Byłam złodziejką, czyli o tym, czego potrzebuje dziecko

Byłam złodziejką, czyli o tym, czego potrzebuje dziecko

Czego potrzebuje do szczęścia dziecko? Przeczytajcie tę naszą historię. Pewnej niedzieli w styczniu – mój najmłodszy syn, Malutki, miał wtedy trzy lata – spędziłam kilka godzin na warsztacie dla coachów. Prosto stamtąd pojechałam do włoskiej restauracji, w której czekali na mnie Mąż i synowie. Malutki był stęskniony za mną i bardzo głodny, wobec czego wspinał się na moje kolana i jęczał przeokropnie. Ja jeszcze nie przestawiłam się w “tryb domowy”, myślami byłam wciąż na warsztacie, dlatego nie byłam zbyt uważna ani empatyczna wobec malucha. W końcu ten doznał “awarii systemu” i rozkrzyczał się tak, że Mąż wyniósł go z lokalu i zabrał do domu. Miało być miło i rodzinnie, a zamiast tego jadłam moją pizzę, w ogóle nie czując jej smaku i myślałam o Malutkim z mieszaniną współczucia, irytacji i desperacji oraz uciszałam Dużego i Małego, przekrzykujących się wzajemnie.

W domu Malutki zjadł i zajął się zabawą, a ja, nadal podminowana, zabrałam się za wypełnianie formularzy związanych z pewną urzędową sprawą. Nie znoszę tego, nie umiem, nie znam się, a w dodatku z tamtym konkretnym urzędem (do spraw cudzoziemców) miałam na pieńku od dawna. Przeklinając w myślach, próbowałam zrozumieć, o co chodzi w kolejnych rubrykach formularzy (“czy ja jestem zleceniodawcą, czy zleceniobiorcą? I co to za dziwny kod? Szlag!”). Oczywiście moi synowie nie zajęli się sobą zbyt długo i co chwila któryś przychodził do mnie z jakąś sprawą absolutnie niecierpiącą zwłoki (“Mamo, czy latarnie mogą być niskie jak krzaki? A czy wtedy nikt nie wykręci żarówek?”) i wymagającą akurat mojej, a nie taty interwencji (“Mamo, powiedz tacie, żeby mi podał z góry ten samochód!”). Opędzałam się od nich jak od uprzykrzonych much, raz na jakiś czas dając wyraz swojej frustracji różnymi dramatycznymi gestami, od głośnych westchnień poprzez wznoszenie rąk do nieba po syczenie “Potrzebuję się teraz skupić”. Duży i Mały dość szybko dali mi spokój, ale Malutki źle reagował na moją niedostępność i Mężowi nie udawało się go zainteresować żadną zabawą. Trwało to grubo ponad godzinę, a we mnie rosła z jednej strony irytacja, a z drugiej – poczucie winy. Będąc osobą wysoko wrażliwą, a zatem i obdarzoną silną empatią, wyobrażałam sobie, jak trudno jest maluchowi wytrzymać, widząc mnie zirytowaną i z nosem w papierach.

Nareszcie skończyłam, a Malutki natychmiast zaproponował mi swoją ulubioną zabawę w policjantów i złodziei. Zawyłam w duchu z rozpaczy. Już od kilku miesięcy chciał bawić się w to przy każdej okazji, a ja już nie mogłam! I od kilku lat to właśnie ja, a nie Mąż, “wyciągam krótką zapałkę” – to mnie przypada w udziale zajmowanie się najmłodszym z naszych dzieci. Często zazdrośnie spoglądam na Męża, który gra w “dorosłe” planszówki albo zwiedza wystawy ze starszakami, podczas gdy ja jestem (znów, cholera jasna!) złodziejką albo pilnuję, żeby Malutki nic na tej wystawie nie zepsuł.

Wyjąc wewnętrznie, spojrzałam w ufnie we mnie wpatrzone cudne, wielkie, błękitne oczy Malutkiego i przestałam wyć, bo zalała mnie fala czułości. “Pobawisz się ze mną?” – powtórzył, a ja, tłumiąc westchnienie, odpowiedziałam: “Tak, na początek przez 15 minut, a potem zobaczymy” i ustawiłam czasomierz w telefonie na 15 minut. To taki mój sposób motywowania się do aktywności, na którą nie mam najmniejszej ochoty. Mówię sobie, że przecież 15 minut wytrzymam i przez ten czas staram się dać z siebie wszystko – a potem już najczęściej jestem w pełni zaangażowana i nie potrzebuję dodatkowych motywatorów. (Polecam tę metodę!) Tak było i tym razem. Usiadłam koło Malutkiego na podłodze i zamieniłam się w najbardziej kradziejską i podstępną złodziejkę pod słońcem. Kradłam wszystko, jak leci, a Malutki z wyciem syren mnie gonił i dopadał, i aresztował, a ja uciekałam z aresztu i cała zabawa zaczęła się od nowa. Spędziliśmy tak może pół godziny, może trochę więcej, w każdym razie niedużo czasu, ale maluch był zachwycony, a ja zyskałam poczucie, że nie nawaliłam tego dnia jako matka, a przynajmniej nie całkiem.

Wieczorem spytałam Malutkiego, jak mu minął dzień.
– Bardzo dobrze! – odpowiedział.
– A co było najfajniejsze? – spytałam.
– Ty! – jego buzia rozjaśniła się w uśmiechu.
“Jaja sobie ze mnie robi” – przemknęło mi przez myśl. Przecież przez większość dnia albo mnie nie było, albo byłam niedostępna i niemiła. Ale znów zobaczyłam te cudne oczęta wpatrzone we mnie z zachwytem i szeroki uśmiech na buzi, więc uznałam, że jednak to nie był sarkazm (zresztą, czy trzylatek jest zdolny do sarkazmu?).
– A co takiego robiłam? – spytałam ostrożnie.
– Byłaś złodziejką i uciekałaś przed policją.

To był jeden z tych “aha-moments” w moim rodzicielskim życiu. Czego potrzebuje kilkulatek do pełni szczęścia? Wyłącznej uwagi rodzica i jego stuprocentowego wejścia w dziecięcy świat, codziennie, choć przez krótki czas. Edukatorzy Pozytywnej Dyscypliny mówią w tym kontekście o “specjalnym czasie” sam na sam z rodzicem: 10 minut dziennie w przypadku dziecka w wieku 2-6 lat, a pół godziny tygodniowo w przypadku dziecka w wieku 6-12 lat (oczywiście mowa o minimach). Nie wiem, czy tak jest, nie udało mi się dotrzeć do naukowych źródeł, ale od kiedy o tym przeczytałam kilka lat temu, bardzo staram się spełniać chociaż te minimalne wymogi. Widzę wyraźnie, że brak takiego “specjalnego czasu” działa na dziecko – i na naszą relację! – rozregulowująco. Oczywiście ważna jest nie tylko jakość czasu spędzanego z dzieckiem, ale też jego ilość. Dobrze jest robić razem wiele rzeczy i pozwalać dzieciom uczestniczyć w naszym życiu. Jednak kiedy słuchamy dziecka jednym uchem, jednocześnie myśląc o swoich sprawach, kiedy opędzamy się od niego, bo mamy coś pilnego do zrobienia, kiedy wreszcie wykonujemy różne czynności w pośpiechu i bez uważności albo kiedy bawimy się z dzieckiem, ale według naszej agendy – wtedy to nie jest to 100%, o które chodzi dziecku. Ono potrzebuje naszej wyłącznej uwagi i skupienia na aktywności, którą samo wybrało. Warto na ten krótki czas pokonać owo wewnętrzne wycie, o którym wspomniałam powyżej. No, chyba, że rodzic jest u kresu sił i nie jest w stanie się przemóc – wtedy najlepiej, żeby zadbał o siebie.

