachowanie. Natomiast Duży jakby przełączył się na inny tryb: tryb wymagającego dziecka. Dosłownie kilka minut po moim przyjeździe zaczął się zachowywać jak rozregulowany trzylatek: jęczał “bez powodu”, sprowokował Małego do bijatyki, kopnął Malutkiego w odpowiedzi na jego dość niewinną zaczepkę, a w końcu rozkrzyczał się, że jego życie jest okropne. Moi teściowie byli w szoku – “jakby ktoś dziecko podmienił” – i doszli do wniosku, że “tak go nauczyłam”, że przy mnie może zachowywać się okropnie. W pierwszej chwili w ogóle mnie to nie dotknęło, bo po tygodniu intensywnego ładowania emocjonalnych baterii byłam w znakomitej formie psychofizycznej, a zatem byłam w stanie skorzystać z całej mojej wiedzy i umiejętności regulującej matki. Wiem mianowicie, co się dzieje, kiedy dziecku (lub dorosłemu!) “puszcza” samokontrola: właśnie to, co działo się z Dużym. Wiem też, że w obecności głównej figury przywiązania (najczęściej jest to matka) dzieci czują się najbezpieczniej i zachowują najswobodniej. To oznacza, że również trudne emocje okazują najbardziej intensywnie i często w trudny dla otoczenia sposób (pisze o tym m.in. Magdalena Komsta w tym artykule oraz Gosia Musiał w tym). Dlatego przez cały wieczór korzystałam z umiejętności, które wypracowałam w ciągu ostatnich kilku lat: spokojnie mu towarzyszyłam, dawałam empatię, wspierałam, zarażałam swoim spokojem.  Czułam przy tym, jak mój, bardzo wysoki początkowo, poziom energii stopniowo się obniża. Na szczęście Duży był coraz spokojniejszy. I to mnie zmyliło: uznałam, że już po wszystkim i mogę się odprężyć i zająć młodszymi dziećmi.

W pewnym momencie Duży nagle znów zaczął rozpaczać z jakiegoś błahego w oczach dorosłych powodu. Tym razem to ja przełączyłam się na inny tryb: tryb matki mało empatycznej, pełnej pretensji. Dzieje się tak wtedy, kiedy moje skumulowane napięcie przekroczy pewien krytyczny poziom i/lub mój poziom energii obniży się do swojego krytycznego poziomu. Nie jestem wtedy w stanie zachowywać się tak, jak bym chciała, lecz “jadę schematem”, którym przesiąkłam jako małe dziecko, podobnie zresztą, jak wielu współczesnych rodziców kilkulatków. Ten schemat jest oparty na paradygmacie samokontroli i zakłada, że dziecko zachowuje się źle, bo tak sobie postanowiło i należy je przywołać do porządku (czyli zdyscyplinować: upomnieć, zagrozić karą, odizolować). Całe moje rodzicielstwo jest nauką stosowania różnych strategii – opartych na samoregulacji, jak odpoczynek czy praktykowanie wdzięczności, lub na samokontroli, jak “rodzicielski time-out” –  które pozwolą mi zachować zintegrowany mózg, czyli nie przełączać się na ten “gadzi” tryb zbyt łatwo ani zbyt często.

Co takiego zrobiłam w tym gadzim trybie? Obarczyłam Dużego pretensjami. Powiedziałam, że mam na dziś już dość jego jęczenia i jestem rozczarowana tym, że zamiast spędzić miło wieczór po tygodniowym rozstaniu z moimi dziećmi, zajmuję się tylko najstarszym z nich, które powinno być najbardziej ogarnięte. I dodałam te oto pełne goryczy słowa (trudno mi jest przyznać się do nich przed tysiącami osób, które czytują mojego bloga, ale gdybym je pominęła, nie byłoby tego wpisu – a wierzę, że wesprze wiele spośród osób go czytających):
– Wiesz, to jest dla mnie naprawdę trudne, że traktujesz mnie jak śmietnik na swoje najtrudniejsze emocje i najgorsze zachowania.
Duży spojrzał na mnie, jakbym się urwała z choinki i powiedział powoli i wyraźnie, jak do małego dziecka:
– Ale jaki śmietnik, mamo? Po prostu przez cały tydzień starałem się dobrze zachowywać, a przy tobie mogę być sobą. Całkiem sobą.

Stałam naprzeciwko niego jak rażona gromem. Znów otrzymałam od mojego syna piękną lekcję, i to tuż po tym, jak “dałam ciała” jako matka, która stara się być wyregulowana i regulująca, a nawet uczy tego inne matki! Mogłabym tu jeszcze napisać Wam o strefach regulacji według teorii poliwagalnej Stephena Porgesa i o tym, że przejście z niebieskiej strefy zazwyczaj odbywa się przez czerwoną, ale to temat na osobny post. Chcę, żeby została w Was przede wszystkim ta nasza historia i słowa Dużego. Proszę, przypomnijcie ją sobie, kiedy Wasze dziecko wróci ze żłobka, przedszkola czy szkoły i będzie zachowywać się tak, że Wam się odechce wszystkiego i zaczniecie kwestionować “całe to rodzicielstwo bliskości”. I kiedy ktoś z Waszego otoczenia będzie sugerować, że dziecko weszło Wam na głowę (“przy mnie się tak nie zachowuje”). Jesteście emocjonalnym śmietnikiem czy też bezpieczną przystanią dla Waszych dzieci. Tzw. kontenerowanie emocji dziecka to rola bezpiecznego opiekuna, po prostu. I jeszcze jedno: kiedy “dacie ciała”, bo Wasze napięcie przekroczy pewien krytyczny poziom, to zamiast gryźć się tym w nieskończoność, okażcie sobie łagodność, odnajdźcie spokój, przeproście dziecko i poszukajcie sposobów na to, żeby rzadziej przełączać się w “gadzi” tryb.

Złość, część 12: Czy na pewno “Dobra matka nigdy nie zostawia płaczącego dziecka”?

Złość, część 12: Czy na pewno “Dobra matka nigdy nie zostawia płaczącego dziecka”?

Jest godzina 1 w nocy, powoli szykuję się do snu, jeszcze tylko poczytam coś niezbyt wymagającego. Mam żelazne postanowienie, żeby o 1:30 zgasić światło i zasnąć, aby dobrze funkcjonować kolejnego dnia. Po wielu latach deprywacji snu mój czterdziestojednoletni organizm domaga się z całą stanowczością, abym każdej nocy przesypiała pełne sześć godzin (tak, dobrze liczycie, wstaję po 7:30). Jeśli tego nie zrobię, odmawia współpracy między innymi w ten sposób, że tracę pełny dostęp do kory przedczołowej mojego mózgu. Jestem wtedy drażliwa i nadwrażliwa na bodźce, mam “krótki loncik” i trudność z kontrolowaniem przeróżnych impulsów oraz zorganizowanym działaniem. Teraz, w czasie pandemii koronawirusa, która zwiększyła poziom mojego stresu we wszystkich obszarach, to szczególnie ważne, żeby moja kora przedczołowa działała tak sprawnie, jak to możliwe.

Nagle w sypialni pojawia się z nieszczęśliwą miną Duży, mój dziewięcioletni pierworodny. Obudził go silny ból palca u stopy. Oglądam paluch i widzę zaczerwienienie i lekką opuchliznę, wygląda to, jakby rozwijał się tam stan zapalny. Na mój dotyk Duży reaguje krzykiem i zaczyna płakać. Mój dziewięciolatek jest bardzo wrażliwy na ból, jak to często bywa u wysoko wrażliwych (choć akurat ja, też wysoko wrażliwa, jestem na ból bardzo odporna).

