Wracam po długiej przerwie do mojego cyklu postów o złości, ponieważ szykuję kurs online “Wyreguluj swoją złość, mamo”. Nieco więcej informacji o kursie oraz listę postów składających się na cykl o złości znajdziecie na końcu tego wpisu. A dziś opowiem o moich przemyśleniach związanych z sytuacją, która wydarzyła się ponad rok temu. Moje dzieci miały wtedy 7 lat (Duży), 5 lat (Mały) i niecałe 2 lata (Malutki).

Malutki cierpiał swego czasu na chorobę lokomocyjną, która zamieniała wspólne z nim przejazdy samochodem w koszmar. Czasem wystarczyło kilka minut w aucie, aby maluch gwałtownie i obficie zwymiotował. Po takiej “akcji” potrzebował dłuższego czasu, aby dojść do siebie, był blady i osłabiony, nie chciał jeść ani pić, długo marudził. To w dużej mierze z tego względu nie potrafiłam zrezygnować z zatrudniania na popołudnia opiekunki, która zostawała z Malutkim, kiedy odbierałam Dużego ze szkoły i Małego z przedszkola albo kiedy woziłam ich na basen czy piłkę nożną. Wszystkie te miejsca były położone na tyle daleko od siebie i od naszego domu, że korzystanie z samochodu było jedyną sensowną opcją.

Pewnego dnia musiałam zabrać Malutkiego ze sobą na “wyprawę” do przedszkola i szkoły. Jak zwykle zadbałam o to, żeby maluch nie jadł ani nie pił nic przez dwie godziny przed wyjazdem. Mimo to prowadziłam samochód, jakby siedząc na bombie. Jechałam tak ostrożnie i płynnie, jak tylko się dało, zerkając co chwila w lusterko wsteczne, żeby sprawdzić, czy po Malutkim nie widać objawów zbliżających się torsji. Znałam je już doskonale: mój gadatliwy maluch najpierw milkł, potem robił się blady i ziewał albo przymykał oczy, następnie układał usta w podkówkę, wydawał z siebie jęk, po czym gwałtownie zwracał wszystko, co zjadł nawet kilka godzin wcześniej. Od pierwszych objawów do wymiotów upływało zwykle kilkadziesiąt sekund; jeśli udało mi się otworzyć wszystkie okna i dach albo zjechać na pobocze, zazwyczaj to wystarczyło, aby powstrzymać wymioty. Aby dopełnić obrazu sytuacji, dodam, że Malutki kategorycznie odmawiał wymiotowania do pojemnika czy woreczka, więc jeśli już zdarzyły mu się torsje, to wszystko wokół niego musiało potem zostać uprane (a ja jestem silnie nadwrażliwa na przykre zapachy)…

Tym razem jakimś cudem wszystko szło gładko. 12 minut drogi do przedszkola Małego – wyjście z samochodu i mały spacer dla uspokojenia ewentualnych mdłości – odbiór Małego z przedszkola – 8 minut drogi do szkoły Dużego – znów krótki spacer i odbiór Dużego – wreszcie ostatnia prosta: 13 minut drogi do domu. Nabrałam nadziei na szczęśliwy finał i odprężyłam się, kiedy nagle, dosłownie kilkaset metrów od domu, czekając na zielone światło odnotowałam, że Malutki przestał mówić. Zaniepokojona zerknęłam w lusterko wsteczne i zauważyłam, że maluch pobladł i zamknął oczy.
– Malutki, niedobrze Ci? – spytałam. Nie odpowiedział.
– O nie, on będzie rzygał! Mamo, ja nie chcę! Mamo, zatrzymaj się! Ja wysiadam! – rozkrzyczeli się Duży i Mały, których wymiotowanie wręcz przeraża i którzy siedzieli “w polu rażenia” braciszka. Siedzący pomiędzy nimi Malutki otworzył usta i… ziewnął, nadal blady i z zamkniętymi oczami.

„Szlag!” – pomyślałam, zaciskając ręce na kierownicy. Na sygnalizatorze zapaliło się żółte i potem zielone światło, a dwa samochody przede mną niespiesznie ruszyły. Zjechałam za nimi ze skrzyżowania, po czym zaczęłam nerwowo rozglądać się za miejscem, w którym mogłabym się zatrzymać na naszej wąskiej, krętej, pozbawionej pobocza ulicy. Kiosk – nie, przystanek autobusowy – nie, szereg zaparkowanych wzdłuż ulicy aut – nie. Jest! Kawałek chodnika, żadnej barierki, wokół żadnych pieszych! Wjechałam na chodnik, zastawiając go w całości, po czym błyskawicznie wypięłam się z pasów, włączyłam przycisk otwierający dach, rozpięłam pasy Malutkiego, wzięłam go na ręce i wystawiłam jego głowę i tułów przez otwarty dach na chłodne październikowe powietrze. Maluch wiedział, co ma robić – tak wiele razy już przez to przechodziliśmy: zaczął powoli i głęboko oddychać z przymkniętymi oczami. Widząc, jak na jego twarz wracają kolory, odetchnęłam z ulgą. W końcu Malutki otworzył oczy, uśmiechnął się i zaczął opowiadać coś po swojemu. Ufff, co za ulga! Poczułam, jak napięcie opuszcza moje ciało. Chcąc odczekać jeszcze chwilę przed ponownym posadzeniem Malutkiego w foteliku, rozejrzałam się dookoła.

