Jak wspieram dzieci w przeżywaniu trudnych emocji

Moi stali czytelnicy zapewne przypominają sobie (mgliście), że w styczniu rozpoczęłam minicykl wpisów na temat wspierania rozwoju dziecka. Omawiam w nim poszczególne obszary samoregulacji. Dotychczas napisałam o obszarze biologicznym, a konkretnie o długiej drodze, jaką pokonał Duży, aby nauczyć się pływać oraz o tym, jak stresory w obszarze biologicznym mogą wpływać na rozwój poznawczy dziecka. W kolejce czekają długie wpisy na temat rozwoju w obszarze społecznym i prospołecznym.

Dziś proponuję Wam krótki post na temat obszaru emocji, który analizowałam już obszernie tutaj. Chętnie opisałabym niedawną sytuację, w której Duży boleśnie zmierzył się z pewną emocją dzień po tym, jak ja zmierzyłam się z tą samą w moim „dorosłym” świecie. Chciałabym, ale nie opiszę, bo Duży nie wyraża na to zgody. Przejdę zatem bezpośrednio do wniosków.

Ostatnio rozwijam się, aż furczy. Uczę się na nowo kontaktu z samą sobą i relacji z innymi ludźmi podczas własnej psychoterapii, na studiach podyplomowych w zakresie coachingu (w tym w dwóch procesach coachingowych: własnym i prowadzonym przeze mnie) i w szkole trenerów grup wsparcia dla rodziców. Wszystkie te procesy sprawiają, że często i intensywnie przeżywam trudne dla mnie emocje. Czasem kilkuminutowe aktywne słuchanie klienta powoduje takie wyczerpanie mojej psychiki i ciała, że trudno mi jest dźwignąć się z krzesła. Obieram siebie jak cebulę z kolejnych warstw i zastanawiam się, co odkryję na końcu tego procesu. Czy w ogóle jest jakiś koniec?

Co to ma wspólnego ze wspieraniem rozwoju dzieci w obszarze emocji? Bardzo wiele. Zaobserwowałam, że kiedy tylko zaczynam nieźle sobie radzić z regulacją jakiejś własnej trudnej emocji, natychmiast przestaje być dla mnie trudne, kiedy wyrażają ją moje dzieci. Wstyd, lęk przed oceną, przykrość, poczucie osamotnienia, panika, zawiść – to wszystko staje się może nie łatwe, ale… znośne i nawet wzbogacające. Mój wniosek – może oczywisty, jednak dla mnie rewolucyjny – jest taki, że drogą do wspierania rozwoju dzieci w obszarze emocji jest nauka samoregulacji w obszarze emocji.

Dziś Duży i Mały wrócili z przedszkoli w świetnych humorach, zaczęli uzgadniać, w co będziemy się bawić i… nastąpił wielki wybuch. Pokłócili się potwornie o to, w co się bawić, kto jest ważniejszy, komu mama poświęca więcej czasu. Pobili się, byli wściekli, rozgoryczeni, pełni niechęci do siebie i pretensji do mnie, znudzeni, rozżaleni. Powietrze było gęste od tzw. limbicznych komunikatów: „Już nigdy nie będę się z tobą bawić, ty głupku”, „Kochasz tylko jego”, „Nikt na mnie nie zwraca uwagi”, „Nic nie jest tak, jak chcę”, „Chcę, żeby go bolało”. Trwało to dość długo, a ja przez cały ten czas byłam całkowicie spokojna. Nazywałam emocje, parafrazowałam, przytulałam, masowałam skopane nogi i pobite plecy, w międzyczasie kilkanaście razy przystawiając do piersi Malutkiego, który skończył dziś półtora roku i żąda karmienia o wiele częściej, niż w pierwszych dniach życia.

Zaraziłam dzieci spokojem, zaakceptowałam ich emocje, wspólnie doszliśmy do przyczyn, a potem każdemu zaproponowałam inną wyciszającą aktywność. Kiedy wychodziłam do mojej szkoły, zgodnie się bawili. To nie magia, to Self-Reg w działaniu.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Shame” (CC BY-ND 2.0) by Christian

 

Dzieci jako siła napędzająca rozwój rodzica

Znów mam potrzebę podzielenia się z Wami refleksją, tym razem z serii „Co mi dały dzieci”Refleksja nasunęła mi się podczas rozmowy ze współuczestniczką Szkoły trenerów grup wsparcia dla rodziców po tym, jak wspólnie poprowadziłyśmy w ostatni czwartek spotkanie (dziękuję Ci, Marysiu).

