Dokąd zaprowadziłby Cię Twój entuzjazm?

Ten wpis dojrzewał we mnie miesiącami, choć ani nie jest długi, ani nie wymagał specjalnego przygotowania merytorycznego, a jedynie przeczytania jednej króciutkiej książki. Chodzi o książkę „Entuzjaści. Obudź energię swojego dzieciństwa” autorstwa André Sterna – „człowieka, który nigdy nie chodził do szkoły”, lecz jest wszechstronnie wykształconym samoukiem i inspiruje zwolenników edukacji domowej na całym świecie.

Książkę można zapewne pochłonąć w godzinę, lecz ja czytałam ją przez wiele, wiele dni. Zalazła mi mocno za skórę. Gdybym dała ją do przeczytania mojemu pragmatycznemu Mężowi, przerzuciłby zapewne kilkanaście kartek i zakrzyknąłby: „Ad rem!”, jak to ma w zwyczaju, kiedy mu coś opowiadam ze wszystkimi szczegółami i zawiłościami. Moja szybka myślą, mową i uczynkiem Mama również po kilkunastu stronach odłożyłaby tę książkę z komentarzem: „Przecież to można zmieścić na kilku stronach, po co tak lać wodę?” A ja… Ja smakowałam każde słowo i zdanie, po wielokroć powracając do przeczytanych już fragmentów. Nie byłam w stanie przeczytać naraz więcej, niż kilka stron ze względu na olbrzymi ładunek emocjonalny, który zawierały dla mnie te niewielkie karteczki pokryte dużym drukiem.

Wyobraź sobie, że nikt nigdy nie powiedział Ci, które zajęcia są bardziej, a które mniej pożądane, intratne, sensowne. Wyobraź sobie, że kiedy byłaś dzieckiem, żaden dorosły nie skrzywił się na widok tego, czym się zajmowałaś i nie zasugerował Ci, żebyś zajęła się czymś innym. Wyobraź sobie, że nikt nigdy nie kazał Ci się „zabrać do nauki” i porzucić zabawę czy czytanie beletrystyki. Wyobraź sobie, że zdaniem Twoich rodziców posada zamiatacza ulic była tak samo wartościowa, jak praca lekarza, prawnika czy inżyniera. Wyobraź sobie to wszystko… Kim byś teraz była? Do czego zaprowadziłby Cię Twój entuzjazm?

Te właśnie pytania zgłębia w swojej książce André Stern. Swoje własne rozważania przeplata historiami opowiadanymi w pierwszej osobie przez ludzi, którzy w życiu kierują się entuzjazmem. Entuzjazm jest tu rozumiany jako siła życiowa i „boska energia”, napędzająca ludzi w każdym wieku, lecz z pewnych względów dostępna głównie małym dzieciom. To one są jeszcze nieskażone „dorosłym” postrzeganiem świata: hierarchią „ważności” różnych zajęć i zawodów, lękiem o przyszłość i o bezpieczeństwo finansowe, wstydem przed oceną i byciem przyłapanym na niewiedzy i niekompetencji. Te historie sprawiały, że szeroko otwierałam oczy i byłam pełna podziwu dla odwagi i pasji bohaterów książki.

Najsilniej poruszyły mnie fragmenty, w których Stern opowiada o entuzjazmie swojego trzyletniego synka Antonina. Jest w nich coś takiego, co sprawia, że wzruszam się do łez zaledwie po kilku zdaniach poświęconych maluchowi. Chyba chodzi o niezwykłą uważność i ogromny szacunek dla poczynań chłopczyka – poczynań całkiem zwykłych, jak pchanie wraz z tatą ręcznej kosiarki do trawy albo niezmordowane wspinanie się po schodach budynku. Stern towarzyszy w tym synkowi, jakby nie miał absolutnie nic innego do roboty (może nie ma?) i jakby nic poza tym nie istniało w danej chwili. Antonin jest w tych momentach w centrum jego Wszechświata.