Wiem, że wiele świadomych mam poczuje w tym miejscu wyrzuty sumienia albo irytację pod moim adresem. A matki wymagających dzieci być może naprawdę się wkurzą: przecież ich dzieci wymagają atencji rodzica non stop! I tak, i nie. Jestem mamą jednego wymagającego dziecka (to Duży), jednego dziecka “o niskich potrzebach” (który jednakże od początku pandemii jest najbardziej wymagający ze wszystkich; to Mały) i jednego o temperamencie pośrednim (to Malutki). W nomenklaturze zaczerpniętej z interakcyjnej teorii temperamentu Duży ma temperament trudny, Mały – łatwy, a Malutki – wolno rozgrzewający się (por. ten wpis bliskościowej psycholożki i specjalistki od wymagających dzieci, Magdaleny Komsty). A przynajmniej tak ich oceniam moim niefachowym okiem, bez testów psychologicznych. Nie wykluczam przy tym, że Malutki jest dzieckiem o wrodzonej wysokiej wrażliwości, jak Duży, ale… miał zupełnie inną matkę. Jak to? Nie, nie jest adoptowany. Postaram się teraz streścić to, co opisałam w jednym z wczesnych postów: kiedy urodził się Duży, byłam rozregulowanym kłębkiem nerwów i mój maluch mocno ze mną rezonował, a kiedy 5,5 roku później urodziłam Malutkiego, byłam już doświadczoną mamą, która chwilę później odkryła Self-Reg jako kolejne z wielu narzędzi do pracy nad sobą. Malutki wisiał na mnie przez pierwsze miesiące swojego życia w o wiele większym stopniu, niż Duży, ale nieskromnie uważam, że mój spokój i dominujące dobre emocje przyczyniły się do tego, że teraz jest fajnie wyregulowanym, empatycznym, radosnym prawie czterolatkiem. No i z nim spędzam czas naprawdę, na 100%, a kiedy bawiłam się godzinami z Dużym, myślami byłam zupełnie gdzie indziej albo… wszystko we mnie wyło.

Krótko po opisywanej sytuacji przeczytałam najnowszą książkę Dana Siegela i Tiny Payne Bryson “Potega obecności”, która jest właśnie o obecności opiekuna jako fundamencie dobrostanu psychicznego dziecka – a także dorosłego, na którego ono wyrośnie. Autorzy, znana para badaczy dziecięcej psychiki i popularyzatorów neuropsychologii, prezentują w przystępny sposób teorię więzi. Biorąc pod uwagę wyniki badań nad funkcjonowaniem mózgu, proponują różne strategie wprowadzania do codziennego życia czterech filarów jego harmonijnego rozwoju. Rodzic autentycznie obecny sprawia, że dziecko czuje się w relacji z nim: bezpieczne (ang. safe), dostrzeżone (ang. seen), ukojone (ang. soothed) i w rezultacie pewne (ang. secure). Bezpieczeństwo odnosi się tu nie tylko do aspektu fizycznego, lecz też, w równym stopniu, do emocjonalnego. Dostrzeżenie oznacza owo wejście w świat dziecka, o którym pisałam powyżej, autentycznie zaciekawienie się nim. Ukojenie to pełne spokoju i empatii reagowanie w sytuacji, kiedy dziecko jest wytrącone z równowagi (pisałam o tym obszernie między innymi tutaj oraz tutaj). I, jak już nieraz podkreślałam, nie oznacza to owego mitycznego “bezstresowego wychowania”, lecz pomaga dziecku w nauce samodzielnego powracania do równowagi, bo wspiera rozwój obszarów mózgu odpowiedzialnych za regulację emocji! Ostatni filar odnosi się do wewnętrznej pewności, jaką zyskuje dziecko o bezpiecznej więzi. Nie będę pisać więcej – przeczytajcie sami. Warto. Ta książka awansowała na mojej osobistej liście książek, które każdy rodzic powinien przeczytać, na pierwsze miejsce.

Na koniec dodam jeszcze, że trzy miesiące temu w sposób analogiczny do opisanego powyżej zmusiłam się do wejścia w świat Minecrafta. Nie macie pojęcia, jak to mnie zbliżyło do Dużego i Małego! Jeśli jest coś, co Wasze dzieci kochają robić, a Wy wyjecie wewnętrznie na samą myśl o tym, to poczekajcie na moment, kiedy będziecie w dobrej formie i spróbujcie się zmusić. Tylko na 15 minut. I być może wydarzy się coś pięknego w Waszej relacji.

P.S. Czasy mamy bardzo niespokojne. Niepokój rodzi niepokój. Jeśli Wasze dzieci są bardzo niespokojne, poirytowane, rozdrażnione, to spójrzcie w lustro (mówiłam o tym w sobotę, 24 października w Dzień Dobry TVN). Czy macie rozluźnioną twarz i ciało, otwartą postawę ciała i ogólnie widać, że czujecie się dobrze? Czy czujecie spokój? Jeśli tak, to cudownie: idźcie do dzieci i wesprzyjcie je, zaraźcie je swoim spokojem. A jeśli macie zaciśnięte zęby i pięści, zmarszczone brwi, napięte ręce i barki, to… koniecznie zadbajcie o swój własny spokój w przestrzeni domowej.

Czym się różni klaps od bicia?

Czym się różni klaps od bicia?

 

Photo by Arwan Sutanto on Unsplash

Wyobraźcie sobie taką oto sytuację: oto Komendant Główny Policji wypowiada się, że trzeba rozróżnić, czym jest piwo, a czym jest alkohol. Piwo nie ma zbyt wielu promili. Zapytany, czy da się to rozróżnić, odpowiada, że wiele osób nawet prowadzenie po wypiciu kieliszka wina może uznać za wykroczenie. Sam z rozrzewnieniem wspomina swoje młode lata, kiedy to on i jego koledzy ze szkoły policyjnej wypijali po piwku, po czym świetnie sobie radzili za kierownicą.

A teraz wyobraźcie sobie taką sytuację: oto Rzecznik Praw Dziecka wypowiada się: “Trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”. Zapytany, czy da się to rozróżnić, odpowiada: “Wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc”, Spytany, czy dawał klapsy swoim synom, odpowiada: “Chłopaki czasem dają w kość, ale nie uderzyłem ich. Jednak sam z estymą wspominam to, że dostałem od ojca w tyłek. (…) Jeżeli polaliśmy bratu denaturatem nogę, a potem ją podpaliliśmy… Ojciec w porę zareagował. Tak że przez dobrą chwilę nie mogłem siadać.”

