Droga świadoma mamo! Obserwuję Cię od dawna

Droga świadoma mamo! Obserwuję Cię od dawna

Droga świadoma mamo!

Obserwuję Cię od dawna. Decydujesz się na coaching ze mną, żeby zmieniać swoje schematy działania i ograniczające przekonania, lepiej poznać świat swoich emocji i poprawić jakość relacji z Twoimi dziećmi. Przychodzisz na moje warsztaty i wykłady na temat rodzicielskiego stresu i samoregulacji. Czytasz moje wpisy na blogu , komentujesz je i wysyłasz do mnie pełne osobistych refleksji wiadomości prywatne. Uczestniczysz w niezliczonych dyskusjach w rodzicielskich grupach na Facebooku. Czytasz tonę książek o różnych aspektach rodzicielstwa i o tym, jak wspierać dzieci, aby wyrosły im skrzydła. Przeżywasz mnóstwo dylematów w roli matki i kobiety łączącej różne życiowe role.

Towarzyszysz swoim dzieciom, podążasz za nimi i uważnie obserwujesz ich rozwój. Kiedy zauważasz, że przeżywają trudności, nie spoczniesz, dopóki nie znajdziesz najlepszego sposobu wsparcia ich. Jeśli trzeba, zgłaszasz się do profesjonalistów: lekarzy,  rehabilitantów, specjalistów w zakresie integracji sensorycznej, psychologów. W domu skrupulatnie realizujesz ich zalecenia, wplatając nie zawsze przyjemne ćwiczenia w codzienne czynności i zabawę. Dbasz o zdrową dietę oraz odpowiednią dawkę ruchu i stymulacji intelektualnej i wielozmysłowej. Stajesz na głowie, aby Twoje dziecko miało optymalne warunki rozwoju.

Wierzysz, że nie ma niegrzecznych dzieci i masz świadomość, że każde niewłaściwe zachowanie wynika z trudnych emocji, a te – z niezaspokojonych potrzeb. Stawiasz na wychowanie bez nagród i kar, które wspiera wewnątrzsterowność i karmi poczucie własnej wartości dziecka. Traktujesz swoje dzieci podmiotowo, z szacunkiem należnym odrębnemu małemu człowiekowi. Dajesz im przestrzeń i bezwarunkową miłość. A przynajmniej tak jest przez większość czasu, bo zdarza się, że…

Zdarza się, że zachowujesz się niezgodnie ze swoimi wartościami i ideałami. Kaliber Twoich „występków” bywa różny: może dajesz dziecku klapsa, może przytrzymujesz je mocniej, niż to jest niezbędne dla ochrony jego życia i zdrowia, może wykrzykujesz raniące słowa, może straszysz, szantażujesz, obrażasz się, gderasz, a może obiecujesz, że jeśli zje zupę, dostanie czekoladę. Dzieje się to wtedy, kiedy Twoje napięcie i obciążenie stresem wzrastają ponad poziom krytyczny, powyżej którego kora nowa Twojego mózgu nie działa w pełni sprawnie: samokontrola „puszcza”, a Twoim zachowaniem rządzą schematy zakodowane na wczesnym etapie Twojego życia. Otwierasz usta i, choć tego nie chcesz, komunikujesz się mało wspierający sposób: „Dlaczego ty znowu…?”, „Czy ty nigdy nie możesz…?”, „Masz natychmiast założyć buty, bo jak nie, to…!”.

Kiedy Twoje emocje opadną, odczuwasz ogromny wstyd. Przepraszasz dziecko, wyjaśniasz mu, co się z Tobą działo i postanawiasz poprawę: będziesz jeszcze lepszą, cierpliwszą matką. Powodowana wyrzutami sumienia, przesuwasz wtedy swoje granice czy też nie komunikujesz ich dziecku. W pewnym momencie Twoje napięcie znów przekracza krytyczny poziom i znów popełniasz macierzyńskie „wykroczenie”, i znów pojawia się wstyd i mocne postanowienie poprawy…

Uderza mnie to, jak bardzo się obwiniasz i jak wymagająca jesteś wobec samej siebie. Bez końca wyrzucasz sobie swoje matczyne potknięcia, analizując, co poszło nie tak. Twój krytyk wewnętrzny wygłasza mniej więcej takie przemowy: „Przecież przysięgałaś sobie, że stworzysz rodzinę, w której dzieci czują się ważne i kochane i że nigdy, przenigdy nie powtórzysz błędów i wpadek twoich rodziców. Przecież tyle czytasz, chodzisz na warsztaty dla rodziców, robisz kursy online. Przecież wiesz, jaką mamą chcesz być i jesteś bardzo zmotywowana. Wiesz to wszystko, a jednak znów nawaliłaś. Co się z tobą dzieje? Nie ogarniasz tego całego macierzyństwa. Biedne te twoje dzieci.”

Wiesz, co Ci umyka? To, że nie jesteś dzbanem bez dna. Nie można z ciebie bez końca nalewać zasoby małym istotkom, których potrzeby wydają się nie mieć końca, a emocje są rozbuchane i silnie przez Ciebie odczuwane. A może wcale Ci to nie umyka, może Twoja głowa to wie dzięki tym wszystkim książkom i warsztatom, ale nie umiesz tego przekuć w zmianę zachowania? Tak bardzo dbasz o swoje dziecko – a jak dbasz o swoją siebie? Może warto byłoby trochę bardziej zająć się sobą, tą małą dziewczynką w sobie, której potrzeby i emocje niekoniecznie były ważne dla rodziców i opiekunów i której potrzeby teraz są nadal na drugim albo wręcz na ostatnim miejscu…?

