“Głupia babcia”: jak na to reagować?

“Głupia babcia”: jak na to reagować?

To było ponad trzy lata temu, podczas wakacji na wsi. Zbliżała się pora obiadu; zawartość garnków i patelni atakowała nasze nozdrza przyjemnym zapachem. Głodny i nieco już zmęczony Mały – który miał wówczas niecałe trzy lata – nagle zażyczył sobie lizaka. Obecna przy tym moja Teściowa powiedziała, że za chwilę będzie obiad i potem będzie można zjeść lizaka. Usłyszawszy to, Mały zmarszczył brwi i zawołał do babci:
– Cie ziziaka tejaź! Tejaź, juź! Dawaj ziziaka!
Moja Teściowa spokojnie przypomniała zasadę, że najpierw jemy obiad, a dopiero po nim słodycze. Mały rozzłościł się na dobre i krzyknął:
– Głupia babcia! Głupia! Głupia!

Byłam w dobrej formie psychofizycznej – wyspana, niezbyt głodna, zrelaksowana – i w obecności mojej Teściowej czułam się jak zwykle dobrze i bezpiecznie. To pozwoliło mi zareagować modelowo, zgodnie z moją najlepszą wiedzą o podejściu Self-Reg. (Nie myślcie proszę, że zawsze mi się to udaje!) Zniżyłam się do poziomu malucha, przysiadając na piętach, i zwróciłam się do niego łagodnym głosem:
– Ojej, chyba się okropnie zdenerwowałeś?
– Tak! Głupia babcia nie da mi ziziaka! – zawołał oburzony Mały.
– Aha, jesteś zły, bo babcia nie chce ci dać lizaka?
– Tak! Głupia babcia!
– Jesteś naprawdę rozzłoszczony, skoro mówisz “głupia” na babcię!
– Tak!
– Wiesz, maluchu, teraz mamy obiad. Wiem, że bardzo chcesz tego lizaka i dostaniesz go, zaraz po obiedzie.
Mały ułożył usta w podkówkę (on robił taką cudną podkówkę jak na obrazkach!), broda mu zadrżała, oczy wypełniły się łzami. Jego ramiona opadły, a zaciśnięte pieści rozluźniły się. Smutek i żałość zastąpiły złość.
– Kochanie, co mogę dla ciebie teraz zrobić, żeby ci było choć trochę lepiej?
– Psitulić! – zaszlochał Mały i z płaczem rzucił się w moje ramiona. Przytuliłam go i delikatnie kołysałam, podczas gdy on płakał, powoli się uspokajając. (Czytelnicy mojej książki “Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę?” mogą mieć w tym momencie odczucie deja vu… O tym za chwilę.)
– Wiesz, ja rozumiem, że należy akceptować emocje i tak dalej, ale jednak uważam, że nie powinnaś go przytulać, kiedy krzyczy „głupia babcia” – powiedziała do mnie cicho Teściowa.
– Daj nam chwilę, dobrze? – poprosiłam. Umyłam Małemu ręce i twarz, a następnie zaprowadziłam do stołu. Rzucił się na jedzenie, jakby od rana nic nie miał w ustach.

Kiedy zjedliśmy obiad, zagadnęłam Małego:
– Pamiętasz, maluchu, jak się rozzłościłeś przed obiadem?
– Tak! Dostanę tejaź ziziaka? – ożywił się Mały.
– Dostaniesz za chwilę. A pamiętasz, co powiedziałeś do babci?
Mały zastanowił się, ale widać było, że nie pamięta.
– Powiedziałeś “głupia babcia” – podpowiedziałam łagodnie.
– Ojej… – w oczach Małego pojawił się błysk rozpoznania.
– Jak myślisz, jak mogła poczuć się babcia? – nadal mówiłam bardzo łagodnym tonem.
– Niefajnie… – stropił się Mały i zapadł się nieco w sobie.
– A co możesz teraz zrobić? – spytałam. Mały zastanowił się, po chwili jego buzia się rozjaśniła. Zeskoczył z krzesła, podbiegł do babci, objął jej nogi i patrząc jej w oczy, powiedział żarliwie:
– Babciu, ja cię bardzo pseplasam! Wcale nie jesteś głupia!

Ta sytuacja nieco przypomina baśń („… i żyli długo i szczęśliwie”), a jednak wydarzyła się naprawdę, podobnie jak wiele, wiele innych tego typu sytuacji z udziałem moich dzieci. Zależnie od mojej formy psychofizycznej – od mojego obciążenia rozmaitymi stresorami z pięciu obszarów – zakończenie było bardziej lub mniej szczęśliwe. Czasem, jak w opisanej tu sytuacji, byłam w stanie zareagować na “złe zachowanie” dziecka ze spokojem, empatycznie towarzyszyć mu w emocjach, następnie zredukować jego stres (czyli na przykład nakarmić) i dopiero, kiedy maluch autentycznie się uspokoił i zaspokoił swoje ważne potrzeby, podejmowałam rozmowę. Ten scenariusz zawsze, prędzej czy później, kończył się szczęśliwie. Kiedy natomiast ostro przywoływałam dziecko do porządku, wymierzałam mu karę albo udowadniałam, że jego zachowanie jest “bez sensu”, skutkiem było nie tylko chwilowe zerwanie naszej relacji, ale też pogorszenie zachowania dziecka. W zasadzie powinnam użyć czasu teraźniejszego, bo takie sceny rozgrywają się w naszym domu po wielokroć każdego dnia, a ja już coraz częściej potrafię zachować się tak, jak chcę, ponieważ dzięki konkretnej wiedzy i wielokrotnemu ćwiczeniu mój mózg utorował sobie taki wzorzec postępowania. Moje dzieci – nawet ośmioletni obecnie, wysoko wrażliwy Duży, który niegdyś “zawsze miał jakiś problem” – też są coraz lepiej wyregulowane.

