Przekuwanie słabości w siłę

Ostatnie dni przed rozpoczęciem roku szkolnego Duży, Mały i ja poświęciliśmy na przegląd ich prac plastycznych z ostatnich miesięcy. Chłopcy decydowali, które ze swoich dzieł chcą zachować dla potomności (niemal wszystkie…), ja je podpisywałam, a następnie razem wkładaliśmy je do transparentnych koszulek na dokumenty i te do segregatorów. Rok temu, kiedy Duży miał akurat rozpocząć zerówkę w nowym przedszkolu, robiliśmy to samo. Dziś przypomniałam sobie naszą rozmowę sprzed roku:
Duży: – Zobacz, mamo, jak teraz umiem rysować samochody. Kiedyś tak nie umiałem i w ogóle nie lubiłem rysować.
Ja: – A jak to się stało, że polubiłeś rysowanie?
Duży: – To przez to, że stresowałem się w nowym przedszkolu. Nie wiedziałem, jak się bawić z dziećmi, więc kiedy był czas na zabawę, to wolałem usiąść przy stoliku i rysować. I tak się wyćwiczyłem. W zerówce na początku też pewnie będę dużo rysować i będzie mi to super wychodziło.

W czasach, o których mowa, Duży miał dwie wyraźne słabości: deficyty w rozwoju społecznym i opóźniony rozwój małej motoryki, powodujący niechęć do rysowania. W nowym przedszkolu czuł się tak onieśmielony wobec grupy obcych dzieci, że wybierał aktywność też niezbyt lubianą, ale powodującą mniejszy dyskomfort – i w ten sposób nauczył się rysować i polubił tę czynność. Rok temu, w zerówce (po kolejnej zmianie przedszkola) na początku też czuł się onieśmielony i dużo rysował, zwykle samochody oraz telefony komórkowe. Jego rysunki zainteresowały dzieci z jego grupy i stały się tematem rozmów i przedmiotem zabaw, do których został włączony mój syn.

Tak oto Duży przekuł słabość w siłę, a następnie wykorzystał tę siłę, aby pokonać drugą słabość. Myśląc o tym, przeżyłam dziś olśnienie. Jako matka i osoba stale pracująca nad swoim rozwojem poświęcam wiele czasu na pokonywanie słabości i deficytów – moich dzieci, ale przede wszystkim moich własnych. Opisana powyżej historia pokazała mi, że czasem wystarczy poczekać i problem sam się rozwiąże. Czasem nawet, jak w tym wypadku, słabość daje nam siłę w innym obszarze i ten obszar staje się dźwignią, która pomaga nam pokonać inne słabości.

Moją słabością jest wysoka wrażliwość, na której zbudowałam ten blog. Blog poprowadził mnie w kierunku Self-Reg. Self-Reg pomaga mi odnaleźć spokój i zarażać nim moją rodzinę oraz wspierać w tym innych rodziców. Moja wrażliwość stała się źródłem mojej siły.

Zdjęcie przedstawia jeden z rysunków Dużego.

Jak mój mały odludek stał się lubianym kolegą

Dziś opowiem Wam, jak wspierałam rozwój społeczny mojego dziecka, a konkretnie pewien jego wycinek: relacje z grupami rówieśników. Zacznę od przytoczenia kilku scenek z naszego życia, które obrazują różnice w tym zakresie między Dużym i Małym. (Dodam, że nie porównuję dzieci w ich obecności, ale w moich myślach, nocnych rozmowach z Mężem i na potrzeby bloga trudno mi od tego uciec.)

Scenka 1. Czteroletni Duży od dwóch miesięcy chodzi do nowego przedszkola, wcześniej był przez rok w innym. Pewnego dnia pyta:
– Mamo, czy mogę już nie chodzić więcej do przedszkola?
– A dlaczego? Co jest niefajnego w przedszkolu? – pytam nieco zaniepokojona.
– Tam jest dużo dzieci – odpowiada z nieszczęśliwą miną mój wrażliwy syn.
– I co robią te dzieci? – pytam.
– Bawią się beze mnie.
– A próbowałeś do nich dołączyć? Może jest jakieś dziecko albo dwoje dzieci, które bawią się same i mógłbyś się bawić z nimi.
– Nie wiem, jak. Nie wiem, co mam powiedzieć. Zresztą tam nie ma HotWheelsów ani Duplo, więc nie mam się czym bawić.

Scenka 2. Czteroletni Mały od dwóch miesięcy chodzi do nowego przedszkola, wcześniej był przez rok w innym. Pewnego dnia po wyjściu z przedszkolnej sali robi z ust podkówkę i mówi drżącym głosem:
– Mamo, Wiktoria nie chce być już moją koleżanką.
(Wiktoria to ulubiona koleżanka wszystkich dzieci w grupie.) Wychowawczyni, słysząc to, mruga do mnie i szepcze:
– Wiktoria dziś się nie wyspała i była w złym humorze. Wszystkie dzieci są bardzo poruszone.
– Ojej, chyba jesteś smutny z tego powodu? – mówię i przytulam Małego.
– Tak… – szepcze Mały i prawie płacze w moich ramionach.
– A co możesz z tym zrobić? – pytam po chwili, widząc, że patrzy na mnie wyczekująco. Mały myśli intensywnie, po czym uśmiecha się radośnie i mówi:
– Mogę się bawić z Kosmą!

Scenka 3. Jestem z dziećmi na wakacjach na „ranczu”’ moich teściów. Sześcioletni Duży i niespełna czteroletni Mały bawią się na dworze. Zza ogrodzenia przygląda im się ciekawie ośmioletni sąsiad, Antek. Duży zachowuje się sztucznie, przesadnie głośno mówi, zerka w kierunku Antka. W końcu podchodzi do mnie i mówi:
– Mamo, chciałbym się z nim pobawić, ale nie wiem, jak zacząć. Wstydzę się tak po prostu do niego pójść.
Mały słyszy to i mówi:
– To ja pójdę!
– Nie! – krzyczy speszony Duży, ale jest za późno, Mały już biegnie w kierunku ogrodzenia.
– Cześć, jestem Mały, mam trzy i pół roku, a tam jest mój brat Duży, on ma sześć lat. Chcesz się z nami pobawić?
Antek kiwa głową i biegnie do furtki, a potem się bawią – najpierw on i Mały, a po pewnym czasie Mały wciąga do zabawy zestresowanego Dużego.