Jeśli chcesz pochylić się nad sobą, nad własną samoregulacją, to rozważ proszę udział w moim webinarze „Samoregulacja wrażliwej matki”. Informacje na jego temat znajdziesz pod tym linkiem. Zapraszam Cię serdecznie, ale też zachęcam, żebyś dobrze rozważyła, czy na pewno potrzebujesz kolejnej ekspertki, która opowie Ci, jak możesz nad sobą pracować. Może wcale tego nie potrzebujesz, bo przecież…

… przecież jesteś kompetentna. Jesteś mądra. Jesteś ok. Jesteś kompetentna nawet, jeśli czasem (często?) czegoś nie potrafisz, nie wiesz, nie umiesz i potrzebujesz wsparcia bliskiej osoby lub profesjonalisty. Jesteś mądra nawet, jeśli zdarza się, że Twoja intuicja Cię zawiodła i ktoś wiedział lepiej, czego potrzebuje Twoje dziecko. Jesteś ok nawet, jeśli nie zawsze postępujesz w zgodzie ze swoimi wartościami i najlepszą wiedzą. JESTEŚ. WYSTARCZAJĄCO. DOBRĄ. MAMĄ. W ogóle jesteś wystarczająco dobra taka, jaka jesteś.

Spójrz proszę w lustro i uśmiechnij się do samej siebie. A potem zastanów się, co by Ci sprawiło przyjemność i jest dostępne przy odrobinie wysiłku oraz dobrej woli osób Ci bliskich – i zrób to dla siebie. W końcu dziś Twoje święto!

Jak działają nagrody: domowe studium przypadku

Znów życie podsunęło mi temat wpisu: w minionym tygodniu Duży miał okazję zaobserwować, jak na jego motywację działają nagrody. Od dawna planuję napisanie dłuższego, merytorycznego postu o wychowaniu bez nagród i kar, ale jeszcze nie poukładałam sobie moich przemyśleń na ten trudny dla mnie temat. Dlaczego trudny? Bo w naszej rodzinie wychowanie bez kar i nagród nie ma szans na pełną realizację ze względu na różnicę zdań między mną a Mężem. Ów długi wpis powoli dojrzewa w mojej głowie, a dziś proponuję Wam jedynie krótkie, ale wymowne studium przypadku.

Duży “od zawsze” był zapalonym czytelnikiem. Już jako czteromiesięczne niemowlę zastygał w bezruchu, kiedy czytałam mu wiersze Brzechwy i były to jedyne chwile w stanie czuwania, kiedy pozostawał w bezruchu. Kilka miesięcy temu nauczył się czytać i z każdym tygodniem i miesiącem czytał coraz dłuższe teksty. Robi to codziennie, czasem zaczytuje się w nieodpowiednim miejscu lub czasie, ale nawet wtedy cieszy mnie ta jego pasja. Kilkanaście dni temu po powrocie z naszej dzielnicowej biblioteki zamknął się w gabinecie ze stustronicową lekturą i, nie licząc krótkiej przerwy na wizytę w toalecie, wyszedł z niego dopiero po przeczytaniu całości. Czytanie go zaciekawia i wycisza – to jedna z aktywności, które obniżają jego, zwykle nadmierny, poziom pobudzenia, pozwalając mu osiągnąć spokój.

W miniony poniedziałek Duży wrócił ze szkoły z nowym zadaniem domowym.
– Mamo, teraz muszę codziennie czytać przez dziesięć minut – oświadczył z determinacją.
– Dziesięć minut? Przecież codziennie czytasz dużo dłużej – zdziwiłam się.
– Tak, ale teraz jest za to nagroda. Tu jest taka kartka, ty lub tata będziecie codziennie podpisywali się na tych kółkach, że czytałem przez dziesięć minut i kiedy uzbieram wszystkie podpisy, dostanę (…)”. (Tu padła nazwa nagrody, którą była maskotka z pewnej sieci dyskontów – to akcja czytelnicza tego dyskontu.)

Nie spodobało mi się to, ale ugryzłam się w język i postanowiłam obserwować rozwój wydarzeń. A oto i on: w poniedziałek Duży czytał przez dokładnie dziesięć minut, po czym przybiegł do mnie z kartką po podpis i tego dnia więcej nie zajrzał już do książki. We wtorek sytuacja się powtórzyła. W środę Duży zapodział gdzieś kartkę z podpisami i wpadł w rozpacz, że przez to nie dostanie nagrody. Tego dnia nie czytał w ogóle i był rozdrażniony. W czwartek kartka się odnalazła i Duży dla odmiany wpadł w rozpacz, że nie czytał w środę i przez to stracił jeden podpis, a więc nagrodę zdobędzie o jeden dzień później. Rzuciłam tylko: „Zobacz, co ci robi ta kartka”.

Duży przemyślał sprawę i w końcu oznajmił: „Przez te głupie podpisy i nagrody czytanie przestało być przyjemnością”. Postanowił, że będzie czytał tyle, ile chce, a kartkę przeznaczoną do zbierania podpisów rodziców wyrzuci. W piątek poinformował o swojej decyzji wychowawczynię. Powoli wraca do czytania z przyjemnością.

Myślę, że ta historia nie wymaga komentarza. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wspomniała, że wnioski z naszego naturalnego eksperymentu są zgodne z wnioskami z badań naukowych, o których napiszę w owym długim wpisie.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “ex libris” (CC BY 2.0) by Roger Salz

O bliskości i sensownych zajęciach

Pierwszy szkic tego wpisu powstał w lutym bieżącego roku i od tamtej pory ewoluował. Tego dnia odwiedziła mnie bezdzietna, młodsza ode mnie o parę lat znajoma – powiedzmy, Gosia. Jest pozytywną, mądrą, poukładaną kobietą, która wie, czego chce od życia i konsekwentnie spełnia swoje marzenia, a przy tym pomaga innym ludziom. Ma pięcioro rodzeństwa, wychowała się na wsi w dość skromnych warunkach. Malutki miał wtedy trzy miesiące i wydawało mi się, że jest jeszcze bardziej wymagającym niemowlęciem, niż swego czasu Duży: niemal nie dawało się go odkleić od mojego ciała (lub ciała innego dorosłego). Siedząc na fotelu z niemowlakiem śpiącym w moich objęciach, spytałam ją, czy jej mama też tak godzinami przesiadywała ze swoimi maluchami. Gosia roześmiała się serdecznie i odpowiedziała:
– Nieeeeee, maluchy były karmione, przewijane i odkładane do kołyski, a jeśli płakały dalej, to dostawały smoczek.
– A jeśli nie umiały ssać smoczka?
– Umiały.
– A mama nie nosiła ich w chuście?
– Nie, prawie w ogóle ich nie nosiła. Nie miała na to czasu, w domu i w gospodarstwie było mnóstwo pracy. Czasem starsze dzieci przez chwilę nosiły i kołysały maluchy.