Oczywiście nie zawsze rozwiązanie konfliktu było tak łatwe i szybkie, jak w opisanej tu scenie. Akurat w przypadku Małego, dziecka o tzw. łatwym temperamencie, zazwyczaj właśnie takie jest. Czy znacie Lenkę, bohaterkę mojej książki „Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę”? Ona i Mały mają wiele wspólnego: Lenkę też wystarczy przytulić, aby jej burza emocji szybko się wyciszyła. Z innymi dziećmi nie zawsze jest tak łatwo: na przykład Duży miewa tendencję do wpadania w czarne nastroje pod wpływem trudnych emocji, a prawie trzyletni Malutki nie lubi rozmawiać po fakcie o tym, co się wydarzyło. Dzieci mogą wpadać w szał (jak Duży niegdyś), mogą źle reagować nawet na spokojne próby dotarcia do nich, mogą “nakręcać się” bardzo łatwo ponad miarę, mogą nie wiedzieć, czego chcą (na przykład: “idź sobie! Nie zostawiaj mnie!”). Choć bywa to trudne, jednak z każdym dzieckiem da się wypracować indywidualny przepis na porozumienie. Warto próbować; w końcu stawką jest nie tylko nasza relacja z nim, ale też to, jak ukształtuje się ostatecznie jego mózg, który jest “w budowie” przez pierwsze 25 lat jego życia.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat, zapraszam do lektury mojego bloga i kilku książek: “Self-Reg” Stuarta Shankera, “Zintegrowany mózg, zintegrowane dziecko” oraz “Grzeczne dziecko” (wiem, polski tytuł zniechęca) Daniela Siegela i Tiny Bryson czy “Mózg dziecka. Przewodnik dla rodziców” Alvaro Bilbao. Możesz też pójść na skróty, inwestując 40 zł w webinar “Jęki, krzyki, agresja: jak pomóc dziecku i sobie?”, który poprowadzę już w najbliższy poniedziałek o godzinie 21 (nie trzeba być na żywo, nagranie będzie dostępne przez rok). Będzie on poświęcony temu, co się dzieje w mózgu dziecka, kiedy ono źle się zachowuje i jak na to reagować tak, aby szczęśliwe zakończenie było bardziej prawdopodobne. Bilety (dostępne tutaj) kupiło już ponad 300 osób; zapraszam i Ciebie, jeśli prezentowane tu podejście jest Ci nieznane lub Twoja wiedza jest wyrywkowa – a przede wszystkim, jeśli marzysz o tym, aby Twoja relacja z dzieckiem była mniej obciążona stresem.

Photo by Sharon McCutcheon on Unsplash

Droga świadoma mamo! Obserwuję Cię od dawna

Droga świadoma mamo! Obserwuję Cię od dawna

Droga świadoma mamo!

Obserwuję Cię od dawna. Decydujesz się na coaching ze mną, żeby zmieniać swoje schematy działania i ograniczające przekonania, lepiej poznać świat swoich emocji i poprawić jakość relacji z Twoimi dziećmi. Przychodzisz na moje warsztaty i wykłady na temat rodzicielskiego stresu i samoregulacji. Czytasz moje wpisy na blogu , komentujesz je i wysyłasz do mnie pełne osobistych refleksji wiadomości prywatne. Uczestniczysz w niezliczonych dyskusjach w rodzicielskich grupach na Facebooku. Czytasz tonę książek o różnych aspektach rodzicielstwa i o tym, jak wspierać dzieci, aby wyrosły im skrzydła. Przeżywasz mnóstwo dylematów w roli matki i kobiety łączącej różne życiowe role.

Towarzyszysz swoim dzieciom, podążasz za nimi i uważnie obserwujesz ich rozwój. Kiedy zauważasz, że przeżywają trudności, nie spoczniesz, dopóki nie znajdziesz najlepszego sposobu wsparcia ich. Jeśli trzeba, zgłaszasz się do profesjonalistów: lekarzy,  rehabilitantów, specjalistów w zakresie integracji sensorycznej, psychologów. W domu skrupulatnie realizujesz ich zalecenia, wplatając nie zawsze przyjemne ćwiczenia w codzienne czynności i zabawę. Dbasz o zdrową dietę oraz odpowiednią dawkę ruchu i stymulacji intelektualnej i wielozmysłowej. Stajesz na głowie, aby Twoje dziecko miało optymalne warunki rozwoju.

Wierzysz, że nie ma niegrzecznych dzieci i masz świadomość, że każde niewłaściwe zachowanie wynika z trudnych emocji, a te – z niezaspokojonych potrzeb. Stawiasz na wychowanie bez nagród i kar, które wspiera wewnątrzsterowność i karmi poczucie własnej wartości dziecka. Traktujesz swoje dzieci podmiotowo, z szacunkiem należnym odrębnemu małemu człowiekowi. Dajesz im przestrzeń i bezwarunkową miłość. A przynajmniej tak jest przez większość czasu, bo zdarza się, że…

Zdarza się, że zachowujesz się niezgodnie ze swoimi wartościami i ideałami. Kaliber Twoich „występków” bywa różny: może dajesz dziecku klapsa, może przytrzymujesz je mocniej, niż to jest niezbędne dla ochrony jego życia i zdrowia, może wykrzykujesz raniące słowa, może straszysz, szantażujesz, obrażasz się, gderasz, a może obiecujesz, że jeśli zje zupę, dostanie czekoladę. Dzieje się to wtedy, kiedy Twoje napięcie i obciążenie stresem wzrastają ponad poziom krytyczny, powyżej którego kora nowa Twojego mózgu nie działa w pełni sprawnie: samokontrola „puszcza”, a Twoim zachowaniem rządzą schematy zakodowane na wczesnym etapie Twojego życia. Otwierasz usta i, choć tego nie chcesz, komunikujesz się mało wspierający sposób: „Dlaczego ty znowu…?”, „Czy ty nigdy nie możesz…?”, „Masz natychmiast założyć buty, bo jak nie, to…!”.