Kilka godzin wcześniej Duży postawił nogę krzesła na tym paluchu, po czym z impetem, jak to on, usiadł na krześle. Wyobrażacie sobie, jak to bolało? Jeśli mieliście do czynienia z wysoko wrażliwymi dziećmi, to wiecie, jak one komunikują taki ból światu: długo, głośno i dość dramatycznie. W ciągu dnia – wyspana, pełna endorfin po półgodzinnym treningu na balkonie – byłam w stanie zareagować w pełni empatycznie. Teraz jednak jest późno i chcę za chwilę pójść spać…

Początkowo jestem pełna empatii, przytulam Dużego, a jednocześnie zastanawiam się, jak działać. Chwila narady z Mężem i postanawiamy rano umówić teleporadę medyczną (ze względu na epidemię nie możemy po prostu wybrać się do lekarza), a teraz – podać Dużemu lek przeciwbólowy. Duży łyka tabletkę paracetamolu i dalej jęczy, płacze, narzeka, dopytuje, co będzie z tym palcem. Mija kwadrans, a Dużego nadal boli, coraz bardziej. I coraz bardziej rozpacza. Podaję mu jeszcze ibuprofen, znów empatyzuję, przytulam, próbuję przekierować jego uwagę. Minęło pół godziny i nadal nic nie pomaga, Duży nakręca się, że umrze z bólu, że straci palec, że to najgorszy ból na świecie. W pewnym momencie pyta mnie retorycznie ze złością: „Czy Ty w ogóle masz pojęcie, co to jest ból?!”

Od pewnego czasu rośnie we mnie irytacja, ale to ostatnie zdanie odpala moją złość – ba! furię! Szumi mi w uszach i kręci mi się w głowie. Dosłownie czuję, jak z mojego gardła w kierunku języka i ust wytaczają się słowa: „Przestań wyć, histeryku! To nie jest żaden ból! Ty w ogóle nie wiesz, co to jest ból!” Moja kora przedczołowa, wiedząc, że zaraz zostanie odcięta, krzyczy do mnie głośno: “Wyjdź stąd natychmiast!!!” Odnosi sukces: bez słowa wstaję i energicznym krokiem wychodzę z pokoju. Słyszę jakieś protesty Dużego, ale ignoruję je. Zamykam się w łazience i, gryząc zaciśniętą pięść, wydaję z siebie głuche warknięcie: “Aaaaaaaa!!!” To trochę pomaga. “Ależ jestem wkurrrrrrrrwiona!” – mówię do siebie na głos i rzucam jeszcze kilka przekleństw. To pomaga jeszcze bardziej. Czuję satysfakcję, a moje napięte mięśnie rozluźniają się trochę. “Chcę spać. Chcę spokoju. Chcę, żeby było łatwiej” – szepczę do siebie cicho. Ufff. Już o wiele lepiej, zaczynam się odprężać. Teraz skupiam się na oddechu: obserwuję go przez chwilę. Poruszam głową na boki, do przodu, do tyłu, zataczam nią okręgi, masując jednocześnie kark. Poruszam ramionami, przeciągam się, w końcu zginam się w pół, wykonując luźny zwis. Wszystko zwisa, rozluźnia się, krew napływa mi do głowy. Już. Minęło. Jestem całkiem rozluźniona. Utrzymałam gada w ryzach.

Wracam do syna, który już jest spokojniejszy (chyba leki w końcu zadziałały). Zerka na mnie z ukosa i pyta z lekkim wyrzutem, dlaczego tak nagle sobie poszłam i go zostawiłam. Odpowiadam: “Bo poczułam, że zaraz mnie szlag trafi i powiem coś bardzo niemiłego, więc zamiast tego wyszłam, żeby się uspokoić”. “Aha. Okay” – odpowiada Duży. Zna mnie dobrze i wie, że to moje wyjście było najlepszym wyjściem z sytuacji. Z autentyczną troską pyta, czy już czuję się dobrze, przytulamy się jeszcze raz i każde z nas idzie spać do siebie.

Jestem z siebie bardzo dumna, bo opisana sytuacja i słowa Dużego są dla mnie jednym z najsilniejszych zapalników. Wiem, skąd to się bierze: z tego, jakie podejście do “narzekania” i w szczególności skarżenia się na ból wpojono mi w dzieciństwie. “Dama się nie skarży” i “Nikt nie lubi ludzi, którzy narzekają” – to kwintesencja tego podejścia. To dlatego tak trudno mi było (i jak widać, czasem nadal bywa!) zachować spokój, kiedy któreś z moich dzieci widzi koniec świata i straszny dramat tam, gdzie ja swoimi dorosłymi oczami widzę jedynie drobną trudność albo w ogóle neutralną sytuację. W większości sytuacji potrafię spojrzeć na dzieci empatycznie i zarazić je swoim spokojem. Niekiedy jednak, jak w opisanej tu scenie, szczytem moich możliwości jest wyjście z pomieszczenia.

Zdarza się wtedy, że zostawiam rozpaczające dziecko samemu sobie. Można by to ocenić jako klęskę świadomej matki, która chce dać dzieciom poczucie, że są kochane i akceptowane bezwarunkowo, a nie tylko wtedy, kiedy zachowują się „grzecznie”. Tak właśnie surowo ocenia siebie wiele moich klientek, z którymi pracuję indywidualnie między innymi nad przeżywaniem i wyrażaniem złości. “Bliskościowa matka nie powinna zostawiać płaczącego dziecka”; “Dobra matka nigdy nie wścieka się na płaczące dziecko”; “Wszystkie matki jakoś sobie radzą ze złością i tylko ja nie”. Takie przekonania – wypowiedziane wprost lub ukryte za innymi komunikatami – często wypływają podczas moich sesji z wrażliwymi, świadomymi mamami. Żadne z tych przekonań nie jest wspierające. Wiem coś o tym, bo też je żywiłam swego czasu – ależ mi to zwiększało napięcie i obniżało energię! Żadne też nie nie jest obiektywnie prawdziwe. Są sytuacje, jak ta opisana, kiedy największym sukcesem jest to, że matka nie wybucha. Ta konkretna matka, w tym konkretnym miejscu i czasie, ze swoimi indywidualnymi predyspozycjami i bagażem doświadczeń.

Tamtej nocy przed zaśnięciem świętowałam swój matczyny sukces zamiast opłakiwać porażkę. To dało mi więcej energii do radzenia sobie z kolejnymi takimi sytuacjami w sposób coraz bliższy temu, jakiego pragnę. Po wielu powtórzeniach takiej pożądanej reakcji mój umysł przyzwyczai się do niej i będzie ją częściej wybierał jako tę “domyślną” (o kanalizacji zachowań pisałam tutaj). I tego Wam życzę w Dniu Matki: łagodnego spojrzenia na siebie i doceniania swoich małych i większych sukcesów. Dobrego Świętowania!

P.S. Dziękuję Wam za te lawinę ciepłych słów, która spłynęła na mnie po moim wystąpieniu o złości na konferencji Sylwii Włodarskiej „Bliżej potrzeb, bliżej szczęścia” dwa tygodnie temu. Niedługo wystąpię ponownie na podobnych wirtualnych wydarzeniach. W sobotę 13 czerwca opowiem o tym, jak nie zarażać się złością od dziecka i zarazić je spokojem (podczas konferencji „Chcę być skrzydlatym rodzicem” Krystyny Marczak).

EDIT z marca 2021 roku: Być może zainteresuje Was moje szkolenie online “Spokój rodzi spokój. 12 sposobów na opanowanie złości”, w którym podpowiadam, jak “opanować gada” dzięki rozmaitym technikom opartym po części na samokontroli, a po części na wiedzy o stresie i samoregulacji. Można je kupić pod tym linkiem.

P.S. W serii o złości ukazały się dotychczas następujące posty (nie trzeba ich czytać po kolei; oceniam, że kluczowe dla rozumienia złości są posty nr 3 i 7):

Złość, część 1: Dzień, w którym wrzasnęłam na dziecko (LINK)

Złość, część 2: Dziesięć kroków ku lepszemu życiu (LINK)

Złość, część 3: Jak zmieniamy się w gady (LINK)

Złość, część 4: I znów wrzasnęłam (LINK)

Złość, część 5 i Self-Reg, część 11: Myśli-zapalniki (LINK)

Złość, część 6 i Self-Reg, część 12: Opowiedz mi, matko, o swoich planach… (LINK)

Złość, część 7 i Self-Reg, część 19: Bezcenna pauza (LINK)

Złość, część 8: Emocje są jak fala (LINK)

Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią (LINK)

Złość, część 10: “Co za babsztyl!”, czyli o złości jako zasłonie (LINK)

Złość, część 11: “Nie będzie mi gówniarz rozkazywał!”, czyli jak zalałam gada oksytocyną (LINK)

Złość, część 12: Złość, część 12: Czy na pewno “Dobra matka nigdy nie zostawia płaczącego dziecka”? (LINK)

Złość, część 13: “Nogi z d… powyrywam”, czyli o agresorze, który zaatakował moje dziecko (LINK)

Moje (nie)dobre dziecko, które bije, gryzie i szczypie

Moje (nie)dobre dziecko, które bije, gryzie i szczypie

Opowiem dziś Wam historię, która przydarzyła nam się minionego lata, a wnioski z niej znów stały się aktualne w związku z zamknięciem w połowie marca szkół i przedszkoli. Wraz z Mężem i naszymi trzema synami spędzałam urlop nad Bałtykiem. Najmłodszy, Malutki, miał wtedy nieco ponad dwa i pół roku. To o nim jest ta historia.

