Mama trzi nie

Mama trzi nie

 

Kilka dni temu spędzałam leniwy poranek w łóżku z Malutkim i książkami. W pewnym momencie mój dwulatek przytulił się do mnie ze słowami:
– Mama, ooooch! [Kocham cię, mamo!]
– Też cię kocham, Malutki. A wiesz, że jesteś jedynym takim Malutkim na świecie? Nie ma drugiego takiego.
– Ti trzi nie? [Nie ma drugiego mnie?] – upewnił się Malutki.
– Nie, nie ma drugiego takiego. Jesteś jedyny i wyjątkowy.
Okrągła buzia Malutkiego rozjaśniła się w uśmiechu. Zastanawiał się przez chwilę, po czym zajrzał mi głęboko w oczy i powiedział uroczyście:
– Mama trzi nie!

Jeśli jesteś mamą, to pamiętaj: nie ma takiej drugiej na świecie. Jesteś jedyna i niepowtarzalna. Jeśli jesteś tatą, też jesteś jedyny i niepowtarzalny. I nawet kiedy nawalisz, nawrzeszczysz, zachowasz się niezgodnie ze swoimi wartościami, dzieci Ci to wybaczą. Pamiętaj o tym zwłaszcza w stresujących chwilach, które niewątpliwie pojawią się, jeśli spędzisz nadchodzące święta tradycyjnie, w szerszym gronie osób, które znasz od lat. Ze świętami tak już jest, że obfitują w różnego rodzaju stresory. Bądź więc łagodna/łagodny dla siebie, ale też dla swoich dzieci – a w miarę możliwości też dla innych, na miarę swoich zasobów.

Życzę Ci jak najwięcej self-regowego spokoju w czasie nadchodzących Świąt i na co dzień! Do zobaczenia za kilka dni, kiedy opublikuję ciąg dalszy postu na temat krytyka wewnętrznego. Mój krytyk smacznie śpi, Mąż i dzieci też, a ja w dobrym nastroju zabieram się za przyrządzanie wigilijnych śledzi.

P.S. Jeśli nie jesteś rodzicem – także Ciebie dotyczy “ti trzy nie”. Słowo honoru.

Dzieci jako siła napędzająca rozwój rodzica

Znów mam potrzebę podzielenia się z Wami refleksją, tym razem z serii „Co mi dały dzieci”Refleksja nasunęła mi się podczas rozmowy ze współuczestniczką Szkoły trenerów grup wsparcia dla rodziców po tym, jak wspólnie poprowadziłyśmy w ostatni czwartek spotkanie (dziękuję Ci, Marysiu).

Praca grupy wsparcia dotyczyła rodzicielskich emocji w relacji z dziećmi i wywołała u mnie zachwyt i onieśmielenie. Zachwyciłam się magią grupy – grupy wsparcia jako formy pracy nad sobą samym, ale przede wszystkim tej konkretnej grupy mądrych, wrażliwych ludzi, którzy wykonują ogromną pracę nad sobą, aby być lepszymi rodzicami i jednocześnie lepiej wspierać innych rodziców. Onieśmieliła mnie ich samoświadomość i miękkość skutkująca, paradoksalnie, ogromną siłą.

Refleksja dotyczy tego, jakim człowiekiem byłabym, gdybym nie została mamą. Czy pozostałabym pracoholiczką pnącą się wytrwale w górę po szczeblach kariery w instytucjach finansowych i badawczych? Czy nadal pracowałabym równolegle jako nauczyciel akademicki, zdobywający kolejne tytuły naukowe? Czy pozostałabym Zosią-samosią i perfekcjonistką w każdym calu, konsekwentnie realizującą swoje ściśle sprecyzowane plany i niezdolną do życia tu i teraz? Może tak, a może nie.