Jak wspierałam rozwój społeczny Małego? Nijak. Oczywiście od urodzenia miał brata, ale w pierwszych trzech latach życia miał o wiele mniej kontaktów z innymi dziećmi i dorosłymi spoza rodziny, niż Duży w jego w wieku, ponieważ był bardzo chorowity i od września do kwietnia wychodził z domu jedynie na spacery. Mały chyba urodził się z ponadprzeciętnie wysoką inteligencją społeczną (prospołeczną, jeśli taka istnieje – jest bardzo empatyczny). To nie o nim jest ta historia, lecz o Dużym i jego trudnościach, które – tak się składa – były także moim udziałem trzy dekady temu.

1. Początki: pokonywanie lęku

Jako niemowlę i toddler (brakuje mi dobrego polskiego odpowiednika tego określenia dziecka w wieku od roku do 3 lat) Duży nie wykazywał żadnego zainteresowania innymi dziećmi. W wielu sytuacjach wręcz się ich bał, czasem panicznie: potrafił uciec z placu zabaw, kiedy tylko pojawiło się na nim choćby jedno inne dziecko. Widząc to, a jednocześnie jego ogromną ciekawość świata i nienasycony głód nowości – nowych zabaw, zabawek, miejsc do eksplorowania – wcześnie zaczęłam zabierać go na różnego rodzaju zorganizowane zajęcia dla maluchów. Na wielu znajomych robiłam wrażenie matki-helikoptera pragnącej zapewnić swojemu dziecku rozwój w każdej dziedzinie, a ja tylko (i aż!) chciałam oswoić go z innymi dziećmi oraz – może nawet w większym stopniu – zapewnić samej sobie odrobinę spokoju od wiecznego „Mama bawi!”. Duży w różnego rodzaju klubikach i salach zabaw był zazwyczaj tak podekscytowany nowymi zabawkami i zabawą proponowaną przez osobę prowadzącą zajęcia, że zapominał o swoim lęku i był w stanie przebywać nawet w sporej grupce dzieci.

Dzięki wiedzy z zakresu Self-Reg rozumiem te zachowania mojego syna. Strach przed dziećmi był najsilniejszy, kiedy intensywnie działały na niego stresory z obszaru biologicznego (wiatr, hałas, głód, niewyspanie, dotyk trawy, piasku czy wody na skórze), a znikał, kiedy Duży robił to, co ładowało jego baterie i sprawiało wielką radość. Warto o tym pamiętać i oswajać dziecko z trudnymi dla niego sytuacjami, kiedy jest odstresowane, spokojne i uważne.

W wieku około 2,5 roku Duży zaczął pokonywać swoje lęki. Na zajęciach wchodził w interakcję z jednym, zazwyczaj równie wrażliwym i nieśmiałym dzieckiem. Także wobec obcych dzieci przestał być aż tak lękliwy. Niebagatelną rolę odegrała w tym lektura książeczki „Kicia Kocia na placu zabaw” Anity Głowińskiej. Duży, wielki fan Kici Koci, z zapartym tchem wysłuchał treści książeczki, po czym kazał ją sobie przeczytać kilkanaście razy z rzędu. Tego dnia wyszliśmy na plac zabaw i… nie uciekł, kiedy pojawiło się na nim inne dziecko. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni raz, kiedy to lektura podziałała na mojego pierworodnego terapeutycznie.

2. Pierwsze przedszkole: cieplarniane warunki

Ze względu na opisane powyżej trudności Dużego wybraliśmy dla niego kameralne przedszkole, w którym wychowawcy wykazywali zrozumienie dla jego trudności sensorycznych. Udało nam się znaleźć placówkę, w której było jedynie czworo dzieci (!) i cudowny wychowawca, nauczyciel muzyki z Ukrainy; Duży zapałał do niego miłością od pierwszego wejrzenia. Nie było mowy, aby nasz pierworodny wziął za rękę inne dziecko, więc podczas zabaw w kole trzymał ręce przy sobie, a na spacerach na początku szedł za rękę z wychowawcą. Po pewnym czasie zaproponowano mu, żeby trzymał kijek, którego koniec trzymał jego ulubiony, starszy od niego o dwa lata kolega. Miesiąc po miesiącu kijek wymieniano na coraz krótszy, aż w końcu wiosną wychowawczyni zameldowała mi triumfalnie, że Duży szedł z kolegą w parze, trzymając go za koniec rękawa bluzki! Potem nastąpił regres: Duży powrócił do kijka, ponieważ dzieci zaczęły nosić bluzki z krótkimi rękawami. Dopiero po kolejnych kilku miesiącach, już w kolejnym przedszkolu, odważył się wziąć inne dziecko za rękę. Nie wyobrażam sobie, jak Duży zareagowałby na dyrektywnych wychowawców, którzy pierwszego dnia zmusiliby go do wzięcia innego dziecka za rękę.

3. Drugie przedszkole: self-regowa wychowawczyni

Po roku ze względu na dwie trudności podjęłam decyzję o zmianie przedszkola na inne niepubliczne. Po pierwsze, Duży przez siedem godzin w przedszkolu nie jadł nic, nawet jedzenia przyniesionego z domu, a wychowawcy bardzo się tym stresowali, co zwiększało jego stres. Po drugie, jego ulubiony kolega skończył sześć lat i poszedł do szkoły, a do grupy dołączyły same maluszki, niektóre ze smoczkami i w pieluchach, większość niezbyt dobrze mówiła, a mój wygadany czterolatek kompletnie nie mógł się w tym towarzystwie odnaleźć.

Duży bardzo szybko zaadaptował się do nowej, kilkunastoosobowej grupy dzięki wychowawczyni, która była urodzonym self-regowcem, nie znając nawet nazwy tego podejścia. Patrzyła na dziecko uważnie i już po krótkiej obserwacji wiedziała, czego mu trzeba i właśnie to mu dawała – jemu oraz wszystkim pozostałym w grupie. Bardzo szybko „rozgryzła” trudności Dużego z jedzeniem i łagodnie skłoniła go do próbowania i jedzenia nowych potraw. Jego, który oglądał każdy kawałek pokarmu i jeśli stwierdził coś podejrzanego – lekko ciemniejszą niż zwykle barwę chleba, jabłko pokrojone w nie takie plasterki, jak zwykle, małą plamkę na ziemniaku, który (o zgrozo!) dotknął buraka – natychmiast odmawiał jedzenia na wiele godzin. W domu Duży nadal jadł tylko wybrane potrawy podane zawsze w identyczny sposób, a w przedszkolu bez stresu zjadał wszystko, absolutnie wszystko. Już samo to wystarczyło, żebym stała się wierną fanką tej wychowawczyni, ale jej talenty nie ograniczały się do tego. Nieśmiałe dzieci integrowała z grupą, te agresywne delikatnie wyciszała, zauważała i rozwijała ich talenty, powolutku skłaniała swoich podopiecznych do opuszczania swojej strefy komfortu, zarządzała energią i napięciem grupy. Już w październiku rozłożyła mnie na łopatki wnioskiem, do którego ja doszłam po kilku latach obcowania z Dużym: „Wie pani, zwykle nazywam emocje dzieci i jestem przejęta ich smutkiem albo strachem, a one się wtedy uspokajają. Ale z Dużym nie można wchodzić w to za głęboko, bo popycha się je w głąb tych emocji, więc tylko szybko je nazywam, a potem zwracam uwagę na pozytywy”.