Zamyśliłam się, wspominając, ile wieczorów spędziłam przykuta do łóżka czy fotela z moimi nieakceptującymi smoczka dziećmi przy piersi. Każda próba odebrania im piersi kończyła się rozpaczliwym płaczem czy wręcz histerią. Nigdy nie miałam sumienia pozwolić im płakać samotnie w łóżku. W efekcie przeleżałam tak bądź przesiedziałam większość wieczorów w ciągu 1,5-2 pierwszych lat życia zarówno Dużego, jak i Małego. Poniewczasie dowiedziałam się, że ta ogromna potrzeba ssania przez sen mogła być związana z obniżonym napięciem mięśniowym starszaków w obrębie jamy ustnej. Pod wpływem rozmowy z Gosią zastanowiłam się, co by było, gdyby moje starszaki urodziły się w jej rodzinie. Jej mama absolutnie nie mogła sobie pozwolić na takie przesiadywanie w fotelu. Ona i jej rodzeństwo nie wyglądają jak ofiary kortyzolu zalewającego i niekorzystnie kształtującego mózg niemowląt, na których płacz nikt nie reaguje.

Po chwili pomyślałam o Małym, który od ostatnich tygodni mojej ciąży z Malutkim był bardzo labilny. Będę o tym wkrótce pisać w kontekście tropienia stresorów. Wynikało to po części z jego wieku (nie ma bardziej labilnego stworzenia, niż dziecko w czwartym roku życia!), po części z jego kondycji zdrowotnej (miał silny przerost trzeciego migdała, we wrześniu został ostatecznie zoperowany), a po części z tego, że został starszym bratem. Chwilę przed wizytą Gosi Mały długo krzyczał i płakał, bo podałam mu wodę w zielonym kubku (“Mamo, on jest strasznie głupi i OB-LEŚ-NY!!!”), choć jeszcze dzień wcześniej jego motto brzmiało: “Zielony, mój ulubiony”. Spytałam więc Gosię:
– A co twoja mama robiła w sytuacji, kiedy trzylatek wpadał w rozpacz, bo dostał wodę w niewłaściwym kubku?
– Nie przypominam sobie takich sytuacji.
– No dobrze – nie ustępowałam. – A co by zrobiła, gdyby taka sytuacja zaistniała?
– Pewnie by spytała: “Pijesz czy nie pijesz?” i albo dziecko by wypiło, albo zabrałaby kubek. Chyba wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę i nie robiliśmy takich scen.
– A nie czułaś się przy tym wszystkim mało ważna? Przecież mama poświęcała ci pewnie bardzo mało czasu sam na sam, jeśli w ogóle. Nie brakowało Ci bliskości?
– Nie. Wiedziałam, że jestem ważna, bo byłam potrzebna. Pomagałam mamie w domu i gospodarstwie, opiekowałam się młodszym rodzeństwem. Poza tym wiedziałam, że mama jest blisko. Jeśli jej nie widziałam, to była w kuchni, w oborze, na polu. Wiedziałam, że zawsze mogę do niej podejść, porozmawiać, przytulić się. Była zajęta od rana do nocy, ale widzieliśmy, ja i moje rodzeństwo, że nie zajmuje się nie wiadomo czym. Robiła same sensowne rzeczy, potrzebne nam wszystkim, na przykład przygotowywała jedzenie. Do głowy by nam nie przyszło, żeby jej w tym przeszkadzać jakimiś awanturami o kubek.

“Robiła same sensowne rzeczy” – wracałam do tego myślami wielokrotnie w ciągu ostatnich miesięcy. Mama Gosi z pewnością nie czytała mądrych książek na temat rozwoju dzieci, bazujących na najnowszych badaniach z dziedzin psychologii i neurobiologii. Nie uczyła się mozolnie, jak należy wspierać dziecko w rozwoju, aby rozwinęło skrzydła. Nie stosowała technik takich, jak odzwierciedlanie uczuć (“Kochanie, widzę, że jesteś rozczarowany i zirytowany, bo chciałeś dostać niebieski kubek, a ja ci dałam zielony”), aby dziecko zyskało wgląd we własne emocje. Nie stosowała siedmiu filarów rodzicielstwa bliskości. Jednak BYŁA BLISKO, dostępna, zajęta sensownymi w oczach dziecka zadaniami, gotowa w każdej chwili na kontakt.

Świat popędził naprzód i obecnie wiele zajęć, które rodzice uważają za sensowne, w oczach dzieci przypomina raczej eksperyment z kamienną twarzą Tronicka. Pisałam o nim w poście o negatywnym zniekształceniu poznawczym. Przypomnę, że  matki bawiły się ze swoimi ośmiomiesięcznymi dziećmi i w pewnym momencie na dwie minuty przestawały na nie reagować, co powodowało potężny stres u maluchów. Moja praca zawodowa, a także rozwój osobisty w dużej mierze sprowadzają się do czytania i pisania czegoś przy użyciu laptopa bądź smartfona oraz (coraz rzadziej) – czytania książek i robienia odręcznych notatek. Dla malutkiego dziecka takie zachowanie rodzica jest niezrozumiałe, a wręcz przerażające: mama czy tata wpatrują się z uwagą w coś migającego, nie zauważając swojego synka czy córeczki. Treść rozmowy z Gosią wyjaśnia, dlaczego moje dzieci bawią się zgodnie, kiedy kroję warzywa na zupę lub sortuję pranie, ale natychmiast przybiegają i domagają się w krzykliwy sposób mojej uwagi, kiedy chcę popracować chwilę przy użyciu laptopa. Rozumiem to, a jednocześnie trudno mi jest zrezygnować z tych sensownych dla mnie zajęć: pisania bloga, nauki Self-Reg na kursie MEHRIT Centre, moderowania grupy “Self-Reg dla rodziców” na Facebooku. Dlatego robię to nocami, w przelocie albo nad głową śpiącego Malutkiego. Niestety, ostatnio kosztem snu i zdrowia…

Lubię te moje zajęcia, ale pilnuję, aby nie zdominowały mojego życia rodzinnego. Chcę być nie tylko fizycznie blisko moich dzieci, lecz naprawdę BLISKO, gotowa na kontakt, ciekawa tego, co się dzieje w ich głowach. Czasem przyłapuję się na tym, że tak nie jest i to mnie zawstydza. Czasem czuję się śmiertelnie znudzona kolejną zabawą w policjantów z drogówki. Czasem opędzam się od dzieci, bo chcę w spokoju poczytać książkę, artykuł albo wpis na blogu o rozwoju dziecka albo powspierać obcą osobę na Facebooku. Czy to bardzo źle? Czy moje dzieci widzą matkę z kamienną twarzą, czy po prostu matkę, która czasem chce od nich odpocząć? Od dawna się nad tym zastanawiałam.