Praca grupy wsparcia dotyczyła rodzicielskich emocji w relacji z dziećmi i wywołała u mnie zachwyt i onieśmielenie. Zachwyciłam się magią grupy – grupy wsparcia jako formy pracy nad sobą samym, ale przede wszystkim tej konkretnej grupy mądrych, wrażliwych ludzi, którzy wykonują ogromną pracę nad sobą, aby być lepszymi rodzicami i jednocześnie lepiej wspierać innych rodziców. Onieśmieliła mnie ich samoświadomość i miękkość skutkująca, paradoksalnie, ogromną siłą.

Refleksja dotyczy tego, jakim człowiekiem byłabym, gdybym nie została mamą. Czy pozostałabym pracoholiczką pnącą się wytrwale w górę po szczeblach kariery w instytucjach finansowych i badawczych? Czy nadal pracowałabym równolegle jako nauczyciel akademicki, zdobywający kolejne tytuły naukowe? Czy pozostałabym Zosią-samosią i perfekcjonistką w każdym calu, konsekwentnie realizującą swoje ściśle sprecyzowane plany i niezdolną do życia tu i teraz? Może tak, a może nie.

Jednego jestem niemal pewna (i to jest sedno tej refleksji): gdyby nie dzieci, miałabym niewielkie szanse na wyjście ze swojej skorupy. Przez ponad 30 lat trzymałam w ryzach swoje emocje i skupiałam się na domenie rozumu, odnosząc sukcesy naukowe i zawodowe. Było to możliwe dzięki mojej wysokiej inteligencji i jeszcze wyższej samokontroli. Dopiero jako mama wymagającego niemowlaka przestałam nad sobą panować: trudne emocje mojego synka przewiercały się przez pancerz, który sobie zbudowałam, wydobywając na światło dziennie moje własne starannie ukryte emocje. Doświadczenie macierzyństwa było dla mnie katalizatorem rozwoju osobistego. Wiem z licznych opowieści matek, które poznałam w ciągu ostatnich lat, że to powszechne doświadczenie. Słyszeliście o metodzie Horse Coaching, polegającej na treningu osobistym z wykorzystaniem koni? Gdyby nie kwestie etyczne, można by pomyśleć o High Need Baby Coaching: widzę oczyma wyobraźni tych menedżerów najwyższego szczebla, którzy mieliby za zadanie opiekować się 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu wymagającym maluchem… Nawet najtwardszy z twardzieli prędzej czy później zaraziłby się tymi emocjami i musiałby, jak ja i tysiące innych mam, skonfrontować się z własną bezradnością, lękiem i złością.

Macierzyństwo sporo mi zabrało, ale dało coś bezcennego: kontakt z samą sobą i miłość, jakiej nie byłam w stanie sobie wyobrazić. Gdyby nie dzieci, miałabym zapewne forsy jak lodu i podróżowałabym we wszystkich wolnych chwilach po dalekim świecie, lekką ręką wydając pieniądze na drogie hotele, atrakcje turystyczne i przyjemności. Pisząc to, z żalem myślę o tym, że nie stać nas na powtórkę naszej podróży po Australii, a nawet gdyby było nas stać, nie zdecydowalibyśmy się na nią z trójką małych dzieci. Gdyby nie dzieci, opanowałabym zapewne jeszcze kilka języków obcych, których nauka sprawia mi taką frajdę. Gdyby nie dzieci, stale poszerzałabym swoje horyzonty i świetnie się orientowała w zawiłościach międzynarodowej polityki; teraz ledwo zauważam, że zmienił się szef amerykańskiej dyplomacji i niewiele wiem na temat przyczyn. Gdyby nie dzieci, pewnie wyglądałabym lepiej, byłabym bardziej zadbana, dopracowana. Moja doba ma 24 godziny i dużą jej część poświęcam na czynności służebne wobec innych ludzi, “poniżej moich kwalifikacji”, jak wycieranie podłogi pod wysokim krzesełkiem, w którym jada swoje posiłki Malutki. Choć czasem jestem tym bardzo sfrustrowana, nie zamieniłabym się z hipotetyczną bezdzietną sobą, bo ona… nie żyła swoim życiem, lecz życiem zgodnym z oczekiwaniami, które jej wtłoczyło otoczenie. Paradoksalnie, zajmując się swoimi dziećmi, największą przysługę wyświadczyłam swojemu wewnętrznemu dziecku, które porzuciłam dawno temu. Ono teraz rozkwita.