To te fragmenty tak mocno dały mi się we znaki: odkładałam wtedy książkę i zalewałam się łzami. Chyba płakała we mnie mała dziewczynka, która wcześnie nauczyła się, że pewnym sprawom nie warto lub wręcz nie wypada poświęcać czasu, a inne należy stawiać w centrum swojej uwagi. I że dorośli mają swoje ważne sprawy, a ona musi się podporządkować, bo jest tylko dzieckiem. I ma się pośpieszyć, żeby się nie spóźnili. Kiedy podrosła, wychwalano ją za piątki i szóstki na świadectwie, więc – aby zasłużyć na akceptację – uczyła się pilnie wszystkiego, nawet najnudniejszej na świecie historii i kompletnie niezrozumiałej geografii. Miała przez to mniej czasu na zgłębianie tego, co ją pochłaniało i w pewnym momencie nie wiedziała już, co ją ciekawi, a czego uczy się tylko dla oceny. Chciała studiować biologię molekularną, fizykę albo lingwistykę stosowaną (uczyła się poza szkołą czterech języków obcych), ale powiedziano jej, że jako biolog musiałaby wyjechać na stałe za granicę, fizyka nie jest dla kobiet, a języki obce powinny być tylko narzędziem i przecież nie chce skończyć jako tłumacz, prawda? Poszła więc zupełnie od czapy na studia ekonomiczne, które ją nużyły, nudziły i męczyły tak, że pod koniec pierwszego roku wpadła z depresję z myślami samobójczymi. Dopiero z czasem zaczęła powoli odkrywać drogę do samej siebie: do tego, jakie ma wartości, co ją napędza, kim jest, jaką ma życiową misję. Resztę historii chyba znacie, prawda?

Polecam tę książkę każdemu, kto tej drogi do siebie jeszcze nie odkrył i ma odwagę zmierzyć się z tym. Polecam ją też każdemu, kto czuje, że w jego życiu jest za mało entuzjazmu, a za dużo rutyny, lęku, „trzeba”, „wypada”. Polecam ją wreszcie każdemu rodzicowi, któremu często brakuje cierpliwości do dziecka oglądającego na spacerze z uwagą każdą mrówkę i biedronkę (to ja!). Dajcie się porwać opowieści Sterna. Może – jak mnie – wzmocni Was w dążeniu do tego, czego pragniecie.

Nowa ja i nowa strona DyleMatki

Nowa ja i nowa strona DyleMatki

Zaprojektowane przez Ikimasa

Mało się ostatnio dzieje na stronie mojego bloga, za to mnóstwo się dzieje na zapleczu i dziś chcę Wam opowiedzieć o tym, co szykuję. Kiedy zaczynałam pisać mój blog, byłam na urlopie macierzyńskim z Malutkim wiszącym całymi dniami przy mojej piersi, a starszakami w przedszkolu, więc miałam mnóstwo czasu na pisanie długich postów. Teraz czasu na blogowanie mam o wiele mniej: pracuję jako coach i przygotowuję się do akredytacji coacha w Izbie Coachingu, a także do certyfikacji coacha kryzysowego w Polskim Towarzystwie Coachingu Kryzysowego. Wkrótce ukaże się efekt wielu godzin mojej pracy – książka „Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym, jak działać, gdy emocje biorą górę”, zredagowana merytorycznie przez MEHRIT Centre. Zapowiedziałam ją w tym poście i w najbliższych dniach napiszę o niej więcej. Poza tym trwają prace nad moją nową stroną internetową i identyfikacją wizualną i właśnie o tym chcę Wam dziś opowiedzieć.

Blog DyleMatki.eu narodził się ponad dwa lata temu, kiedy jako świeżo upieczona mama trójki dzieci postanowiłam podczas urlopu macierzyńskiego i rodzicielskiego napisać książkę. Od małego chciałam być „wielką polską pisarką” i wydawało mi się, że trzeci i ostatni roczny urlop od pracy zawodowej to moja ostatnia przed emeryturą szansa na spełnienie tego marzenia. Książka miała nosić tytuł „DyleMatki. Dylematy świadomego macierzyństwa” i opowiadać w beletrystycznej formie o dylematach, które przeżywałam jako mama, jednocześnie przemycając czytelnikom wiedzę o rozwoju dziecka i rodzica. Miałam całe mnóstwo notatek, ale nie byłam w stanie sklecić z nich porządnego tekstu choćby jednego rozdziału. Widząc moją frustrację, pewnego wieczoru Mąż zasugerował, żebym zaczęła pisać blog: to pozwoli mi uporządkować myśli i znaleźć pierwszych czytelników książki. Zaczęłam zatem pisać – anonimowo, ale do bólu szczerze i otwarcie – o moim doświadczeniu macierzyństwa. Miałam jasno określony plan: napiszę książkę, a kiedy Malutki skończy rok, wrócę do mojej instytucji, gdzie czekała na mnie dobra, stabilna i nieźle płatna praca badacza i analityka gospodarki. Miałam szczęście, bo zatrudnienie tam pozwalało mi łączyć rozwój zawodowy z macierzyństwem: w ostatnim roku pracy mimo kilkudziesięciu dni zwolnień na chore dzieci otrzymałam awans i podwyżkę. Jednak sprawy potoczyły się inaczej: ani nie napisałam (jeszcze) książki, ani nie wróciłam (jeszcze?) do mojej instytucji, choć w lutym minęły dwa lata od pierwszego wpisu na blogu. Odkryłam bowiem Self-Reg i moje życie skręciło w nowym kierunku.