Dziś Duży (notabene w krótkiej przerwie od jęczenia) powiedział mi coś, co mnie uskrzydliło i bardzo poruszyło. Zaczął tak:
– Wiesz, mamo, opowiadałem dziś dzieciom w przedszkolu, że Malutki kończy dziś rok, ale nikt nie był zbyt zainteresowany.
– Wiesz, synu – odpowiedziałam – ludzi tak naprawdę najbardziej interesują oni sami. Jeśli będziesz opowiadał o sobie, to niektórzy posłuchają z zainteresowaniem, ale większość nie. Ale jeśli będziesz zadawał ludziom pytania o nich samych, to większości bardzo się spodoba taka rozmowa.
– Ale ty jesteś inna niż większość. Ty jesteś ciekawa ludzi. Zawsze słuchasz uważnie i pytasz, i naprawdę chcesz wiedzieć, jak się czujemy i co u nas słychać.

Czy można usłyszeć coś piękniejszego od własnego dziecka? Chyba moi synowie czują, że chcę być BLISKO. Chcę być blisko nich i duchem, i ciałem: przedwczoraj skończył się mój urlop rodzicielski, ale nie wracam na razie do pracy – choć sensownych zajęć mi nie brakuje…

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Mother and baby pick leafy vegetables in the rural Efate island in Vanuatu” (CC BY-NC-ND 2.0) by Bioversity International

Self-Reg, część 15: Czy warto panować nad emocjami?

Ponad dwa tygodnie temu podczas uroczystości w przedszkolu Małego wydarzyło się coś, co skłoniło mnie do refleksji na temat samokontroli i samoregulacji w obszarze emocjonalnym. Ten wpis jest streszczeniem części wykładu na temat “eMOCja, czyli jak pomóc dziewczynkom w rozwoju samoświadomości”, który wygłosiłam 14 października podczas pierwszej w Polsce Konferencji Wszystkich Dziewczynek. Chciałam opublikować niniejszy post w dniu konferencji, ale ostatnio tyle się działo w obszarze Self-Reg, że dopiero dziś mi się to udało. W ostatnim czasie, oprócz wygłoszenia wspomnianego wykładu, (1) ukończyłam szkolenie z podstaw Self-Reg w MEHRIT Centre i jestem teraz drugim po Natalii Fedan “czempionem Self-Reg” w Polsce; (2) rozpoczęłam szkolenie na poziomie 2 w MEHRIT Centre, (3) przygotowuję się do poprowadzenia sześciotygodniowego stacjonarnego warsztatu na temat Self-Reg (są jeszcze cztery wolne miejsca), (4) wspierałam Natalię Fedan i Agnieszkę Sochar w prowadzeniu trzeciej edycji kursu online “Odstresowany rodzic”, (5) udzieliłam wywiadu portalowi tatento.pl, (6) wypowiedziałam się przez pryzmat Self-Reg na temat lawiny prac domowych zadawanych uczniom w Polsce na potrzeby artykułu na portalu parenting.pl. Uff! A to jeszcze nie koniec. Na dokładkę przedwczoraj rozpoczęłam podyplomowe studia w zakresie coachingu i mentoringu. Wybaczcie zatem, że wpisy na blogu pojawiają się rzadziej, niż bym sobie życzyła. Po tej dygresji wracam do mojego tematu.

Podczas przedszkolnej uroczystości stojące w półokręgu czterolatki śpiewały piosenki i recytowały wierszyki. Wszystkie poza jednym. Stojąca pośrodku półokręgu dziewczynka niemal przez cały czas rozpaczliwie płakała. Nie byłam w stanie skupić się na uśmiechniętym Małym, który machał do mnie i przesyłał mi całuski, bo całym sercem byłam z tą dziewczynką. Nie wiem, czy jej rodzice byli na widowni. Jeśli byli, to może nie reagowali dlatego, że znają swoją córeczkę i wiedzieli, że poczuje się jeszcze gorzej, jeśli zaczną ją uspokajać? Albo chcieli zareagować, ale stresowała ich myśl, że przerwą występ? Nie wiem też, dlaczego żadna z wychowawczyń nie podeszła do małej, nie przytuliła jej, nie szepnęła do ucha paru wspierających słów. Może obie były zbyt przejęte pierwszym występem dwudziestki swoich podopiecznych, aby empatycznie zająć się jedną dziewczynką? A może i rodzice, i wychowawczynie uważali, że występ to nie powód, żeby się mazać i nie chcieli “nagradzać” tego niepożądanego zachowania?

Obserwowanie łez tej dziewczynki było dla mnie trudne. Szczególnie przykro było mi, kiedy dzieci śpiewały “Kto jest beksą i mazgajem, ten się do nas nie nadaje, niechaj w domu siedzi sam! Ram tam tam, ram tam tam”, wygrażając palcami owym beksom i mazgajom. Ja, dorosła kobieta siedząca na widowni, zupełnie niezwiązana z tą dziewczynką, przeżywałam duży stres, bo tak silnie rozwinęła się moja empatia pod wpływem doświadczenia macierzyństwa i rozwoju osobistego. Jak czuła się ta mała? Mogę tylko zgadywać… (Na marginesie, z punktu widzenia Self-Reg przeżywałam stres w obszarze prospołecznym: silne i/lub trudne emocje innych osób to stresor z tego obszaru. Dziewczynka natomiast przeżywała stres w obszarze społecznym i przede wszystkim emocjonalnym. O obszarach stresu pisałam w tym poście.)