Kiedy Twoje emocje opadną, odczuwasz ogromny wstyd. Przepraszasz dziecko, wyjaśniasz mu, co się z Tobą działo i postanawiasz poprawę: będziesz jeszcze lepszą, cierpliwszą matką. Powodowana wyrzutami sumienia, przesuwasz wtedy swoje granice czy też nie komunikujesz ich dziecku. W pewnym momencie Twoje napięcie znów przekracza krytyczny poziom i znów popełniasz macierzyńskie „wykroczenie”, i znów pojawia się wstyd i mocne postanowienie poprawy…

Uderza mnie to, jak bardzo się obwiniasz i jak wymagająca jesteś wobec samej siebie. Bez końca wyrzucasz sobie swoje matczyne potknięcia, analizując, co poszło nie tak. Twój krytyk wewnętrzny wygłasza mniej więcej takie przemowy: „Przecież przysięgałaś sobie, że stworzysz rodzinę, w której dzieci czują się ważne i kochane i że nigdy, przenigdy nie powtórzysz błędów i wpadek twoich rodziców. Przecież tyle czytasz, chodzisz na warsztaty dla rodziców, robisz kursy online. Przecież wiesz, jaką mamą chcesz być i jesteś bardzo zmotywowana. Wiesz to wszystko, a jednak znów nawaliłaś. Co się z tobą dzieje? Nie ogarniasz tego całego macierzyństwa. Biedne te twoje dzieci.”

Wiesz, co Ci umyka? To, że nie jesteś dzbanem bez dna. Nie można z ciebie bez końca nalewać zasoby małym istotkom, których potrzeby wydają się nie mieć końca, a emocje są rozbuchane i silnie przez Ciebie odczuwane. A może wcale Ci to nie umyka, może Twoja głowa to wie dzięki tym wszystkim książkom i warsztatom, ale nie umiesz tego przekuć w zmianę zachowania? Tak bardzo dbasz o swoje dziecko – a jak dbasz o swoją siebie? Może warto byłoby trochę bardziej zająć się sobą, tą małą dziewczynką w sobie, której potrzeby i emocje niekoniecznie były ważne dla rodziców i opiekunów i której potrzeby teraz są nadal na drugim albo wręcz na ostatnim miejscu…?

Jeśli chcesz pochylić się nad sobą, nad własną samoregulacją, to rozważ proszę udział w moim webinarze „Samoregulacja wrażliwej matki”. Informacje na jego temat znajdziesz pod tym linkiem. Zapraszam Cię serdecznie, ale też zachęcam, żebyś dobrze rozważyła, czy na pewno potrzebujesz kolejnej ekspertki, która opowie Ci, jak możesz nad sobą pracować. Może wcale tego nie potrzebujesz, bo przecież…

… przecież jesteś kompetentna. Jesteś mądra. Jesteś ok. Jesteś kompetentna nawet, jeśli czasem (często?) czegoś nie potrafisz, nie wiesz, nie umiesz i potrzebujesz wsparcia bliskiej osoby lub profesjonalisty. Jesteś mądra nawet, jeśli zdarza się, że Twoja intuicja Cię zawiodła i ktoś wiedział lepiej, czego potrzebuje Twoje dziecko. Jesteś ok nawet, jeśli nie zawsze postępujesz w zgodzie ze swoimi wartościami i najlepszą wiedzą. JESTEŚ. WYSTARCZAJĄCO. DOBRĄ. MAMĄ. W ogóle jesteś wystarczająco dobra taka, jaka jesteś.

Spójrz proszę w lustro i uśmiechnij się do samej siebie. A potem zastanów się, co by Ci sprawiło przyjemność i jest dostępne przy odrobinie wysiłku oraz dobrej woli osób Ci bliskich – i zrób to dla siebie. W końcu dziś Twoje święto!

Jak działają nagrody: domowe studium przypadku

Znów życie podsunęło mi temat wpisu: w minionym tygodniu Duży miał okazję zaobserwować, jak na jego motywację działają nagrody. Od dawna planuję napisanie dłuższego, merytorycznego postu o wychowaniu bez nagród i kar, ale jeszcze nie poukładałam sobie moich przemyśleń na ten trudny dla mnie temat. Dlaczego trudny? Bo w naszej rodzinie wychowanie bez kar i nagród nie ma szans na pełną realizację ze względu na różnicę zdań między mną a Mężem. Ów długi wpis powoli dojrzewa w mojej głowie, a dziś proponuję Wam jedynie krótkie, ale wymowne studium przypadku.

Duży “od zawsze” był zapalonym czytelnikiem. Już jako czteromiesięczne niemowlę zastygał w bezruchu, kiedy czytałam mu wiersze Brzechwy i były to jedyne chwile w stanie czuwania, kiedy pozostawał w bezruchu. Kilka miesięcy temu nauczył się czytać i z każdym tygodniem i miesiącem czytał coraz dłuższe teksty. Robi to codziennie, czasem zaczytuje się w nieodpowiednim miejscu lub czasie, ale nawet wtedy cieszy mnie ta jego pasja. Kilkanaście dni temu po powrocie z naszej dzielnicowej biblioteki zamknął się w gabinecie ze stustronicową lekturą i, nie licząc krótkiej przerwy na wizytę w toalecie, wyszedł z niego dopiero po przeczytaniu całości. Czytanie go zaciekawia i wycisza – to jedna z aktywności, które obniżają jego, zwykle nadmierny, poziom pobudzenia, pozwalając mu osiągnąć spokój.