Self-Reg było dla mnie objawieniem: poczułam, jak gdyby rozsypane bezładnie jak kolorowe puzzle kawałki moich i cudzych doświadczeń, wiedzy i przemyśleń złożyły się w spójną całość wyjaśniającą wszystko. Po odbyciu kursu „Odstresowany rodzic” Natalii Fedan musiałam, po prostu musiałam zapisać się na kurs Foundations (podstaw) Self-Reg w kanadyjskim MEHRIT Centre, instytucji założonej przez Stuarta Shankera, twórcę tej metody. Ośmielana przez Natalię, postanowiłam uczyć innych ludzi tej metody, jednak czułam, że jako ekonomistka nie mam kwalifikacji, aby zająć się tym zawodowo. Dlatego oprócz kursu Self-Reg drugiego stopnia, Facilitator (który ukończyłam jako pierwsza osoba z Polski), zdecydowałam się na Podyplomowe Studia Coachingu i Mentoringu na Uniwersytecie SWPS we współpracy z Laboratorium Psychoedukacji oraz Szkołę prowadzenia grup wsparcia dla rodziców w fundacji Sto Pociech. Marzyłam o magisterce z psychologii, ale uznałam to za zbyt obciążające przy trójce małych dzieci. Kiedy złożyłam wniosek o urlop wychowawczy w mojej instytucji i zdałam sobie sprawę, jak ogromny koszt finansowy poniesie w związku z moimi pomysłami moja rodzina oraz, jak mało stabilna jest moja nowa droga rozwoju, zaczęłam mieć ataki paniki. Podjęłam decyzję o terapii traum, która – wraz z niezwykle wymagającymi emocjonalnie studiami – sprawiła, że moja osobowość rozpadła się na kilka części. Z pomocą terapeutki poskładałam ją w spójną, silną całość. We wrześniu 2018 roku ukończyłam studia i rozpoczęłam praktykę coacha, prowadząc warsztaty na temat Self-Reg i stawiając pierwsze kroki w biznesie – ja, która od czasów studiów pracowała w instytucjach publicznych.

W marcu skończyłam czterdzieści lat i chwilę potem wykonałam ostatni (na razie) duży krok na mojej drodze rozwoju. Zostawiłam synów – w tym karmionego piersią  niemal 2,5-letniego Malutkiego – na sześć dni i pięć nocy, aby wziąć udział w treningu interpersonalnym zwanym grupą otwarcia. Było to doświadczenie trudne ze względu na to, że jestem wysoko wrażliwą osobą, chłonącą emocje innych jak gąbka (starałam się nie wchodzić tam w rolę coacha, który konteneruje emocje innych). Jednocześnie było to doświadczenie – dosłownie – budujące: przekonałam się, że jestem dokładnie taka, jaką chcę być. Najbardziej satysfakcjonujący moment zawdzięczam jednej z uczestniczek treningu, która czwartego dnia przy wszystkich zaatakowała mnie za to, jaka jestem, jak siedzę, jak patrzę, jak przeżywam emocje, jak żyję. Dwa lata temu spaliłabym się ze wstydu, manifestując to ślepą furią i bezpardonowym atakiem na nią. Potem bez końca analizowałabym i racjonalizowała sytuację, czując do tej kobiety rosnącą niechęć i deprecjonując grupę otwarcia i jej pomysłodawców. Teraz zrobiło mi się przykro, bo ten atak nastąpił w chwilę po tym, jak wyraziłam tej uczestniczce uznanie i szacunek. Poczułam też irytację z powodu jej niektórych insynuacji oraz sporo współczucia dla niej. Jej słowa sprawiły, że przez chwilę zastanowiłam się nad swoich zachowaniem, ale nie dotknęły mojej istoty, nie pozbawiły mnie spokoju ani nie sprawiły, że zachowałam się niezgodnie z moimi wartościami. Jestem, jaka jestem. Już nie muszę podobać się wszystkim ani wciąż na nowo ulepszać samej siebie i robić tych wszystkich wyjątkowych rzeczy kosztem snu i bliskości z innymi ludźmi. Mogę z pasją i cichą odwagą zająć się tym, co mnie teraz pociąga najbardziej: wspieraniem moich bliskich oraz moich klientów na drodze do lepszego życia. To nowe i cudowne odczucie.