Jednym z moich najnowszych osiągnięć jest stopniowe rozstawanie się z perfekcjonizmem. Czy zauważyliście, że ten wpis nie ma ilustracji? Jakoś nie miałam na nią pomysłu (jeśli jakiś macie, to podzielcie się nim ze mną, proszę). Nie jestem też zadowolona z tego wpisu – nie oddaje tego, co chciałam Wam przekazać. Ale cóż, nie będę go bez końca cyzelować. Zrobione jest lepsze od doskonałego. Taka moja prywatna rewolucja…

O konsekwencjach i słuchaniu swojego serca

Dziś podzielę się z Wami refleksją na temat konsekwencji i słuchania swojego serca. Jak już kiedyś wspominałam, ten blog sam się pisze, nie mam nad nim kontroli: jeśli coś mnie mocno poruszy, nie spocznę, dopóki tego nie zapiszę – tu lub, ostatnio znacznie częściej, w moim dzienniku. Od pewnego czasu pracuję nad kolejnym wpisem z miniserii na temat wspierania rozwoju dziecka. Pracuję nad nim głównie w głowie, bo na pisanie bloga mam czas jedynie późną nocą, kiedy już zrobię to, co niezbędne ze względu na moje różne zobowiązania. W głowie kłębią mi się wpisy i fragmenty mojej książki “DyleMatki”, ale dopóki nie znajdę niani, która odciąży mnie przedpołudniami, większość tych treści musi pozostać w mojej głowie. (Mówiąc wprost: znajdźcie mi nianię, żebym znów nie znalazła się w czarnej…)

Dziś rano Mąż, Duży i Mały musieli się spieszyć, bo Mały wraz ze swoją grupą miał o 8:45 wyjechać z przedszkola na występ na festiwalu piosenek dziecięcych. W przedpokoju leżała przygotowana na tę okoliczność bluzeczka w stylu marynarskim, w którą Mały miał się przebrać przed występem. Nasz czterolatek był bardzo podekscytowany i kilka razy powtarzał, że musi zabrać bluzkę, więc założyłam błędnie, że albo on, albo Mąż będzie o tym pamiętał przed wyjściem. O 8:40 zestresowany Mąż zadzwonił z przedszkola z pytaniem, czy dam radę w ciągu pół godziny dostarczyć bluzkę do domu kultury. Nie było na to szans: w piżamie, z mokrymi po umyciu włosami, smażyłam głodnemu Malutkiemu jajecznicę. Mąż zestresował się jeszcze bardziej, ale też nie mógł już zawrócić, bo miał w pracy spotkanie. Zrobiło mi się żal Małego i zaczęłam się zastanawiać, jak by tu zorganizować przekazanie mu bluzki. Znajoma, z którą przez chwilę rozmawiałam, zaproponowała skorzystanie z przesyłki poprzez ubera lub kuriera rowerowego. Dopiero to pomogło mi się zreflektować: nie byłam gotowa na takie starania. Trudno, stało się, Mały wystąpi bez przebrania.

Od pewnego czasu pozwalam moim dzieciom ponosić konsekwencje swoich działań. W takich sytuacjach, jak dziś – a przy trójce małych dzieci i przemęczonym Mężu zdarzają się one często – w pierwszym odruchu mam ochotę stanąć na głowie, żeby komuś nie było przykro, smutno, trudno. Dawna ja wcisnęłaby Malutkiemu do ręki coś słodkiego i z mokrymi włosami popędziła z bluzką do domu kultury. Obecna ja robi bilans korzyści i kosztów i nie staje na głowie. Już wiem, że dziecko nie może nauczyć się radzić sobie z frustracją inaczej, niż… przeżywając raz na jakiś czas frustrację. Przypomina mi się zdjęcie krążące swego czasu na Facebooku, przedstawiające kartkę z prośbą do rodziców w pewnej szkole: “Jeśli przyjechałeś/-aś, żeby przywieźć swojemu dziecku coś, czego zapomniało wziąć z domu, odwróć się na pięcie i wyjdź. Pozwól mu ponieść konsekwencje i nauczyć się czegoś.” Jestem jednak daleka od podejścia “Nie zawiozę mu tej bluzki, niech się nauczy, i Mąż też”. To by było w moim odczuciu raczej tak zwane wyciąganie konsekwencji, czyli karanie – konsekwencji nie trzeba wyciągać, one same się pojawiają.