Pierwszą z powyższych sytuacji wymyśliłam, druga miała miejsce naprawdę. Przytoczone cytaty pochodzą z wywiadu z Rzecznikiem Praw Dziecka (RPD) Mikołajem Pawlakiem, który ukazał się 19 czerwca br. w “Dzienniku Gazecie Prawnej”. Nieprzypadkowo porównałam klapsy do prowadzenia pojazdów mechanicznych po spożyciu piwa: część społeczeństwa w Polsce akceptuje (i stosuje) i jedno, i drugie. Dodam, że prowadzenie pojazdu po wypiciu małej ilości alkoholu, czego efektem jest stężenie alkoholu we krwi poniżej 0,2 promila, jest prawnie dozwolone, natomiast stosowania kar cielesnych – w tym klapsów – zakazuje obowiązująca od sierpnia 2010 roku nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Co spotkałoby komendanta i rzecznika w państwie prawa, w którym społeczeństwo oczekuje spójności i integralności osób zajmujących reprezentacyjne stanowiska? Ich wypowiedzi wywołałyby ogromne oburzenie i konsekwencje dyscyplinarne. I komendant, i rzecznik podaliby się do dymisji, przepraszając za swoje nieodpowiednie, nieprzemyślane, niestosowne i szkodliwe społecznie wypowiedzi. Ten pierwszy pokajałby się szczególnie przed ofiarami wypadków drogowych spowodowanych przez kierowców prowadzących pod wpływem alkoholu oraz przed bliskimi zmarłych w takich wypadkach, dla których bagatelizowanie skutków prowadzenia po „kilku piwkach” przez przedstawiciela policji jest szczególnie bolesne i okrutne. Ten drugi szczególne wyrazy ubolewania wyraziłby wobec osób, których dzieciństwo było naznaczone przemocą i które potrzebują obecnie wsparcia i potwierdzenia, że ich rodzice czy opiekunowie krzywdzili ich, stosując kary cielesne. Wypowiedź Mikołaja Pawlaka istotnie wywołała falę oburzenia i protestu ze strony różnych środowisk, co jednak nie doprowadziło do zmiany na stanowisku RPD. Nie wydaje się też, o ile mogę to ocenić, aby pan Pawlak zmienił swój sposób myślenia.

W wydanym pod wpływem krytyki oświadczeniu Mikołaj Pawlak argumentował, że jego wypowiedzi zostały wyjęte z kontekstu i skandalicznie zmanipulowane. Wyjęte z kontekstu – owszem. Czy zmanipulowane? Nie sądzę. Rozumiem i przyjmuję jego tłumaczenie, że chodziło mu o rozróżnienie – z punktu widzenia konsekwencji karnoprawnych – między incydentalnymi klapsami a znęcaniem się, analogiczne do rozróżnienia między prowadzeniem pojazdu po małym piwie i w stanie ciężkiego upojenia alkoholowego. Chcę jednak zwrócić Waszą uwagę, że RPD wprawdzie nie uderzył swoich synów, JEDNAK z estymą wspomina lanie – wcale nie “niewinny” klaps – otrzymane od ojca w dzieciństwie. Nawiasem mówiąc, RPD myli estymę – czyli szacunek, atencję, podziw – ze strachem. Nieumiejętność rozpoznawania i nazywania własnych stanów emocjonalnych (a także ich regulowania) jest charakterystyczna dla osób, które były wychowywane autorytarnie, przy użyciu kar cielesnych. O innych konsekwencjach takich kar napiszę poniżej.

Czemu czepiam się biednego rzecznika? Otóż czepiam się dlatego, że osoby piastujące ważne funkcje powinny być czyste jak łza przynajmniej w obszarze swoich kompetencji. Minister finansów powinien ze szczególną starannością płacić wszystkie podatki i opłaty, komendant policji powinien skrupulatnie przestrzegać przepisów (także ruchu drogowego), a RPD powinien swoimi wypowiedziami i działaniami sprzeciwiać się nie tylko znęcaniu się nad dziećmi, ale też bagatelizowaniu klapsów. Wypowiadając się na temat właściwego w jego ocenie sposobu traktowania dzieci, RPD występuje bowiem z pozycji autorytetu: jego opinia może stać się rozstrzygająca dla tych, którzy mają w danej kwestii wątpliwości. Jeśli RPD mówi, że klapsy są ok, to oczywiste jest, że rodzice mogą je stosować – i w Polsce stosują je powszechnie. Otóż nie, nie mogą, zabrania im tego ustawa.

Klap nie różni się od bicia. Klaps to bicie. Tak, szanowni puryści językowi: klaps to bicie, a ściślej – uderzanie (czy to coś zmienia?). Według Uniwersalnego Słownika Języka Polskiego PWN klaps to “uderzenie dłonią na płask, najczęściej w pośladki, stosowane zwykle w celu skarcenia kogoś, zwłaszcza dziecka”. Mam, a raczej miałam do tej pory, żelazną zasadę nieangażowania się na moim blogu w politykę, ale tym razem czynię wyjątek..Uważam, że Mikołaj Pawlak powinien ustąpić ze stanowiska, a przynajmniej pokajać się przed opinią publiczną i podkreślić, że ostro sprzeciwia się klapsom, które są biciem i formą przemocy. Na fali emocji podpisałam w ubiegłym tygodniu dwie petycje o dymisję RPD: sformułowaną przez profesjonalistów pracujących z dziećmi oraz przez Kamila Nowaka (BlogOjciec). Odczekałam tydzień, zanim dokończyłam i opublikowałam ten wpis, ponieważ chciałam, aby emocje opadły (chciałam “wyjść z mózgu limbicznego”). Ten wpis odzwierciedla moje poglądy oczyszczone z emocji.

Na tym mogłabym zakończyć mój wpis, gdyby nie to, że dla wielu Polaków obowiązujące przepisy nie stanowią istotnego argumentu, który mógłby doprowadzić do zmiany ich zachowania. Wystarczy spędzić pół godziny na ruchliwym skrzyżowaniu ulic i przyjrzeć się działaniom kierowców. Postaram się zatem rozprawić się merytorycznie z trzema argumentami przytaczanymi często przez zwolenników klapsów jako metody wychowawczej.

1. Czasem tylko klaps działa

Zwolennicy takiego uzasadnienia klapsów mają zapewne na myśli sytuację, kiedy wielokrotnie bez skutku (albo z krótkotrwałym skutkiem) powtarzali dziecku, że ma się (przestać) zachowywać w określony sposób. Najczęściej chodzi konkretnie o zaprzestanie jakiegoś zachowania uciążliwego dla rodziców; może tu chodzić o przeróżne aktywności, od skakania po kanapie i krzyczenia poprzez bicie rodzeństwa aż po… jęczenie i płakanie (tak, sporo rodziców daje dzieciom klapsy po to, aby przestały jęczeć czy płakać!). Słowem, chodzi o zachowania, które wskazują na wysoki poziom pobudzenia dziecka (o stanach pobudzenia pisałam tutaj). Dopiero klaps sprawia, że NIEKTÓRE dzieci faktycznie zaprzestają tych aktywności i WYDAJĄ SIĘ spokojne. Celowo wyróżniłam zwroty „niektóre” i „wydają się”. Są bowiem dzieci, które pod wpływem klapsa zachowują się jeszcze gorzej: krzyczą, rzucają się na podłogę i popadają w kompletny chaos, biją rodzica, rzucają „wiązankę” niewybrednych słów. Jest też mała grupka takich, które śmieją się rodzicowi w twarz i – dosłownie lub w przenośni – dopominają się o kolejnego klapsa.