W nowym przedszkolu Duży zawarł pierwsze przyjaźnie, w tym jedną z chłopcem, który na początku bywał wobec niego agresywny. Postanowiłam oswoić “agresora”, który wydawał się być liderem grupy, i zaprosiłam go wraz z niezwykle sympatyczną mamą do naszego domu. Wizyta w mojej ocenie była katastrofą: chłopcy kłócili się o wszystko, krzyczeli i płakali, a na koniec tamten ugryzł boleśnie dwuletniego Małego. Byłam załamana. Następnego dnia wychowawczyni zameldowała mi, że chłopcy przez cały dzień zgodnie się bawili i uważali, że spotkanie w naszym domu było najlepsze na świecie! Niezbadane są ścieżki, którymi chadza umysł czterolatka…

4. Trzecie przedszkole: skok w pięknym stylu na głęboką wodę

Ostatni rok Duży spędził w zerówce w kolejnym przedszkolu, tym razem publicznym, dołączywszy do zżytej 25-osobowej grupy dzieci. Z poprzedniego przedszkola zrezygnowałam, ponieważ nie chciałam wspierać własnymi pieniędzmi różnych działań dyrektorki. Jednocześnie owa self-regowa wychowawczyni zrezygnowała z pracy dla niej. Byłam pełna obaw, czy nie krzywdzę Dużego, który przez dwa lata zżył się z kolegami i koleżankami i wreszcie poczuł się w grupie rówieśniczej całkowicie swobodnie.

Początki były trudne, ale z czasem Duży zżył się i z tą grupą. Mój wrażliwy pierworodny rozpoczął rok przedszkolny w stanie podwyższonego napięcia: wakacje na działce fatalnie na nas wpłynęły (pamiętacie mój emocjonalny wpis?). Skarżył się, że nie umie bawić się z kolegami, którzy lubią bajki w rodzaju “Lego Ninjago”, a Duży boi się takich agresywnych postaci i “nie jest w temacie”. Ja sama przeżywałam kryzys i nie potrafiłam go wspierać, a jedynie martwiłam się o jego przyszłe relacje z rówieśnikami – a to był dla Dużego dodatkowy stresor z obszaru społecznego. Nie mogłam nawet zapraszać kolegów Dużego do domu, bo od września do marca nieprzerwanie co najmniej jeden z moich młodszych synów był chory. Na szczęście dziewczynki z grupy zaczęły włączać Dużego w swoje zabawy, a potem okazało się, że Duży świetnie rysuje samochody i telefony komórkowe – i jakoś odnalazł swoje miejsce w grupie. Niebagatelną rolę odegrał w tej zmianie nasz wyjazd nad morze w styczniu, który obniżył napięcie moje i Dużego tak, że oboje przestaliśmy widzieć rzeczywistość w czarnych barwach. A wiosną znów zaczęłam zapraszać pojedynczych kolegów do naszego domu. Nie wiem, czy to przypadek, że Duży najlepiej się dogaduje z największymi wrażliwcami, a ja – z ich matkami…

Co jest dla mnie najważniejsze w tej historii? Co przyczyniło się do tego, że Duży pokonywał swoje trudności? Po pierwsze, stopniowe wyprowadzanie mojego syna z jego strefy komfortu – wtedy, kiedy był spokojny i gotowy na podjęcie wyzwania. Po drugie, wychowawcy, którzy autentycznie lubili dzieci i widzieli w nich dobro. Po trzecie, kontakty jeden na jeden w warunkach domowych z wybranymi kolegami z grupy. Po czwarte, dbanie o to, aby w okresie wyzwań przedszkolnych dziecko miało jak najmniej stresu w innych obszarach (zwłaszcza biologicznym).

Scenka 4 – epilog. Wiosną tego roku przyszłam do przedszkola, żeby poczytać grupie Dużego książki o Findusie i Pettsonie. Siadam na wygodnej poduszce, przedstawiam się, dzieci otaczają mnie ciasnym wianuszkiem i gadają jedno przez drugie.
– A ja lubię Dużego! – mówi pyzata dziewczynka po mojej lewej stronie.
– Ja też lubię Dużego! – rzuca inna.
– I ja!
– I ja!
– Wszyscy lubią Dużego! On jest fajny – wzrusza ramionami jeden z chłopców, jakby zniesmaczony tym, że trzeba w ogóle wspominać o czymś tak oczywistym. A moje matczyne serce rozpływa się jak masło na patelni.

We wrześniu Duży zaczyna naukę w szkole. Będzie dobrze – prawda…?

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Group of five happy children jumping outdoors.” (CC BY-NC 2.0) by Lighttruth

 

Koniec pewnej epoki i początek nowej

W miniony piątek po raz ostatni wyszłam z przedszkola Dużego i od tej pory czuję smutek i nostalgię. Skończyła się jakaś epoka: mam już dziecko, które po wakacjach będzie uczniem. To ważna cezura w życiu Dużego – jak mój powrót do pracy po pierwszym urlopie macierzyńskim i wychowawczym, jak narodziny jego młodszych braci i jak początek jego edukacji przedszkolnej. Dotarło to do mnie w pełni dopiero, kiedy opróżnialiśmy szafkę i szuflady Dużego i żegnaliśmy się z wychowawczyniami, koleżankami i kolegami. Sam Duży przeżywał koniec tej epoki już miesiąc temu. Odbyła się wtedy uroczystość zakończenia roku przedszkolnego, a dzień wcześniej – spotkanie informacyjne w jego przyszłej szkole. „Mamo, ja nie chcę być duży! Teraz tylko szkoła, potem studia i praca aż do emerytury!” – taka była jego reakcja. Cóż, trudno mu całkowicie odmówić racji…