Uderza mnie jednak, jak trudno mi jest nie chronić dzieci przed frustracją i rozczarowaniem i jak bardzo sama przeżywam ich trudne emocje. Mam świadomość, że nie jestem w stanie pamiętać o wszystkich drobnych sprawach do załatwienia. (O ironio! W tym momencie przerwałam pisanie, żeby zadzwonić do sali zabaw i zarezerwować ją na imprezę urodzinową Dużego, a następnie wpisać do kalendarza termin przelewu zaliczki. Dopisałam też do listy zakupów karmę dla psów lub kotów – przedszkole Dużego organizuje zbiórkę na rzecz schroniska dla zwierząt. I co ze scenariuszem przedstawienia w teatrze rodziców? Nadal go nie dostałam! Mam być drzewem czy krasnoludkiem? Skąd wezmę przebranie?) Moja głowa to wie, a mimo to dziś rano humor na moment mi się zwarzył. Dobrze chociaż, że dzięki praktykowaniu Self-Reg nie poczułam irytacji wobec Małego czy Męża ani też nie złajałam się w myślach za to, że nie dopilnowałam tej sprawy osobiście… Dlaczego tak bardzo chciałabym zmieść sprzed nóg moich dzieci wszelkie przeszkody? Dlaczego często mocniej, niż oni sami przeżywam ich rozczarowania? Matka Polka? Matka kwoka? Matka helikopter? Czy może po prostu matka…?

Chcę napisać o jeszcze jednym rodzaju konsekwencji: o wytrwałości w działaniu i osiąganiu celów. W tej dziedzinie jestem bardzo dobra: od dzieciństwa stawiam sobie i skutecznie realizuję długoterminowe, dość ambitne cele. Niedawno w tym monolicie mojej konsekwencji pojawiła się trudna do pominięcia wyrwa, o której może kiedyś opowiem, a dziś sama zadałam jej kolejny cios. Otóż Malutki miał dziś o godzinie 11 w centrum Warszawy zajęcia montessoriańskie, które oboje bardzo lubimy, a moja konsekwencja wyraża się między innymi w tym, że nigdy nie rezygnuję z zajęć dzieci lub własnych z powodu innego, niż choroba lub brak możliwości dotarcia na miejsce. Kiedy wyruszyłam na te zajęcia, coś we mnie zaczęło bardzo mocno się buntować i ostatecznie, niewiele myśląc, poszłam za głosem serca i skręciłam w kierunku domu kultury.

Głos mojego serca wydawał się bredzić. Nie było wiadomo, o której godzinie między 9 a 12 odbędzie się występ grupy Małego. Właśnie dlatego wcześniej odrzuciłam pomysł towarzyszenia mojemu średniemu synowi: robiło mi się słabo na myśl o przebywaniu przez dłuższy czas w wielkiej, głośnej sali pełnej przedszkolaków wraz z Malutkim, który ostatnio eksploruje otoczenie, ostro i bardzo głośno protestując przeciwko jakimkolwiek ograniczeniom. Niewątpliwie zaprezentowałby swoje znakomite umiejętności piszczenia i zagłuszył występ, gdybym nie pozwoliła mu na zabawę sprzętem nagłaśniającym. Jadąc tam, wiedziałam, że mam niewielkie szanse zobaczenia mojego czterolatka na scenie. Jednak zaparkowałam przed domem kultury i, taszcząc fotelik z Malutkim, który chwilę wcześniej zasnął, odnalazłam właściwe drzwi. Weszłam do ciemnej sali teatralnej, postawiłam fotelik na podłodze i… usłyszałam, jak konferansjer zapowiada występ grupy Małego! Znalazłam się koło sceny chwilę przed tym, kiedy wszedł na nią Mały i dziwnym trafem stanęłam tak blisko niego, jak to tylko było możliwe. Mały zobaczył mnie mimo blasku reflektorów i uśmiechnął się tym swoim uśmiechem rozjaśniającym całą buzię, a ja popłakałam się z radości. Występ był nieskoordynowany, dzieci śpiewały niewyraźnie i nie do rytmu. Dla mnie – mistrzostwo świata!