Jednego jestem niemal pewna (i to jest sedno tej refleksji): gdyby nie dzieci, miałabym niewielkie szanse na wyjście ze swojej skorupy. Przez ponad 30 lat trzymałam w ryzach swoje emocje i skupiałam się na domenie rozumu, odnosząc sukcesy naukowe i zawodowe. Było to możliwe dzięki mojej wysokiej inteligencji i jeszcze wyższej samokontroli. Dopiero jako mama wymagającego niemowlaka przestałam nad sobą panować: trudne emocje mojego synka przewiercały się przez pancerz, który sobie zbudowałam, wydobywając na światło dziennie moje własne starannie ukryte emocje. Doświadczenie macierzyństwa było dla mnie katalizatorem rozwoju osobistego. Wiem z licznych opowieści matek, które poznałam w ciągu ostatnich lat, że to powszechne doświadczenie. Słyszeliście o metodzie Horse Coaching, polegającej na treningu osobistym z wykorzystaniem koni? Gdyby nie kwestie etyczne, można by pomyśleć o High Need Baby Coaching: widzę oczyma wyobraźni tych menedżerów najwyższego szczebla, którzy mieliby za zadanie opiekować się 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu wymagającym maluchem… Nawet najtwardszy z twardzieli prędzej czy później zaraziłby się tymi emocjami i musiałby, jak ja i tysiące innych mam, skonfrontować się z własną bezradnością, lękiem i złością.

Macierzyństwo sporo mi zabrało, ale dało coś bezcennego: kontakt z samą sobą i miłość, jakiej nie byłam w stanie sobie wyobrazić. Gdyby nie dzieci, miałabym zapewne forsy jak lodu i podróżowałabym we wszystkich wolnych chwilach po dalekim świecie, lekką ręką wydając pieniądze na drogie hotele, atrakcje turystyczne i przyjemności. Pisząc to, z żalem myślę o tym, że nie stać nas na powtórkę naszej podróży po Australii, a nawet gdyby było nas stać, nie zdecydowalibyśmy się na nią z trójką małych dzieci. Gdyby nie dzieci, opanowałabym zapewne jeszcze kilka języków obcych, których nauka sprawia mi taką frajdę. Gdyby nie dzieci, stale poszerzałabym swoje horyzonty i świetnie się orientowała w zawiłościach międzynarodowej polityki; teraz ledwo zauważam, że zmienił się szef amerykańskiej dyplomacji i niewiele wiem na temat przyczyn. Gdyby nie dzieci, pewnie wyglądałabym lepiej, byłabym bardziej zadbana, dopracowana. Moja doba ma 24 godziny i dużą jej część poświęcam na czynności służebne wobec innych ludzi, “poniżej moich kwalifikacji”, jak wycieranie podłogi pod wysokim krzesełkiem, w którym jada swoje posiłki Malutki. Choć czasem jestem tym bardzo sfrustrowana, nie zamieniłabym się z hipotetyczną bezdzietną sobą, bo ona… nie żyła swoim życiem, lecz życiem zgodnym z oczekiwaniami, które jej wtłoczyło otoczenie. Paradoksalnie, zajmując się swoimi dziećmi, największą przysługę wyświadczyłam swojemu wewnętrznemu dziecku, które porzuciłam dawno temu. Ono teraz rozkwita.

Jednym z moich najnowszych osiągnięć jest stopniowe rozstawanie się z perfekcjonizmem. Czy zauważyliście, że ten wpis nie ma ilustracji? Jakoś nie miałam na nią pomysłu (jeśli jakiś macie, to podzielcie się nim ze mną, proszę). Nie jestem też zadowolona z tego wpisu – nie oddaje tego, co chciałam Wam przekazać. Ale cóż, nie będę go bez końca cyzelować. Zrobione jest lepsze od doskonałego. Taka moja prywatna rewolucja…

Spełnienie moich marzeń

Wczoraj na plaży opowiedziałam Małemu historię, która wywołała jego szeroki uśmiech. Oto ona: “Dawno, dawno temu, a dokładnie cztery lata temu miałam duży brzuszek, a w nim byłeś TyJeszczelato, pojechałam z tatą i Dużym nad jezioro i długo w nim pływałam. Wiedziałam – nie wiem skąd, ale wiedziałam na pewno – że ten Mały w moim brzuchu będzie kochał wodę tak, jak ja. Marzyłam o tym, że kiedyś razem z moim Małym będę się kąpała w morzu. I wiesz, co? Moje marzenie się spełniło.” Mały naprawdę kocha wodę dokładnie tak, jak ja.