Kulminacją uroczystości było pasowanie każdego dziecka na przedszkolaka przez panią dyrektor. Dziewczynka już się uspokoiła, a kiedy przyszła jej kolej na pasowanie i wręczenie dyplomu, uśmiechnęła się nieśmiało. W reakcji na to pani dyrektor powiedziała: “Jestem z ciebie bardzo dumna. Cały czas wierzyłam, że w końcu się uśmiechniesz”.

Jaką lekcję wyniosła ta dziewczynka z uroczystości, zakładając, że czegoś ją to doświadczenie nauczyło? Nie wykluczam, że był to dla niej niewiele znaczący epizod i zapamięta tylko radość z pasowania i to, że pani dyrektor była z niej dumna. Być może z czasem zapomni tę uroczystość – w końcu nie pamiętamy wszystkiego, co wydarzyło się, kiedy mieliśmy cztery lata. Nie można jednak wykluczyć, że występ okaże się dla niej znaczącym wydarzeniem, które nauczyło ją (lub potwierdziło wstępnie ukształtowany pogląd), że niektóre emocje i niektóre sposoby ich okazywania są nie na miejscu. Nie wypada płakać podczas występu; nawet, jeśli chce nam się płakać, powinniśmy “ogarnąć się” i pokazać światu uśmiechniętą twarz. W końcu tak funkcjonują dorośli w naszej zachodniej kulturze. Coś mi podpowiada, że właśnie taką lekcję chciała przekazać dziewczynce kadra przedszkola.

Opisywane przeze mnie wydarzenie to przykład tego, jak traktowane są silne i/lub trudne emocje zgodnie z paradygmatem samokontroli. Ów paradygmat – pisałam o nim w tym artykule – jest od starożytności jednym z filarów zachodniej cywilizacji. W obszarze emocjonalnym nakazuje on, aby momentalnie zauważać, że odczuwa się silne i/lub trudne emocje (np. wściekłość, euforię, żal, strach), a następnie siłą woli i rozumu co najmniej powstrzymać się od ich żywiołowego okazania, a najlepiej – przestać je odczuwać. Dobrze wychowany człowiek jest opanowany: nie skacze i nie krzyczy z radości, nie okazuje zazdrości, w większości sytuacji nie płacze. Emocje są widziane jako dzikie popędy, które trzeba okiełznać mocą rozumu. Należy trenować w tym dziecko od najmłodszych lat z uwzględnieniem różnic między płciami: chłopaki nie płaczą, dziewczynki się nie złoszczą, bo złość piękności szkodzi.

W ujęciu Self-Reg panowanie nad emocjami zużywa energię i dlatego warto przede wszystkim uczyć się samoregulacji w obszarze emocjonalnym. Składa się ona z trzech “R”: recognise, reduce, restore, czyli: rozpoznawania stresorów, redukcji stresu oraz regeneracji. Odwołując się do przykładu z przedszkolnej uroczystości: wychowawczyni, mama czy tata mogli przytulić dziewczynkę, może stanąć razem z nią czy kucnąć nieco z boku, nazwać jej emocje i spytać, co by jej pomogło. Być może chciała tylko trzymać kogoś bliskiego za rękę albo usłyszeć zapewnienie, że nie musi śpiewać, jeśli nie chce. Po uroczystości należało zadbać o to, by mała naładowała akumulatory, jedząc pożywny posiłek, robiąc coś przyjemnego z rodzicami, idąc odpowiednio wcześnie spać. To tylko moje pomysły na regenerację malucha: wiem, że Małemu to by pomogło, ale każde dziecko jest inne.

To wszystko nie znaczy, że Self-Reg odrzuca samokontrolę jako nieprzydatną albo szkodliwą. Owszem, bywa ona przydatna i pożyteczna, choćby wtedy, kiedy mamy ochotę zdzielić pięścią przełożonego albo wykrzyczeć naszemu dziecku, że najchętniej wyszlibyśmy z domu i nigdy nie wrócili. Kluczowe jest to, co podkreśla Stuart Shanker: to samoregulacja umożliwia skuteczną samokontrolę, a nie odwrotnie. Kiedy dbamy o utrzymanie odpowiedniego poziomu energii, wystarcza nam jej na to, aby nawet w trudnych warunkach zachować się w sposób akceptowalny społecznie. Kiedy natomiast o nią nie dbamy, czasem samokontrola “puszcza” i wszyscy się dziwią, dlaczego ten tak zawsze spokojny i opanowany człowiek urządził dziką awanturę przy świątecznym stole albo pobił kolegę z pracy.

Chciałabym dodać jeszcze jedno: nie ma niewłaściwych emocji, a te trudne stają się łatwiejsze, kiedy dajemy sobie na nie przyzwolenie. Cenną umiejętnością, którą powoli i (dosłownie) w bólach w sobie wykształcam, jest “wchodzenie” w emocje w chwili, kiedy się pojawiają. Jest to istota podejścia opartego na uważności (mindfulness), o którym pisałam jakiś czas temu. Kiedy pojawia się jakaś przykra emocja, zamiast ją stłumić, zagadać, odwrócić od niej swoją uwagę podjęciem jakiejś czynności albo przykryć inną emocją (np. złością – w tym mam wieloletni trening…), skupiam na niej całą uwagę. Emocja jest wtedy jak fala: wzbiera, osiąga trudne do zniesienia apogeum (to jest ten moment, w którym często się poddaję) i opada aż do całkowitego wypłaszczenia. Niektórzy twierdzą, że cały ten proces trwa jedynie 90 sekund. Trudno mi się do tego ustosunkować, bo ten nieznośny moment (kilka-kilkanaście sekund?) trwa dla mnie całe wieki. Najczęściej właśnie wtedy robię to, co stało się moim nawykiem, czyli “biję pianę” (myślami, słowami, działaniem, innymi emocjami) i w efekcie rozpryskuję falę dookoła. To przez owo bicie piany trudne emocje są tak trudne. Dotychczas kilkanaście razy udało mi się przetrwać ten najtrudniejszy moment apogeum trudnej emocji. Efektem jest głęboki spokój i poczucie lekkości. Spróbujcie!