Oprócz smutku i nostalgii czuję też nieco niepokoju i lęku przed nieznanym. Zmiany zwykle wywołują we mnie mieszankę uczuć: lęk i entuzjazm, niepokój i ekscytację. Tym razem niewiele mam w sobie tych przyjemnych emocji (napisałabym “pozytywnych”, gdyby nie to, że każda emocja jest potrzebna, bo każda mówi nam o tym, czy nasze ważne potrzeby zostały zaspokojone). Zbyt wiele słyszałam o różnego rodzaju trudnościach szkolnych dzieci moich znajomych i dyscyplinującej, często sztywnej postawie wielu nauczycieli. Staram się wyregulować te emocje i pracować nad niesprzyjającymi przekonaniami i jestem przekonana, że mi się to uda, bo…

Nadziei dodaje mi niedawne spotkanie z przyszłą wychowawczynią Dużego. Powiedziała nam, rodzicom, coś takiego: “Pierwsze kilka miesięcy to będzie czas adaptacji. Najważniejsze, żeby dzieci poczuły się ze mną bezpiecznie i żebyśmy zaufali sobie wzajemnie”. To czysty Self-Reg! Akurat tydzień wcześniej na szkoleniu MEHRIT Centre dla facylitatorów Self-Reg motywem przewodnim modułu był cytat ze Stuarta Shankera, twórcy tej metody, który przedstawiam na grafice powyżej: “Aby uczyć, musisz mieć relację z dzieckiem. Ale najpierw mózg społeczny musi być online.” Co to znaczy?

Jak pisałam ponad rok temu, mózgi dzieci kształtują się (całkiem dosłownie: tworzą się w nich połączenia neuronalne) w relacji z ważnymi opiekunami. Dziecku, które w szkole nie czuje się bezpiecznie, trudno jest wykorzystać swój potencjał. Zależnie od swoich uwarunkowań, może zachowywać się ulegle albo wręcz przeciwnie, buntowniczo. Może uczyć się pilnie ze strachu przed karą, lecz nie będzie to nauka efektywna ani przyjemna. Może też przywdziać maskę “mam to w nosie” i wejść w rolę klasowego błazna lub łobuza. (Swoją drogą, jakiś czas temu bardzo mnie poruszyły mnie słowa Stuarta Shankera, że jeśli dziecko mówi ważnemu, strofującemu go opiekunowi buntowniczym głosem “Nic mnie to nie obchodzi”, to taki komunikat należy rozumieć: “Obchodzi mnie to tak bardzo, że nie dam sobie rady bez wsparcia”.) Widząc taką postawę, dorośli miewają tendencję do mocniejszego przykręcania dziecku śruby. W efekcie zwiększają stres dziecka, a niepożądane zachowania nie znikają, a wręcz mogą się nasilać.

W naszym społeczeństwie dominuje dyscyplinujące podejście do wychowania i nauczania, mające na celu osiągnięcie posłuszeństwa nawet kosztem relacji. Większość czasu spędzam w szklanej bańce: wśród podobnie myślących rodziców, przyjaciół i znajomych, a także tysięcy osób na Facebooku, którym bliskie jest podejście Self-Reg. Kiedy jednak wychodzę z tej bańki, widzę, że wielu dorosłych rozumie troskę o dzieci jako ich dyscyplinowanie. W czerwcu wiele stresu kosztowała mnie dyskusja z kobietą, która na festynie z okazji Dnia Dziecka w parku dawała raz po raz klapsy swojemu synkowi, bo ten narzekał na długie czekanie w kolejce. To była kobieta wykształcona (nawet rozzłoszczona posługiwała się wyszukanym słownictwem), młoda i zadbana, bez śladów wskazujących nadużywanie substancji psychoaktywnych. Przyszła z dzieckiem na festyn, więc dba o nie, kocha. Była wściekła i oburzona nie z powodu zachowania synka (klapsy wymierzała mu spokojnie i metodycznie), lecz dlatego, że nazwałam jej klapsy biciem i twierdziłam, że łamie tym prawo. “Proszę pani, dzieci wychowywane bezstresowo stają się mordercami, powodzenia w wychowywaniu pani dzieci”. “Proszę ze mnie nie kpić, że biję człowieka. Tam na straganie ktoś kradnie cukierki, niech się pani tym zajmie, skoro pani chce ścigać przestępców. Mój syn ma zły humor, zasługuje na skarcenie”. Opisujący to wydarzenie post na moim fan page na Facebooku (z 4 czerwca) został wyświetlony 60 tysięcy razy i wywołał burzę komentarzy, a zatem jest to poruszający serca temat. Na szczęście większość biorących udział w dyskusji opowiedziała się przeciw klapsom jako metodzie wychowawczej. Tym po drugiej stronie barykady polecam lekturę artykułu przytaczającego wyniki badań: klapsy nie tylko mają negatywny wpływ na zachowania i osiągnięcia dzieci  w dłuższej perspektywie, ale też są po prostu nieskuteczne jako narzędzie wychowawcze.

Bardzo leży mi na sercu to, żeby rodzice i nauczyciele widzieli w dzieciach istoty z gruntu dobre, a ich trudne zachowania postrzegali przez pryzmat stresuDlatego wraz z self-regowym teamem będę nadal realizować naszą misję, którą jest przybliżenie tego podejścia szerokiemu gronu odbiorców. Natalia Fedan dziś wróciła z Kanady, gdzie przy okazji uczestnictwa w dorocznym sympozjum Self-Reg rozmawiała ze Stuartem Shankerem właśnie o naszej misji i strategii. Pomagajcie nam, proszę, w ich realizacji: my jako ekspertki Self-Reg tworzymy zmarszczki na oceanie samokontroli, a Wy zmieniajcie je w fale, które będą sięgać coraz dalej i zmieniać rzeczywistość.

Źródło grafiki: https://self-reg.ca/self-reg/graphics/

Jak wspieram dzieci w przeżywaniu trudnych emocji

Moi stali czytelnicy zapewne przypominają sobie (mgliście), że w styczniu rozpoczęłam minicykl wpisów na temat wspierania rozwoju dziecka. Omawiam w nim poszczególne obszary samoregulacji. Dotychczas napisałam o obszarze biologicznym, a konkretnie o długiej drodze, jaką pokonał Duży, aby nauczyć się pływać oraz o tym, jak stresory w obszarze biologicznym mogą wpływać na rozwój poznawczy dziecka. W kolejce czekają długie wpisy na temat rozwoju w obszarze społecznym i prospołecznym.