Malutki jest dzieckiem, które bardzo łatwo ulega przebodźcowaniu. Nierzadko nawet bodźce o nieznacznej sile – na przykład to, że któryś z jego braci podskoczy i coś krzyknie (co zdarza się dziesiątki razy dziennie) – wytrącają go ze stanu spokoju i uważności w kierunku nadmiernego pobudzenia. To nadmierne pobudzenie przejawia się u niego w przykry dla otoczenia sposób: Malutki piszczy, krzyczy, bije, gryzie, szczypie. Uprzedzam ewentualne sugestie czytelników: tak, był diagnozowany pod kątem integracji sensorycznej i diagnoza nie wykazała szczególnych nieprawidłowości, po prostu jest raczej wrażliwy, a te zachowania… zaobserwował jako maluch u starszych braci, którzy lubią wszelkiego rodzaju siłowanki i głośne zabawy. Cóż…

Jako Facylitatorka Self-Reg staram się zakładać, że – jak mawia Stuart Shanker, twórca Self-Reg – “Nie ma czegoś takiego, jak złe dziecko” (“There is no such thing as a bad kid”). Kiedy tylko mam wystarczające zasoby energii i wystarczająco niskie napięcie, działam zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą: staram się zarażać Malutkiego spokojem, odciąć go od nadmiaru bodźców, kucam przy nim, mówię ściszonym, łagodnym głosem, proponuję przytulenie, masuję plecki albo rączki. To działa! Malutki wycisza się i przestaje zachowywać agresywnie. Ale kiedy mam za mało energii lub zbyt wysokie napięcie, postępuję zgoła inaczej – a wtedy… No właśnie: przeczytajcie, co się wtedy dzieje.

Ubiegłoroczny pobyt nad morzem układał się zupełnie nie po naszej myśli. To był już nasz piąty pobyt w tej konkretnej miejscowości i każdorazowo mieliśmy tam wielkie szczęście do pogody, jednak tym razem akurat w dniu naszego przyjazdu zaczęło lać jak z cebra, a żadne z nas nie jest fanem moknięcia w deszczu. Nasz hotel jest rajem dla dzieci: ma salę zabaw oraz, co ważniejsze, kryty basen, w którym mogłabym pluskać się z dziećmi całymi dniami (Mąż nie lubi basenów). Pech chciał, że wieczorem w dniu przyjazdu rozłożyła mnie infekcja. Przez dwie doby leżałam w łóżku przykryta po nos, wstrząsana dreszczami, obolała i ledwo przytomna; potem zbadał mnie lekarz, stwierdził bakteryjne zapalenie gardła i zaordynował antybiotyk. Mąż też czuł się kiepsko, był bardzo osłabiony, kręciło mu się w głowie, bolało go gardło, nie był więc w stanie zabrać dzieci na basen i nie chciał też ryzykować zarażania innych dzieci w sali zabaw.

Na kilka dni utknęliśmy więc w apartamencie z naszą trójką, którą rozsadzała energia. Po przeczytaniu im wszystkich książek i wypróbowaniu kilku zabaw, wobec braku zabawek, Mąż posadził dzieci przed telewizorem. Na długo. O wiele za długo. “Patrol nasz radę da, już jadą nam z pomocą…” – dobiegało raz po raz do moich uszu. Wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie dla Malutkiego, ale ledwo miałam siłę chodzić do toalety, a Mąż też głównie przysypiał i ograniczał się do podawania dzieciom jedzenia, więc po prostu korzystałam z chwil (godzin…) względnego spokoju.

Drugiego dnia tych maratonów bajek Malutki zaczął pokazywać swoje najgorsze oblicze. Raz po raz, “bez powodu”, dziesiątki razy dziennie bił braci, szczypał ich, piszczał im wprost do ucha, na co oni reagowali okrzykami bólu i na zmianę skargami do nas oraz biciem i szczypaniem Malutkiego. Ja leżałam i umierałam, Mąż się wściekał i rozdzielał dzieci… Było naprawdę okropnie. Parę razy słyszałam, jak Mąż mówi do Malutkiego: “Jesteś niedobry”. Trudno mi było mieć mu to za złe w tej stresującej sytuacji… a jednocześnie wiedziałam, że Malutki po usłyszeniu takiego komunikatu nakręca się jeszcze bardziej. To było błędne koło, bardzo trudne do przerwania.

Wreszcie mój antybiotyk przyniósł spodziewane efekty i – upewniwszy się w rozmowie z lekarzem, że już nie zarażam – zabrałam Malutkiego do pokoju zabaw. Cóż za radość! Byliśmy tam sami, więc nie próbowałam obniżać pobudzenia malucha, który wpadł w radosny amok i z dzikimi okrzykami zjeżdżał raz po raz ze zjeżdżalni do basenu z kulkami. Pokój był bezpieczny, więc usiadłam na kanapie nieopodal i zainteresowałam się książką leżącą w biblioteczce. Tak mnie wciągnęła, że przegapiłam ciche wejście do pokoju zabaw rodziny złożonej z mamy, taty i kilkunastomiesięcznej córeczki. W pewnym momencie podniosłam wzrok, żeby sprawdzić, co u Malutkiego i… znieruchomiałam.

Malutki siedział u szczytu zjeżdżalni, a obok niego stała ta malutka dziewczynka. Malutki uśmiechnął się do niej szeroko i… popchnął ją tak, że spadła w tył, na podest znajdujący się kilkadziesiąt centymetrów niżej. Podest był tak naprawdę miękką poduchą, moi synowie w tym wieku spadali (lub byli zrzucani przez braci) wielokrotnie także z większych wysokości i na twardsze powierzchnie, a następnie otrzepywali się i bawili dalej, ale widać było, że dla tej dziewczynki to było absolutnie przerażające doświadczenie. Wybuchła rozpaczliwym płaczem, a jej rodzice – którzy stali obok i byli tym niespodziewanym aktem agresji równie porażeni, jak ona sama – porwali ją w ramiona, przytulali, koili.

Ukłuło mnie poczucie winy i wstyd, a jednocześnie poczułam złość na moje dziecko, które ZNOWU zrobiło komuś krzywdę. (Poczucie winy, bo powinnam była nie spuszczać z oka tego małego agresora, a wstyd, bo  wyobraziłam sobie, co ja na miejscu tych ludzi – spokojnych rodziców jedynego malutkiego dziecka – pomyślałabym sobie o Malutkim i o mnie. Kiedy byłam na ich etapie, uważałam, że jeśli małe dziecko kogoś bije, to musi pochodzić z głęboko patologicznej rodziny.) Podeszłam szybko do zjeżdżalni i przeprosiłam zarówno dziewczynkę, jak i jej rodziców. Następnie zdjęłam protestującego, wierzgającego nogami i szczypiącego mnie w ręce Malutkiego ze zjeżdżalni. Byłam już wkurzona, bo szczypał naprawdę boleśnie i w dodatku zrzucił mi okulary, co mnie doprowadza do wrzenia.

Zaniosłam malucha na kanapę, posadziłam go na niej niezbyt delikatnie, po czym pochyliłam się i wysyczałam cicho:
– Widzisz, co narobiłeś! Zrzuciłeś dziewczynkę ze zjeżdżalni! Ona teraz przez ciebie płacze. Jesteś niedobry! Jesteś naprawdę niedobrym dzieckiem!
– Ja dob dob! [Jestem dobry!] – odpowiedział Malutki, który nie mówił wtedy jeszcze zbyt wiele. Ton był hardy, ale minę miał nietęgą i w jego oczach pojawił się cień strachu.