A potem? Potem znów posłuchałam głosu serca i zamiast na zajęcia, pojechałam z Malutkim do parku. Wierzcie lub nie: to były pierwsze świadome wagary w moim 39-letnim życiu. Czułam się dziwnie, zmieszana, oszołomiona, nieco zagubiona. Nie mam wątpliwości, że tego potrzebowałam. Malutki był zachwycony, kiedy mógł 2398762653 razy wejść po czterech płaskich schodkach i zejść po nich w dół. Po co komu kursy mindfulness i przeróżne przedsięwzięcia z zakresu rozwoju osobistego? Wystarczy mieć dzieci…

Share Week 2018

Pierwszy raz uczestniczę w Share Week, czyli akcji polegającej na tym, że blogerzy polecają innych blogerów. Blogerką jestem dopiero od roku z okładem i rok temu dowiedziałam się o akcji poniewczasie. Dziś napiszę pokrótce, które blogi cenię najbardziej spośród tych niezbyt wielu, które znam i czytuję.

Wśród czytanych przeze mnie blogów prym wiedzie wymagajace.pl. Gdybym była moim wymagającym pierworodnym, po lekturze niemal każdego wpisu narzekałabym: “TO NIE FAIR, że tego bloga nie było, kiedy zostałam mamą!”. Niestety wymagająca córka Magdaleny Komsty, autorki bloga, urodziła się kilka lat po Dużym, a sam blog powstał niecałe dwa lata temu. I TO JEST NIE FAIR. Naprawdę. Gdybym jako świeżo upieczona matka mogła poczytać to, co Magda pisze na temat drzemek niemowląt, nocnych maratonów karmienia piersią, temperamentu dziecka i przyczyn tego, że “kiedyś dzieci były grzeczne”, to… moje wczesne macierzyństwo byłoby lżejsze o ciężar niepewności i lęków, czy właściwie postępuję z moim dzieckiem.

Magda jest blogerką niezwykle profesjonalną i merytoryczną. Z wykształcenia jest psycholożką i pedagożką, a także promotorką karmienia piersią i doulą. Wszystko, o czym pisze i o czym mówi podczas swoich licznych live’ów i warsztatów, ma solidne podstawy teoretyczne i empiryczne. Przede wszystkim jednak jest ciepłą, wspierającą osobą, o czym mogłam się najlepiej przekonać, kiedy przeprowadziła ze mną wywiad na żywo na temat Self-Reg i high need babies. W języku porozumienia bez przemocy Magda przepięknie realizuje swoją potrzebę wzbogacania życia innych: jestem przekonana, że dzięki jej działalności życie tysięcy par matka-dziecko stało się spokojniejsze, szczęśliwsze, w mniejszym stopniu naznaczone lękiem i frustracją…

Czy już wspominałam, że TO NIE FAIR, że jej blog powstał tak późno? Nie fair i koniec. Foch.

Blog dobrarelacja.pl jest poświęcony rodzicielstwu bliskości rozumianemu jako budowanie bliskiej, wspierającej relacji z dzieckiem. Jego autorka, Małgorzata Musiał, jest pedagożką i mediatorką NVC (porozumienia bez przemocy), wspierającą rodziców poprzez warsztaty, artykuły i książkę “Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny”. Małgosia pisze o dzieciach z ogromnym szacunkiem, refleksyjnie, mądrze. Jest przy tym pełna pokory i autentyczna: stale poddaje w wątpliwość swoje “ja wiem lepiej” i otwarcie przyznaje, że okazanie szacunku dziecku tu i teraz nie zawsze jest łatwe. W moich oczach właśnie to czyni Małgosię prawdziwym autorytetem; nie potrafiłabym podążać za pomnikiem ze spiżu, który nigdy nie upada ani nawet się nie potyka.