W miniony poniedziałek Duży wrócił ze szkoły z nowym zadaniem domowym.
– Mamo, teraz muszę codziennie czytać przez dziesięć minut – oświadczył z determinacją.
– Dziesięć minut? Przecież codziennie czytasz dużo dłużej – zdziwiłam się.
– Tak, ale teraz jest za to nagroda. Tu jest taka kartka, ty lub tata będziecie codziennie podpisywali się na tych kółkach, że czytałem przez dziesięć minut i kiedy uzbieram wszystkie podpisy, dostanę (…)”. (Tu padła nazwa nagrody, którą była maskotka z pewnej sieci dyskontów – to akcja czytelnicza tego dyskontu.)

Nie spodobało mi się to, ale ugryzłam się w język i postanowiłam obserwować rozwój wydarzeń. A oto i on: w poniedziałek Duży czytał przez dokładnie dziesięć minut, po czym przybiegł do mnie z kartką po podpis i tego dnia więcej nie zajrzał już do książki. We wtorek sytuacja się powtórzyła. W środę Duży zapodział gdzieś kartkę z podpisami i wpadł w rozpacz, że przez to nie dostanie nagrody. Tego dnia nie czytał w ogóle i był rozdrażniony. W czwartek kartka się odnalazła i Duży dla odmiany wpadł w rozpacz, że nie czytał w środę i przez to stracił jeden podpis, a więc nagrodę zdobędzie o jeden dzień później. Rzuciłam tylko: „Zobacz, co ci robi ta kartka”.

Duży przemyślał sprawę i w końcu oznajmił: „Przez te głupie podpisy i nagrody czytanie przestało być przyjemnością”. Postanowił, że będzie czytał tyle, ile chce, a kartkę przeznaczoną do zbierania podpisów rodziców wyrzuci. W piątek poinformował o swojej decyzji wychowawczynię. Powoli wraca do czytania z przyjemnością.

Myślę, że ta historia nie wymaga komentarza. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wspomniała, że wnioski z naszego naturalnego eksperymentu są zgodne z wnioskami z badań naukowych, o których napiszę w owym długim wpisie.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “ex libris” (CC BY 2.0) by Roger Salz

O bliskości i sensownych zajęciach

Pierwszy szkic tego wpisu powstał w lutym bieżącego roku i od tamtej pory ewoluował. Tego dnia odwiedziła mnie bezdzietna, młodsza ode mnie o parę lat znajoma – powiedzmy, Gosia. Jest pozytywną, mądrą, poukładaną kobietą, która wie, czego chce od życia i konsekwentnie spełnia swoje marzenia, a przy tym pomaga innym ludziom. Ma pięcioro rodzeństwa, wychowała się na wsi w dość skromnych warunkach. Malutki miał wtedy trzy miesiące i wydawało mi się, że jest jeszcze bardziej wymagającym niemowlęciem, niż swego czasu Duży: niemal nie dawało się go odkleić od mojego ciała (lub ciała innego dorosłego). Siedząc na fotelu z niemowlakiem śpiącym w moich objęciach, spytałam ją, czy jej mama też tak godzinami przesiadywała ze swoimi maluchami. Gosia roześmiała się serdecznie i odpowiedziała:
– Nieeeeee, maluchy były karmione, przewijane i odkładane do kołyski, a jeśli płakały dalej, to dostawały smoczek.
– A jeśli nie umiały ssać smoczka?
– Umiały.
– A mama nie nosiła ich w chuście?
– Nie, prawie w ogóle ich nie nosiła. Nie miała na to czasu, w domu i w gospodarstwie było mnóstwo pracy. Czasem starsze dzieci przez chwilę nosiły i kołysały maluchy.

Zamyśliłam się, wspominając, ile wieczorów spędziłam przykuta do łóżka czy fotela z moimi nieakceptującymi smoczka dziećmi przy piersi. Każda próba odebrania im piersi kończyła się rozpaczliwym płaczem czy wręcz histerią. Nigdy nie miałam sumienia pozwolić im płakać samotnie w łóżku. W efekcie przeleżałam tak bądź przesiedziałam większość wieczorów w ciągu 1,5-2 pierwszych lat życia zarówno Dużego, jak i Małego. Poniewczasie dowiedziałam się, że ta ogromna potrzeba ssania przez sen mogła być związana z obniżonym napięciem mięśniowym starszaków w obrębie jamy ustnej. Pod wpływem rozmowy z Gosią zastanowiłam się, co by było, gdyby moje starszaki urodziły się w jej rodzinie. Jej mama absolutnie nie mogła sobie pozwolić na takie przesiadywanie w fotelu. Ona i jej rodzeństwo nie wyglądają jak ofiary kortyzolu zalewającego i niekorzystnie kształtującego mózg niemowląt, na których płacz nikt nie reaguje.

Po chwili pomyślałam o Małym, który od ostatnich tygodni mojej ciąży z Malutkim był bardzo labilny. Będę o tym wkrótce pisać w kontekście tropienia stresorów. Wynikało to po części z jego wieku (nie ma bardziej labilnego stworzenia, niż dziecko w czwartym roku życia!), po części z jego kondycji zdrowotnej (miał silny przerost trzeciego migdała, we wrześniu został ostatecznie zoperowany), a po części z tego, że został starszym bratem. Chwilę przed wizytą Gosi Mały długo krzyczał i płakał, bo podałam mu wodę w zielonym kubku (“Mamo, on jest strasznie głupi i OB-LEŚ-NY!!!”), choć jeszcze dzień wcześniej jego motto brzmiało: “Zielony, mój ulubiony”. Spytałam więc Gosię:
– A co twoja mama robiła w sytuacji, kiedy trzylatek wpadał w rozpacz, bo dostał wodę w niewłaściwym kubku?
– Nie przypominam sobie takich sytuacji.
– No dobrze – nie ustępowałam. – A co by zrobiła, gdyby taka sytuacja zaistniała?
– Pewnie by spytała: “Pijesz czy nie pijesz?” i albo dziecko by wypiło, albo zabrałaby kubek. Chyba wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę i nie robiliśmy takich scen.
– A nie czułaś się przy tym wszystkim mało ważna? Przecież mama poświęcała ci pewnie bardzo mało czasu sam na sam, jeśli w ogóle. Nie brakowało Ci bliskości?
– Nie. Wiedziałam, że jestem ważna, bo byłam potrzebna. Pomagałam mamie w domu i gospodarstwie, opiekowałam się młodszym rodzeństwem. Poza tym wiedziałam, że mama jest blisko. Jeśli jej nie widziałam, to była w kuchni, w oborze, na polu. Wiedziałam, że zawsze mogę do niej podejść, porozmawiać, przytulić się. Była zajęta od rana do nocy, ale widzieliśmy, ja i moje rodzeństwo, że nie zajmuje się nie wiadomo czym. Robiła same sensowne rzeczy, potrzebne nam wszystkim, na przykład przygotowywała jedzenie. Do głowy by nam nie przyszło, żeby jej w tym przeszkadzać jakimiś awanturami o kubek.