Jednym z najpiękniejszych aspektów macierzyństwa jest to, że razem z małym człowiekiem odkrywa się na nowo własne pasje i upodobania. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, kiedy jest się mamą więcej niż jednego dziecka. Ja mam dzieci do tańca i do różańca. Duży już jako czteromiesięczne niemowlę zastygał w bezruchu i zamieniał się w słuch, kiedy czytałam mu wiersze Brzechwy. Wśród jego pierwszych dziesięciu słów znalazły się “koło”, “kądąg” (trójkąt) i “kapa” (kwadrat). Ja też byłam małym mózgowcem zafascynowanym książkami i zdobywaniem wiedzy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy Mały przez ponad dwa pierwsze lata życia książkami jedynie rzucał, ewentualnie je zjadał, nie rozpoznawał też kształtów ani kolorów. Za to w przeciwieństwie do Dużego uwielbia – oprócz wody, morza, plaży – taniec i wszelki ruch na świeżym powietrzu. Wykorzystuje też każdą okazję, żeby wyjść z domu i spróbować czegoś nowego; potrafi nawet z wyjścia do śmietnika uczynić wspaniałą wyprawę. Świetnie się w tych sprawach dogadujemy.

Piękne jest też to, że w moich dzieciach widzę mocne strony ich taty, których mnie samej brakuje. Duży ma niezwykłą łatwość pojmowania tego, jak działają różne maszyny i ogromną wiedzę o samochodach. Z kolei Mały bierze życie takie, jakim jest, potrafi wejść w pozytywną interakcję z dowolnym obcym człowiekiem, a z problemami rozprawia się bez wahania i lęku przed porażką. Jeszcze nie wiem, jaki będzie Malutki. Na razie odnoszę wrażenie, że to najbardziej pogodne, spokojne i zrównoważone z moich dzieci.

Oprócz mocnych stron widzę w moich dzieciach także moje deficyty i jestem zdeterminowana, żeby pomóc im je pokonać. Ale to już temat na inny wpis. Na razie zamierzam wreszcie dokończyć mój cykl postów o złości, który pamiętają zapewne tylko najwierniejsi czytelnicy…

Pokonywanie swojej słabości

Jedną z cudownych rzeczy w byciu mamą jest to, że stale się rozwijam i pokonuję różne ograniczające przekonania na własny temat. Na początku mojej macierzyńskiej drogi w pewnym sensie nie miałam innego wyjścia: pojawienie się dzieci zmusiło mnie do wprowadzenia licznych organizacyjnych zmian w moim życiu. Jeszcze sześć lat temu uważałam, że gotowanie jest trudne i nigdy go nie opanuję w stopniu zadowalającym. Jednak los obdarzył mnie dzieckiem z alergią pokarmową, które przez niemal dwa lata karmiłam piersią. Nie mogłam zatem zdać się na gotowe dania – trzeba było zaprzyjaźnić się z kuchnią. Teraz gotowanie sprawia mi przyjemność i rzadko się zdarza, żebym ugotowała coś, co niezbyt smakuje moim bliskim. Inny przykład: kiedyś wydawało mi się także, że umrę (tak, umrę!), jeśli będę systematycznie sypiać krócej, niż pięć godzin na dobę i wstawać przed godziną 7. Tymczasem przez kilka miesięcy po powrocie do pracy po drugim urlopie macierzyńskim chodziłam spać około godziny 1 w nocy i wstawałam o 5:40. W międzyczasie budziłam się kilkakrotnie na kilka do kilkunastu minut ze względu na tzw. lęki nocne Małego (nie licząc króciutkich pobudek na zmianę piersi, z której go przez sen karmiłam – Mały spał, niemal nie wypuszczając piersi). Wprawdzie utyłam, cera mi zszarzała i pamięć nieco szwankowała (choć nie aż tak, jak w czasie mojej trzeciej ciąży), ale funkcjonowałam całkiem nieźle, piastując kierownicze stanowisko i zajmując się po pracy wymagającym trzylatkiem i roczniakiem-demolką. (Pisząc te słowa, zdałam sobie sprawę, że jestem pełna obaw w związku z moim powrotem do pracy, planowanym na listopad.)