Mój wzrok padł na jakąś kobietę z wózkiem dziecięcym i kilkuletnią dziewczynką, która stała przed moim samochodem. Kobieta miała zmarszczone brwi, pokazywała mnie palcem i mówiła coś do dziewczynki, kręcąc głową. Dziewczynka patrzyła na mnie spode łba i też kręciła głową. Nagle dotarło do mnie, o co może im chodzić: zatarasowałam samochodem cały chodnik. Wprawdzie obok był szeroki trawnik, którym kobieta mogła przejść, ale z jakiegoś powodu wolała stać na chodniku, kręcić głową i cmokać z dezaprobatą, pokazując córce, jakimi to burakami są niektórzy kierowcy. Poczułam, jak wzbiera we mnie złość. “Co za babsztyl!” – pomyślałam. – “Ma trawnik, jest suchy, zero błota – musi tu stać i robić sceny? Zero empatii, naprawdę! A przecież też jest matką i to chyba jasne, że w mojej sytuacji zrobiłaby to samo!” Miałam ochotę wysiąść z samochodu i wykrzyczeć tej głupiej, niewrażliwej babie, co myślę o jej kręceniu głową i cmokaniu.

Na szczęście udało mi się wcisnąć mentalny przycisk pauzy. Wdech, wydech. O co ja się tak naprawdę złoszczę? I czy to czysta złość – czy ta kobieta w jakiś sposób przekracza moje granice, a złość ma mi pomóc je obronić? Jakie to granice przekroczyła? A może moja złość przykrywa inne trudne emocje wywołane tą sytuacją? Jeśli tak, to jakie? O co tu chodzi?

I nagle zrozumiałam: przecież ta kobieta jest mi tak bliska, że równie dobrze mogłam być na jej miejscu i zachować się dokładnie tak samo. Przecież ja też jestem niezadowolona, zirytowana, bezsilna, bezradna, sfrustrowana, kiedy idę chodnikiem z wózkiem i nagle na mojej drodze pojawia się nieprawidłowo zaparkowany samochód tarasujący przejście. Przecież dbanie o ład i porządek oraz szacunek dla innych ludzi to ważne wartości, którymi chcę się kierować w życiu. Tarasując chodnik, sprzeniewierzyłam się tym wartościom – wprawdzie niecelowo i dbając o inną wartość, jaką jest zdrowie i dobrostan mojego dziecka, ale jednak… sprzeniewierzyłam się im. Ta kobieta nie mogła wiedzieć, dlaczego to zrobiłam: nie zna Malutkiego i jego choroby lokomocyjnej, nie była z nami w aucie. Zobaczyła po prostu samochód zajmujący cały chodnik i dwulatka wystawiającego głowę i ramiona przez otwarty dach, najwyraźniej dla zabawy. Miała prawo przypuszczać, że osoba kierująca tym autem za nic ma komfort pieszych i przepisy ruchu drogowego, po prostu czeka na kogoś, zabawiając dziecko i nie chciało jej się szukać miejsca parkingowego. Faktem jest, że znalazłam się w sytuacji konfliktu wartości. Chroniąc Malutkiego przed wymiotami (a jego braci i siebie przed dyskomfortem), przez moment przestałam szanować przepisy ruchu drogowego oraz komfort pieszych – i na tym właśnie zostałam przyłapana.

Wiecie, jaka emocja kryła się pod moją złością? To wstyd, który można też nazwać lękiem przed odrzuceniem. Tę kobietę i mnie zapewne łączyło bardzo wiele: byłyśmy matkami wyznającymi przynajmniej kilka wspólnych wartości. To dla mnie ważne, aby przestrzegać przepisów i dbać o komfort innych ludzi i dla niej zapewne też. I to właśnie ona, podobna do mnie osoba, odrzucała mnie, sygnalizując, że nie jestem ok. A przecież chcę być ok w oczach ludzi, którzy wyznają moje wartości! Przecież takie jest pragnienie nas wszystkich – istot społecznych, rozwijających się od narodzin tylko w relacji z drugim człowiekiem. Swoim zachowaniem pokazała mi, że nie przynależę do jej stada, bo złamałam ważne reguły gry – a ja wiedziałam, że w tej konkretnej chwili ma rację. Taki jest mechanizm powstawania wstydu, który niesie ze sobą informację o naszym niezgodnym z regułami społecznymi zachowaniu i ma na celu skłonienie nas do autorefleksji i ewentualnie skorygowanie tego zachowania. Wstyd jest rzecz jasna emocją niezbyt przyjemną; taka jest też jego funkcja: ma wywoływać dyskomfort, aby skłonić nas do zmiany postępowania albo przynajmniej rozważenia jej. Jednak jeśli nie zaburzy się jego funkcji regulacyjnej u małego dziecka, zawstydzając je nadmiernie, porównując nieustannie z innymi, odrzucając je ze względu na jego zachowanie, jeśli do wstydu nie doda się lęku przed autentycznym odrzuceniem przez najważniejsze osoby w życiu, wstyd pozostanie tylko wstydem i najpóźniej po kilku minutach odpływa. W przeciwnym razie jest bardzo prawdopodobne, że to dziecko nauczy się zasłaniać czymś swój wstyd, aby nie czuć nadmiernego bólu. Ową zasłoną dla wstydu bywa często właśnie złość.