W związku z tymi przemianami i przekroczeniem magicznej czterdziestki zapragnęłam też nowego miejsca w sieci. Będzie nim strona DyleMatki.pl, na której znajdzie się całe archiwum bloga i o wiele więcej. Blog DyleMatki.eu zaczęłam pisać jako świadoma mama, pragnąca dzielić się swoją wiedzą, doświadczeniem i dylematami z innymi mamami. Pozostaję tą samą mamą, ale stałam się też kimś innym: coachem, trenerką Self-Reg, autorką, ekspertką w dziedzinie pracy nad własnym stresem i złością. Będę kontynuować pisanie bloga, a oprócz tego na nowej stronie znajdziecie kompletne informacje o tym, jak mogę Was wesprzeć: o coachingu ze mną, warsztatach, książce dla dzieci, a w przyszłości także o moich kolejnych projektach czy produktach, w tym wielokrotnie zapowiadanym kursie online o złości. Stronę oraz nową identyfikację wizualną, którą prezentuje zdjęcie powyżej, stworzyła Kamila Chyła Ikimasa wraz z zespołem. Trwają ostatnie prace w domenie DyleMatki.pl, na którą będziecie automatycznie przekierowywani z DyleMatki.eu.

Mam nadzieję, że nowa strona będzie służyć i Wam, i mnie. Zawsze obawiałam się zmian i nadal nie jestem do nich nastawiona hurraoptymistycznie. Wiem, że wielu z Was, moich czytelników i klientów, też tak ma. A jednak czuję, że nowa strona oraz nowa identyfikacja wizualna to krok, którego potrzebuję i wierzę głęboko, że nawet ci sceptyczni spośród Was przekonają się do niej, bo mimo zmiany wizyalnej pozostanę tą samą Agnieszką-DyleMatką, którą lubicie czytać.

 

Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią

Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią

 

Dzisiejsze popołudnie było frustrujące dla mnie i Dużego. Jadąc z nim do specjalisty w Pruszkowie, utknęłam na Trasie Toruńskiej w gigantycznym korku związanym zapewne z deszczem. Byliśmy przez to spóźnieni, a ja zostawiłam w domu telefon, więc nie mogłam zadzwonić do rejestracji i powiadomić o tym spóźnieniu ani dowiedzieć się, kiedy najpóźniej musimy się zjawić, żebyśmy zostali przyjęci. Nie miałam też nawigacji, która brałaby pod uwagę korki, więc nie byłam w stanie oszacować, jak bardzo się spóźnimy. Nie mogłam wykluczyć, że spędzimy w samochodzie grubo ponad dwie godziny na darmo. Czara goryczy się przelała, kiedy Duży uświadomił sobie, że zostawił w szkole na swojej szafce swoje drogocenne i pracochłonne dzieło z kartonu, które pani sprzątająca mogła uznać za niepotrzebne i wyrzucić. Gdybym miała telefon, zadzwoniłabym do znajomych rodziców dzieci ze szkoły i poprosiła o zabezpieczenie dzieła – ale nie miałam.

Duży wpadł w rozpacz, a ja przez chwilę czułam, jak rozpala się we mnie złość. Dawna ja warknęłaby pewnie, że nic na to nie poradzi i trzeba pilnować swoich rzeczy (a następnie wkurzyłaby się jeszcze bardziej, słysząc celną ripostę Dużego: “Przecież ty też zapomniałaś wziąć swój telefon”). Udało mi się jednak zrobić pauzę i zajrzeć w głąb siebie. To nie złość sprawiała, że było mi tak trudno. Złość była tylko przykrywką, starym nawykiem z czasów, kiedy nie dopuszczałam do siebie bardziej “miękkich” trudnych emocji: wstydu, lęku, bezradności, bezsilności, żalu. Były one dla mnie niegdyś tak trudne do zniesienia, że moja nieświadomość wybierała irytację, wkurzenie, złość, wściekłość, furię, byle tylko ochronić mnie przed cierpieniem. Nie był to zbyt skuteczny mechanizm obronny: złość maskująca inne trudne emocje była dla mnie najcięższym gatunkowo, najbardziej trwałym i przez to szczególnie dotkliwym rodzajem złości. Czy i Wam zdarza się wściekać na płaczące w czasie choroby (albo w foteliku w czasie jazdy samochodem!) małe dziecko, bo nie jesteście w stanie mu pomóc ani znieść tej swojej bezradności? Jeśli tak, to pewnie wiecie, jak obezwładniająca i nieprzyjemna jest taka złość.

Kiedy w owej chwili za kierownicą rozpoznałam, jakie to emocje kłębiły się pod powierzchnią mojej złości, byłam gotowa powiedzieć spokojnie i szczerze:
– Duży, jest mi cię bardzo żal. Też się boję, że pani sprzątająca wyrzuci twoje dzieło. Ale najgorsza jest bezradność: chcę pomóc ci je odzyskać i nie mogę. Chciałam być na czas i nie będę. Chcę uprzedzić o spóźnieniu i nie mogę. Chcę mieć pewność, że te dwie godziny w samochodzie na coś się przydadzą i jej nie mam. Jest mi strasznie smutno i żal, że na nic z tego nie mam wpływu.