Ten strach mnie zatrzymał i nieco ostudził moją złość. Zawstydziłam się, ale tylko trochę, bo moja złość opada bardzo wolno. Nieco spokojniej porozmawiałam z Malutkim i zabrałam go do pokoju. Dopiero tam, po jakimś czasie, rozpoczęłam właściwą rozmowę:
– Malutki, pamiętasz, że w pokoju zabaw powiedziałam, że jesteś niedobry?
– Tat [Tak] – kiwnął głową Malutki i wyraźnie posmutniał.
– Przepraszam cię za to. Byłam zdenerwowana i powiedziałam coś niemądrego, co nie jest prawdą. Jesteś dobry. Jesteś dobrym chłopczykiem.
– Ja dob dob? [Jestem dobry?] – upewnił się Malutki.
–Tak. Jesteś dobry – odparłam. – Powiedziałam wtedy nieprawdę, bo byłam zdenerwowana. Teraz jestem spokojna i mówię ci prawdę: jesteś dobry.
– Ja bam i dob dob? [A kiedy biję, też jestem dobry?] – spytał z nadzieją, ale i widoczną obawą Malutki.
– Tak. Jesteś dobry zawsze. Nawet, kiedy bijesz i gryziesz i robisz inne niefajne rzeczy – odpowiedziałam z mocą.
– Ja dob dob! Ja dob dob! Huja! [Jestem dobry! Jestem dobry! Hurra!] – Malutki wykrzykując to, zaczął podskakiwać jak piłeczka, a następnie rzucił mi się w ramiona i obsypał pocałunkami. – Mama, och! [Kocham cię, mamo!]

Popłakałam się ze wzruszenia. Na Mężu, który był świadkiem tej rozmowy, też zrobiła ona ogromne wrażenie. Przestaliśmy mówić Malutkiemu, że jest niedobry i przeprowadziliśmy rozmowę z Dużym i Małym o tym, żeby też tego mu nie mówili. Ta jedna zmiana w naszej komunikacji sprawiła, że Malutki z dnia na dzień zaczął się zachowywać trochę lepiej. Słyszeliście o efekcie Pigmaliona? Jeśli nie, to przeczytajcie o nim na przykład tu. To właśnie on tu zadziałał: Malutki zachowywał się w taki sposób, aby podtrzymać naszą ocenę jego osoby, po prostu spełniał nasze oczekiwania. Ten efekt ma potężny wpływ na zachowanie nie tylko naszych dzieci, ale i nas samych. Dlatego to bardzo, bardzo ważne, aby nawet bijące, szczypiące, gryzące, “leniwe”, “histeryzujące”, “nieempatyczne”, “złośliwe”, “nieszczere” (zauważyliście cudzysłowy?) dziecko traktować jak nasz mały cud. Tak, nawet dziewięciolatka albo nastolatka, którzy odburkują nam niezbyt przyjemnie i zachowują się chwilami naprawdę okropnie. Nawet ich. Zwłaszcza ich.

Jak to zrobić? Jak zmienić perspektywę i przestać się nakręcać? To czasem bardzo trudne. Miałam okazję się o tym przekonać w ubiegłym tygodniu, kiedy – po kilkunastu dniach kwarantanny w domu z dziećmi, przekonana, że mój kaszel i duszności są efektem zarażenia koronawirusem – znalazłam się w kryzysie emocjonalnym (o którym też wkrótce napiszę). Malutki zareagował na moje rozstrojenie i brak autentycznej wspierającej obecności identycznie, jak brak kontaktu ze mną i nadmiar bajek nad morzem, a ja przez jeden okropny dzień zaczęłam w nim widzieć przyszłego bandytę i sadystę, który z uśmiechem na twarzy będzie krzywdził ludzi. Na szczęście udało mi się uruchomić całą swoją wiedzę, wszystkie swoje umiejętności i zasoby coacha, coacha kryzysowego i Facylitatorki Self-Reg; niebagatelną rolę odegrało tu sięgnięcie po emocjonalne wsparcie do kogoś, kto zna się na dzieciach i Self-Reg, a do tego ma w sobie ocean spokoju i potrafi fantastycznie słuchać i wspierać (Jagoda, dziękuję!). To wszystko sprawiło, że zmieniłam optykę i znów potrafię – na miarę własnych, chwilami wątłych, zasobów – postępować w zgodzie z samą sobą nie tylko z Malutkim, ale też z rozstrojonym kwarantanną niemal dziewięcioletnim Dużym oraz sześcioletnim Małym, którego rozpiera niespożyta energia. (A jak postępować? O tym jest cały mój blog, a wiedzę tę zawarłam w pigułce w szkoleniu online “Jęki, krzyki, agresja: jak pomóc dziecku i sobie”.)

Teraz jestem pełna dobrej energii po moim wtorkowym webinarze “Spokój rodzi spokój. 12 sposobów na opanowanie złości”, który został udostępniony na Facebooku ponad 150 razy i dotarł do 15 tysięcy osób. Otrzymałam na jego temat tak pozytywny feedback, że czuję, jak rosną mi skrzydła i mimo trudnych warunków i obaw o przyszłość jestem teraz w miarę spokojna i mogę dzielić się tym spokojem z innymi. Otworzyła mi się ponownie przestrzeń na indywidualny coaching kryzysowy, a ponadto 13 kwietnia uruchomię Facebookową grupę wsparcia, w której będę się dzielić sposobami na wprowadzanie spokoju, kiedy dzieci zachowują się jak Malutki albo po prostu ciągle jęczą lub płaczą, codziennie moderować grupę i odpowiadać na pytania uczestników w cotygodniowych live’ach. Udział w grupie można kupić w pakiecie ze wspomnianym wyżej szkoleniem “Jęki, krzyki, agresja” oraz webinarem “Spokój rodzi spokój”.

EDIT z 2021 roku: Nagranie webinaru “Spokój rodzi spokój” można kupić pod tym linkiem, a szkolenie “Jęki, krzyki, agresja” – pod tym linkiem. Zapraszam. 🙂

Ty mnie nie kochasz! Czyli jak nadmuchiwałam negatywizm dziecka

Ty mnie nie kochasz! Czyli jak nadmuchiwałam negatywizm dziecka

Nie mogę uwierzyć w to, że zwlekałam aż rok z opublikowaniem tego wpisu. Napisałam na gorąco dłuższy fragment, potem coś mi przeszkodziło w dokończeniu go i tak sobie czekał na swój lepszy czas. Czas najwyższy go opublikować, bo mam głębokie poczucie, że dotyczy jednego z najważniejszych odkryć na mojej macierzyńskiej drodze. Odkrycie to wpisuje się w serię moich doświadczeń wskazujących na to, że ortodoksyjnie stosowane czy raczej źle rozumiane “zasady” rodzicielstwa bliskości mogą nieźle rozregulować dziecko – zwłaszcza wysoko wrażliwe dziecko lub dziecko wysoko wrażliwej matki, a z całą pewnością wysoko wrażliwe dziecko wysoko wrażliwej matki, jakim niewątpliwie jest Duży. Dodam dla jasności, że chodzi mi o sytuację, kiedy owa matka sama nie była wychowywana w duchu rodzicielstwa bliskości (ja nie byłam i większość moich rówieśników też nie…) i uczy się bliskościowego podejścia z książek czy kursów online. Ostatnio przyszedł mi do głowy pomysł na całą książkę na ten temat. Dziś opiszę tylko jeden wycinek tych moich rozważań: o tym, jak w dobrej wierze nadmuchiwałam negatywizm Dużego. (Jeśli nie znacie mojego najpopularniejszego wpisu “Mamo, ja zawsze mam jakiś problem, czyli o negatywnym zniekształceniu poznawczym”, to bardzo, bardzo Was zachęcam do jego lektury.)