“Robiła same sensowne rzeczy” – wracałam do tego myślami wielokrotnie w ciągu ostatnich miesięcy. Mama Gosi z pewnością nie czytała mądrych książek na temat rozwoju dzieci, bazujących na najnowszych badaniach z dziedzin psychologii i neurobiologii. Nie uczyła się mozolnie, jak należy wspierać dziecko w rozwoju, aby rozwinęło skrzydła. Nie stosowała technik takich, jak odzwierciedlanie uczuć (“Kochanie, widzę, że jesteś rozczarowany i zirytowany, bo chciałeś dostać niebieski kubek, a ja ci dałam zielony”), aby dziecko zyskało wgląd we własne emocje. Nie stosowała siedmiu filarów rodzicielstwa bliskości. Jednak BYŁA BLISKO, dostępna, zajęta sensownymi w oczach dziecka zadaniami, gotowa w każdej chwili na kontakt.

Świat popędził naprzód i obecnie wiele zajęć, które rodzice uważają za sensowne, w oczach dzieci przypomina raczej eksperyment z kamienną twarzą Tronicka. Pisałam o nim w poście o negatywnym zniekształceniu poznawczym. Przypomnę, że  matki bawiły się ze swoimi ośmiomiesięcznymi dziećmi i w pewnym momencie na dwie minuty przestawały na nie reagować, co powodowało potężny stres u maluchów. Moja praca zawodowa, a także rozwój osobisty w dużej mierze sprowadzają się do czytania i pisania czegoś przy użyciu laptopa bądź smartfona oraz (coraz rzadziej) – czytania książek i robienia odręcznych notatek. Dla malutkiego dziecka takie zachowanie rodzica jest niezrozumiałe, a wręcz przerażające: mama czy tata wpatrują się z uwagą w coś migającego, nie zauważając swojego synka czy córeczki. Treść rozmowy z Gosią wyjaśnia, dlaczego moje dzieci bawią się zgodnie, kiedy kroję warzywa na zupę lub sortuję pranie, ale natychmiast przybiegają i domagają się w krzykliwy sposób mojej uwagi, kiedy chcę popracować chwilę przy użyciu laptopa. Rozumiem to, a jednocześnie trudno mi jest zrezygnować z tych sensownych dla mnie zajęć: pisania bloga, nauki Self-Reg na kursie MEHRIT Centre, moderowania grupy “Self-Reg dla rodziców” na Facebooku. Dlatego robię to nocami, w przelocie albo nad głową śpiącego Malutkiego. Niestety, ostatnio kosztem snu i zdrowia…

Lubię te moje zajęcia, ale pilnuję, aby nie zdominowały mojego życia rodzinnego. Chcę być nie tylko fizycznie blisko moich dzieci, lecz naprawdę BLISKO, gotowa na kontakt, ciekawa tego, co się dzieje w ich głowach. Czasem przyłapuję się na tym, że tak nie jest i to mnie zawstydza. Czasem czuję się śmiertelnie znudzona kolejną zabawą w policjantów z drogówki. Czasem opędzam się od dzieci, bo chcę w spokoju poczytać książkę, artykuł albo wpis na blogu o rozwoju dziecka albo powspierać obcą osobę na Facebooku. Czy to bardzo źle? Czy moje dzieci widzą matkę z kamienną twarzą, czy po prostu matkę, która czasem chce od nich odpocząć? Od dawna się nad tym zastanawiałam.

Dziś Duży (notabene w krótkiej przerwie od jęczenia) powiedział mi coś, co mnie uskrzydliło i bardzo poruszyło. Zaczął tak:
– Wiesz, mamo, opowiadałem dziś dzieciom w przedszkolu, że Malutki kończy dziś rok, ale nikt nie był zbyt zainteresowany.
– Wiesz, synu – odpowiedziałam – ludzi tak naprawdę najbardziej interesują oni sami. Jeśli będziesz opowiadał o sobie, to niektórzy posłuchają z zainteresowaniem, ale większość nie. Ale jeśli będziesz zadawał ludziom pytania o nich samych, to większości bardzo się spodoba taka rozmowa.
– Ale ty jesteś inna niż większość. Ty jesteś ciekawa ludzi. Zawsze słuchasz uważnie i pytasz, i naprawdę chcesz wiedzieć, jak się czujemy i co u nas słychać.

Czy można usłyszeć coś piękniejszego od własnego dziecka? Chyba moi synowie czują, że chcę być BLISKO. Chcę być blisko nich i duchem, i ciałem: przedwczoraj skończył się mój urlop rodzicielski, ale nie wracam na razie do pracy – choć sensownych zajęć mi nie brakuje…

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Mother and baby pick leafy vegetables in the rural Efate island in Vanuatu” (CC BY-NC-ND 2.0) by Bioversity International

Self-Reg, część 15: Czy warto panować nad emocjami?