Pufff! Złość minęła, a te inne, trudne emocje jakby zelżały. Nie tylko mnie ulżyło – Dużemu też. Zamyślił się, milczał przez jakiś czas, potem powiedział mi o swoich emocjach… i już. Chciałabym, żeby zawsze nam się udawało zachować w tego typu sytuacjach tę uważność na emocje.

Wystarczy przyjąć i poczuć swoją bezradność (lub wstyd, bezsilność, rozżalenie, smutek, …), aby stała się ona lżejsza, mniej przytłaczająca. Piszę „wystarczy”, a przecież dokonanie tego zajęło mi kilka lat i bez psychoterapii zapewne by mi się to nie udało. W naszej kulturze złość wydaje się być bardziej “ok”, niż miękkie trudne emocje: wielu z nas o wiele łatwiej jest powiedzieć „jestem wściekła”, niż „czuję się bezradna”. Ale o ile spokojniejsze byłoby nasze życie, o ile lepsze byłyby nasze relacje z ludźmi, gdybyśmy robili przestrzeń dla każdej emocji, rozpoznawali ją, regulowali, a następnie regenerowali się. To self-regowe “trzy R” (recogniseregulaterestore) samoregulacji w obszarze emocji, która, w odróżnieniu od panowania nad emocjami, nie pożera naszej cennej energii. To tak proste i zarazem tak piekielnie trudne, że aż trzeba się tego uczyć na warsztatach

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Traffic” (CC BY 2.0) by Matthias Ripp

Złość, część 8: Emocje są jak fala

Dziś powracam do tematu złości, który towarzyszy mi od początku funkcjonowania tego bloga. To już ósmy z cyklu postów o złości i na pewno nie ostatni. W poprzednich pisałam między innymi o tym, jak po raz pierwszy wrzasnęłam na dziecko; o mojej drodze do życia niezatrutego złością; o tym, jak pod wpływem złości zmieniamy się w gady; o myślach-zapalnikach oraz o pauzie jako narzędziu regulacji złości. To właśnie moje trudności z wyrażaniem złości sprawiły, że zainteresowałam się podejściem Self-Reg; pochłonęło mnie ono tak bardzo, że ostatecznie zostałam pierwszą w Polsce Facylitatorką tej metody. W planach mam kurs online na temat regulowania złości oraz… nie, na razie nic Wam nie zdradzę. 🙂

Kiedy jeszcze październik rozpieszczał nas słoneczną pogodą, pewnego ranka wybrałam się na przejażdżkę rowerową wraz z Malutkim, po drodze wstępując na targ. Znalazłam stragan, o który dało się oprzeć rower obciążony 14-kilogramowym Malutkim w foteliku. Utrzymując rower w równowadze dolną połową ciała, zaczęłam wkładać wybrane warzywa i owoce do siatek, szacując w myślach, ile zmieszczę w niewielkim plecaku i jeszcze mniejszym koszyku przy kierownicy. Byłam raczej spokojna i uważna, choć mój umysł pracował, a ciało było nieco napięte, aby utrzymać rower w pionie.

Nagle w tę scenerię wtargnęła jak burza kobieta w podeszłym wieku. Była kilka metrów przede mną, szła w moją stronę. Cała jej postać wyrażała gniew, oczy lustrowały podejrzliwie otoczenie, a usta były gorzko zaciśnięte, tworząc wąską kreskę. Momentalnie poczułam, jak moje ramiona i nogi napinają się, jakby przygotowując się do walki albo ucieczki. Szybko odłożyłam siatkę z ogórkami i chwyciłam mocno kierownicę roweru, jednocześnie omiatając wzrokiem otoczenie. Po mojej prawej stronie miałam rower oparty o stragan, a po lewej – około metrowej szerokości przejście. Kobieta też zlustrowała otoczenie, po czym spojrzała mi w oczy i ruszyła do ataku. Naparła na przednie koło, próbując odepchnąć rower od straganu i krzyknęła: “DZIE z tym rowerem?”.

Poczułam,  jak w moje stopy wstępuje ogień, szybko ogarnia łydki, uda, biodra i tułów, a następnie spływa od barków aż po koniuszki palców rąk. Przez chwilę moje ciało płonęło, czułam się jak żywa pochodnia. Widziałam jakby przez wąski tunel tylko tę kobietę i, patrząc jej z wściekłością prosto w oczy, wycedziłam niższym niż zwykle głosem: “Tu ma pani przejście!”. Ona sapnęła, jakby zmniejszyła się i odwróciła wzrok. Następnie, mamrocząc coś pod nosem, przeszła po mojej lewej stronie. Ogień tymczasem dotarł do mojej głowy, aż po sam jej czubek, a następnie jakby odbił się od niego i, tym razem powoli, powrócił przez całe ciało aż do stóp, a następnie ulotnił się. Czułam drżenie mięśni, w moim ciele zaszły właśnie prastare procesy biochemiczne służące obronie mnie samej i mojego potomstwa przed napastnikami. Wyjście z trybu walki i ucieczki zajęło mi jeszcze chwilę, jednak dość szybko w moje ciało i umysł wstąpił spokój. Nie zanotowałam żadnej myśli-zapalnika, które w tego typu sytuacji mogłyby się pojawić (“Co za baba!”, “Mogła zrobić krzywdę Malutkiemu!”, “Porąbało ją?” itd.). Kobieta poszła swoją drogą, a ja upewniłam się, że Malutki się nie przestraszył, po czym sięgnęłam po porzuconą siatkę z ogórkami. Całe zdarzenie trwało może 90 sekund.