Nie macie pojęcia, jak wiele razy zasłaniałam mój wstyd złością na osobę, która zasugerowała, że nie jestem ok. Przyglądając się z perspektywy czasu mojemu życiu, stwierdzam, że wstyd to najczęstsza prawdziwa przyczyna moich najpotężniejszych napadów złości czy wręcz furii, zakończonych przyjaźni, zranionych uczuć innych osób, zerwanych relacji zawodowych. Złość zasłaniająca wstyd ciągnęła się za mną jak pas spalonej ziemi, a ja obwiniałam o nią tych, na których się złościłam. “Co za babsztyl!”, “Jak można być takim dupkiem?”, “Co za idiota!” – wiele takich zdań padło z moich ust albo przynajmniej rozbrzmiało w mojej głowie. Bardzo często takie sytuacje prowadziły do mojego ruminowania – długotrwałego “mielenia” danej sytuacji i związanych z nią myśli i emocji. Paradoksalnie, stosując ową zasłonę, narażałam się na większe cierpienie, niż gdybym dopuściła do siebie i przeżyła wstyd.

Zaczęłam się pochylać nad moją złością jako zasłoną wstydu nieco ponad dwa lata temu, podczas studiów coachingowych, które bardzo silnie mnie skonfrontowały z tym kłębkiem emocji. Od tamtej pory staram się dokopywać do wstydu i wydobywać go na światło dzienne, przeżywać go świadomie i dokonywać wyboru, co chcę zrobić z informacjami, które niesie. W sytuacji, którą tu opisałam wybrałam następujące rozwiązanie: rozłożyłam bezradnie ręce, uśmiechnęłam się do kobiety przepraszająco i wypowiedziałam bezgłośnie, lecz bardzo wyraźnie: “Przepraszam”, po czym zapięłam Malutkiego w foteliku i odjechałam. Kątem oka zauważyłam, jak spięte ramiona kobiety opadają, jakby jej złość odpłynęła i poczułam… spokój i lekkość. Wiem z całą pewnością, że kilka lat temu ruminowałabym na temat tej kobiety jeszcze długo po powrocie do domu.

Jeśli chcecie popracować nad uczuciem wstydu, to zainteresujcie się książkami Brene Brown: „Dary niedoskonałości” i „Z wielką odwagą”.  A jeśli chcecie zanurkować w głąb swojej złości i sprawdzić, co się pod nią kryje, to zapraszam Was serdecznie do udziału w kursie online „Wyreguluj swoją złość, mamo!”, nad którym właśnie pracuję. W jednym z modułów będziemy robić właśnie to: szukać emocji, które przykrywa nasza złość. Inne moduły będą dotyczyły pracy z ciałem, umysłem (w tym przekonaniami i myślami-zapalnikami) oraz relacjami z innymi ludźmi. Kurs jest przeznaczony dla mam, które są bardzo świadome i chcą wychowywać dzieci w bliskości i szacunku, ale mimo dużej wiedzy w pewnych sytuacjach wybuchają w sposób, które je niepokoi.

A na początek – zapraszam Was na mój DARMOWY webinar “Spokój rodzi spokój. 12 sposobów na opanowanie złości”, który odbędzie się we wtorek 31 marca o godzinie 21. Możecie zapisać się pod tym linkiem

P.S.W serii o złości ukazały się dotychczas następujące posty (nie trzeba ich czytać po kolei; oceniam, że kluczowe dla rozumienia złości są posty nr 3 i 7):

Złość, część 1: Dzień, w którym wrzasnęłam na dziecko (LINK)

Złość, część 2: Dziesięć kroków ku lepszemu życiu (LINK)

Złość, część 3: Jak zmieniamy się w gady (LINK)

Złość, część 4: I znów wrzasnęłam (LINK)

Złość, część 5 i Self-Reg, część 11: Myśli-zapalniki (LINK)

Złość, część 6 i Self-Reg, część 12: Opowiedz mi, matko, o swoich planach… (LINK)

Złość, część 7 i Self-Reg, część 19: Bezcenna pauza (LINK)

Złość, część 8: Emocje są jak fala (LINK)

Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią (LINK)

Złość, część 10: Złość, część 10: “Co za babsztyl!”, czyli o złości jako zasłonie (LINK)

Złość, część 11: “Nie będzie mi gówniarz rozkazywał!”, czyli jak zalałam gada oksytocyną (LINK)