Oto trzy wpisy na blogu, które każdy rodzic (i babcia! I dziadek! I ciocie, i wujkowie!) powinien, moim zdaniem, przeczytać:

  • “Bicie, plucie i inne miłosne wyznania” – o tym, że przypisywanie “agresywnym” zachowaniom dziecka znaczenia rodem ze świata dorosłych jest bez sensu, bo dziecko to… tylko dziecko i nie umie stosować dojrzałych strategii zaspakajania własnych potrzeb. Ten wpis to kwintesencja pierwszego kroku Self-Reg, czyli przeformułowania zachowania w kontekście stresu;
  • “Wyjdź i wróć, kiedy się uspokoisz” – o tym, dlaczego metoda izolacji dziecka zwana karnym jeżykiem, spopularyzowana swego czasu przez (brrrr!) Supernianię, jest do kitu;
  • “Dźganie jaszczurki” – o tym, że komunikat “uspokój się”, skierowany do małego dziecka targanego silnymi emocjami, nie działa. Pamiętam, że w sierpniu ubiegłego roku pracowałam nad wpisem na ten sam temat, ale szło mi to jak krew z nosa i ucieszyłam się, że Małgosia mnie ubiegła.

Bloga Agnieszki Pieniążek domowezawirowania.pl nie przeczytałam od deski do deski, ale wszystko, co przeczytałam, jest mi bliskie. Trafiłam tam przez grupę Agnieszki na Facebooku, poleconą mi przez znajomą mamę trójki maluchów. Grupa obecnie nazywa się “Domowe Zawirowania. Budowanie relacji i rozwój osobisty” i skupia osoby (chyba wyłącznie kobiety), które chcą pracować nad swoim związkiem i rodziną. Autorka bloga jest socjolożką i pedagożką, żoną i matką oraz głęboko wierzącą chrześcijanką. To ostatnie może zniechęcać do bloga ateistki i przedstawicielki innych religii, dlatego chcę mocno podkreślić, że narzędzia, które proponuje Agnieszka, są uniwersalne i oparte na wiedzy psychologicznej oraz przekonaniu, że do dobrej lub złej relacji, jak do tanga, trzeba dwojga. Ta prawda jest trudna do przyjęcia przez osoby przekonane o tym, że druga strona relacji (ten wredny mąż lub ta upierdliwa żona) jest winna wszelkiemu złu. Agnieszka podkreśla, że nigdy nie mamy pełnego wpływu na to, co zrobi druga osoba, ale mamy wpływ na to, jak na to reagujemy, a także na własne intencje i sposób myślenia. Warto pracować właśnie nad tym i zrezygnować z prób “naprawienia” drugiej osoby – i właśnie wtedy, kiedy ocieplimy nasze myśli, skupimy się na swojej własnej przemianie, zmienia się dynamika naszej relacji z tą drugą osobą. Potwierdzam to z całą mocą: łagodne, spójne z Self-Reg spojrzenie na mojego Męża poprawiło naszą relację, nadwerężoną moim totalnym zanurzeniem w doświadczenie macierzyństwa.

Duży na basenie, czyli o pokonywaniu trudności

Dzisiejszym wpisem chcę rozpocząć minicykl dotyczący wspierania rozwoju dziecka. Ostatnio sporo o tym myślę w związku ze zbliżającą się wielkimi krokami decyzją o wyborze szkoły dla Dużego. Tematem dzisiejszego wpisu nie będzie jednak szkoła, lecz… pływanie.

Kocham pływanie, choć nie jestem w nim zbyt dobra, i będę się cieszyć, jeśli moje dzieci też je polubią. Umiem pływać jedynie “żabką dyrektorską” i stylem pożal-się-Boże-grzbietowym, lecz nie o styl tu chodzi. W wodzie czuję się lepiej, niż na lądzie: lekka, w zgodzie ze swoim ciałem, pełna energii i jednocześnie spokoju (czyli spokojna w ujęciu Self-Reg). Uważam umiejętność pływania za jedną z tych, które warto posiąść – tych, które przydają się w życiu, zwiększają nasze możliwości, pomagają ładować baterie i w dodatku przynoszą korzyści dla ciała i ducha. Pływanie to dla mnie cielesny odpowiednik czytania, bez którego moje życie byłoby o wiele uboższe. Dlatego zależy mi na tym, żeby moje dzieci posiadły umiejętność pływania; od nich samych zależy, co z nią później zrobią.