Dziś proponuję Wam krótki post na temat obszaru emocji, który analizowałam już obszernie tutaj. Chętnie opisałabym niedawną sytuację, w której Duży boleśnie zmierzył się z pewną emocją dzień po tym, jak ja zmierzyłam się z tą samą w moim „dorosłym” świecie. Chciałabym, ale nie opiszę, bo Duży nie wyraża na to zgody. Przejdę zatem bezpośrednio do wniosków.

Ostatnio rozwijam się, aż furczy. Uczę się na nowo kontaktu z samą sobą i relacji z innymi ludźmi podczas własnej psychoterapii, na studiach podyplomowych w zakresie coachingu (w tym w dwóch procesach coachingowych: własnym i prowadzonym przeze mnie) i w szkole trenerów grup wsparcia dla rodziców. Wszystkie te procesy sprawiają, że często i intensywnie przeżywam trudne dla mnie emocje. Czasem kilkuminutowe aktywne słuchanie klienta powoduje takie wyczerpanie mojej psychiki i ciała, że trudno mi jest dźwignąć się z krzesła. Obieram siebie jak cebulę z kolejnych warstw i zastanawiam się, co odkryję na końcu tego procesu. Czy w ogóle jest jakiś koniec?

Co to ma wspólnego ze wspieraniem rozwoju dzieci w obszarze emocji? Bardzo wiele. Zaobserwowałam, że kiedy tylko zaczynam nieźle sobie radzić z regulacją jakiejś własnej trudnej emocji, natychmiast przestaje być dla mnie trudne, kiedy wyrażają ją moje dzieci. Wstyd, lęk przed oceną, przykrość, poczucie osamotnienia, panika, zawiść – to wszystko staje się może nie łatwe, ale… znośne i nawet wzbogacające. Mój wniosek – może oczywisty, jednak dla mnie rewolucyjny – jest taki, że drogą do wspierania rozwoju dzieci w obszarze emocji jest nauka samoregulacji w obszarze emocji.

Dziś Duży i Mały wrócili z przedszkoli w świetnych humorach, zaczęli uzgadniać, w co będziemy się bawić i… nastąpił wielki wybuch. Pokłócili się potwornie o to, w co się bawić, kto jest ważniejszy, komu mama poświęca więcej czasu. Pobili się, byli wściekli, rozgoryczeni, pełni niechęci do siebie i pretensji do mnie, znudzeni, rozżaleni. Powietrze było gęste od tzw. limbicznych komunikatów: „Już nigdy nie będę się z tobą bawić, ty głupku”, „Kochasz tylko jego”, „Nikt na mnie nie zwraca uwagi”, „Nic nie jest tak, jak chcę”, „Chcę, żeby go bolało”. Trwało to dość długo, a ja przez cały ten czas byłam całkowicie spokojna. Nazywałam emocje, parafrazowałam, przytulałam, masowałam skopane nogi i pobite plecy, w międzyczasie kilkanaście razy przystawiając do piersi Malutkiego, który skończył dziś półtora roku i żąda karmienia o wiele częściej, niż w pierwszych dniach życia.

Zaraziłam dzieci spokojem, zaakceptowałam ich emocje, wspólnie doszliśmy do przyczyn, a potem każdemu zaproponowałam inną wyciszającą aktywność. Kiedy wychodziłam do mojej szkoły, zgodnie się bawili. To nie magia, to Self-Reg w działaniu.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Shame” (CC BY-ND 2.0) by Christian

 

Lepsze wyniki w nauce dzięki wsparciu dla zmysłów

Kontynuując mój minicykl postów na temat wspierania rozwoju dziecka, opowiem dziś o tym, jak zmysły dziecka (i dorosłego człowieka) mogą wpływać na jego zdolność do koncentracji i efektywnej nauki. Zależność ta stanowi temat tak obszerny, że zamiast wpisu na blogu można by napisać na ten temat niejedną rozprawę doktorską. Rzecz jasna, nie stawiam sobie za cel kompleksowego potraktowania tematu, chcę jedynie zasygnalizować na przykładzie trzech historii z życia moich synów, że taka zależność istnieje i miewa znaczące konsekwencje.

Jakiś czas temu terapeutka integracji sensorycznej Dużego zaleciła mu wizytę u ortoptysty. Stwierdziła bowiem nieprawidłowości w zakresie przetwarzania wzrokowego, a konkretnie nieprawidłową konwergencję. Wcześniej nie znałam określenia “konwergencja” w kontekście innym, niż makroekonomiczny, nie wiedziałam też, że istnieje ktoś taki, jak ortoptysta. Otóż konwergencja w medycynie oznacza (cytuję za Wikipedią) “jednoczesny ruch gałek ocznych ku linii pośrodkowej przedniej dzięki skurczowi mięśni prostych przyśrodkowych oczu, unerwionych przez III nerw czaszkowy”. Krótko mówiąc, mięśnie oczu Dużego nie działały właściwie, kiedy patrzył on na zbliżający się do niego obiekt albo przenosił uwagę między bliżą a dalą. Mógł mu pomóc ortoptysta, czyli specjalista zajmujący się “diagnozą i rehabilitacją wybranych funkcji wzrokowych, zwłaszcza zaburzeń widzenia obuocznego i zaburzeń ruchomości gałek ocznych” (więcej informacji można znaleźć na tej stronie).

Pół roku temu wybrałam się z Dużym do ortoptysty. Wstępne komputerowe badanie wzroku było praktycznie niemożliwe do przeprowadzenia: maszyna nie była w stanie zidentyfikować momentu, w którym Duży widzi ostro, ponieważ natychmiast tę ostrość tracił i koncentrował wzrok na innej odległości. Specjalista spytał, czy nie zauważyłam, żeby Duży przechylał głowę i mrużył oczy podczas rysowania, czytania lub pracy przed monitorem oraz, czy nie cierpi na bóle głowy. Nic takiego nie zauważyłam, może dlatego, że Duży podczas rysowania wierci się i co chwilę zmienia pozycję, a może dlatego, że pół roku temu nie czytał jeszcze samodzielnie ani nie korzystał z urządzeń z ekranami (jak smartfon, tablet czy komputer). Gdyby nie terapeutka SI, nie przyszłoby mi do głowy konsultować się z ortoptystą, zwłaszcza, że okulistka Dużego podczas profilaktycznego badania kilka miesięcy wcześniej nie stwierdziła nic niepokojącego.