Najprzyjemniej jest rozwijać się, bo chcę poszerzać horyzonty dzieci, a nie dlatego, że życie mnie do tego zmusiło. Skoro marzę o tym, żeby moje dzieci poznały swoje możliwości w przeróżnych sferach życia, to sama chcę być ich przewodniczką. Trudno być przekonującą, kiedy się stoi u stóp góry i, trzęsąc się ze strachu, zachęca się dziecko sztucznie entuzjastycznym tonem, żeby się na nią wspięło. W ciągu ostatnich miesięcy udało mi się sprawić, że Duży nauczył się pływać (kocham pływanie) oraz zarazić i Dużego, i Małego pasją do jazdy na nartach. Bardzo chciałam, żeby nauczyli się też jeździć na łyżwach. Rzecz w tym, że ani Mąż, ani ja nie jeździmy na łyżwach… Spróbowałam tej aktywności raz, we wczesnym dzieciństwie i zniechęciłam się do tego sportu oraz utrwaliłam swój obraz siebie jako mało sprawnej fizycznie i nieskoordynowanej. Jednak pewnego dnia, kiedy niekończąca się zima i smog dawały się we znaki, spontanicznie postanowiłam spróbować ponownie. Udałam się na pobliskie lodowisko, wypożyczyłam parę łyżew, założyłam je, włożyłam mój rowerowy kask i z biciem serca weszłam na taflę. Pierwsze kroki stawiałam bardzo ostrożnie, trzymając się barierki, ale po przejechaniu połowy kółka uznałam, że czepianie się barierki utrudnia mi utrzymanie równowagi i… po prostu pojechałam. Ja, dobiegająca czterdziestki matka trojga dzieci, która regularnie potyka się o własne nogi i wpada na ściany i meble! Przez pół godziny istniałam tylko ja i kilka metrów tafli przede mną. Pełna koncentracja, czysta radość, energia przepływająca przez moje ciało. Nie upadłam ani razu, ale też ani trochę nie bałam się upadku. Kiedy opuściłam lodowisko, chciało mi się krzyczeć z radości, a w drodze do domu podśpiewywałam „Mam tę moc, mam tę moooooc!”.

Dlaczego piszę o łyżwach w upalny letni dzień? Bo wczoraj znów pokonałam własną słabość i lęki. Jeszcze kilka lat temu bałam się prowadzić samochód. Kiedyś zobaczyłam zza kierownicy, jak policjanci wkładają do czarnego worka zwłoki chłopca potrąconego przez samochód na przejściu dla pieszych i od tamtej pory przez wiele lat nie potrafiłam usiąść za kółkiem. W ostatnich tygodniach ciąży z Dużym postanowiłam się przełamać, wykupiłam kilka godzin jazdy doszkalającej i zaczęłam z duszą na ramieniu jeździć po okolicy. Sześć lat później jestem niezłym, doświadczonym kierowcą wielkomiejskim i tylko trochę obawiam się samotnej jazdy z dziećmi – płaczącym w samochodzie Malutkim i Małym, który ma chorobę lokomocyjną. Jednak dopiero wczoraj odważyłam się wyruszyć z moją trójką (i teściową) w dłuższą trasę. Przejechałam wzdłuż Bugu całe województwo lubelskie – kiepskimi drogami pełnymi rowerzystów i niedzielnych kierowców. Dałam radę śpiewająco, choć Malutki w sumie chyba przez godzinę wrzeszczał jak opętany, a Mały kilkaset (nie przesadzam!) razy spytał płaczliwym tonem, kiedy wreszcie dojedziemy.

Pokonuję te wszystkie bariery w mojej głowie dzięki dzieciom, dla nich i przez nie. Przede mną jeszcze całe mnóstwo takich doświadczeń. Ciekawe, jakie wyzwanie czeka tuż za rogiem…

Bezwarunkowa miłość i akceptacja

Dziś jest Dzień Matki i przy tej okazji chcę się z Wami podzielić refleksją na temat bezwarunkowej miłości i akceptacji. Mówi się, że miłość matki do dziecka jest bezwarunkowa, a ja się z tym nie do końca zgadzam. Kocham swoje dzieci tak bardzo, że nie potrafię tego opisać ani ogarnąć rozumem. Dla nich staram się codziennie być choć trochę lepszą mamą i lepszym człowiekiem, niż poprzedniego dnia. Jednak trzeba być niezwykle dojrzałym, mądrym i doświadczonym człowiekiem, żeby kochać swoje dziecko, nie oczekując od niego niczego, nawet tego, że będzie zdrowe i szczęśliwe. Która kobieta jest właśnie takim człowiekiem między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia, kiedy najczęściej rodzi dzieci? Ja nie, choć zaczęłam powoli zmieniać się w tym kierunku.