Od dwóch lat z różną intensywnością praktykuję uważność (mindfulness), jednak dopiero teraz doświadczyłam tego, że emocje są jak fala. Słyszałam wielokrotnie, że “czysta” emocja trwa kilkadziesiąt sekund: pojawia się i rośnie jak fala, osiąga punkt kulminacyjny, a następnie rozpływa się, ustępując miejsca kolejnej. Dokładnie to wydarzyło się tego dnia na targu. Moja złość odpłynęła, a ja poczułam ekscytację wywołaną tym, że wreszcie było mi dane w taki uważny sposób jej doświadczyć. Nie bez znaczenia było zapewne to, że w ostatnich miesiącach postawiłam sobie za cel wyraźniejsze odczuwanie emocji w ciele – coś, z czym miałam jeszcze niedawno potężną trudność. Od mistrzyni uważności dzielą mnie lata świetlne, ale też mój mózg nie składa się już z hiperaktywnej lewej, logicznej półkuli i uśpionej prawej, emocjonalnej i doznaniowej. Dzięki tej większej integracji obu półkul mogę lepiej wspierać i moje dzieci, i inne bliskie mi osoby, i moich klientów coachingowych.

[Przy okazji chcę Wam polecić darmowe wyzwanie “CUD uważności dla mam” Anny Kuszewskiej-Sprawki, terapeutki i trenerki uważności, w którym wzięłam udział w mijającym tygodniu. Wyzwanie już się skończyło, ale materiały będą dostępne do 31 października, możecie jeszcze skorzystać, zapisując się pod tym linkiem. Warto!]

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Waves” (CC BY 2.0) by Ed Dunens

Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija

Pytacie mnie ostatnio, jak odnaleźć spokój w sytuacji przewlekle podwyższonego stresu. Opisujecie przeróżne sytuacje, do których należą między innymi: trzecia ciąża w relatywnie krótkim czasie po dwóch poprzednich; mąż pracujący od rana do nocy i brak wsparcia innych dorosłych; napięta sytuacja w pracy; powiększająca się dziura w domowym budżecie; potężne rozczarowanie kimś, komu się zaufało; dziecko miesiącami budzące się każdej nocy po kilkanaście razy; rozregulowane dziecko wielkim krzykiem domagające się piersi kilkadziesiąt razy w ciągu dnia; wymagające dziecko z utrzymującym się tygodniami i miesiącami silnym lękiem separacyjnym; dziecko porozumiewające się głównie za pomocą jęków, krzyków albo przeraźliwego pisku; dziecko gryzące rodzeństwo i rodziców w chwilach silniejszych emocji lub zmęczenia; dziecko chorujące praktycznie bez przerwy od jesieni do wiosny; zbliżająca się operacja dziecka; wojny między starszym a młodszym dzieckiem. Wszystkich tych sytuacji doświadczyłam na którymś etapie mojego potrójnego macierzyństwa. Łączy je przewlekle podwyższone napięcie połączone z przewlekle obniżoną energią, czyli stan określany jako czarny kwadrant macierzy Thayera, zwany też czarną dupą.

Co mi pomaga, kiedy wiem, że w najbliższym czasie nie mam szans na redukcję stresu i porządną regenerację (kroki trzeci i piąty Self-Reg)? Zanim odpowiem, spróbujcie sobie uświadomić, jakie myśli krążą Wam po głowie w tego typu sytuacjach. “Kiedy to się skończy?”, “Nie wytrzymam tego dłużej”, “Co za koszmar”, “Nie ogarniam”, “Jestem beznadziejna”, “Jestem w czarnej dupie”, “Moje życie jest do kitu”, “Dlaczego akurat mnie się to przydarza?”, “To dziecko jest okropne” – czy coś z tego brzmi znajomo? Jeśli nie, to serdecznie Wam gratuluję: nie dokładacie sobie cierpienia do bólu myślami-zapalnikami. A jeśli tak, to… doskonale Was rozumiem, bo też tak miewam – coraz rzadziej, właściwie już bardzo rzadko, od kiedy stosuję Self-Reg. To na kursie online Natalii Fedan “Odstresowany rodzic”, którego siódma edycja startuje już niedługo, odkryłam, że myśli-zapalniki to dla mnie najsilniejszy ze wszystkich stresorów – tak, silniejszy niż wszystkie te, które wymieniłam w poprzednim akapicie! Dopiero pod wpływem tych myśli widzę daną sytuację jako przytłaczającą.