Ponad dwa tygodnie temu podczas uroczystości w przedszkolu Małego wydarzyło się coś, co skłoniło mnie do refleksji na temat samokontroli i samoregulacji w obszarze emocjonalnym. Ten wpis jest streszczeniem części wykładu na temat “eMOCja, czyli jak pomóc dziewczynkom w rozwoju samoświadomości”, który wygłosiłam 14 października podczas pierwszej w Polsce Konferencji Wszystkich Dziewczynek. Chciałam opublikować niniejszy post w dniu konferencji, ale ostatnio tyle się działo w obszarze Self-Reg, że dopiero dziś mi się to udało. W ostatnim czasie, oprócz wygłoszenia wspomnianego wykładu, (1) ukończyłam szkolenie z podstaw Self-Reg w MEHRIT Centre i jestem teraz drugim po Natalii Fedan “czempionem Self-Reg” w Polsce; (2) rozpoczęłam szkolenie na poziomie 2 w MEHRIT Centre, (3) przygotowuję się do poprowadzenia sześciotygodniowego stacjonarnego warsztatu na temat Self-Reg (są jeszcze cztery wolne miejsca), (4) wspierałam Natalię Fedan i Agnieszkę Sochar w prowadzeniu trzeciej edycji kursu online “Odstresowany rodzic”, (5) udzieliłam wywiadu portalowi tatento.pl, (6) wypowiedziałam się przez pryzmat Self-Reg na temat lawiny prac domowych zadawanych uczniom w Polsce na potrzeby artykułu na portalu parenting.pl. Uff! A to jeszcze nie koniec. Na dokładkę przedwczoraj rozpoczęłam podyplomowe studia w zakresie coachingu i mentoringu. Wybaczcie zatem, że wpisy na blogu pojawiają się rzadziej, niż bym sobie życzyła. Po tej dygresji wracam do mojego tematu.

Podczas przedszkolnej uroczystości stojące w półokręgu czterolatki śpiewały piosenki i recytowały wierszyki. Wszystkie poza jednym. Stojąca pośrodku półokręgu dziewczynka niemal przez cały czas rozpaczliwie płakała. Nie byłam w stanie skupić się na uśmiechniętym Małym, który machał do mnie i przesyłał mi całuski, bo całym sercem byłam z tą dziewczynką. Nie wiem, czy jej rodzice byli na widowni. Jeśli byli, to może nie reagowali dlatego, że znają swoją córeczkę i wiedzieli, że poczuje się jeszcze gorzej, jeśli zaczną ją uspokajać? Albo chcieli zareagować, ale stresowała ich myśl, że przerwą występ? Nie wiem też, dlaczego żadna z wychowawczyń nie podeszła do małej, nie przytuliła jej, nie szepnęła do ucha paru wspierających słów. Może obie były zbyt przejęte pierwszym występem dwudziestki swoich podopiecznych, aby empatycznie zająć się jedną dziewczynką? A może i rodzice, i wychowawczynie uważali, że występ to nie powód, żeby się mazać i nie chcieli “nagradzać” tego niepożądanego zachowania?

Obserwowanie łez tej dziewczynki było dla mnie trudne. Szczególnie przykro było mi, kiedy dzieci śpiewały “Kto jest beksą i mazgajem, ten się do nas nie nadaje, niechaj w domu siedzi sam! Ram tam tam, ram tam tam”, wygrażając palcami owym beksom i mazgajom. Ja, dorosła kobieta siedząca na widowni, zupełnie niezwiązana z tą dziewczynką, przeżywałam duży stres, bo tak silnie rozwinęła się moja empatia pod wpływem doświadczenia macierzyństwa i rozwoju osobistego. Jak czuła się ta mała? Mogę tylko zgadywać… (Na marginesie, z punktu widzenia Self-Reg przeżywałam stres w obszarze prospołecznym: silne i/lub trudne emocje innych osób to stresor z tego obszaru. Dziewczynka natomiast przeżywała stres w obszarze społecznym i przede wszystkim emocjonalnym. O obszarach stresu pisałam w tym poście.)

Kulminacją uroczystości było pasowanie każdego dziecka na przedszkolaka przez panią dyrektor. Dziewczynka już się uspokoiła, a kiedy przyszła jej kolej na pasowanie i wręczenie dyplomu, uśmiechnęła się nieśmiało. W reakcji na to pani dyrektor powiedziała: “Jestem z ciebie bardzo dumna. Cały czas wierzyłam, że w końcu się uśmiechniesz”.

Jaką lekcję wyniosła ta dziewczynka z uroczystości, zakładając, że czegoś ją to doświadczenie nauczyło? Nie wykluczam, że był to dla niej niewiele znaczący epizod i zapamięta tylko radość z pasowania i to, że pani dyrektor była z niej dumna. Być może z czasem zapomni tę uroczystość – w końcu nie pamiętamy wszystkiego, co wydarzyło się, kiedy mieliśmy cztery lata. Nie można jednak wykluczyć, że występ okaże się dla niej znaczącym wydarzeniem, które nauczyło ją (lub potwierdziło wstępnie ukształtowany pogląd), że niektóre emocje i niektóre sposoby ich okazywania są nie na miejscu. Nie wypada płakać podczas występu; nawet, jeśli chce nam się płakać, powinniśmy “ogarnąć się” i pokazać światu uśmiechniętą twarz. W końcu tak funkcjonują dorośli w naszej zachodniej kulturze. Coś mi podpowiada, że właśnie taką lekcję chciała przekazać dziewczynce kadra przedszkola.