Zastanawiam się czasami, czy troska matki o prawidłowy rozwój i szeroko pojęty dobrostan dzieci nie stoi na drodze jej bezwarunkowej miłości i akceptacji dla tychże dzieci. Kiedyś zauważyłam, że kilkumiesięczny wówczas Mały zawsze uśmiecha się do swojego taty, natomiast na mnie zwykle patrzy z powagą. Zdałam sobie wtedy sprawę, że tata podchodzi do niego w radosnym i beztroskim nastroju, bo w tych krótkich chwilach, kiedy jest w domu, spędza z maluchem czas głównie na zabawie i pokazywaniu świata. Natomiast ja jestem dla bobasa rozbudowanym modułem czyszcząco-karmiąco-uzdrawiającym i jako taki często patrzę na synka z uwagą, troską czy wręcz niepokojem. Czy nie jest głodny? Czy nie jest mu za ciepło ani za zimno? Czy nie powinnam już ukołysać go do snu? Czy nie boli go brzuszek? Czy te krostki na buzi to objaw choroby, czy reakcja alergiczna na coś, co zjadłam, czy też zwykłe potówki? Za tą troską kryje się moje pragnienie, żeby moje dzieci były zdrowe i szczęśliwe. Co się stanie, jeśli nie będą? Czy nadal będą czuły moją bezwarunkową miłość i akceptację, czy raczej będę podejmowała wysiłki, żeby to zmienić – żeby JE zmienić?

Tak bardzo chciałabym, żeby moje dzieci odczuwały moją wielką miłość do nich, choć zbyt często jest ona przesłaniana przez moją troskę o nie czy zwykłe zmęczenie. Trudno mi, będąc matką, odczuwać przez większość czasu radość i miłość niepodszyte delikatnym niepokojem. Jednocześnie bardzo chcę, żeby troska o dobrostan moich dzieci nie wyrzeźbiła mojej twarzy, tworząc na niej wraz z upływem lat zafrasowane bruzdy. Chcę, żeby to radość i miłość były na niej najwyraźniej odmalowane i żeby dodawały moim dzieciom skrzydeł przez całe ich życie – nawet wtedy, kiedy mnie zabraknie. Niedawno poruszyła mnie opowieść o dwóch braciach, którzy po śmierci ojca zostali zapytani, czego będzie im teraz najbardziej brakowało. Obaj niezależnie od siebie odpowiedzieli, że tym czymś będzie uśmiech rozjaśniający twarz ojca za każdym razem, kiedy któryś z nich wchodził do pokoju. Czy ja się tak rozjaśniam na widok dzieci? Czasem tak, ale czasem nie, a wręcz zdarza mi się przewrócić oczami lub ciężko westchnąć (“ZNOWU czegoś ode mnie chcą!”). Natomiast twarze moich dzieci praktycznie zawsze rozjaśniają się z radości na mój widok.

Moje dzieci kochają mnie i akceptują bezwarunkowo, a na mój widok uśmiechają się z miłością i oddaniem; prym wśród nich wiedzie Malutki. Niedawno w sieciach społecznościowych krążył film z rozanielonym niemowlakiem wpatrującym się w swoją mamę. Blogerka Scary Mommy umieściła ten filmik w przezabawnym poście, przestrzegając kobiety, które zakończyły już reprodukcję, przed obejrzeniem go. “Schowajcie swoje jajniki!” – tak nawoływała te spośród nich, które nie posłuchały jej ostrzeżenia. Ja nie muszę chować swoich jajników. Widzę dokładnie taki uśmiech co najmniej kilkanaście razy dziennie, bo mam Malutkiego, najsłodszego i najbardziej pogodnego niemowlaka pod słońcem. Malutki jest śliczny, mądry i od urodzenia cudownie komunikuje swoje potrzeby i emocje. Uwielbia mnie i okazuje to całym swoim pulchnym ciałkiem: na mój widok macha z ekscytacji kończynami, uśmiecha się szeroko i wydaje radosne okrzyki. Godzinami wpatrujemy się w siebie i rozmawiamy, strojąc miny i przytulając się. Ja i starszaki zastanawiamy się czasem, czy najmłodszy członek naszej rodziny jest bardziej śliczny, mądry, czy kochany i stwierdzamy, że choć jest prześliczny i niezwykle mądry, to jednak jest jeszcze bardziej kochany. Mój Malutki…