To było rok temu, w październiku, pierwszego naprawdę chłodnego dnia tamtej jesieni. Kiedy pojechałam po Dużego do szkoły, jak zwykle zastałam go wraz z innymi dziećmi na placu zabaw. Był ubrany jedynie w cienką bluzę i zziębnięty do szpiku kości. W swojej szkolnej szafce miał kurtkę, którą mógł założyć na bluzę, ale okazało się, że z jakiegoś powodu nie wpadł na to. Jak się okazało, myślał, że może mieć na sobie albo cienką bluzę, albo równie cienką kurtkę, więc “nie opłacało się” iść po tę drugą do szkoły.

Widząc oczyma wyobraźni moje dziecko zakatarzone i kaszlące przez kolejny tydzień, załamałam ręce:
– Synu, dlaczego o siebie nie zadbałeś? Boję się, że będziesz chory, bardzo tego nie lubię. W dodatku w niedzielę jest impreza urodzinowa Małego dla kolegów i jeśli zachorujesz, będziesz musiał zostać w domu albo będzie trzeba przełożyć imprezę. Jedno i drugie do kitu!
– Ty mnie po prostu nie kochasz! – oświadczył spokojnie Duży.
– Chwila. Moment. Chcę, żebyś był zdrowy i wziął udział w imprezie, więc cię nie kocham? Wyjaśnij mi to proszę, nie rozumiem.
– Oj, mamo, ja tak tylko mówię – przewrócił oczami mój syn. – Przecież wiem, że mnie kochasz.
– A po co to mówisz? W ogóle ostatnio często to powtarzasz.
– Bo kiedy mówię, że mnie nie kochasz, to sobie potem długo i fajnie rozmawiamy, a ja bardzo lubię z tobą rozmawiać na ważne tematy.

Szach, mat. Moje dziecko wykombinowało – i to widać całkiem świadomie – że musi uderzyć w dramatyczny ton, żebyśmy zbliżyli się do siebie. To nie był pierwszy raz, kiedy przyłapałam na tym jego i siebie. Jakiś czas wcześniej doszłam do wniosku, że przynajmniej część jego postawy “ja zawsze mam jakiś problem” (opisanej we wspomnianym poście) mogła być efektem tego, że z ogromną uwagą pochylałam się nad jego trudnymi emocjami i zachowaniami, a na tych przyjemnych nie skupiałam się w aż takim stopniu. Mój inteligentny syn uznał więc, że okazywanie trudnych emocji poprzez trudne komunikaty to lepsza strategia poproszenia o moją troskę i uwagę, niż bycie spokojnym i wyregulowanym, a przecież uwaga i troska rodzica to coś, czego dzieci pragną najbardziej na świecie. Pachnie to behawioralnym podejściem do wychowania, opartym w dużej mierze na karach i nagrodach? Owszem. “A fuj!” – zakrzykną w duchu niektóre z Was, moich czytelniczek i bliskościowych mam. Niektóre inne pomyślą: “No wiesz, DyleMatko? Akurat po Tobie się tego nie spodziewałam!” Dajcie mi chwilę, zaraz wyjaśnię o co mi chodzi.

Jedną z naczelnych zasad rodzicielstwa bliskości, którego uczyłam się z książek i kursów online, jest akceptowanie wszystkich emocji dziecka i branie ich takimi, jakie są. Nie wolno im zaprzeczać, oceniać, umniejszać ich przyczyn, odwracać od nich uwagi. Wszystkie emocje są bowiem w porządku, nie ma dobrych i złych, są tylko takie, które wskazują na zaspokojone i na niezaspokojone potrzeby, a wszystkie ludzkie potrzeby są piękne (tego nauczyło mnie podejście NVC). Takie stawianie sprawy jest sprzeczne ze wszystkim, czego ja i inni przedstawiciele mojego pokolenia (mam 40 lat) zaznaliśmy w dzieciństwie od dorosłych: “To nie jest powód do płaczu”, “No nie smuć się już”, “Nie ma o co się złościć”, “Nie przejmuj się, oni ci tylko zazdroszczą”, “Zobacz, inne dzieci się cieszą, a tylko ty jesteś niezadowolona”, “Nie płacz, przecież możesz bawić się z kimś innym/czymś innym”, “Przestań jęczeć, już nie boli”, “Nic się nie stało”, “Bądź grzeczna, nie złość się” i tak dalej. Byłam świadoma moich potężnych trudności z rozumieniem i regulowaniem własnych emocji i identyfikowaniem potrzeb, które za nimi stoją. Widziałam jak na dłoni, że nie akceptuję siebie taką, jaka jestem i że żyję według scenariusza pisanego przez innych, pełnego “trzeba”, “wypada”, “należy”. Moim wychowawczym priorytetem od początku było podarowanie mojemu dziecku tego, czego mnie samej brakowało i uznałam, że rodzicielstwo bliskości to właściwa droga do tego. Kilka lat później, w trakcie terapii, odkryłam, co naprawdę stoi za moimi trudnościami: była to moja wysoka wrażliwość w połączeniu z indywidualnym, a niekoniecznie zbiorowym czy też pokoleniowym doświadczeniem.

Wiedziałam już, jak nie powinnam czy też nie chcę reagować na emocje maleńkiego Dużego, nie wiedziałam natomiast, co konkretnie powinnam mówić i robić, aby moje dziecko miało dobry kontakt ze swoim wnętrzem, lubiło siebie i szło własną drogą. Czytałam więc dziesiątki książek i artykułów i uczestniczyłam w dyskusjach w “bliskościowych” grupach na Facebooku. Wysnułam z nich wniosek – nie wiem, czy odpowiadający treściom, które czytałam, przesiewałam je przecież przez swój własny filtr – że kiedy dziecko rozpacza, złości się, jest przestraszone, to należy być przy nim, próbować nazywać emocje i generalnie czekać, aż SAME odpłyną. Myślę, że gdybym umiała zachować przy tym autentyczny spokój, a nie tylko opanowanie, to może nawet mogłoby to działać całkiem nieźle. Ja jednak, patrząc na Dużego, który dziesiątki razy dziennie wybuchał rozpaczliwym płaczem albo całymi godzinami pojękiwał z niezadowolenia, albo też złościł się i był agresywny, gotowałam się ze złości przykrywającej strach, bezradność i wszystkie trudne emocje małej dziewczynki, która mieszkała w moim umyśle i nigdy nie zdołała dorosnąć. Byliśmy tam, w tych trudnych emocjach, we troje: Duży, dorosła Agnieszka i malutka Agunia. Jednak sądzę, że nie tylko o to chodziło.

Nawet kiedy ogólnie zachowywałam spokój w obliczu trudnych emocji Dużego, często odczuwałam paraliż decyzyjny, bo każde zdanie, które przychodziło mi do głowy, poddawałam analitycznej obróbce. Czy jeśli powiem: “Chodź, pobawimy się w coś innego”, to odwrócę uwagę Dużego od trudnych emocji i nauczę go ucieczkowych strategii radzenia sobie z nimi? Czy jeśli powiem, że ten domek z Duplo rozwalony przez Małego był na razie mały i niegotowy i szybko go razem odbudujemy, to umniejszę wysiłek i stratę Dużego, co obniży jego poczucie własnej wartości i sprawczości i nauczy go ukrywania tego typu trudnych emocji? Czy jeśli obrócę frustrującą sytuację w żart, to ośmieszę jego potrzeby, a nawet jego samego? Siedziałam tak i dzieliłam włos na czworo, zaniepokojona, że cokolwiek powiem, może skrzywdzić moje dziecko. Zamiast autentycznie być przy nim, byłam skierowana ku własnemu wnętrzu, a więc odcięta i niewspierająca. Trudno się dziwić, że Duży nakręcał się w tych emocjach.