Badanie przy użyciu specjalistycznego sprzętu wykazało szereg nieprawidłowości. Nie jestem w stanie powtórzyć wszystkich tych fachowych określeń; szkoda, że ich sobie nie zapisałam. Diagnoza sprowadzała się do tego, że Duży bez interwencji ortoptysty miałby duże problemy z przenoszeniem uwagi między zeszytem a tablicą, zapewne też pisanie i czytanie bardzo by go męczyło i powodowało bóle głowy. Nietrudno przewidzieć, jakie mogłoby to mieć konsekwencje, biorąc dodatkowo pod uwagę nadmierną ruchliwość i deficyt uwagi, na które cierpi mój pierworodny. Obdarzony ostrym jak brzytwa intelektem, znakomitą umiejętnością zapamiętywania i kojarzenia faktów oraz wielką ciekawością świata Duży byłby zapewne słabym uczniem… W połączeniu z jego nadal nieco podwyższoną reaktywnością na stres i skłonnością do negatywnego zniekształcenia poznawczego (o których pisałam w tym najbardziej popularnym z moich wpisów) zapewne prowadziłoby to do problemów emocjonalnych ze szkołą w tle oraz obniżenia jego samooceny. Zdecydowałam się na interwencję: serię dziesięciu półgodzinnych sesji ćwiczeń mięśni oczu pod kontrolą ortoptysty i przy użyciu specjalistycznych maszyn. To było w październiku; mamy ponownie stawić się na kontrolę w maju, tuż przed ukończeniem przez Dużego zerówki. Ufam, że te kontrole i ewentualne dalsze interwencje pomogą Dużemu lepiej odnaleźć się w szkole.

Druga historia, którą chcę się z Wami podzielić, dotyczy motoryki małej, czyli sprawności ręki. Ta sama terapeutka integracji sensorycznej diagnozowała pół roku temu Małego, który, jak mi się zdawało, miał problemy z integracją bodźców dźwiękowych. Podczas diagnozy zwróciła uwagę na to, że Mały nieprawidłowo trzyma ołówek. Faktycznie, od dawna poprawiamy jego chwyt, ale – jako że nasz średni syn jest niezwykle wytrwały, a więc i uparty – nie odnosimy niemal żadnych rezultatów. Specjalistka nie zaleciła mu jednak terapii ręki, której poddała swego czasu Dużego. Mały mimo nieprawidłowego chwytu bardzo dobrze sobie radzi z czynnościami wymagającymi precyzyjnych ruchów ręką: już jako niespełna roczne dziecko samodzielnie jadł łyżką i widelcem, a niedługo później zaczął starannie kolorować i rysować. Duży miał z tymi czynnościami spore trudności; opanował je mniej więcej w tym samym czasie (tak, tym samym czasie, a nie tym samym wieku), co Mały mimo dzielącej braci różnicy wieku dwóch lat i czterech miesięcy.

I wreszcie trzecia historia: integracji sensorycznej Dużego, o której kiedyś już pisałam. Duży miał jako dwu-, trzylatek trudności z przetwarzaniem bodźców głównie w zakresie trzech modalności: słuchowej, czucia głębokiego i czucia powierzchniowego. Są one niezwykle istotne w kontekście nauki szkolnej. Dziecko, które nie jest w stanie wyłowić uchem istotnych dźwięków i “wygłuszyć” tych nieistotnych, nie zrozumie polecenia nauczyciela, jeśli za oknem przejedzie akurat karetka albo ktoś dwie ławki dalej szepnie coś do kolegi. Dziecko z podwrażliwością czucia głębokiego (propriocepcji) często wpada na innych ludzi, ściany czy meble i z niewłaściwą, zwykle zbyt dużą siłą dotyka przedmiotów lub innych osób (np. rozlewa płyny, przewraca krzesła, zamiast klepnąć kogoś w ramię podczas gry w berka, uderza go mocno). Może zatem budzić drwiny lub agresję koleżanek i kolegów. Wreszcie, dziecko z tak silną nadwrażliwością czucia powierzchniowego, jaką miał Duży nie byłoby w stanie być spokojne i uważne w szkole pełnej innych uczniów, bo ci uczniowie są BLISKO i mogą owo dziecko w pewnych okolicznościach DOTKNĄĆ (brrrr). Taka sytuacja powoduje utrzymywanie organizmu nadwrażliwca w trybie walki i ucieczki, a zatem trudności z korzystaniem z umiejętności “zarządzanych” przez korę przedczołową mózgu: logicznego myślenia, uczenia się abstrakcyjnych pojęć, samokontroli (model mózgu trójjedynego, do którego się tu odwołuję, przedstawiłam w tym poście). Długie przebywanie w stanie walki i ucieczki – stale włączony alarm w ciele migdałowatym mózgu – powoduje trwałe zmiany w “okablowaniu” mózgu, czyli połączeniach między neuronami. W efekcie alarm ten szybciej się włącza i trudniej go wyłączyć. Dziecko staje się drażliwe, labilne emocjonalne, miewa skłonności do depresji i/lub (auto)agresywnych zachowań, staje się podatne na uzależnienie od gier komputerowych i “śmieciowego” jedzenia, ma obniżoną odporność na choroby. Nie dam głowy, że to wszystko prędzej czy później nie stanie się udziałem mojego niezwykle wrażliwego syna, ale wiem, że przynajmniej w dziedzinie integracji zmysłów zrobił on ogromne postępy, w dużej mierze dzięki ponaddwuletniej, kończącej się właśnie terapii integracji sensorycznej oraz różnym zabawom w domu wspierającym ową integrację.

Pierwotnie miałam zatytułować ten post “Self-Reg, część 18: Korzenie procesów poznawczych tkwią w biologii”, ale zdecydowałam się na tytuł, który przyciągnie także czytelników niezainteresowanych Self-Reg. Chcę do nich dotrzeć, ponieważ uważam, że wiedza o możliwych trudnościach w zakresie przetwarzania bodźców zmysłowych powinna być dana każdemu rodzicowi i nauczycielowi. Może dzięki temu liczba dzieci zaszufladkowanych jako leniwe, krnąbrne, buntownicze, impulsywne, mało inteligentne, nieuważne, zapominalskie, gapowate itd. drastycznie by się zmniejszyła? Czy to nie przyniosłoby ulgi i udręczonym rodzicom, i sfrustrowanym nauczycielom tych dzieci? Tego rodzaju trudności przeżywa coraz więcej dzieci w wieku szkolnym; w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie obserwuje się w tej grupie wiekowej niemalże epidemię stanów lękowych i depresyjnych. Self-Reg wychodzi naprzeciw tym problemom.