Nie tylko bobas obdarza mnie na co dzień takim rozanielonym uśmiechem: robi to też Mały. Mój trzyipółletni synek jest nieprzeciętnym dzieckiem, który rozwija się wzorowo i równomiernie we wszystkich dziedzinach, jednocześnie wykazując wiele talentów artystycznych i sportowych. Jest zwierzęciem społecznym, obdarzonym ogromną empatią i wyczuciem. Z każdej sytuacji potrafi znaleźć wyjście, w każdej znajdzie coś pozytywnego, bo też cały jest pozytywny, od sterczących na wszystkie strony włosków poprzez pyzatą twarzyczkę aż po palce u stóp, między którymi uwielbia dłubać za każdym razem, kiedy wkłada lub zdejmuje skarpetki. Ma piękne oczy i cudny, rozjaśniający całą buzię uśmiech. Jest tak uroczy, że obcy ludzie na ulicy czy w sklepach zaczepiają go, zachwycają się nim i wręczają słodycze (!). Nawet osoby z gniewnie zaciśniętymi ustami wyraźnie odprężają się, a nawet uśmiechają radośnie na jego widok. Mój Mały…

Myślicie, że Duży, który jutro kończy sześć lat, już wyrósł z błogich uśmiechów na widok mamy? Nieprawda! Duży kocha mnie miłością niezmierną i niezmienną. “Mamo, kocham cię najbardziej na świecie. Kocham cię nawet wtedy, kiedy jesteś zła i krzyczysz. Zawsze będę cię kochał, nigdy nie przestanę. Jesteś najlepszą mamą na świecie” – taki oto cytat zapisałam w moim pamiętniku dwa i pół roku temu. Duży jest niezwykłym dzieckiem: hiperwrażliwym, bardzo emocjonalnym, porażająco inteligentnym, wysoko stawiającym poprzeczkę światu i sobie samemu. Jest wnikliwym i krytycznym obserwatorem rzeczywistości i wciąż na nowo zaskakuje mnie swoimi dojrzałymi nad wiek refleksjami. To on uczynił mnie mamą i to on pchnął mnie na ścieżkę rozwoju osobistego, którego tak bardzo potrzebowałam, nawet o tym nie wiedząc. Razem zawojujemy świat. Mój Duży…

Jestem najhojniej obdarowana: moje dzieci to cud, który wraz z Mężem powołałam do życia. Jestem ich mamą na zawsze i ta rola definiuje mnie w większym stopniu niż wszystkie inne, które pełnię. Każde dziecko jest cudem, ale moi synowie to mój “własny” cud, za który jestem odpowiedzialna. Ta odpowiedzialność czasem mi ciąży, ale głównie wzbogaca moje życie i uszczęśliwia mnie. Chciałabym pamiętać o tym zawsze, także w trudnych momentach, kiedy chłopaki wrzeszczą, biją się albo robią dokładnie to, czego absolutnie nie powinni robić. Chcę, żeby czuli, że widzę ich wewnętrzne światło i wierzę w nich niezależnie od okoliczności.

Na koniec (a może od tego powinnam zacząć?) chciałabym wyrazić wdzięczność mojej Mamie, która też we mnie wierzy i wspiera mnie tak, jak umie – jako córkę, kobietę i matkę. Kiedy ja uczyniłam ją matką 38 lat temu, nie miała do dyspozycji tych wszystkich rodzicielskich lektur i blogów, które ja pochłaniam, była też bardziej zapracowana, niż ja. Mimo to umiała nawiązać ze mną prawdziwą, głęboką więź, która procentuje teraz. Przy niej mogę być sobą, nie muszę nikogo udawać, nie obawiam się negatywnej oceny. To chyba bezwarunkowa miłość? Jestem jej szczególnie wdzięczna za to, że wspiera mnie w moim niełatwym chwilami macierzyństwie. Robi to, choć nie popiera części moich przekonań i metod wychowawczych: mowa żyrafy jest jej obca, a wychowanie bez nagród i kar uważa za absurd. Mimo różnic zdań szanuje moje zdanie i stosuje się do naszych rodzinnych reguł w kontaktach z wnukami.

Piękne jest to, że te wszystkie słowa odnoszą się też do mojej Teściowej. “Teściowa” to słowo, które zwykle źle się kojarzy, ale moja jest fantastyczną kobietą. Traktuję ją jak drugą Mamę. Obu Mamom z całego serca dziękuję za to, że wzbogacają moje życie i tyle dają naszym dzieciom. Naprawdę jestem najhojniej obdarowana.