Kiedy cztery lata temu mój ówczesny psychoterapeuta powiedział, że taka moja postawa – “bądź obok, nazywaj emocje i absolutnie nie próbuj na nie wpływać” – może popychać dziecko w głąb trudnych emocji, żachnęłam się. Co on tam wie o wychowaniu w duchu rodzicielstwa bliskości! Pewnie jest ze starej behawioralnej szkoły, nastawionej na wychowywanie grzecznych dzieci, a to nigdy nie było moim wychowawczym celem. Jakiś czas później rozmawiałam z wychowawczynią Dużego w nowym przedszkolu – cudowną kobietą, która każde dziecko umiała przejrzeć na wylot i każdemu dawała dokładnie to, czego było trzeba. Podzieliła się ze mną refleksją, że nie można nadmiernie poważnie traktować trudnych emocji Dużego, ponieważ bardzo go to nakręca. Ona zamiast tego zauważała jego emocje, nazywała i pogodnym tonem wskazywała drogę wyjścia z nich, na przykład sugerowała kilka możliwych rozwiązań problemu. Zdumiała mnie ta jej wypowiedź, ale ostatecznie zaczęła we mnie kiełkować nowa myśl, której nie umiałam nazwać. Dopiero po dłuższym czasie doszłam do tego samego, co ona: faktycznie, Duży jest dzieckiem, który źle znosi “zbyt długie” towarzyszenie mu, i tylko towarzyszenie, w emocjach. Jest pod tym względem zupełnie inny, niż jego młodsi bracia, którzy reagują “podręcznikowo” na nazwanie emocji, przytulenie i po prostu pobycie z nimi (jeśli chcecie zobaczyć, jak to może wyglądać w praktyce, przeczytajcie post “Głupia babcia!”). Dodam, że też towarzyszenie tej młodszej dwójce od początku było dla mnie względnie łatwe, bo tylko Duży bardzo przypomina mi mnie samą z dzieciństwa, co mogło (i nadal czasem może) otwierać mi niezaleczone rany. Trudno więc powiedzieć, co było pierwsze: moja nieumiejętność towarzyszenia mu, nakręcająca jego trudne emocje, czy to, że jako wysoko wrażliwe dziecko ma tendencję do silnego przeżywania każdego zawodu i frustracji.

Ale o czym to ja miałam….? Ach tak, o moim skupianiu się na trudnych emocjach Dużego. Jakoś tak wyszło, że nawet kiedy już szłam drogą wyznaczoną przez Self-Reg i reagowałam ze spokojem na trudne emocje Dużego, poświęcałam mu najwięcej czasu, kiedy rozgrywał się jakiś dramat z nim jako głównym bohaterem. Jako quasi-samotna matka trójki małych dzieci, kształcąca się w całkowicie nowej dziedzinie i stawiająca pierwsze niepewne kroki w świecie biznesu online, wciskałam naukę i pracę w każdą wolną chwilę, aby nie pracować do późna w nocy, ale też być w miarę dostępna dla dzieci. Kiedy one bawiły się spokojnie i radośnie, razem lub osobno, zamiast dołączyć do nich, często (coraz częściej) siadałam przy komputerze albo sięgałam po moje książki i notatki. Dopiero płacz lub krzyk dobiegający z pokoju dziecięcego zwracał moją uwagę i wtedy pochylałam się empatycznie nad złością, rozżaleniem, frustracją i smutkiem moich dzieci. W efekcie Duży najwyraźniej zaczął kojarzyć bliskość ze mną z trudnymi emocjami, a potrzeba bliskości jest jedną z absolutnie najważniejszych potrzeb dziecka.

Z tej historii płyną dla mnie dwie lekcje. Po pierwsze, ortodoksyjne przestrzeganie nawet najpiękniejszych zasad niekoniecznie przyczynia się do szczęścia i bliskości. Kiedy z niepokojem szukam w sobie odpowiedzi, czy to, co chcę zrobić lub powiedzieć, jest “wystarczająco Rb” (Rb to skrót od “rodzicielstwo bliskości”), to nie jestem blisko swojego dziecka. Kiedy nie korzystam z rodzicielskiej intuicji, lecz szukam zewnętrznych drogowskazów, to oddalam się od swojego dziecka. Po drugie, warto “nadmuchiwać” piękne chwile, chwile spokoju i radości, nazywać wspólnie z dziećmi i pochylać się nad radością, współczuciem, przyjemnością, ciekawością. To nie wymaga wiele czasu ani energii, żeby nawet w zabieganiu wetknąć głowę do pokoju dziecięcego, poprzyglądać się chwilę dzieciom skonstatować z uśmiechem: “Widzę, że super się bawicie!” To, co nazwane i to, nad czym się pochylamy, ma tendencję do wzrastania. Wiem, brzmi to jak wywód behawiorysty. I nieszczególnie mnie to obchodzi.

Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak wspierać wysoko wrażliwe dzieci w nauce samoregulacji i jak zapobiegać negatywnemu zniekształceniu poznawczemu, rozważcie proszę zakup biletu na szkolenie online, które rozpocznie się 9 grudnia i które przygotowałam wspólnie z Jagodą Sikorą, psycholożką dziecięcą i Facylitatorką Self-Reg. Szczegółowe informacje o szkoleniu znajdziecie na tej stronie.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Bubble!” (CC BY 2.0) by Esparta Palma

Self-regowo o nieidealnym przedszkolu

Self-regowo o nieidealnym przedszkolu

 

Byłam dziś naczyniem przepełnionym emocjami, ponieważ dwaj z moich synów – niemal sześcioletni Mały i niespełna trzyletni Malutki – rozpoczęli właśnie edukację szkolną i przedszkolną. O adaptację Małego w zerówce jestem spokojna, bo ma on doświadczenie przedszkolne i oboje znamy „od środka” jego szkołę. Natomiast wybór przedszkola dla Malutkiego swego czasu spędzał mi sen z powiek i nadal, po pierwszym dniu adaptacji z rodzicami, nie jestem całkiem spokojna. Tak było za każdym razem, kiedy szukałam przedszkola dla mojego dziecka, a obecne przedszkole jest piątym, z którym mam do czynienia jako matka.

Dla mnie, matki-perfekcjonistki, która chciałaby zapewnić swoim dzieciom jak najlepszą opiekę, temat przedszkola to kawałek macierzyństwa generujący sporo napięcia i niepokoju. Chcę podzielić się dziś z Wami moimi przemyśleniami na ten temat. Jeśli Twoje dziecko właśnie adaptuje się w przedszkolu i niepokoi Cię to, że nie wszystko (albo wręcz niewiele) jest tam zgodne z Twoimi oczekiwaniami, być może zainspirują Cię te moje przemyślenia z Self-Reg w tle.

1. Każde dziecko jest inne. Ty jesteś ekspertem w sprawie swojego

To truizm, ale warto go przypominać: dzieci rozwijają się w swoim tempie, mają różne temperamenty i różne potrzeby w zakresie optymalnej dla ich rozwoju liczby i rodzaju bodźców. Niektóre (jak mój świeżo upieczony zerówkowicz) już w wieku 2,5 roku nie mogą się doczekać, kiedy wreszcie pójdą do „pećkola”, jak ich starsze rodzeństwo. Inne (jak Duży, mój ośmioletni obecnie pierworodny) dojrzewają do tego później i lubią przedszkole, o ile nie ma tam zbyt wiele dzieci. Niektóre (jak Mały) uwielbiają towarzystwo innych dzieci i natychmiast wchodzą z nimi w relację, inne (jak niegdyś Duży) potrzebują wiele tygodni, aby w ogóle zacząć bawić się z kimkolwiek poza dorosłym opiekunem, a jeszcze inne (jak Malutki) wprawdzie uwielbiają dzieci, ale zdarza im się inicjować zabawę poprzez uderzenie, popchnięcie lub uszczypnięcie. Niektóre dzieci (jak Mały i Malutki) źle się czują zamknięte w czterech ścianach, za to kochają zabawy w błocie i piachu, inne (jak niegdyś Duży) unikają piachu i błota jak ognia i najlepiej się czują w pomieszczeniach.

Te różnice sprawiają, że między małymi dziećmi w tym samym wieku występują ogromne różnice w zakresie gotowości do przedszkola czy innej formy opieki zbiorowej. W Polsce utarło się, że dzieci rozpoczynają edukację przedszkolną we wrześniu roku kalendarzowego, w którym kończą trzy lata. Jednak tak nie musi być. Dziecko może pójść do przedszkola (lub żłobka) wcześniej albo później, może uczęszczać do „alternatywnej” placówki (np. przedszkola leśnego, Montessori, waldorfskiego itd.) lub też wcale nie korzystać z opieki zbiorowej (przedszkole w Polsce to opcja, przynajmniej do szóstego roku życia dziecka!).