Opisywane przeze mnie wydarzenie to przykład tego, jak traktowane są silne i/lub trudne emocje zgodnie z paradygmatem samokontroli. Ów paradygmat – pisałam o nim w tym artykule – jest od starożytności jednym z filarów zachodniej cywilizacji. W obszarze emocjonalnym nakazuje on, aby momentalnie zauważać, że odczuwa się silne i/lub trudne emocje (np. wściekłość, euforię, żal, strach), a następnie siłą woli i rozumu co najmniej powstrzymać się od ich żywiołowego okazania, a najlepiej – przestać je odczuwać. Dobrze wychowany człowiek jest opanowany: nie skacze i nie krzyczy z radości, nie okazuje zazdrości, w większości sytuacji nie płacze. Emocje są widziane jako dzikie popędy, które trzeba okiełznać mocą rozumu. Należy trenować w tym dziecko od najmłodszych lat z uwzględnieniem różnic między płciami: chłopaki nie płaczą, dziewczynki się nie złoszczą, bo złość piękności szkodzi.

W ujęciu Self-Reg panowanie nad emocjami zużywa energię i dlatego warto przede wszystkim uczyć się samoregulacji w obszarze emocjonalnym. Składa się ona z trzech “R”: recognise, reduce, restore, czyli: rozpoznawania stresorów, redukcji stresu oraz regeneracji. Odwołując się do przykładu z przedszkolnej uroczystości: wychowawczyni, mama czy tata mogli przytulić dziewczynkę, może stanąć razem z nią czy kucnąć nieco z boku, nazwać jej emocje i spytać, co by jej pomogło. Być może chciała tylko trzymać kogoś bliskiego za rękę albo usłyszeć zapewnienie, że nie musi śpiewać, jeśli nie chce. Po uroczystości należało zadbać o to, by mała naładowała akumulatory, jedząc pożywny posiłek, robiąc coś przyjemnego z rodzicami, idąc odpowiednio wcześnie spać. To tylko moje pomysły na regenerację malucha: wiem, że Małemu to by pomogło, ale każde dziecko jest inne.

To wszystko nie znaczy, że Self-Reg odrzuca samokontrolę jako nieprzydatną albo szkodliwą. Owszem, bywa ona przydatna i pożyteczna, choćby wtedy, kiedy mamy ochotę zdzielić pięścią przełożonego albo wykrzyczeć naszemu dziecku, że najchętniej wyszlibyśmy z domu i nigdy nie wrócili. Kluczowe jest to, co podkreśla Stuart Shanker: to samoregulacja umożliwia skuteczną samokontrolę, a nie odwrotnie. Kiedy dbamy o utrzymanie odpowiedniego poziomu energii, wystarcza nam jej na to, aby nawet w trudnych warunkach zachować się w sposób akceptowalny społecznie. Kiedy natomiast o nią nie dbamy, czasem samokontrola “puszcza” i wszyscy się dziwią, dlaczego ten tak zawsze spokojny i opanowany człowiek urządził dziką awanturę przy świątecznym stole albo pobił kolegę z pracy.

Chciałabym dodać jeszcze jedno: nie ma niewłaściwych emocji, a te trudne stają się łatwiejsze, kiedy dajemy sobie na nie przyzwolenie. Cenną umiejętnością, którą powoli i (dosłownie) w bólach w sobie wykształcam, jest “wchodzenie” w emocje w chwili, kiedy się pojawiają. Jest to istota podejścia opartego na uważności (mindfulness), o którym pisałam jakiś czas temu. Kiedy pojawia się jakaś przykra emocja, zamiast ją stłumić, zagadać, odwrócić od niej swoją uwagę podjęciem jakiejś czynności albo przykryć inną emocją (np. złością – w tym mam wieloletni trening…), skupiam na niej całą uwagę. Emocja jest wtedy jak fala: wzbiera, osiąga trudne do zniesienia apogeum (to jest ten moment, w którym często się poddaję) i opada aż do całkowitego wypłaszczenia. Niektórzy twierdzą, że cały ten proces trwa jedynie 90 sekund. Trudno mi się do tego ustosunkować, bo ten nieznośny moment (kilka-kilkanaście sekund?) trwa dla mnie całe wieki. Najczęściej właśnie wtedy robię to, co stało się moim nawykiem, czyli “biję pianę” (myślami, słowami, działaniem, innymi emocjami) i w efekcie rozpryskuję falę dookoła. To przez owo bicie piany trudne emocje są tak trudne. Dotychczas kilkanaście razy udało mi się przetrwać ten najtrudniejszy moment apogeum trudnej emocji. Efektem jest głęboki spokój i poczucie lekkości. Spróbujcie!

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Crying girl” (CC BY 2.0) by daily sunny

 

Warto odpuścić dziecku

Wczoraj wieczorem czułam się podle. Mąż zabrał Małego na wyczekiwaną od dawna wizytę u renomowanego laryngologa. Miałam nadzieję, że zmiana diety i te wszystkie zabiegi oraz kuracje, które zastosowaliśmy w ostatnich miesiącach, zmniejszą trzeci migdał Małego tak, że operacja będzie niepotrzebna. Fiberoskopia wykazała jednak, że trzeci migdał nadal zajmuje 75% światła gardzieli, a dodatkowo migdałki gardłowe powiększyły się ponad miarę. Lekarz stwierdził, że niepotrzebnie czekaliśmy z operacją. Jej termin – najbliższy możliwy, w prywatnej placówce – wyznaczono na… czwarte urodziny Małego w październiku. Na myśl o moim małym synku spędzającym urodziny na stole operacyjnym, odpływającym w przerażający mnie stan znieczulenia ogólnego, miałam łzy pod powiekami.