Zapewne już się domyślacie, co mi pomaga: samoregulacja w obszarze poznawczym, a konkretnie zastąpienie tych myśli bardziej sprzyjającymi. Moja ulubiona myśl, którą powtarzam jak mantrę,  brzmi: “To minie. To minie. To minie”. Wdech, wydech. To minie. Pewna znana w rodzicielskich grupach bliskościowych na Facebooku osoba sformułowała tę myśl przepięknie: “Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija” i pozwalam sobie użyć tego zdania jako tytułu niniejszego wpisu. Nawet, kiedy żmija wydaje się nie mieć końca, ten jednak prędzej czy później następuje. Kiedy więc jest mi ciężko albo oczekuję na jakieś trudne doświadczenie (jak dziś – operacji Małego jutro rano), próbuję przypomnieć sobie tego typu sytuacje z przeszłości, posiłkując się moimi dziennikami i zapiskami na Facebooku. Zawsze stwierdzam, że te wspomnienia nie wzbudzają już we mnie silnych emocji, a po burzy zawsze pojawiało się słońce. Jutro po południu Mały będzie w domu, po operacji. Za kilka tygodni Malutkiemu wyrżną się ostatnie zęby mleczne i przestanie traktować nocą moje piersi jak gryzaki. Za jakieś dwa lata Mały zacznie mówić ciszej zamiast wykrzykiwać wszystko donośnym głosem (Duży niedawno zaczął), a Malutki przestanie reagować przeraźliwym piskiem na każdą frustrację (Mały jakiś czas temu przestał). Mąż niedługo dokończy wszystkie projekty w miejscu pracy, z którego odchodzi i przestanie pracować po kilkanaście godzin dziennie. Już za pół roku znów będzie wiosna. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Koniec żmii kiedyś nastąpi.

Może to, czym dzielę się dziś z Wami, to oczywista oczywistość. Jednak mnie powtarzanie w myślach “To minie” zamiast myśli-zapalników bardzo pomaga. Jeśli choć jednej osobie spośród Was także pomoże, to uznam, że warto było spędzić chwilę przy komputerze.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Female Adder” (CC BY 2.0) by Mike Prince

Co mi zrobiły studia coachingowe

Dziś znów zajmuje mnie temat relacji – z innymi ludźmi, ale też z samą sobą. Niedawno pisałam o budowaniu wioski wsparcia i podkreślałam, jak wielkie znaczenie dla naszej samoregulacji mają bliskie więzi z innymi, życzliwymi nam ludźmi. Kontynuując ten temat, opowiem Wam, jak na mnie wpłynęły Podyplomowe Studia Coachingu i Mentoringu i co zamierzam z tym zrobić. Okazją do tej refleksji była wczorajsza uroczystość graduacji i wcześniejsze, poranne spotkanie z moją grupą i superwizorami. Spotkanie to kończyło niemal roczny cykl praktycznych zajęć z coachingu, podczas których przekonaliśmy się na własnej skórze, co to znaczy doświadczać zmiany.

Jestem zadziwiona tym, jak bardzo zmieniłam się w ciągu minionego roku. Dobrą ilustracją tego jest moje zachowanie podczas pierwszego i ostatniego spotkania z grupą współuczestników studiów. W październiku ubiegłego roku wierciłem się niespokojnie na krześle i układałam w myślach to, w jaki sposób przedstawię się grupie. Dopóki nie nadeszła moja kolej, nie słuchałam tego, co mówią inni i bardzo chciałam mieć moje “wystąpienie” za sobą. Dopiero, kiedy wypowiedziałam swoją kwestię, mogłam skupić się na słuchaniu, przyjrzeć się ludziom, rozejrzeć po pomieszczeniu. Wczoraj miałam posuchę w myślach, za to serce zalane emocjami. Nie zastanawiałam się nad tym, co chcę powiedzieć, lecz słuchałam uważnie pozostałych całą sobą – umysłem, sercem i zmysłami, współodczuwałam emocje kolegów i koleżanek, falowałam wraz z nimi, kilka razy popłynęły łzy. Słowa przyszły same, z serca, a nie głowy, w odpowiednim momencie.