Reakcja dziecka na klaps zależy od jego indywidualnych predyspozycji i doświadczeń. Jedno jest pewne: klaps zwiększa pobudzenie dziecka i sprawia, że jego kontrola nad własnym zachowaniem zmniejsza się, a nie zwiększa. Jeśli wysoko pobudzone dziecko zostanie uderzone przez rodzica, z punktu widzenia neurobiologii nie ma możliwości uspokoić się (czyli m.in. obniżyć swojego poziomu pobudzenia oraz zwiększyć poziomu świadomości bodźców płynących z otoczenia i z wnętrza ciała). Człowiek jest tak skonstruowany, że w reakcji na uderzenie przez drugiego człowieka ciało migdałowate w jego mózgu bije na alarm, informując całe ciało o zagrożeniu. Dziecko przestawia się na tryb walki, ucieczki lub zamrożenia (pisałam o tym tutaj): krzyk czy furia to reakcja walki, wycofanie się czy zamknięcie w sobie to reakcja ucieczki, a zastygnięcie w bezruchu (czyli owo pozorne „uspokojenie się”) to stan zamrożenia. Wszystkie trzy stany sprawiają, że organizm zużywa duże ilości energii i przede wszystkim, że aktywność kory nowej mózgu, odpowiedzialnej za tzw. funkcje wykonawcze (w tym empatię i samokontrolę!) jest w danej chwili ograniczona. Dziecko przypomina w tej sytuacji przestraszone zwierzątko. Jedynym, co osiągnął rodzic poprzez klaps jest posłuszeństwo tu i teraz (w przypadku niektórych dzieci) – ale długoterminowo koszty są ogromne.

Wielokrotne stosowanie klapsów sprawia, że także w długim okresie kora nowa mózgu nie rozwija się optymalnie, za to wzmacniane są bardziej „zwierzęce” obszary mózgu. Dzieci wychowywane za pomocą klapsów są mniej inteligentne, mają gorszą pamięć i zdolność koncentracji. Są też bardziej agresywne i skłonne do przemocy, mają trudności z kontrolowaniem swoich emocji. Częściej miewają depresję i stany lękowe. Przegląd badań znajdziecie między innymi w tym wstrząsającym artykule.

2. Ono musi się nauczyć, że pewne zachowania są niedozwolone

Zwrot „nauczyć się” można rozumieć na dwa sposoby: jako wyciąganie uogólnionych wniosków z doświadczeń oraz jako świadome przyswajanie lekcji, które chcą nam przekazać inni ludzie. Wedle pierwszego znaczenia człowiek, zwłaszcza kilkuletni, uczy się przez cały czas, szczególnie pod wpływem silnych emocji. A niewątpliwie uderzenie przez rodzica wywołuje w dziecku silne emocje: żal, strach, złość (które pan rzecznik notabene pomylił z estymą – tak się składa, że dzieci bite mają słabiej rozwiniętą świadomość własnych emocji). W takiej formie uczenia się i zapamiętywania życiowych lekcji bierze udział tzw. mózg emocjonalny, czyli układ limbiczny. Jest to też sposób uczenia się właściwy zwierzętom, na przykład tresowanym drapieżnikom występującym w zoo. Jaki uogólniony wniosek może wyciągnąć kilkuletnie dziecko z klapsa otrzymanego od rodzica za coś, co robiło, bo uznało to za atrakcyjne? Przychodzi mi do głowy kilka możliwości: „Rzeczy fajne i zakazane należy robić po kryjomu”, „Jeśli ktoś jest duży i nie zgadza się z kimś małym, to może go bić”, „Nie mogę liczyć na zrozumienie mamy/taty”, „Mama/Tata jest źródłem zagrożenia”. Czy o takie lekcje chodzi zwolennikom klapsów?

A co z uczeniem się rozumianym jako świadome przyswajanie pewnych treści? Warunkiem tak rozumianej nauki jest „włączona”, czyli w pełni sprawna w danym momencie, kora nowa mózgu. Jak opisałam powyżej, kiedy dziecko dostaje klapsa, pewne funkcje kory nowej zostają upośledzone – organizm jest nastawiony na przetrwanie, a nie zdobywanie wiedzy, którą ktoś chce nam przekazać. Szczególnie nieskuteczne jest „uczenie” dziecka za pomocą klapsów brania pod uwagę potrzeb innych osób, np. potrzeby spokoju osób postronnych, którym przeszkadza krzyk dziecka albo potrzeby bezpieczeństwa małego braciszka, którego dziecko właśnie ugryzło. Pobudzony maluch, który właśnie dostał klapsa, nie ma za grosz empatii, bo tak został zaprojektowany jego system nerwowy. Nie obchodzą go też zasady współżycia społecznego: jest nastawiony na ochronę własnego życia i zdrowia, a nie komfortu życia „stada”. Jest więc całkowicie wykluczone, aby klapsami nauczyć dziecko społecznie pożądanych zachowań albo szacunku do kogokolwiek. Można je natomiast nauczyć „kombinowania”, czyli wymyślania prymitywnych, nieopartych na wewnętrznym moralnym kompasie, strategii unikania klapsów. Akcja – reakcja. Biją mnie – udam, że więcej nie będę. Jak tygrys, który przeskakuje przez płonący okrąg, bo alternatywa jest jeszcze mniej przyjemna.

3. Ja dostawałem/dostawałam klapsy i wyszedłem/wyszłam na ludzi

Zwolennicy klapsów najwyraźniej traktują owo „i” jako łącznik przyczynowo-skutkowy. Cóż, badania, o których wspomniałam powyżej, mówią co innego. Oczywiście chodzi tu o zależności obserwowane dla dużych grup, które nie muszą występować w konkretnym przypadku. Znam wielu rodziców małych dzieci, którzy wychowują je bezprzemocowo, choć sami w dzieciństwie byli bici (czasem tylko oni i ich psychoterapeuta czy psychotraumatolog wiedzą, ile pracy muszą włożyć w to, aby nie popaść w stare schematy). Jednak argument o „wyjściu na ludzi” traktuję w najlepszym razie podobnie, jak zdanie: „Mój dziadek palił kilka paczek papierosów dziennie i dożył dziewięćdziesiątki” – najwyraźniej ów dziadek miał dobre geny i dużo szczęścia, a jego historia nie jest dla mnie argumentem popierającym tezę, że palenie sprzyja długiemu życiu. Przede wszystkim jednak mam chęć zakwestionować owo „wyjście na ludzi”. Kto świadomie, z premedytacją bije małego człowieka, którego powołał na świat i który jest pod jego opieką, nie jest człowiekiem, z którym chciałabym mieć cokolwiek wspólnego.

Na koniec chcę bardzo mocno podkreślić, że cały mój post (zwłaszcza ostatnie słowa powyżej) odnosi się do osób, które „na chłodno” akceptują klapsy jako metodę wychowawczą. Nie pisałam tego wszystkiego, aby pogrążyć w poczuciu winy tych rodziców, którzy nie radzą sobie z własnymi emocjami i zdarza im się dać dziecku klapsa, czego potem gorzko żałują. Jestem daleka od potępiania ich i pouczania zarówno jako ekspertka (Facylitatorka) Self-Reg – pełnego łagodności podejścia, które lepiej pomaga zrozumieć stres i zachowania nim wywołane – jak i jako mama trójki dzieci, która kiedyś kompletnie nie radziła sobie z własną agresją. Zresztą nadal zdarza się, że cedzę pod adresem dziecka niemiłe słowa, krzyknę na nie albo przytrzymam je mocniej, niż tego wymagają okoliczności – tak, oczywiście, że tak, ja też, choć skala tych zachowań jest nieporównanie mniejsza, niż kilka lat temu. Wszystkim takim nieradzących sobie z własnymi emocjami rodzicom bardzo polecam podjęcie pracy z psychoterapeutą lub coachem. A tym stosującym klapsy z przekonania życzę, żeby sięgnęli do swojego serca i spytali siebie samych, czy to naprawdę jest ich droga, którą chcą świadomie podążać.