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Crying girl” (CC BY 2.0) by daily sunny

 

Warto odpuścić dziecku

Wczoraj wieczorem czułam się podle. Mąż zabrał Małego na wyczekiwaną od dawna wizytę u renomowanego laryngologa. Miałam nadzieję, że zmiana diety i te wszystkie zabiegi oraz kuracje, które zastosowaliśmy w ostatnich miesiącach, zmniejszą trzeci migdał Małego tak, że operacja będzie niepotrzebna. Fiberoskopia wykazała jednak, że trzeci migdał nadal zajmuje 75% światła gardzieli, a dodatkowo migdałki gardłowe powiększyły się ponad miarę. Lekarz stwierdził, że niepotrzebnie czekaliśmy z operacją. Jej termin – najbliższy możliwy, w prywatnej placówce – wyznaczono na… czwarte urodziny Małego w październiku. Na myśl o moim małym synku spędzającym urodziny na stole operacyjnym, odpływającym w przerażający mnie stan znieczulenia ogólnego, miałam łzy pod powiekami.

W pewnym momencie do kuchni, gdzie przygotowywałam kolację, wkroczył Duży. Akurat miał przerwę w zabawie, więc powiedziałam, że to dobry moment, żeby się umył.
– Nie będę się mył! Nienawidzę się sam myć! Ty mnie umyj, natychmiast, słyszałaś? No już, na co czekasz? Rozkazuję ci! – warknął Duży.
Od dawna tak się do mnie nie odzywał. Spojrzałam na niego uważnie. Stał przede mną, taki mały i duży jednocześnie, patrząc na mnie wyzywająco i czekając w napięciu na to, jak zareaguję. Byłam przybita i zniechęcona, zajęta swoimi emocjami, ale coś mi podpowiedziało, że on jest w takim samym stanie i potrzebuje mojej łagodności.
– Kiedy tak do mnie mówisz, nie mam ochoty na współpracę. Ale jeśli ci bardzo zależy, umyję cię – powiedziałam spokojnie i lekko.
– Dzięki, mamo – bąknął wyraźnie zawstydzony Duży i przytulił się do mnie. – Zależy mi. I przepraszam.

Cieszę się, że zareagowałam tak łagodnie. Kiedy go myłam, coś się w nim odblokowało i popłynęła opowieść: że Kajtek zawsze się rządzi podczas gry w piłkę; że dziś Antek chciał być napastnikiem, a Kajtek kazał mu stać na bramce i Antek się posłuchał, a przecież Antek nigdy nikogo nie słucha, sam chce wszystkimi rządzić! Że przecież to nie jest Kajtka piłka, ale przedszkolna, a wszystkie dzieci i tak się go słuchają i to nie fair. Że on sam, Duży, czasem mówi, że nie będzie grał tak, jak Kajtek mu każe i wtedy wszystkie dzieci grają, a on stoi sam z boku. Dlaczego te dzieci tak się go słuchają? Że tak w ogóle, to on nie umie tak dobrze grać w piłkę, jak niektóre dzieci i woli biegać, bo to mu dobrze wychodzi, ale nie lubi biegać sam. Choć akurat dziś Staś też nie grał i z nim biegał i to było fajne. Staś szybciej biega po trawie, a on sam po twardym, ciekawe, dlaczego? Mamo, dlaczego tak jest z tym Kajtkiem?

Gdybym zareagowała ostro na jego nieprzyjemne słowa, straciłabym szansę na autentyczny kontakt z moim synem. Mogłam “postawić granicę” i powiedzieć, że sorry, ale po takich słowach na pewno go nie umyję, zresztą robię kolację, a on umie sam się myć. Jestem pewna, że wtedy ja sama pozostałabym w kuchni zirytowana i najeżona, a on jeszcze tego samego wieczoru wdałby się w awanturę z Małym oraz sprowokował spięcie z Mężem. A przede wszystkim – pozostałby sam ze swoim zmartwieniem, poczuciem wyizolowania i niezrozumienia tego, jak działa jego przedszkolna grupa.

Wysłuchałam go z pełną uwagą i empatią i to wiele dało zarówno jemu, jak i mnie samej. Opowiedziałam mu o kilku swoich podobnych doświadczeniach i przemyśleniach na ten temat. Powiedziałam, że nie musi bawić się w coś, na co nie ma ochoty tylko dlatego, że wszyscy to robią i że rozumiem, że to czasem bardzo trudne – być samemu przeciwko grupie. Skoro jednak Staś chętnie z nim biegał, to może i inne dzieci tak naprawdę wolałyby robić coś innego, niż grać w piłkę? Może warto to sprawdzić? Powiedziałam też, że moim zdaniem można robić coś z przyjemnością nawet, jeśli nie jest się w tym dobrym (na przykład ja nie pływam zbyt dobrze, a bardzo to lubię), ale też jest tak, że jeśli coś nam dobrze wychodzi, to zwykle to lubimy. Ustaliliśmy więc, że poprosimy Męża, żeby w każdy weekend grał z Dużym w piłkę. Dzięki temu Duży będzie czuł się pewniej podczas gry z kolegami i będzie mógł się zorientować, czy lubi piłkę, czy to jednak nie dla niego. Sama poczułam podczas tej rozmowy radość, ulgę i poczucie wspólnoty z moim synem. Zamiast zamartwiać się Małym, mogłam posłuchać Dużego, cieszyć się jego zaufaniem, dać mu wsparcie. Same korzyści!