W pewnym momencie do kuchni, gdzie przygotowywałam kolację, wkroczył Duży. Akurat miał przerwę w zabawie, więc powiedziałam, że to dobry moment, żeby się umył.
– Nie będę się mył! Nienawidzę się sam myć! Ty mnie umyj, natychmiast, słyszałaś? No już, na co czekasz? Rozkazuję ci! – warknął Duży.
Od dawna tak się do mnie nie odzywał. Spojrzałam na niego uważnie. Stał przede mną, taki mały i duży jednocześnie, patrząc na mnie wyzywająco i czekając w napięciu na to, jak zareaguję. Byłam przybita i zniechęcona, zajęta swoimi emocjami, ale coś mi podpowiedziało, że on jest w takim samym stanie i potrzebuje mojej łagodności.
– Kiedy tak do mnie mówisz, nie mam ochoty na współpracę. Ale jeśli ci bardzo zależy, umyję cię – powiedziałam spokojnie i lekko.
– Dzięki, mamo – bąknął wyraźnie zawstydzony Duży i przytulił się do mnie. – Zależy mi. I przepraszam.

Cieszę się, że zareagowałam tak łagodnie. Kiedy go myłam, coś się w nim odblokowało i popłynęła opowieść: że Kajtek zawsze się rządzi podczas gry w piłkę; że dziś Antek chciał być napastnikiem, a Kajtek kazał mu stać na bramce i Antek się posłuchał, a przecież Antek nigdy nikogo nie słucha, sam chce wszystkimi rządzić! Że przecież to nie jest Kajtka piłka, ale przedszkolna, a wszystkie dzieci i tak się go słuchają i to nie fair. Że on sam, Duży, czasem mówi, że nie będzie grał tak, jak Kajtek mu każe i wtedy wszystkie dzieci grają, a on stoi sam z boku. Dlaczego te dzieci tak się go słuchają? Że tak w ogóle, to on nie umie tak dobrze grać w piłkę, jak niektóre dzieci i woli biegać, bo to mu dobrze wychodzi, ale nie lubi biegać sam. Choć akurat dziś Staś też nie grał i z nim biegał i to było fajne. Staś szybciej biega po trawie, a on sam po twardym, ciekawe, dlaczego? Mamo, dlaczego tak jest z tym Kajtkiem?

Gdybym zareagowała ostro na jego nieprzyjemne słowa, straciłabym szansę na autentyczny kontakt z moim synem. Mogłam “postawić granicę” i powiedzieć, że sorry, ale po takich słowach na pewno go nie umyję, zresztą robię kolację, a on umie sam się myć. Jestem pewna, że wtedy ja sama pozostałabym w kuchni zirytowana i najeżona, a on jeszcze tego samego wieczoru wdałby się w awanturę z Małym oraz sprowokował spięcie z Mężem. A przede wszystkim – pozostałby sam ze swoim zmartwieniem, poczuciem wyizolowania i niezrozumienia tego, jak działa jego przedszkolna grupa.

Wysłuchałam go z pełną uwagą i empatią i to wiele dało zarówno jemu, jak i mnie samej. Opowiedziałam mu o kilku swoich podobnych doświadczeniach i przemyśleniach na ten temat. Powiedziałam, że nie musi bawić się w coś, na co nie ma ochoty tylko dlatego, że wszyscy to robią i że rozumiem, że to czasem bardzo trudne – być samemu przeciwko grupie. Skoro jednak Staś chętnie z nim biegał, to może i inne dzieci tak naprawdę wolałyby robić coś innego, niż grać w piłkę? Może warto to sprawdzić? Powiedziałam też, że moim zdaniem można robić coś z przyjemnością nawet, jeśli nie jest się w tym dobrym (na przykład ja nie pływam zbyt dobrze, a bardzo to lubię), ale też jest tak, że jeśli coś nam dobrze wychodzi, to zwykle to lubimy. Ustaliliśmy więc, że poprosimy Męża, żeby w każdy weekend grał z Dużym w piłkę. Dzięki temu Duży będzie czuł się pewniej podczas gry z kolegami i będzie mógł się zorientować, czy lubi piłkę, czy to jednak nie dla niego. Sama poczułam podczas tej rozmowy radość, ulgę i poczucie wspólnoty z moim synem. Zamiast zamartwiać się Małym, mogłam posłuchać Dużego, cieszyć się jego zaufaniem, dać mu wsparcie. Same korzyści!

Naprawdę warto słuchać swojego serca i nie przejmować się nadmiernie tym, co “powinniśmy” robić jako rodzice. Według wielu osób powinnam była dać Dużemu odczuć przykre konsekwencje tego, że odezwał się do mnie w tak nieprzyjemny sposób. To niedopuszczalne, że sześciolatek tak się zachowuje wobec matki – co będzie, kiedy będzie miał szesnaście lat: pobije mnie? Odpowiadam: nie, nie pobije. Myślę raczej – a przynajmniej mam nadzieję – że przyjdzie do mnie ze swoim zmartwieniem, że tyle osób w klasie spróbowało już dopalaczy, a on uważa, że to głupie, a jednocześnie czuje się odizolowany i mu z tym źle. Z drugiej strony kluczowe jest to, że w danej sytuacji miałam zasoby – chęć i siłę – aby być dla Dużego łagodną. Ważny był ten moment zatrzymania, nabrania oddechu przed odpowiedzią na zaczepne słowa mojego pierworodnego, poszukania w sercu, co czuję i czego chcę. Gdybym znalazła tam złość i niechęć, to zajęłabym się sobą i odprawiła Dużego z kwitkiem, bo łagodność musi wypływać z serca, trudno się do niej przymusić. To z kolei stanowiłoby dla Dużego lekcję, że żądanie czegoś nieprzyjemnym tonem nie jest najlepszą strategią uzyskania tego czegoś. Tracy Hogg, moje antyguru, nazwałaby moją postawę przypadkowym rodzicielstwem i brakiem konsekwencji. A ja wierzę, że konsekwencja jest przereklamowana. Wierzę w moc relacji i postępowania w zgodzie ze sobą, a także w to, że zawsze warto się rozwijać, a trudne sytuacje traktować jako lekcje. To chyba kwintesencja mojego rodzicielstwa.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “another day” (CC BY 2.0) by ||read||