Przekuwanie słabości w siłę

Ostatnie dni przed rozpoczęciem roku szkolnego Duży, Mały i ja poświęciliśmy na przegląd ich prac plastycznych z ostatnich miesięcy. Chłopcy decydowali, które ze swoich dzieł chcą zachować dla potomności (niemal wszystkie…), ja je podpisywałam, a następnie razem wkładaliśmy je do transparentnych koszulek na dokumenty i te do segregatorów. Rok temu, kiedy Duży miał akurat rozpocząć zerówkę w nowym przedszkolu, robiliśmy to samo. Dziś przypomniałam sobie naszą rozmowę sprzed roku:
Duży: – Zobacz, mamo, jak teraz umiem rysować samochody. Kiedyś tak nie umiałem i w ogóle nie lubiłem rysować.
Ja: – A jak to się stało, że polubiłeś rysowanie?
Duży: – To przez to, że stresowałem się w nowym przedszkolu. Nie wiedziałem, jak się bawić z dziećmi, więc kiedy był czas na zabawę, to wolałem usiąść przy stoliku i rysować. I tak się wyćwiczyłem. W zerówce na początku też pewnie będę dużo rysować i będzie mi to super wychodziło.

W czasach, o których mowa, Duży miał dwie wyraźne słabości: deficyty w rozwoju społecznym i opóźniony rozwój małej motoryki, powodujący niechęć do rysowania. W nowym przedszkolu czuł się tak onieśmielony wobec grupy obcych dzieci, że wybierał aktywność też niezbyt lubianą, ale powodującą mniejszy dyskomfort – i w ten sposób nauczył się rysować i polubił tę czynność. Rok temu, w zerówce (po kolejnej zmianie przedszkola) na początku też czuł się onieśmielony i dużo rysował, zwykle samochody oraz telefony komórkowe. Jego rysunki zainteresowały dzieci z jego grupy i stały się tematem rozmów i przedmiotem zabaw, do których został włączony mój syn.

Tak oto Duży przekuł słabość w siłę, a następnie wykorzystał tę siłę, aby pokonać drugą słabość. Myśląc o tym, przeżyłam dziś olśnienie. Jako matka i osoba stale pracująca nad swoim rozwojem poświęcam wiele czasu na pokonywanie słabości i deficytów – moich dzieci, ale przede wszystkim moich własnych. Opisana powyżej historia pokazała mi, że czasem wystarczy poczekać i problem sam się rozwiąże. Czasem nawet, jak w tym wypadku, słabość daje nam siłę w innym obszarze i ten obszar staje się dźwignią, która pomaga nam pokonać inne słabości.

Moją słabością jest wysoka wrażliwość, na której zbudowałam ten blog. Blog poprowadził mnie w kierunku Self-Reg. Self-Reg pomaga mi odnaleźć spokój i zarażać nim moją rodzinę oraz wspierać w tym innych rodziców. Moja wrażliwość stała się źródłem mojej siły.

Zdjęcie przedstawia jeden z rysunków Dużego.

Jak mój mały odludek stał się lubianym kolegą

Dziś opowiem Wam, jak wspierałam rozwój społeczny mojego dziecka, a konkretnie pewien jego wycinek: relacje z grupami rówieśników. Zacznę od przytoczenia kilku scenek z naszego życia, które obrazują różnice w tym zakresie między Dużym i Małym. (Dodam, że nie porównuję dzieci w ich obecności, ale w moich myślach, nocnych rozmowach z Mężem i na potrzeby bloga trudno mi od tego uciec.)

Scenka 1. Czteroletni Duży od dwóch miesięcy chodzi do nowego przedszkola, wcześniej był przez rok w innym. Pewnego dnia pyta:
– Mamo, czy mogę już nie chodzić więcej do przedszkola?
– A dlaczego? Co jest niefajnego w przedszkolu? – pytam nieco zaniepokojona.
– Tam jest dużo dzieci – odpowiada z nieszczęśliwą miną mój wrażliwy syn.
– I co robią te dzieci? – pytam.
– Bawią się beze mnie.
– A próbowałeś do nich dołączyć? Może jest jakieś dziecko albo dwoje dzieci, które bawią się same i mógłbyś się bawić z nimi.
– Nie wiem, jak. Nie wiem, co mam powiedzieć. Zresztą tam nie ma HotWheelsów ani Duplo, więc nie mam się czym bawić.

Scenka 2. Czteroletni Mały od dwóch miesięcy chodzi do nowego przedszkola, wcześniej był przez rok w innym. Pewnego dnia po wyjściu z przedszkolnej sali robi z ust podkówkę i mówi drżącym głosem:
– Mamo, Wiktoria nie chce być już moją koleżanką.
(Wiktoria to ulubiona koleżanka wszystkich dzieci w grupie.) Wychowawczyni, słysząc to, mruga do mnie i szepcze:
– Wiktoria dziś się nie wyspała i była w złym humorze. Wszystkie dzieci są bardzo poruszone.
– Ojej, chyba jesteś smutny z tego powodu? – mówię i przytulam Małego.
– Tak… – szepcze Mały i prawie płacze w moich ramionach.
– A co możesz z tym zrobić? – pytam po chwili, widząc, że patrzy na mnie wyczekująco. Mały myśli intensywnie, po czym uśmiecha się radośnie i mówi:
– Mogę się bawić z Kosmą!

Scenka 3. Jestem z dziećmi na wakacjach na „ranczu”’ moich teściów. Sześcioletni Duży i niespełna czteroletni Mały bawią się na dworze. Zza ogrodzenia przygląda im się ciekawie ośmioletni sąsiad, Antek. Duży zachowuje się sztucznie, przesadnie głośno mówi, zerka w kierunku Antka. W końcu podchodzi do mnie i mówi:
– Mamo, chciałbym się z nim pobawić, ale nie wiem, jak zacząć. Wstydzę się tak po prostu do niego pójść.
Mały słyszy to i mówi:
– To ja pójdę!
– Nie! – krzyczy speszony Duży, ale jest za późno, Mały już biegnie w kierunku ogrodzenia.
– Cześć, jestem Mały, mam trzy i pół roku, a tam jest mój brat Duży, on ma sześć lat. Chcesz się z nami pobawić?
Antek kiwa głową i biegnie do furtki, a potem się bawią – najpierw on i Mały, a po pewnym czasie Mały wciąga do zabawy zestresowanego Dużego.

Jak wspierałam rozwój społeczny Małego? Nijak. Oczywiście od urodzenia miał brata, ale w pierwszych trzech latach życia miał o wiele mniej kontaktów z innymi dziećmi i dorosłymi spoza rodziny, niż Duży w jego w wieku, ponieważ był bardzo chorowity i od września do kwietnia wychodził z domu jedynie na spacery. Mały chyba urodził się z ponadprzeciętnie wysoką inteligencją społeczną (prospołeczną, jeśli taka istnieje – jest bardzo empatyczny). To nie o nim jest ta historia, lecz o Dużym i jego trudnościach, które – tak się składa – były także moim udziałem trzy dekady temu.