Naprawdę warto słuchać swojego serca i nie przejmować się nadmiernie tym, co “powinniśmy” robić jako rodzice. Według wielu osób powinnam była dać Dużemu odczuć przykre konsekwencje tego, że odezwał się do mnie w tak nieprzyjemny sposób. To niedopuszczalne, że sześciolatek tak się zachowuje wobec matki – co będzie, kiedy będzie miał szesnaście lat: pobije mnie? Odpowiadam: nie, nie pobije. Myślę raczej – a przynajmniej mam nadzieję – że przyjdzie do mnie ze swoim zmartwieniem, że tyle osób w klasie spróbowało już dopalaczy, a on uważa, że to głupie, a jednocześnie czuje się odizolowany i mu z tym źle. Z drugiej strony kluczowe jest to, że w danej sytuacji miałam zasoby – chęć i siłę – aby być dla Dużego łagodną. Ważny był ten moment zatrzymania, nabrania oddechu przed odpowiedzią na zaczepne słowa mojego pierworodnego, poszukania w sercu, co czuję i czego chcę. Gdybym znalazła tam złość i niechęć, to zajęłabym się sobą i odprawiła Dużego z kwitkiem, bo łagodność musi wypływać z serca, trudno się do niej przymusić. To z kolei stanowiłoby dla Dużego lekcję, że żądanie czegoś nieprzyjemnym tonem nie jest najlepszą strategią uzyskania tego czegoś. Tracy Hogg, moje antyguru, nazwałaby moją postawę przypadkowym rodzicielstwem i brakiem konsekwencji. A ja wierzę, że konsekwencja jest przereklamowana. Wierzę w moc relacji i postępowania w zgodzie ze sobą, a także w to, że zawsze warto się rozwijać, a trudne sytuacje traktować jako lekcje. To chyba kwintesencja mojego rodzicielstwa.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “another day” (CC BY 2.0) by ||read||

Self-reg, część 4: Jak kształtujemy mózgi naszych dzieci

W moim czwartym poście na temat self-reg opowiem o tym, dlaczego ta metoda stanowi naukowe podwaliny rodzicielstwa bliskości. Ponownie podkreślam, że nie jestem psychologiem, neurobiologiem czy lekarzem, jeśli więc specjaliści znajdą w moich wywodach błędy i nieścisłości, będę bardzo wdzięczna za ich wskazanie. Przypominam, że pierwszy post z tego cyklu dotyczył pięciu obszarów stresu, w drugim opisałam, o co chodzi w metodzie self-reg, a w trzecim opowiedziałam o sytuacji, w której udało mi się w zdrowy sposób wyregulować samą siebie. A już wkrótce powrócę do mojego cyklu postów na temat złości.

Szczególną cechą gatunku ludzkiego jest tzw. wtórna bezradność (ang. secondary altriciality), która sprawia, że ludzkie niemowlę jest ekstremalnie wrażliwe na skutki porzucenia przez opiekunów. Człowiek rodzi się całkowicie bezradny – przez długi okres nie potrafi sam się przemieszczać ani zdobywać pożywienia, zatem warunkiem jego przetrwania jest stała opieka dorosłego opiekuna. Nie to jest w nas wyjątkowe – podobnie bezradne są liczne gatunki ssaków, np. koty czy myszy. Jednak w ich przypadku natura zadbała o mechanizm kompensacyjny w postaci dużego miotu: z wielu urodzonych szczeniąt czy myszek któreś najprawdopodobniej przeżyje. Ludzki “miot” jest natomiast tak mało liczny, jak miot ssaków, które przychodzą na świat w dużej mierze samodzielne i mogą przeżyć bez dorosłego osobnika, jak sarny czy konie. Z ewolucyjnego punktu widzenia powinniśmy więc szybko wyginąć jako gatunek. Dlaczego tak się nie stało? Bo Matka Natura wyposażyła nas w szczególny mechanizm kompensacyjny.

Wtórną bezradność ludzkiego gatunku kompensuje więź między niemowlęciem a jego dorosłym opiekunem, która jest niezwykle silnym biologicznym (tak!) mechanizmem. Tę więź buduje szereg zachowań i odruchów zarówno po stronie niemowlęcia, jak i matki czy w ogóle dorosłych. Ludzki noworodek widzi bardzo słabo, ale żywo reaguje na wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu przypomina ludzką twarz. Pewien eksperyment pokazał, że noworodki w ogromnym skupieniu wpatrywały się w kropki i kreski ułożone tak, aby tworzyć zarys oczu, nosa i ust, a traciły zainteresowanie obrazkiem, jeśli ułożono je w inny wzór. Nowonarodzony człowiek potrafi też imitować mimikę pochylonego nad nim dorosłego – w ślad za nim wysuwa język czy otwiera szeroko usta. Z kolei dorosły odczuwa silny dyskomfort, słysząc płacz niemowlęcia i ma ogromną potrzebę ukojenia go (chyba, że sam jest w trybie walki i ucieczki – wówczas może odczuwać złość). Dorośli, a nawet kilkuletnie dzieci we wszystkich kulturach odruchowo mówią do dzieci, używając tzw. baby talk, czyli powolnego, bardziej śpiewnego i wysokiego tonu głosu, który jest dla malutkiego adresata przyjemniejszy i łatwiejszy w odbiorze (obserwuję to u moich starszaków, kiedy rozmawiają ze swoim najmłodszym bratem). Karmienie piersią, czyli warunek przetrwania noworodka i małego niemowlęcia w naturalnym środowisku, wyzwala i w dziecku, i w matce reakcje biochemiczne sprawiające, że oboje czerpią z tego przyjemność. Te i wiele innych mechanizmów powoduje, że dorosły chce się opiekować maluchem, być blisko niego i odpowiadać na jego potrzeby.

Pod względem rozwoju mózgu człowiek przez kilka pierwszych miesięcy po narodzinach jest nadal “płodem na zewnątrz macicy” (ang. fetus outside the womb). Mózg nowonarodzonego dziecka jest około cztery razy mniejszy, niż mózg dorosłego i w ciągu pięciu lat osiąga aż 95% swojej ostatecznej wielkości. Kluczowy jest jednak nie sam rozmiar, lecz budowa mózgu noworodka, a konkretnie to, że odpowiedzialna za wyższe funkcje kora nowa jest bardzo słabo wykształcona (o uproszczonej budowie ludzkiego mózgu pisałam tutaj). Kiedy więc nazywam niespełna półrocznego Malutkiego małym ssakiem, nie jestem daleka od prawdy. Zachowanie takiego malucha najsilniej kształtują procesy zachodzące w mózgu ssaczym, czyli głównie układzie limbicznym. Co najmniej do trzeciego roku życia dziecko ma “emocje na wierzchu”. Kora nowa dopiero się kształtuje w interakcji z opiekunem, który pełni rolę tzw. mózgu zewnętrznego (ang. interbrain). Kontrola popędów, myślenie strategiczne, zdolność do empatii, zachowanie zgodne z normami społecznymi – wszystko to dorośli opiekunowie “wkładają” do mózgu malucha (lub nie) poprzez swoje zachowanie.