Moim stałym czytelnikom zainteresowanym Self-Reg chcę poprzez ten post przekazać, że – jak mawia Stuart Shanker – korzenie procesów poznawczych tkwią w obszarze biologicznym. Innymi słowy, stresory z obszaru biologicznego, np. nieprawidłowe przetwarzanie bodźców zmysłowych, mogą utrudniać koncentrację uwagi i efektywne uczenie się, czyli pogłębiać stres w obszarze poznawczym (o obszarach stresu pisałam w tym poście). Przypomnę, że w ujęciu Self-Reg stresorem jest każdy bodziec zewnętrzny lub wewnętrzny, który skłania organizm do zużycia energii (glukozy). Uczenie się, nawet jeśli odbywa się poprzez radosną zabawę, oznacza zatem zawsze stres ze względu na zużycie glukozy przez korę nową mózgu.

Wiecie, dlaczego bez wahania wydaję spore sumy na opisane wyżej diagnozy i interwencje specjalistów? Dodam, że chodzi o specjalistów, o których istnieniu nasi rodzice nie mieli pojęcia – a przecież jakoś daliśmy sobie radę. No właśnie, jakoś… Otóż Duży stanowi pod względem swoich trudności klon mnie samej sprzed ponad 30 lat. Kiedy ortoptysta mówił o wyniku badania Dużego, przeniosłam się myślami w czasy mojej edukacji wczesnoszkolnej i przypomniałam sobie, jaką katorgą było dla mnie przepisywanie zdań z tablicy. Patrzyłam na tablicę, potem przenosiłam wzrok na zeszyt i… zaraz, zaraz, w której linijce mam pisać? Co pisać? Jeszcze raz rzut oka na tablicę… ale gdzie to było? Tu? Nie, chyba tu. Nie, tu. Nie mogę, nie dam rady, to za trudne. Ale inne dzieci przecież dają radę. Czy jestem od nich głupsza? Kiedy pewna znajoma po raz pierwszy zwróciła moją uwagę na trudności Dużego z małą motoryką i wspomniała coś o rysowaniu, popłynęłam myślami do sytuacji w przedszkolu. Podczas każdych zajęć rysunkowych cały czas poświęcałam na bardzo, bardzo powolne rysowanie niebieskiego paska na górze kartki, zielonego na dole i żółtego koła na górze: niebo, trawa, słońce. Tylko to mi wychodziło, więcej nie ośmieliłam się narysować. Raz jeden starszy kolega spytał, dlaczego nic więcej nie rysuję. Milczałam, zawstydzona. “No rysuj!” – ponaglił mnie, zniecierpliwiony. Nadal milczałam. “Jakaś głupia jesteś!” – fuknął w końcu, zabrał swoją kartkę i kredki i przeniósł się do innego stolika. Przez cały czas edukacji szkolnej nie narysowałam ani nie namalowałam samodzielnie ani jednej pracy. Umawiałam się z innymi uczniami na wymianę barterową: ja pisałam im wypracowanie albo dawałam ściągnąć na klasówce, a oni wykonywali moje prace plastyczne. Dopiero niedawno z prawdziwą przyjemnością zaczęłam kolorować. Wreszcie dźwięk i dotyk: rodzice prowadzali mnie regularnie na badania słuchu i zawsze wychodzili z diagnozą: “Proszę państwa, ona świetnie słyszy, ale nie słucha”. Nieprawda, słuchałam uważnie, ale nie byłam w stanie zrozumieć, jeśli oprócz polecenia rodzica słyszałam na przykład radio grające w drugim pokoju albo deszcz bębniący o szyby. Do tej pory wpadam w lekką panikę, kiedy w moim kierunku idzie grupa ludzi czy – co gorsza – dzieci. Oni mogą mnie DOTKNĄĆ bez ostrzeżenia (brrrr).

Czy nie przesadzam z tymi interwencjami? Być może. W końcu mimo licznych trudności nie tylko ukończyłam z wyróżnieniem szkołę i studia, ale też obroniłam summa cum laude doktorat z ekonomii w obcym języku, nauczyłam się czterech języków obcych, osiągnęłam najwyższe merytoryczne stanowisko w prestiżowej instytucji finansowej. Dałam radę dzięki wysokiej inteligencji i – tak, tak! – samokontroli, więc może powinnam odpuścić Dużemu te wszystkie terapie i “nie robić z niego wariata”, jak mówią niektórzy? Może. A może nie. O tym właśnie będą dwa kolejne wpisy z mojego minicyklu.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Day 077 – Photo365 – Glasses“(CC BY-SA 2.0) by UnknownNet Photography

Duży na basenie, czyli o pokonywaniu trudności

Dzisiejszym wpisem chcę rozpocząć minicykl dotyczący wspierania rozwoju dziecka. Ostatnio sporo o tym myślę w związku ze zbliżającą się wielkimi krokami decyzją o wyborze szkoły dla Dużego. Tematem dzisiejszego wpisu nie będzie jednak szkoła, lecz… pływanie.

Kocham pływanie, choć nie jestem w nim zbyt dobra, i będę się cieszyć, jeśli moje dzieci też je polubią. Umiem pływać jedynie “żabką dyrektorską” i stylem pożal-się-Boże-grzbietowym, lecz nie o styl tu chodzi. W wodzie czuję się lepiej, niż na lądzie: lekka, w zgodzie ze swoim ciałem, pełna energii i jednocześnie spokoju (czyli spokojna w ujęciu Self-Reg). Uważam umiejętność pływania za jedną z tych, które warto posiąść – tych, które przydają się w życiu, zwiększają nasze możliwości, pomagają ładować baterie i w dodatku przynoszą korzyści dla ciała i ducha. Pływanie to dla mnie cielesny odpowiednik czytania, bez którego moje życie byłoby o wiele uboższe. Dlatego zależy mi na tym, żeby moje dzieci posiadły umiejętność pływania; od nich samych zależy, co z nią później zrobią.