Moja motywacja do uczenia dzieci pływania jest niestety nie tylko pozytywna. Lekcje pływania to obecnie powszechny element edukacji szkolnej, trudno od tego uciec; zresztą uważam, że nie należy uciekać. W ciągu ostatnich kilku lat regularnie chodziłam na basen w dni powszednie w ciągu dnia, kiedy odbywają się lekcje dla grup szkolnych oraz indywidualne dla młodszych dzieci. Uderzyło mnie to, że dzieci szkolne można na pierwszy rzut oka podzielić na dwie grupy. Te z pierwszej wyglądają na pewne siebie i rozluźnione, przed lekcją rozmawiają i śmieją się, a w wodzie skupiają się na poprawnym wykonywaniu poleceń instruktora. Te z drugiej grupy wyglądają, jakby chciały znaleźć się gdzieś daleko, są w widoczny sposób spięte, a w wodzie walczą o przetrwanie. Większość instruktorów wydaje polecenia krzykiem (chyba jest to konieczne ze względu na akustykę), ale z boku wygląda to na ostrą musztrę, która potęguje stres dzieci z drugiej grupy tak, że często płaczą albo poddają się i wychodzą z wody po tym, jak zwróci się im uwagę. Przyglądając się temu, wiele razy myślałam o sobie i o swoich starszych synach. Gdybym w czasach szkolnych chodziła z klasą na basen, niewątpliwie należałabym do tej drugiej grupy. Sądzę, że wyluzowany oraz niezwykle sprawny fizycznie i skoordynowany Mały bez wysiłku znajdzie się w tej pierwszej grupie, natomiast Duży ze względu na swoje biologiczne uwarunkowania miałby z tym problem bez naszego dużego wsparcia. Nauka pływania Dużego to historia ogromnej pracy – jego i mojej – nad pokonywaniem ograniczeń i trudności.

Kiedy Duży miał niecały rok, zapisałam go na zajęcia na basenie dla maluchów, które bardzo mu się spodobały. Jednak nie trwało to długo. Kiedy Duży miał dwa lata, niemal z dnia na dzień ujawniła się jego nadwrażliwość sensoryczna (czucia powierzchniowego): nagle znienawidził dotyk wody na skórze. O basenie nie było mowy, bo nawet mycie rąk czy parę kropli deszczu na twarzy wywoływało histerię. Ponieważ problemy sensoryczne naszego syna obejmowały niemal wszystkie zmysły i były bardzo uciążliwe, zdecydowaliśmy się na terapię integracji sensorycznej, która w ciągu niecałego roku zlikwidowała je lub bardzo złagodziła. Mycie rąk nie było już problemem, ale Duży nadal nie znosił mieć mokrej twarzy czy głowy i dlatego pływanie nie wchodziło w grę. Jednak fizjoterapeutka Dużego podkreślała, że jego aparat ruchowy potrzebuje wzmacniania, a ćwiczenia w wodzie byłyby bardzo pożądane. Duży miał bowiem słabe mięśnie i nadmiernie wiotkie stawy i więzadła, szybko się męczył i zniechęcał do ruchu. Dopiero jako trzylatek przestał jeździć w wózku i zaczął pokonywać pieszo (jęcząc ze zmęczenia) dystans około kilometra. Miał też problemy z koordynacją: na rowerku biegowym zaczął jeździć bardzo ostrożnie jako trzyipółlatek.

Odpuściłam basen na kolejne dwa lata, nie spuszczając jednak z oczu dalekosiężnego celu, jakim była dobra kondycja fizyczna Dużego i jego umiejętność pływania. Kiedy mój pierworodny był w szczególnie dobrej formie, a więc gotowy na wyzwania, powoli i łagodnie oswajałam go z dotykiem wody na twarzy i głowie. Za każdym razem niemal niepostrzeżenie przekraczałam jego granice komfortu. Robiłam to intuicyjnie, nie wiedząc, że właśnie na tym polega rozwój w ujęciu Self-Reg: ograniczałam jego inne stresory i ładowałam jego baterie, kiedy chciałam oswoić go z wodą. I odwrotnie: kiedy odczuwał stres w innych obszarach, dbałam o to, aby żadna niechciana kropla wody nie trafiła na jego twarz. Dodam, że czasem postępuję z moimi dziećmi odwrotnie, rzucając je na głęboką wodę; właściwy sposób postępowania podpowiada mi intuicja, która jeszcze nigdy nie zawiodła mnie w tej sprawie. Wreszcie w czasie wakacji nad morzem latem 2017 roku nastąpił przełom: z pomocą taty, który codziennie bawił się z nim i ćwiczył w hotelowym basenie, pięcioletni Duży założył okularki pływackie i zanurzył w wodzie twarz. Pękaliśmy z dumy!