U malutkich dzieci i ich opiekunów szczególnie silnie działa rezonans limbiczny, czyli wyczuwanie i przejmowanie emocji drugiego człowieka nawet bez słów. Pod tym względem wszyscy przypominamy stado gazel na sawannie: gdy jedna z nich zauważy drapieżnika, pozostałe momentalnie odczuwają jej niepokój. To dlatego tak łatwo o wściekłość rankiem w zatłoczonym autobusie lub podczas meczu na stadionie. Pobudzone układy limbiczne komunikują się ze sobą za pomocą mowy ciała, także bardzo drobnych i trudnych do kontrolowania zmian w mimice, rozszerzenia źrenic itd.; Shanker nazywa to mózgowym wi-fi. To właśnie ten mechanizm sprawia, że kiedy ich rodzice są podminowani, małe dzieci stają się nerwowe, dodatkowo irytując tym rodziców, co z kolei zwiększa nerwowość dzieci. Ten sam mechanizm powoduje, że matkom high need babies grozi wypalenie i depresja poporodowa, jeśli mają małe wsparcie (to moja historia). Ważne jest to, że jeśli rodzic siłą woli powstrzyma się od krzyku czy innej formy agresji i mówi spokojnym tonem, ale w środku gotuje się ze złości, dziecko – zwłaszcza wrażliwe – czuje ogromny dysonans poznawczy i często reaguje w sposób trudny do zaakceptowania dla rodzica (to też moja historia). Przerwanie takiego błędnego koła stresu leży w gestii dorosłego, a służyć temu może self-reg.

Kluczowe jest to, że reaktywność młodego człowieka na stres i jego zdolność do samoregulacji są wypadkową jego genów oraz zachowania dorosłych, którzy sprawowali nad nim opiekę. Jak mawia Stuart Shanker, podstawową jednostką rozwoju jest para (domyślnie: dziecko plus dorosły; ang. “The fundamental unit of development is the dyad”). Jeśli dorośli otaczający dziecko od urodzenia – mama, tata, dziadkowie, niania, opiekunki w żłobku czy przedszkolu – generalnie umieją odpowiadać na jego potrzeby, rozumieją oznaki stresu i pomagają mu w nauce samoregulacji, to takie dziecko najprawdopodobniej rozkwitnie i w dużej mierze wykorzysta swój potencjał. Jeśli natomiast będzie notorycznie karane w sytuacjach, kiedy zachowało się niewłaściwie pod wpływem stresu, jeśli ciągle słyszy, że jest niegrzeczne, niedobre, mama przez niego osiwieje, a babcia dostanie zawału, to jest duże prawdopodobieństwo, że faktycznie zacznie wykazywać aspołeczne zachowania (oraz, że przedwcześnie zakończy edukację). Chcę w tym miejscu bardzo mocno podkreślić słowa “notorycznie” i “ciągle”. Chodzi o zasadę – coś, co zdarza się niemal zawsze, a nie jedynie od czasu do czasu, kiedy opiekunowie sami są w zbyt złej formie, żeby zadbać o dziecko. Pod żadnym pozorem nie należy wpadać w paranoję, że okazjonalnym gderaniem, krzykiem czy nawet klapsem, który nam się przydarzył, na zawsze zerwaliśmy relację i podcięliśmy dziecku skrzydła. Self-reg to też łagodność dla siebie i dbanie o własną energię m.in. poprzez niebiczowanie się w myślach i niepozwalanie, aby nękał nas wstyd i złość na nas samych (o myślach-zapalnikach napiszę wkrótce).

Dowiedziawszy się tego, o czym napisałam powyżej, w pierwszym odruchu pomyślałam, że Duży miał pecha. Nie dość, że przyszedł na świat obciążony różnymi trudnościami rozwojowymi (o których pisałam tu), to jeszcze trafił mu się kiepski mózg zewnętrzny. Jako świeżo upieczona matka byłam zestresowana, samotna, niepewna, przez pewien czas w depresji, wyczerpana spełnianiem potrzeb wymagającego niemowlęcia. Oprócz mnie przez niemal cały pierwszy rok życia Duży nie miał bliskiego opiekuna, bo Mąż był przez większość czasu nieobecny albo ciałem, albo duchem. Niania, którą zatrudniliśmy, kiedy Duży miał niecały rok, okazała się po pewnym czasie oszustką i złodziejką i raczej nie dbała o niego tak, jak tego oczekiwałam. Nic dziwnego, że Duży ma ewidentnie podwyższoną reaktywność na stres, a jego naturalnym stanem jest stan nadmiernego pobudzenia. W porównaniu z nim Mały miał o wiele lepsze warunki rozwoju: ja byłam o wiele bardziej zrelaksowana i spokojna, Mąż zaangażował się w opiekę nad dziećmi i nawiązał z Małym silną więź, nieco częściej zaczęły nas odwiedzać nasze mamy, a na dodatek zatrudniliśmy cudowną, bliskościową Nianię, której nie oddamy jeszcze przez kilka lat. Malutki ma to wszystko, a jako wisienkę na torcie także dwóch starszych braci, którzy go uwielbiają.

Na szczęście nigdy nie jest za późno, żeby zmienić trajektorię losu dziecka czy nawet dorosłego. Przykładem tego jest choćby moja praca nad złością, którą podjęłam po trzydziestym roku życia. Shanker twierdzi z ogromnym przekonaniem, że self-reg może pomóc każdemu niezależnie od jego wieku i doświadczeń. Kanadyjscy terapeuci, nauczyciele czy pracownicy socjalni stosują self-reg w swojej pracy z “trudnymi” pacjentami, podopiecznymi czy klientami i notują wyraźną poprawę ich funkcjonowania. Mnie ta metoda już pomogła. Teraz staram się przy jej wykorzystaniu pomóc mojemu pierworodnemu.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Uganda Kobs (Kobus thomasi)” (CC BY-SA 2.0) by Bernard DUPONT