Stuart Shanker, twórca Self-Reg, mawia, że każda społeczność ma unikalną ekspertyzę w dziedzinie własnej samoregulacji – a rodzina to najmniejsza społeczność. Jeśli masz możliwość podjęcia suwerennej decyzji w sprawie tego, czy i kiedy Twoje dziecko pójdzie do placówki, a także do jakiej i na ile czasu, to zrób to – Ty jesteś w tej kwestii ekspertem. Jeśli Twoja decyzja różni się od decyzji większości i podejmujesz ją świadomie, nie pozwól osobom postronnym, niemającym aktualnej wiedzy o rozwoju dzieci ani o Twoim konkretnym dziecku, a także o potrzebach i możliwościach Twojej rodziny (por. punkt 2) wpędzić się w wyrzuty sumienia. Tak, wiem, to trudne, sama tego nierzadko doświadczam, ale też wiem, że wyrzuty sumienia nikogo nie wspierają, a jedynie dodają napięcia i odbierają spokój.

2. Liczą się potrzeby wszystkich członków rodziny

Sądzę, że niewiele osób ma możliwość podjąć w sprawie przedszkola decyzję optymalną dla rozwoju dziecka. Wielu rodziców z różnych przyczyn (głównie finansowych i geograficznych) nie ma wyboru: dziecko może albo pójść do jedynego przedszkola w okolicy, albo zostać w domu z rodzicem – zwykle mamą – na kolejny rok (co czasem naraża owego rodzica na depresję i pogorszenie perspektyw rozwoju zawodowego, a rodzinę na zaciskanie pasa), ewentualnie przez kolejny rok zostać w domu z nianią (co nieprawdopodobnie drenuje rodzinny portfel – wiem coś o tym). Czasem rodzina stoi przed innym trudnym wyborem: może albo sfinansować optymalną, płatną edukację dla starszego, wrażliwego dziecka, albo wybrać „idealne” niepubliczne przedszkole dla mniej wrażliwego młodszego (to nasz przypadek obecnie: Duży rozkwitł w szkole społecznej, natomiast nie stać nas już na posłanie Malutkiego do wymarzonego „bliskościowego” przedszkola). Czasem finanse nie stanowią problemu, ale poranna logistyka uniemożliwia posłanie dzieci do upragnionej placówki (to dlatego żadne z moich starszych dzieci nigdy nie uczęszczało do typowo „bliskościowego” przedszkola). Czasem optymalnie byłoby odczekać kilka tygodni albo miesięcy na większą przedszkolną gotowość dziecka, ale ma ono zapewnione miejsce w przedszkolu publicznym pod warunkiem korzystania z niego od 1 września; jeśli to miejsce przepadnie, szanse na kolejne w przedszkolu publicznym w okolicy są bliskie zeru (mam pewne obawy, że tak może być z Malutkim teraz).

Świat nie jest idealny, nie mamy nieograniczonych środków, nie jesteśmy doskonale mobilni, mamy swoje ograniczenia. To bywa trudne i powoduje żal, wręcz żałobę. Dla mnie każda decyzja o wyborze czy zmianie przedszkola dla mojego dziecka była swego rodzaju kompromisem. Za każdym razem potrzebowałam opłakać tę niekoniecznie istniejącą (por. punkt 3) idealną placówkę, której powierzyłabym swoje dziecko bez cienia wątpliwości. Warto przeżyć tę żałobę, ale pogrążanie się w niej nikomu nie służy, raczej powoduje rosnące napięcie u rodziców i w efekcie u małego przedszkolaka (por punkt 5).

3. Przedszkole idealne nie istnieje i… nie jest potrzebne.

Każdy rodzic ma swoje wyobrażenia dotyczące tego, jak powinno wyglądać idealne przedszkole. Zależą one nie tylko od jego wiedzy i poglądów na wychowanie dziecka, ale też – czasem na poziomie nieświadomym – od osobistych doświadczeń z dzieciństwa. Niektórzy uważają przedszkole za zło, ponieważ mają traumatyczne wspomnienia sprzed 30 czy 40 lat i dlatego wybierają edukację domową lub demokratyczną (oczywiście nie twierdzę, że taka jest motywacja ogółu rodziców decydujących się na tę drogę edukacyjną!). Inni mają żal do swoich rodziców za to, że być może zaprzepaścili ich rozwojowe szanse, dlatego szukają placówki, która stawia na intensywny akademicki rozwój, zwłaszcza „zanurzenie” w języku obcym i wczesną naukę czytania i pisania. Rodzice dzieci z trudnościami sensomotorycznymi często wybierają przedszkola oferujące zajęcia lub terapię integracji sensorycznej; rodzice „duszący się” w dużym mieście stawiają na przedszkola leśne czy inne „zielone”; rodzice dzieci bardzo aktywnych i ruchliwych poszukują dużej oferty zajęć sportowych i na świeżym powietrzu. Rosnący odsetek rodziców oddaje wiele (także wiele materialnego i fizycznego komfortu) za możliwość posłania dziecka do placówki „bliskościowej”, której kadra jest przeszkolona w porozumieniu bez przemocy (NVC) czy Self-Reg. Żałoba po idealnym przedszkolu, o której pisałam w poprzednim punkcie, często dotyczy niemożności wyboru takiej właśnie pożądanej placówki.

Staram się pamiętać, że moje dziecko to nie ja, a więc to, co uważam za idealne przedszkole dla niego, wcale nie musi nim być. Znam dwie szokujące mnie relacje z tak zwanych bliskościowych przedszkoli, sama bardzo zawiodłam się na niepublicznym przedszkolu „dla wymagających”, a inne, wybrane przeze mnie ze względu na wiedzę nauczycieli o zaburzeniach sensomotorycznych, prawdopodobnie wzmocniło i tak już silną neofobię żywieniową (czyli niechęć do jedzenia nowych pokarmów) Dużego. Znaczna liczba zorganizowanych zajęć nie służy każdemu dziecku, a wręcz zaryzykuję tezę, że wiele maluchów po prostu rozregulowuje. Niektóre dzieci mogą nie odnaleźć się w przedszkolach „alternatywnych”; na przykład Duży swego czasu byłby potężnie zestresowany, przebywając przez kilka godzin dziennie w przedszkolu leśnym, narażony na stały kontakt z roślinami, ziemią, wiatrem i owadami (ja zresztą też). Ideały nie istnieją – znów truizm, ale chyba warto go powtarzać, skoro wielu rodziców spędza bezsenne noce, martwiąc się, że nie dali swojemu dziecku tego, co najlepsze! Może „wystarczająco dobre” przedszkole jest… wystarczająco dobre?

4. Relacja i poczucie bezpieczeństwa to podstawa.

Tym, co liczy się najbardziej dla małego dziecka jest jego poczucie bezpieczeństwa i dobra, oparta na więzi relacja z dorosłym opiekunem. To warunki konieczne tego, aby dziecko rozwijało się w optymalny dla siebie sposób i często bywało spokojne i uważne. Bez poczucia bezpieczeństwa i zaopiekowania dziecko „przełącza się” w tryb przetrwania (walki, ucieczki albo zamrożenia), w którym ma ograniczony dostęp do swoich zasobów. Szczególnie niekorzystne jest zamrożenie – stan bardzo wysokiego napięcia, w którym dziecko zachowuje się tak, żeby nikt nie zauważył, że istnieje, jak małe zwierzątko sparaliżowane ze strachu wobec drapieżnika, przed którym nie ma szans uciec ani się obronić. Taki stan kosztuje dziecko mnóstwo energii, a więc nie pozostawia jej zbyt wiele na naukę i ćwiczenie „energochłonnych” umiejętności i postaw: samokontroli, empatii, planowanie swoich działań, odraczanie gratyfikacji. To dlatego dziecko w trybie przetrwania zachowuje się gwałtownie i impulsywnie, a czasem agresywnie. Nie jest też skłonne do współpracy, a czasem też w sposób widoczny jakby zapominało nabytych niedawno umiejętności (np. samodzielnego ubierania się czy jedzenia, kontrolowania pęcherza itd.).