1. Początki: pokonywanie lęku

Jako niemowlę i toddler (brakuje mi dobrego polskiego odpowiednika tego określenia dziecka w wieku od roku do 3 lat) Duży nie wykazywał żadnego zainteresowania innymi dziećmi. W wielu sytuacjach wręcz się ich bał, czasem panicznie: potrafił uciec z placu zabaw, kiedy tylko pojawiło się na nim choćby jedno inne dziecko. Widząc to, a jednocześnie jego ogromną ciekawość świata i nienasycony głód nowości – nowych zabaw, zabawek, miejsc do eksplorowania – wcześnie zaczęłam zabierać go na różnego rodzaju zorganizowane zajęcia dla maluchów. Na wielu znajomych robiłam wrażenie matki-helikoptera pragnącej zapewnić swojemu dziecku rozwój w każdej dziedzinie, a ja tylko (i aż!) chciałam oswoić go z innymi dziećmi oraz – może nawet w większym stopniu – zapewnić samej sobie odrobinę spokoju od wiecznego „Mama bawi!”. Duży w różnego rodzaju klubikach i salach zabaw był zazwyczaj tak podekscytowany nowymi zabawkami i zabawą proponowaną przez osobę prowadzącą zajęcia, że zapominał o swoim lęku i był w stanie przebywać nawet w sporej grupce dzieci.

Dzięki wiedzy z zakresu Self-Reg rozumiem te zachowania mojego syna. Strach przed dziećmi był najsilniejszy, kiedy intensywnie działały na niego stresory z obszaru biologicznego (wiatr, hałas, głód, niewyspanie, dotyk trawy, piasku czy wody na skórze), a znikał, kiedy Duży robił to, co ładowało jego baterie i sprawiało wielką radość. Warto o tym pamiętać i oswajać dziecko z trudnymi dla niego sytuacjami, kiedy jest odstresowane, spokojne i uważne.

W wieku około 2,5 roku Duży zaczął pokonywać swoje lęki. Na zajęciach wchodził w interakcję z jednym, zazwyczaj równie wrażliwym i nieśmiałym dzieckiem. Także wobec obcych dzieci przestał być aż tak lękliwy. Niebagatelną rolę odegrała w tym lektura książeczki „Kicia Kocia na placu zabaw” Anity Głowińskiej. Duży, wielki fan Kici Koci, z zapartym tchem wysłuchał treści książeczki, po czym kazał ją sobie przeczytać kilkanaście razy z rzędu. Tego dnia wyszliśmy na plac zabaw i… nie uciekł, kiedy pojawiło się na nim inne dziecko. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni raz, kiedy to lektura podziałała na mojego pierworodnego terapeutycznie.

2. Pierwsze przedszkole: cieplarniane warunki

Ze względu na opisane powyżej trudności Dużego wybraliśmy dla niego kameralne przedszkole, w którym wychowawcy wykazywali zrozumienie dla jego trudności sensorycznych. Udało nam się znaleźć placówkę, w której było jedynie czworo dzieci (!) i cudowny wychowawca, nauczyciel muzyki z Ukrainy; Duży zapałał do niego miłością od pierwszego wejrzenia. Nie było mowy, aby nasz pierworodny wziął za rękę inne dziecko, więc podczas zabaw w kole trzymał ręce przy sobie, a na spacerach na początku szedł za rękę z wychowawcą. Po pewnym czasie zaproponowano mu, żeby trzymał kijek, którego koniec trzymał jego ulubiony, starszy od niego o dwa lata kolega. Miesiąc po miesiącu kijek wymieniano na coraz krótszy, aż w końcu wiosną wychowawczyni zameldowała mi triumfalnie, że Duży szedł z kolegą w parze, trzymając go za koniec rękawa bluzki! Potem nastąpił regres: Duży powrócił do kijka, ponieważ dzieci zaczęły nosić bluzki z krótkimi rękawami. Dopiero po kolejnych kilku miesiącach, już w kolejnym przedszkolu, odważył się wziąć inne dziecko za rękę. Nie wyobrażam sobie, jak Duży zareagowałby na dyrektywnych wychowawców, którzy pierwszego dnia zmusiliby go do wzięcia innego dziecka za rękę.

3. Drugie przedszkole: self-regowa wychowawczyni

Po roku ze względu na dwie trudności podjęłam decyzję o zmianie przedszkola na inne niepubliczne. Po pierwsze, Duży przez siedem godzin w przedszkolu nie jadł nic, nawet jedzenia przyniesionego z domu, a wychowawcy bardzo się tym stresowali, co zwiększało jego stres. Po drugie, jego ulubiony kolega skończył sześć lat i poszedł do szkoły, a do grupy dołączyły same maluszki, niektóre ze smoczkami i w pieluchach, większość niezbyt dobrze mówiła, a mój wygadany czterolatek kompletnie nie mógł się w tym towarzystwie odnaleźć.

Duży bardzo szybko zaadaptował się do nowej, kilkunastoosobowej grupy dzięki wychowawczyni, która była urodzonym self-regowcem, nie znając nawet nazwy tego podejścia. Patrzyła na dziecko uważnie i już po krótkiej obserwacji wiedziała, czego mu trzeba i właśnie to mu dawała – jemu oraz wszystkim pozostałym w grupie. Bardzo szybko „rozgryzła” trudności Dużego z jedzeniem i łagodnie skłoniła go do próbowania i jedzenia nowych potraw. Jego, który oglądał każdy kawałek pokarmu i jeśli stwierdził coś podejrzanego – lekko ciemniejszą niż zwykle barwę chleba, jabłko pokrojone w nie takie plasterki, jak zwykle, małą plamkę na ziemniaku, który (o zgrozo!) dotknął buraka – natychmiast odmawiał jedzenia na wiele godzin. W domu Duży nadal jadł tylko wybrane potrawy podane zawsze w identyczny sposób, a w przedszkolu bez stresu zjadał wszystko, absolutnie wszystko. Już samo to wystarczyło, żebym stała się wierną fanką tej wychowawczyni, ale jej talenty nie ograniczały się do tego. Nieśmiałe dzieci integrowała z grupą, te agresywne delikatnie wyciszała, zauważała i rozwijała ich talenty, powolutku skłaniała swoich podopiecznych do opuszczania swojej strefy komfortu, zarządzała energią i napięciem grupy. Już w październiku rozłożyła mnie na łopatki wnioskiem, do którego ja doszłam po kilku latach obcowania z Dużym: „Wie pani, zwykle nazywam emocje dzieci i jestem przejęta ich smutkiem albo strachem, a one się wtedy uspokajają. Ale z Dużym nie można wchodzić w to za głęboko, bo popycha się je w głąb tych emocji, więc tylko szybko je nazywam, a potem zwracam uwagę na pozytywy”.

W nowym przedszkolu Duży zawarł pierwsze przyjaźnie, w tym jedną z chłopcem, który na początku bywał wobec niego agresywny. Postanowiłam oswoić “agresora”, który wydawał się być liderem grupy, i zaprosiłam go wraz z niezwykle sympatyczną mamą do naszego domu. Wizyta w mojej ocenie była katastrofą: chłopcy kłócili się o wszystko, krzyczeli i płakali, a na koniec tamten ugryzł boleśnie dwuletniego Małego. Byłam załamana. Następnego dnia wychowawczyni zameldowała mi, że chłopcy przez cały dzień zgodnie się bawili i uważali, że spotkanie w naszym domu było najlepsze na świecie! Niezbadane są ścieżki, którymi chadza umysł czterolatka…

4. Trzecie przedszkole: skok w pięknym stylu na głęboką wodę

Ostatni rok Duży spędził w zerówce w kolejnym przedszkolu, tym razem publicznym, dołączywszy do zżytej 25-osobowej grupy dzieci. Z poprzedniego przedszkola zrezygnowałam, ponieważ nie chciałam wspierać własnymi pieniędzmi różnych działań dyrektorki. Jednocześnie owa self-regowa wychowawczyni zrezygnowała z pracy dla niej. Byłam pełna obaw, czy nie krzywdzę Dużego, który przez dwa lata zżył się z kolegami i koleżankami i wreszcie poczuł się w grupie rówieśniczej całkowicie swobodnie.