Po wakacjach zapisałam Dużego na indywidualne lekcje pływania, starannie wybrawszy instruktora. Odwiedzając regularnie najbliższy nam basen, przyglądałam się różnym instruktorom przy pracy. Większość z nich przechadzała się niedbałym krokiem wzdłuż basenu i wykrzykiwała polecenia pływającemu dziecku, rozmawiając w międzyczasie z innymi instruktorami. Wreszcie pewnego dnia ujrzałam tego właściwego: był z kilkuletnią dziewczynką w wodzie i z nieskończoną cierpliwością zachęcał ją do ćwiczeń. Po lekcji podpłynęłam do niego i umówiliśmy się na naukę pływania Dużego. Podczas pierwszej lekcji przecierałam oczy ze zdumienia. Mój syn po raz pierwszy w życiu leżał wyprostowany jak struna na wodzie NA PLECACH i płynął! Instruktor powiedział, że jak na pięciolatka ma niezłą koordynację (!), silne mięśnie (!!) i jest oswojony z wodą (!!!). Zapisałam wtedy w pamiętniku: “Synu, jesteś dla mnie mistrzem świata”. Zapisałam też taki dialog z Dużym alias Złotoustym:
Ja: – Jak Ci się podoba twój instruktor?
Duży: – Bardzo miły. [Z błyskiem w oku] Taki spokojny, nie wadził nikomu.

I na tym wielkim sukcesie Dużego dziś zakończę. Ta historia ma też mniej przyjemny ciąg dalszy, który skłonił mnie do rozważań na temat cienkiej granicy między matką-kwoką a matką-lwicą, która walczy o swoje młode. Napiszę też więcej o ciemnej stronie powyższej historii, czyli negatywnej motywacji dla wspierania rozwoju swoich dzieci, która może przykrywać brak akceptacji dla dziecka takiego, jakim jest. O tym właśnie będą kolejne posty w tym minicyklu.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Little Champion” (CC BY 2.0) by Evonne

Wysiadłam

WYSIADŁAM. Serio, organizm odmówił mi współpracy. W poniedziałek dopadło mnie kilka wirusów naraz i dopiero dziś wróciłam do świata żywych. Nie da się tygodniami spać po 5 godzin na dobę i przez resztę doby być mistrzynią wielozadaniowości, każdą wolną chwilę wyciskając jak cytrynę. 1 listopada po czterech latach odeszła od nas Niania, a ja założyłam, że szybko znajdę kogoś choć w przybliżeniu tak dobrego i w dodatku chętnego do pracy u nas “nie za milion monet”. Przeliczyłam się, poszukiwania nadal trwają. W poczuciu tymczasowości po prostu przejęłam obowiązki Niani (30 godzin w tygodniu), niczego nie redukując i jeżdżąc wszędzie z trójką dzieci zamiast z jednym.

Dziś pewna mądra psycholożka dała mi zadanie domowe. Miałam zaobserwować i zapisać, co robię/jakie zadania wykonuję i ile to zajmuje czasu w ciągu doby, jeśli robię to tak, jak bym chciała. Okazuje się, że 20 godzin na dobę powinien zająć mi sen (w ilości wystarczającej) i czynności techniczne: obsługa dzieci, karmienie, jedzenie, higiena, logistyka przedszkolna i zajęciowa, prace domowe. Jedynie 4 godziny dziennie zostają na pracę, naukę, relacje z bliskimi, zabawę z dziećmi, uczenie ich czegoś, dbanie o zdrowie, kulturę, rozrywkę/odpoczynek i autorefleksję.

No właśnie, autorefleksja – czwarty krok Self-Reg – bywa bolesna. Czuję trochę wstydu, bo w końcu uczę ludzi tego, czego sama dopiero się uczę, czyli łagodności dla siebie, dbania o własne zasoby. Czasem szewc bez butów chodzi. Ale może taki szewc, mając doświadczenie braku butów, jest w stanie szczególnie przyłożyć się do pracy i skroić wygodne buty najpierw sobie, a potem klientom? Taką mam nadzieję. Zabieram się do pracy… nad regeneracją.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “De día y de noche” (CC BY-NC-ND 2.0) by Ed Visoso