Zanim zaczniesz z przerażeniem zastanawiać się, czy dotyczy to też Twojego małego przedszkolaka, postaram się trochę Cię uspokoić. Łzy i smutek dziecka przy rozstaniu z rodzicem ani trudne zachowania po powrocie z przedszkola nie muszą oznaczać, że dziecko jest tam w trybie przetrwania i czuje się zagrożone. To naturalne, że rozstanie z najukochańszą osobą jest smutne, nawet jeśli w przedszkolu też jest fajnie. I to naturalne, że dziecko przy tej najukochańszej osobie jest w największym stopniu sobą, z całym repertuarem trudnych zachowań – zwłaszcza wtedy, gdy przez cały dzień musiało funkcjonować w grupie, a więc rezygnować po części ze spełniania swoich potrzeb w taki sposób, w jaki byłoby to możliwe z rodzicem, babcią czy nianią. Czas po przedszkolu to czas odreagowania, regeneracji, bycia przy sobie – podobnie, jak dla dorosłych czas po pracy. W domu każdy: zarówno przedszkolak czy uczeń, jak i rodzic chcą móc być sobą i robić różne rzeczy po swojemu, a ponieważ maluchy mają jeszcze mało rozwiniętą korę nową, czasem domagają się tego w niezbyt, hmmm, cywilizowany sposób. Jeśli nasilenie trudnych emocji czy zachowań nie wywołuje Twojego niepokoju, to dziecko prawdopodobnie czuje się w placówce bezpiecznie. Chcę mocno podkreślić, że nawet nauczycielka niemająca pojęcia o NVC, operująca zdaniami typu „nie płacz” albo „trzeba się dzielić”, może skraść serce Twojego dziecka i być dla niego bezpieczną przystanią w przedszkolu. Osobiście się o tym przekonałam, towarzysząc moim starszakom na etapie przedszkolnym.

A co, jeśli zrealizuje się czarny scenariusz: dziecku będzie w przedszkolu źle i z czasem sytuacja się nie poprawi? To niewątpliwie trudna sytuacja. Czasem wystarczy odczekać trochę czasu z ponowną próbą adaptacji w tej samej placówce, jeśli rodzina ma taką możliwość. Czasem chodzi o zbyt długi czas przebywania dziecka w przedszkolu i wystarczy – znów na miarę możliwości – odbierać malucha przed drzemką. Czasem można zmienić przedszkole. A jeśli nic z tego nie jest w danych warunkach wykonalne, to warto pamiętać te (niezbyt dokładnie przytoczone) słowa Stuarta Shankera: wystarczy jeden regulujący dorosły w życiu dziecka, aby osiągnęło ono inną trajektorię. Historia zna mnóstwo przypadków, kiedy dziecko z przemocowego domu osiągało szczęście i realizowało swój potencjał dzięki jednemu wspierającemu dorosłemu, na przykład nauczycielowi czy trenerowi. Tym bardziej działa to „w drugą stronę”: mimo fatalnego przedszkola dziecko może być szczęśliwe dzięki regulującemu i wyregulowanemu rodzicowi (por. punkt 5). Bądź tym rodzicem!

5. Spokój rodzica rodzi spokój dziecka

Nigdy nie przestanę podkreślać, jak ważny dla poczucia bezpieczeństwa i spokoju dziecka jest spokój rodzica. Pamiętasz, czym jest rezonans limbiczny? Przypomnę, że to zjawisko charakterystyczne dla ssaków stadnych i człowieka, polegające na „zarażaniu się” pobudzeniem i emocjami. Odbywa się to na podstawie komunikacji niewerbalnej: wyrazu twarzy, tonu głosu, napięcia mięśni, ale też prawdopodobnie w bardziej subtelny sposób, poprzez nieuświadomione wyczuwanie substancji chemicznych wydzielanych przez organizm drugiej istoty. Małe dzieci mają korę nową mózgu „w budowie”, natomiast świetnie wyczuwają emocje i zarażają się nimi, zwłaszcza od opiekunów. Zapewne pamiętasz sytuację, kiedy Twoje dziecko „bez powodu” jęczało od samego rana i potem uświadomiłaś sobie, że to Ty wstałaś lewą nogą i jesteś spięta i nieprzyjemnie pobudzona. Dziecko odzwierciedla Twoje nastroje, nawet jeśli bardzo się starasz, żeby je ukryć.

Rezonans limbiczny ma kolosalne znaczenie dla adaptacji przedszkolnej. Kiedy zestresowana i pełna obaw mama odprowadza malucha do przedszkola i żegna się z nim, czując łzy pod powiekami, nie sprzyja to poczuciu bezpieczeństwa dziecka w placówce. Warto więc wyregulować swoje trudne emocje, w razie potrzeby zwracając się po wsparcie do innych dorosłych. Ja ostatnio byłam pełna niepokoju i rozterek i nie znajdowałam zbyt dużo zrozumienia wśród dorosłych w moim otoczeniu. Pod wpływem stresu zaczęłam wierzyć, że wydziwiam, wymyślam problemy, nie chcę wypuścić Malutkiego spod swoich skrzydeł, nie wspieram jego samodzielności (bo zależy mi na powolnej, dostosowanej do dziecka adaptacji i bezpiecznym, wspierającym przedszkolu).

Niespodziewanie znalazłam ukojenie w kursie online „Adaptacja do przedszkola” Katarzyny Kalinowskiej i Gosi Stańczyk. Słuchanie przez siedem dni krótkich nagrań dotyczących różnych aspektów adaptacji oraz – co ważne – uzyskanie od prowadzących inspirującej i obszernej odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie wlało we mnie nadzieję i spokój. Przypomniałam sobie, co jest dla mnie ważne w rodzicielstwie, co chcę dać swoim dzieciom, co jest moją drogą. Gosiu i Kasiu, dziękuję!

To właśnie pod wpływem kursu postanowiłam nie ustalać jeszcze daty mojego webinaru „Jęki, krzyki, agresja – jak pomóc dziecku i sobie”. Przygotowuję go przy wsparciu merytorycznym Jagody Sikory, psycholożki dziecięcej i jednej z trzech w Polsce Facylitatorek Self-Reg. Jagoda to profesjonalistka, która oprócz wspierania dzieci w szpitalu, kształcenia przyszłych psychologów na uczelni oraz szkolenia “w realu” rodziców i specjalistów chce się dzielić swoją wiedzą i doświadczeniem także online. Webinar odbędzie się w październiku, ale nie potrafię określić dokładnie, kiedy. Czuję dyskomfort na myśl o tym, że dokładna data nie jest określona (stresor prospołeczny!), ale silniejszy dyskomfort czułabym, będąc zmuszona do zmiany zaplanowanej daty w sytuacji, gdyby adaptacja Malutkiego szła jak po grudzie i moje zasoby były na wyczerpaniu (stresory z obszaru: biologicznego, emocji, poznawczego i prospołecznego). Datę webinaru ustalę około połowy września. Możesz zapisać się na listę zainteresowanych, żeby w swoim czasie otrzymać te informacje i ewentualnie zapewnić sobie bilet w niższej cenie. Zaznaczam, że to webinar dla osób, które niewiele wiedzą o Self-Reg. Jeśli znasz kogoś takiego, proszę, podziel się z nim tą informacją. Dla bardziej zaawansowanych Jagoda i ja przygotujemy miniszkolenie o samoregulacji wrażliwego dziecka złożone z trzech webinarów, prawdopodobnie w listopadzie.

Przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl, którą chcę się z Tobą podzielić: spokój buduje się przez zaufanie – do dziecka, do siebie i do nauczycielek. Kiedy kilka dni temu kupowałam w drogerii chusteczki do nosa – element wyprawki Malutkiego – przyłapałam się na myśli: „A może by kupić na razie jedno pudełko zamiast sześciu na cały semestr?” (przedszkole prosi o sześć pudełek) „Może Malutki się tam nie odnajdzie i kupię te chusteczki na darmo?” Jest mi nieco wstyd, kiedy o tym piszę. Zawstydziłam się i wtedy, po czym zrozumiałam, że ta myśl wypływa z mojego niepokoju, a ten – z niewystarczającego zaufania do przedszkola. Spytałam siebie, czy chcę się tak czuć podczas adaptacji i zarażać tym Malutkiego. Odpowiedź to mocne „nie”. Kupiłam więc sześć pięknych, kolorowych paczek chusteczek i zaniosłam je dziś do przedszkola, symbolicznie dając kredyt zaufania nauczycielkom. Myślę, że znajdą klucz do serduszka Malutkiego