Ta sytuacja ilustruje dwie ważne zmiany, jakie we mnie zaszły. Po pierwsze, przestałam wsłuchiwać się tylko w mój wewnętrzny monolog i zaczęłam autentycznie słuchać innych ludzi. Oczywiście nie zawsze i nie w relacji z każdym tak jest, nadal zdarza mi się zamykać uszy i zwracam uwagę do wewnątrz, jedynie obserwując ruch czyichś warg i bezwiednie potakując, jednak to raczej wyjątek niż reguła. Jakże zdziwiona i oburzona byłam, usłyszawszy swego podczas zajęć, że nie słucham! Po drugie, podłączyłam się – wreszcie! – do własnych emocji, odciętych wiele lat temu, kiedy było mi tak trudno, że wybrałam podążanie ścieżką rozumu. “Cogito, ergo sum” było moją naczelną dewizą; definiowałam siebie przez sukcesy w nauce i potem w pracy. Nierzadko nadużywałam siebie, pracując ponad siły. Wiele razy słyszałam, że jestem cyborgiem. Stawiałam sobie dalekosiężny i ambitny cel, dzieliłam niezbędne działania na etapy, a następnie konsekwentnie go realizowałam, po trupach w postaci mojego zdrowia fizycznego i psychicznego, a nierzadko też relacji z innymi ludźmi. Osiągnęłam wiele na polu zawodowym – właściwie każdy swój cel zawodowy zrealizowałam w stu procentach – ale nigdy nie byłam w pełni usatysfakcjonowana. Bardzo trudno mi było w ciągu ostatniego roku zobaczyć prawdę o sobie, a jeszcze trudniej – poczuć z całą siłą moje emocje, zwłaszcza morze smutku i ocean wstydu. Te ciężkie do udźwignięcia emocje nadal kryły się pod moją złością wybuchającą czasem pozornie bez sensu – nadal, choć od ładnych paru lat pracuję nad złością. Te studia zanurzyły mnie w nich po czubek głowy; nieraz wracałam do domu wyżęta jak ścierka. Ale uwierzcie mi, warto było.

Trzecia z ważnych zmian to ta, że inaczej, prawdziwiej wchodzę w relacje z ludźmi i jestem ich autentycznie ciekawa. Nie chodzi tylko o inny sposób komunikowania się, otwarte, niesugerujące odpowiedzi pytania, uważniejsze słuchanie, większe wyczulenie na mowę ciała. Chodzi o coś bardziej fundamentalnego. Na początku studiów bezwiednie włożyłam koleżanki i kolegów do szufladek, szybko zakładając, że już co nieco o nich wiem. Ta osoba jest twarda i nieprzystępna, tamta miła i sympatyczna; z tą się dogadam, a z tamtą mi nie po drodze; od tej mogę się dużo nauczyć, a tamta raczej będzie się uczyć ode mnie. Każdą z tych pochopnych ocen ze zdumieniem rewidowałam, kiedy jedna po drugiej opadały nasze maski i odkładaliśmy na bok mechanizmy obronne, które stały się naszą drugą naturą. Każdy uczestnik mojej grupy okazał się inny, niż zakładałam na początku i każdy rozwinął skrzydła. Każdy też dał mi coś bezcennego: jakieś mocne doświadczenie, intensywną emocję, powód do refleksji, nowe spojrzenie na coś. Wstydzę się teraz tej arogancji, z jaką przez całe życie etykietowałam ludzi już po krótkim czasie, nie doceniając ich bogactwa. To sprawiało, że budowałam nie tak głębokie relacje, jak mi się wydawało.

Co dalej? Pragnę podać dalej to, co otrzymałam: uważność na drugiego człowieka i towarzyszenie mu na drodze rozwoju osobistego. Zamierzam połączyć moje kompetencje: świeżo upieczonego coacha, pierwszej w Polsce certyfikowanej facylitatorki Self-Reg, absolwentki Szkoły prowadzenia grup wsparcia dla rodziców, za jakiś czas także, jak planuję, certyfikowanego coacha kryzysowego, a ponadto wysoko wrażliwej mamy trzech nadal małych synów. Łącząc te zasoby, chcę prowadzić warsztaty i grupy wsparcia dla rodziców, webinaria i kursy online oraz indywidualne procesy coachingowe (w Warszawie, w realu) – wszystko to w nowym dla mnie, powolniejszym tempie. Dziękuję tym kilku dzielnym osobom, które poważnie myślą o coachingu ze mną – do zobaczenia na sesjach zerowych w nadchodzących dniach i tygodniach!

Co z blogiem? Będę go pisała, dopóki starczy mi sił. Jest ważną częścią mojego życia, a kontakt z Wami poprzez wiadomości i komentarze tu i na fan page’u na Facebooku jest dla mnie bezcenny. Dziękuję Wam za wszystko – i zostańcie ze mną, proszę.

Zdjęcie przedstawia tort z napisem “Opowiedz mi o tym więcej”, który zjedliśmy podczas uroczystości.