Początki były trudne, ale z czasem Duży zżył się i z tą grupą. Mój wrażliwy pierworodny rozpoczął rok przedszkolny w stanie podwyższonego napięcia: wakacje na działce fatalnie na nas wpłynęły (pamiętacie mój emocjonalny wpis?). Skarżył się, że nie umie bawić się z kolegami, którzy lubią bajki w rodzaju “Lego Ninjago”, a Duży boi się takich agresywnych postaci i “nie jest w temacie”. Ja sama przeżywałam kryzys i nie potrafiłam go wspierać, a jedynie martwiłam się o jego przyszłe relacje z rówieśnikami – a to był dla Dużego dodatkowy stresor z obszaru społecznego. Nie mogłam nawet zapraszać kolegów Dużego do domu, bo od września do marca nieprzerwanie co najmniej jeden z moich młodszych synów był chory. Na szczęście dziewczynki z grupy zaczęły włączać Dużego w swoje zabawy, a potem okazało się, że Duży świetnie rysuje samochody i telefony komórkowe – i jakoś odnalazł swoje miejsce w grupie. Niebagatelną rolę odegrał w tej zmianie nasz wyjazd nad morze w styczniu, który obniżył napięcie moje i Dużego tak, że oboje przestaliśmy widzieć rzeczywistość w czarnych barwach. A wiosną znów zaczęłam zapraszać pojedynczych kolegów do naszego domu. Nie wiem, czy to przypadek, że Duży najlepiej się dogaduje z największymi wrażliwcami, a ja – z ich matkami…

Co jest dla mnie najważniejsze w tej historii? Co przyczyniło się do tego, że Duży pokonywał swoje trudności? Po pierwsze, stopniowe wyprowadzanie mojego syna z jego strefy komfortu – wtedy, kiedy był spokojny i gotowy na podjęcie wyzwania. Po drugie, wychowawcy, którzy autentycznie lubili dzieci i widzieli w nich dobro. Po trzecie, kontakty jeden na jeden w warunkach domowych z wybranymi kolegami z grupy. Po czwarte, dbanie o to, aby w okresie wyzwań przedszkolnych dziecko miało jak najmniej stresu w innych obszarach (zwłaszcza biologicznym).

Scenka 4 – epilog. Wiosną tego roku przyszłam do przedszkola, żeby poczytać grupie Dużego książki o Findusie i Pettsonie. Siadam na wygodnej poduszce, przedstawiam się, dzieci otaczają mnie ciasnym wianuszkiem i gadają jedno przez drugie.
– A ja lubię Dużego! – mówi pyzata dziewczynka po mojej lewej stronie.
– Ja też lubię Dużego! – rzuca inna.
– I ja!
– I ja!
– Wszyscy lubią Dużego! On jest fajny – wzrusza ramionami jeden z chłopców, jakby zniesmaczony tym, że trzeba w ogóle wspominać o czymś tak oczywistym. A moje matczyne serce rozpływa się jak masło na patelni.

We wrześniu Duży zaczyna naukę w szkole. Będzie dobrze – prawda…?

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Group of five happy children jumping outdoors.” (CC BY-NC 2.0) by Lighttruth

 

Koniec pewnej epoki i początek nowej

W miniony piątek po raz ostatni wyszłam z przedszkola Dużego i od tej pory czuję smutek i nostalgię. Skończyła się jakaś epoka: mam już dziecko, które po wakacjach będzie uczniem. To ważna cezura w życiu Dużego – jak mój powrót do pracy po pierwszym urlopie macierzyńskim i wychowawczym, jak narodziny jego młodszych braci i jak początek jego edukacji przedszkolnej. Dotarło to do mnie w pełni dopiero, kiedy opróżnialiśmy szafkę i szuflady Dużego i żegnaliśmy się z wychowawczyniami, koleżankami i kolegami. Sam Duży przeżywał koniec tej epoki już miesiąc temu. Odbyła się wtedy uroczystość zakończenia roku przedszkolnego, a dzień wcześniej – spotkanie informacyjne w jego przyszłej szkole. „Mamo, ja nie chcę być duży! Teraz tylko szkoła, potem studia i praca aż do emerytury!” – taka była jego reakcja. Cóż, trudno mu całkowicie odmówić racji…

Oprócz smutku i nostalgii czuję też nieco niepokoju i lęku przed nieznanym. Zmiany zwykle wywołują we mnie mieszankę uczuć: lęk i entuzjazm, niepokój i ekscytację. Tym razem niewiele mam w sobie tych przyjemnych emocji (napisałabym “pozytywnych”, gdyby nie to, że każda emocja jest potrzebna, bo każda mówi nam o tym, czy nasze ważne potrzeby zostały zaspokojone). Zbyt wiele słyszałam o różnego rodzaju trudnościach szkolnych dzieci moich znajomych i dyscyplinującej, często sztywnej postawie wielu nauczycieli. Staram się wyregulować te emocje i pracować nad niesprzyjającymi przekonaniami i jestem przekonana, że mi się to uda, bo…

Nadziei dodaje mi niedawne spotkanie z przyszłą wychowawczynią Dużego. Powiedziała nam, rodzicom, coś takiego: “Pierwsze kilka miesięcy to będzie czas adaptacji. Najważniejsze, żeby dzieci poczuły się ze mną bezpiecznie i żebyśmy zaufali sobie wzajemnie”. To czysty Self-Reg! Akurat tydzień wcześniej na szkoleniu MEHRIT Centre dla facylitatorów Self-Reg motywem przewodnim modułu był cytat ze Stuarta Shankera, twórcy tej metody, który przedstawiam na grafice powyżej: “Aby uczyć, musisz mieć relację z dzieckiem. Ale najpierw mózg społeczny musi być online.” Co to znaczy?

Jak pisałam ponad rok temu, mózgi dzieci kształtują się (całkiem dosłownie: tworzą się w nich połączenia neuronalne) w relacji z ważnymi opiekunami. Dziecku, które w szkole nie czuje się bezpiecznie, trudno jest wykorzystać swój potencjał. Zależnie od swoich uwarunkowań, może zachowywać się ulegle albo wręcz przeciwnie, buntowniczo. Może uczyć się pilnie ze strachu przed karą, lecz nie będzie to nauka efektywna ani przyjemna. Może też przywdziać maskę “mam to w nosie” i wejść w rolę klasowego błazna lub łobuza. (Swoją drogą, jakiś czas temu bardzo mnie poruszyły mnie słowa Stuarta Shankera, że jeśli dziecko mówi ważnemu, strofującemu go opiekunowi buntowniczym głosem “Nic mnie to nie obchodzi”, to taki komunikat należy rozumieć: “Obchodzi mnie to tak bardzo, że nie dam sobie rady bez wsparcia”.) Widząc taką postawę, dorośli miewają tendencję do mocniejszego przykręcania dziecku śruby. W efekcie zwiększają stres dziecka, a niepożądane zachowania nie znikają, a wręcz mogą się nasilać.