Moja motywacja do uczenia dzieci pływania jest niestety nie tylko pozytywna. Lekcje pływania to obecnie powszechny element edukacji szkolnej, trudno od tego uciec; zresztą uważam, że nie należy uciekać. W ciągu ostatnich kilku lat regularnie chodziłam na basen w dni powszednie w ciągu dnia, kiedy odbywają się lekcje dla grup szkolnych oraz indywidualne dla młodszych dzieci. Uderzyło mnie to, że dzieci szkolne można na pierwszy rzut oka podzielić na dwie grupy. Te z pierwszej wyglądają na pewne siebie i rozluźnione, przed lekcją rozmawiają i śmieją się, a w wodzie skupiają się na poprawnym wykonywaniu poleceń instruktora. Te z drugiej grupy wyglądają, jakby chciały znaleźć się gdzieś daleko, są w widoczny sposób spięte, a w wodzie walczą o przetrwanie. Większość instruktorów wydaje polecenia krzykiem (chyba jest to konieczne ze względu na akustykę), ale z boku wygląda to na ostrą musztrę, która potęguje stres dzieci z drugiej grupy tak, że często płaczą albo poddają się i wychodzą z wody po tym, jak zwróci się im uwagę. Przyglądając się temu, wiele razy myślałam o sobie i o swoich starszych synach. Gdybym w czasach szkolnych chodziła z klasą na basen, niewątpliwie należałabym do tej drugiej grupy. Sądzę, że wyluzowany oraz niezwykle sprawny fizycznie i skoordynowany Mały bez wysiłku znajdzie się w tej pierwszej grupie, natomiast Duży ze względu na swoje biologiczne uwarunkowania miałby z tym problem bez naszego dużego wsparcia. Nauka pływania Dużego to historia ogromnej pracy – jego i mojej – nad pokonywaniem ograniczeń i trudności.

Kiedy Duży miał niecały rok, zapisałam go na zajęcia na basenie dla maluchów, które bardzo mu się spodobały. Jednak nie trwało to długo. Kiedy Duży miał dwa lata, niemal z dnia na dzień ujawniła się jego nadwrażliwość sensoryczna (czucia powierzchniowego): nagle znienawidził dotyk wody na skórze. O basenie nie było mowy, bo nawet mycie rąk czy parę kropli deszczu na twarzy wywoływało histerię. Ponieważ problemy sensoryczne naszego syna obejmowały niemal wszystkie zmysły i były bardzo uciążliwe, zdecydowaliśmy się na terapię integracji sensorycznej, która w ciągu niecałego roku zlikwidowała je lub bardzo złagodziła. Mycie rąk nie było już problemem, ale Duży nadal nie znosił mieć mokrej twarzy czy głowy i dlatego pływanie nie wchodziło w grę. Jednak fizjoterapeutka Dużego podkreślała, że jego aparat ruchowy potrzebuje wzmacniania, a ćwiczenia w wodzie byłyby bardzo pożądane. Duży miał bowiem słabe mięśnie i nadmiernie wiotkie stawy i więzadła, szybko się męczył i zniechęcał do ruchu. Dopiero jako trzylatek przestał jeździć w wózku i zaczął pokonywać pieszo (jęcząc ze zmęczenia) dystans około kilometra. Miał też problemy z koordynacją: na rowerku biegowym zaczął jeździć bardzo ostrożnie jako trzyipółlatek.

Odpuściłam basen na kolejne dwa lata, nie spuszczając jednak z oczu dalekosiężnego celu, jakim była dobra kondycja fizyczna Dużego i jego umiejętność pływania. Kiedy mój pierworodny był w szczególnie dobrej formie, a więc gotowy na wyzwania, powoli i łagodnie oswajałam go z dotykiem wody na twarzy i głowie. Za każdym razem niemal niepostrzeżenie przekraczałam jego granice komfortu. Robiłam to intuicyjnie, nie wiedząc, że właśnie na tym polega rozwój w ujęciu Self-Reg: ograniczałam jego inne stresory i ładowałam jego baterie, kiedy chciałam oswoić go z wodą. I odwrotnie: kiedy odczuwał stres w innych obszarach, dbałam o to, aby żadna niechciana kropla wody nie trafiła na jego twarz. Dodam, że czasem postępuję z moimi dziećmi odwrotnie, rzucając je na głęboką wodę; właściwy sposób postępowania podpowiada mi intuicja, która jeszcze nigdy nie zawiodła mnie w tej sprawie. Wreszcie w czasie wakacji nad morzem latem 2017 roku nastąpił przełom: z pomocą taty, który codziennie bawił się z nim i ćwiczył w hotelowym basenie, pięcioletni Duży założył okularki pływackie i zanurzył w wodzie twarz. Pękaliśmy z dumy!

Po wakacjach zapisałam Dużego na indywidualne lekcje pływania, starannie wybrawszy instruktora. Odwiedzając regularnie najbliższy nam basen, przyglądałam się różnym instruktorom przy pracy. Większość z nich przechadzała się niedbałym krokiem wzdłuż basenu i wykrzykiwała polecenia pływającemu dziecku, rozmawiając w międzyczasie z innymi instruktorami. Wreszcie pewnego dnia ujrzałam tego właściwego: był z kilkuletnią dziewczynką w wodzie i z nieskończoną cierpliwością zachęcał ją do ćwiczeń. Po lekcji podpłynęłam do niego i umówiliśmy się na naukę pływania Dużego. Podczas pierwszej lekcji przecierałam oczy ze zdumienia. Mój syn po raz pierwszy w życiu leżał wyprostowany jak struna na wodzie NA PLECACH i płynął! Instruktor powiedział, że jak na pięciolatka ma niezłą koordynację (!), silne mięśnie (!!) i jest oswojony z wodą (!!!). Zapisałam wtedy w pamiętniku: “Synu, jesteś dla mnie mistrzem świata”. Zapisałam też taki dialog z Dużym alias Złotoustym:
Ja: – Jak Ci się podoba twój instruktor?
Duży: – Bardzo miły. [Z błyskiem w oku] Taki spokojny, nie wadził nikomu.

I na tym wielkim sukcesie Dużego dziś zakończę. Ta historia ma też mniej przyjemny ciąg dalszy, który skłonił mnie do rozważań na temat cienkiej granicy między matką-kwoką a matką-lwicą, która walczy o swoje młode. Napiszę też więcej o ciemnej stronie powyższej historii, czyli negatywnej motywacji dla wspierania rozwoju swoich dzieci, która może przykrywać brak akceptacji dla dziecka takiego, jakim jest. O tym właśnie będą kolejne posty w tym minicyklu.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Little Champion” (CC BY 2.0) by Evonne