 

Korzystanie ze wsparcia

Przerywam na chwilę mój cykl postów o złościnarzędziach pracy nad nią, żeby zanotować spontaniczną refleksję z cyklu “co mi dały dzieci”. Otóż poszłam dziś do przedszkola po Dużego i Małego z Malutkim śpiącym w wózku. Wózek zostawiłam przed przeszklonymi drzwiami przedszkola, żeby maluch nie zgrzał się w ciepłej szatni (miałam go na oku, zresztą przedszkole jest położone na zamkniętym terenie).

Kiedy starszaki brykały i wygłupiały się zamiast się ubierać, odezwała się do mnie jedna z matek:
– Jak pani sobie daje radę sama z trójką takich maluchów? Ja mam dwóch synów, cztery i osiem lat, a często nie jestem w stanie ich ogarnąć, zwłaszcza poza domem.
– W domu przez większość czasu jest mi łatwiej, niż po narodzinach drugiego dziecka, bo starszaki bawią się ze sobą i mogę w spokoju zająć się bobasem – odpowiedziałam. – A poza domem czasem ich ogarniam, a czasem nie. W razie problemów zawsze jakaś dobra dusza zlituje się i pomoże.

Kobieta pokręciła głową z niedowierzaniem; jej mina mówiła: “Przecież widzę, że pani świetnie sobie radzi”. Po paru minutach pożegnała się i wyszła z przedszkola ze swoim czterolatkiem. Żywy jak srebro Mały, już w butach i kurtce, wykorzystał moment mojej nieuwagi i wyszedł razem z nią. Najwyraźniej chciał poprowadzić w kierunku podjazdu wózek z braciszkiem, ale zapomniał o zwolnieniu hamulca, przyłożył dużą siłę i omal nie przewrócił wózka. Kobieta, z którą rozmawiałam, złapała wózek, odblokowała hamulec i razem z Małym ruszyła powoli w kierunku podjazdu, oglądając się, czy już wychodzę. Wszystko to obserwowałam przez drzwi przedszkola. Po chwili wyszłam razem z Dużym na dwór, podziękowałam kobiecie i powiedziałam:
– Widzi pani? Mówiłam, że zawsze jakaś dobra dusza zlituje się i pomoże – po czym obie zaczęłyśmy się śmiać.

Zanim zostałam mamą, nie umiałam prosić o pomoc; teraz mam z tym jedynie niewielki problem. Zosia-Samosia, którą byłam, nie dzieliła się obowiązkami i nie delegowała zadań, uważając, że sama wszystko zrobi najlepiej. Już narodziny Dużego to zmieniły. Byłam tak słaba po cesarskim cięciu, że przyjęłam z wdzięcznością pomoc mamy i teściowej, które przyjeżdżały do Warszawy, żeby mi gotować i dawać wytchnienie w noszeniu wymagającego noworodka. Z każdym kolejnym dzieckiem delegowałam coraz więcej domowych i opiekuńczych zadań: trochę na męża, trochę na nianię, trochę na panią sprzątającą. Moja duma cierpi z tego powodu coraz rzadziej, krócej i mniej intensywnie. Opisana powyżej sytuacja tylko mnie rozśmieszyła; jeszcze kilka lat temu wstydziłabym się i wyrzucałabym sobie, że sama nie dopilnowałam Malutkiego.

Uważam, że umiejętność korzystania ze wsparcia z wdzięcznością i bez wyrzutów sumienia to ważny czynnik sukcesu. Mam tu na myśli szeroko pojęty osobisty sukces, czyli takie życie, jakiego pragniemy. Tylko najwybitniejsze jednostki są w stanie dokonać wielkich rzeczy w pojedynkę – a i tak zazwyczaj pomaga im ktoś, kto stoi w cieniu i wykonuje czarną robotę, choćby gotuje dla nich i sprząta, kiedy oni są w szale twórczym. W moim ostatnim wpisie na temat Pozytywnej Dyscypliny wspomniałam, że biorę udział w rocznym wyzwaniu rozwojowym Joanny Baranowskiej “Uwolnij moc“. W marcu ja i ponad tysiąc innych mam koncentrowałyśmy się na budowaniu własnych sieci wsparcia. Chociaż… ja nie musiałam nic budować, bo robię to już od kilku lat. To kolejny dar, który otrzymałam od moich dzieci.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “group hug” (CC BY-SA 2.0) by Mel Aclaro