W naszym społeczeństwie dominuje dyscyplinujące podejście do wychowania i nauczania, mające na celu osiągnięcie posłuszeństwa nawet kosztem relacji. Większość czasu spędzam w szklanej bańce: wśród podobnie myślących rodziców, przyjaciół i znajomych, a także tysięcy osób na Facebooku, którym bliskie jest podejście Self-Reg. Kiedy jednak wychodzę z tej bańki, widzę, że wielu dorosłych rozumie troskę o dzieci jako ich dyscyplinowanie. W czerwcu wiele stresu kosztowała mnie dyskusja z kobietą, która na festynie z okazji Dnia Dziecka w parku dawała raz po raz klapsy swojemu synkowi, bo ten narzekał na długie czekanie w kolejce. To była kobieta wykształcona (nawet rozzłoszczona posługiwała się wyszukanym słownictwem), młoda i zadbana, bez śladów wskazujących nadużywanie substancji psychoaktywnych. Przyszła z dzieckiem na festyn, więc dba o nie, kocha. Była wściekła i oburzona nie z powodu zachowania synka (klapsy wymierzała mu spokojnie i metodycznie), lecz dlatego, że nazwałam jej klapsy biciem i twierdziłam, że łamie tym prawo. “Proszę pani, dzieci wychowywane bezstresowo stają się mordercami, powodzenia w wychowywaniu pani dzieci”. “Proszę ze mnie nie kpić, że biję człowieka. Tam na straganie ktoś kradnie cukierki, niech się pani tym zajmie, skoro pani chce ścigać przestępców. Mój syn ma zły humor, zasługuje na skarcenie”. Opisujący to wydarzenie post na moim fan page na Facebooku (z 4 czerwca) został wyświetlony 60 tysięcy razy i wywołał burzę komentarzy, a zatem jest to poruszający serca temat. Na szczęście większość biorących udział w dyskusji opowiedziała się przeciw klapsom jako metodzie wychowawczej. Tym po drugiej stronie barykady polecam lekturę artykułu przytaczającego wyniki badań: klapsy nie tylko mają negatywny wpływ na zachowania i osiągnięcia dzieci  w dłuższej perspektywie, ale też są po prostu nieskuteczne jako narzędzie wychowawcze.

Bardzo leży mi na sercu to, żeby rodzice i nauczyciele widzieli w dzieciach istoty z gruntu dobre, a ich trudne zachowania postrzegali przez pryzmat stresuDlatego wraz z self-regowym teamem będę nadal realizować naszą misję, którą jest przybliżenie tego podejścia szerokiemu gronu odbiorców. Natalia Fedan dziś wróciła z Kanady, gdzie przy okazji uczestnictwa w dorocznym sympozjum Self-Reg rozmawiała ze Stuartem Shankerem właśnie o naszej misji i strategii. Pomagajcie nam, proszę, w ich realizacji: my jako ekspertki Self-Reg tworzymy zmarszczki na oceanie samokontroli, a Wy zmieniajcie je w fale, które będą sięgać coraz dalej i zmieniać rzeczywistość.

Źródło grafiki: https://self-reg.ca/self-reg/graphics/

Jak wspieram dzieci w przeżywaniu trudnych emocji

Moi stali czytelnicy zapewne przypominają sobie (mgliście), że w styczniu rozpoczęłam minicykl wpisów na temat wspierania rozwoju dziecka. Omawiam w nim poszczególne obszary samoregulacji. Dotychczas napisałam o obszarze biologicznym, a konkretnie o długiej drodze, jaką pokonał Duży, aby nauczyć się pływać oraz o tym, jak stresory w obszarze biologicznym mogą wpływać na rozwój poznawczy dziecka. W kolejce czekają długie wpisy na temat rozwoju w obszarze społecznym i prospołecznym.

Dziś proponuję Wam krótki post na temat obszaru emocji, który analizowałam już obszernie tutaj. Chętnie opisałabym niedawną sytuację, w której Duży boleśnie zmierzył się z pewną emocją dzień po tym, jak ja zmierzyłam się z tą samą w moim „dorosłym” świecie. Chciałabym, ale nie opiszę, bo Duży nie wyraża na to zgody. Przejdę zatem bezpośrednio do wniosków.

Ostatnio rozwijam się, aż furczy. Uczę się na nowo kontaktu z samą sobą i relacji z innymi ludźmi podczas własnej psychoterapii, na studiach podyplomowych w zakresie coachingu (w tym w dwóch procesach coachingowych: własnym i prowadzonym przeze mnie) i w szkole trenerów grup wsparcia dla rodziców. Wszystkie te procesy sprawiają, że często i intensywnie przeżywam trudne dla mnie emocje. Czasem kilkuminutowe aktywne słuchanie klienta powoduje takie wyczerpanie mojej psychiki i ciała, że trudno mi jest dźwignąć się z krzesła. Obieram siebie jak cebulę z kolejnych warstw i zastanawiam się, co odkryję na końcu tego procesu. Czy w ogóle jest jakiś koniec?

Co to ma wspólnego ze wspieraniem rozwoju dzieci w obszarze emocji? Bardzo wiele. Zaobserwowałam, że kiedy tylko zaczynam nieźle sobie radzić z regulacją jakiejś własnej trudnej emocji, natychmiast przestaje być dla mnie trudne, kiedy wyrażają ją moje dzieci. Wstyd, lęk przed oceną, przykrość, poczucie osamotnienia, panika, zawiść – to wszystko staje się może nie łatwe, ale… znośne i nawet wzbogacające. Mój wniosek – może oczywisty, jednak dla mnie rewolucyjny – jest taki, że drogą do wspierania rozwoju dzieci w obszarze emocji jest nauka samoregulacji w obszarze emocji.

Dziś Duży i Mały wrócili z przedszkoli w świetnych humorach, zaczęli uzgadniać, w co będziemy się bawić i… nastąpił wielki wybuch. Pokłócili się potwornie o to, w co się bawić, kto jest ważniejszy, komu mama poświęca więcej czasu. Pobili się, byli wściekli, rozgoryczeni, pełni niechęci do siebie i pretensji do mnie, znudzeni, rozżaleni. Powietrze było gęste od tzw. limbicznych komunikatów: „Już nigdy nie będę się z tobą bawić, ty głupku”, „Kochasz tylko jego”, „Nikt na mnie nie zwraca uwagi”, „Nic nie jest tak, jak chcę”, „Chcę, żeby go bolało”. Trwało to dość długo, a ja przez cały ten czas byłam całkowicie spokojna. Nazywałam emocje, parafrazowałam, przytulałam, masowałam skopane nogi i pobite plecy, w międzyczasie kilkanaście razy przystawiając do piersi Malutkiego, który skończył dziś półtora roku i żąda karmienia o wiele częściej, niż w pierwszych dniach życia.

Zaraziłam dzieci spokojem, zaakceptowałam ich emocje, wspólnie doszliśmy do przyczyn, a potem każdemu zaproponowałam inną wyciszającą aktywność. Kiedy wychodziłam do mojej szkoły, zgodnie się bawili. To nie magia, to Self-Reg w działaniu.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Shame” (CC BY-ND 2.0) by Christian