Ten wpis dojrzewał we mnie przez półtora roku. Przez pierwsze miesiące nie byłam pewna, czy w ogóle chcę go opublikować, bo jego materia jest bardzo delikatna, ale ostatecznie zdecydowałam się, że chcę. A potem długo zastanawiałam się, co napisać i jak głęboko wejść w temat. Rezultat tych przemyśleń (i moich doświadczeń, i kilku lat psychoterapii, i wielu szkoleń, które odbyłam) przedstawiam poniżej. Ten post nie jest może idealnie dopracowany w warstwie językowej, ale przekazuje to, co bardzo chcę przekazać każdemu, kto chce dowiedzieć się, czym jest trauma – a zwłaszcza każdemu, kto jest gotów na pracę nad sobą. Jeśli masz takie osoby w swoim otoczeniu, udostępnij im, proszę, ten tekst. Opowiada on o tym, jak NIE zafundowałam dziecku traumy i o tym, czym jest trauma. Proszę Cię o delikatność w ewentualnym komentowaniu.

To był ciepły, słoneczny dzień pod koniec października 2019 roku, pierwszy poniedziałek po zmianie czasu na zimowy (to ważna informacja). Mój średni syn Mały był od niedawna uczniem „zerówki” szkolnej i codziennie rano odbywał ze swoim starszym o dwa lata bratem Dużym negocjacje dotyczące pory powrotu ze szkoły. Duży chciał być odebrany jak najwcześniej po lekcjach, żeby mieć po południu dużo czasu na zabawę i czytanie, a Mały – jak najpóźniej, żeby spędzić jak najwięcej czasu z kolegami i koleżankami na szkolnym podwórku. Zwykle „krakowskim targiem” przyjeżdżałam po nich około godziny 15.

Tamtego dnia Duży obudził się przeziębiony i został w domu, a Mały poprosił, żebym odebrała go „dużo później”, niż zwykle. Obiecałam mu to, ale nie ustaliliśmy konkretnej godziny. O 16 uznałam, że już czas wyruszać do szkoły. Jak zwykle włączyłam przed wyjściem z domu nawigację w telefonie, żeby sprawdzić, czy na naszej domyślnej drodze dojazdowej nie ma niespodziewanego korka. Zerknęłam i zamroziłam się, bo według Google Maps na miejsce miałam dojechać o 17:45, kwadrans po zamknięciu szkoły! Okazało się, że przez całe popołudnie zerkałam na zegarek w kuchni, którego nie przestawiliśmy na czas zimowy – była już godzina 17, nie 16.

Pamiętam, co się działo dalej, jakby to było dziś. Krzyknęłam do mojej Mamy, która akurat u nas była, że wychodzę po Małego, odsunęłam od siebie gwałtownie Malutkiego, który chciał się do mnie przytulić na pożegnanie i popędziłam po dwa stopnie w dół do garażu. Pasy zapinałam już za bramą garażową. Gnałam co koń mechaniczny wyskoczy, kilka razy przejeżdżając skrzyżowanie w ostatniej chwili przed zmianą świateł na czerwone i mieląc pod nosem inwektywy pod adresem tych wszystkich koszmarnych lebieg wlokących się przede mną. Byłam w takim stanie mobilizacji, a właściwie walki, że gdyby ktoś stanął mi na drodze i kazał się zatrzymać, co najmniej bym go zwyzywała. Jakby od tego, czy dotrę do szkoły przed jej zamknięciem, zależało moje przeżycie…

Dotarłam na miejsce o 17:17, jeszcze przed zamknięciem szkoły. Dojazd zajął mi 13 minut, a nie 41, jak twierdziła nawigacja – ona nie znała naszego skrótu i prowadziła mnie zakorkowaną o tej porze trasą Toruńską. Poczułam, jak moje ciało się odpręża. Bezpośrednie zagrożenie minęło. Teraz tylko trzeba zaopiekować się dzieckiem. Skruszona weszłam na szkolny dziedziniec i zobaczyłam z ulgą, że Mały nie jest ostatnim dzieckiem. Właśnie z dwoma kolegami wspinał się na „pająka” i wyglądał, jakby się świetnie bawił. Ufff, kolejna fala ulgi. Kiedy zszedł z „pająka”, zawołałam go, a on odwrócił się i… zamarł na mój widok. Widziałam po całej jego sylwetce, że momentalnie się spiął. Moje poczucie winy uderzyło na nowo, ze zdwojoną siłą. Podeszłam do niego i zaczęłam cicho:
– Synku, bardzo cię przepraszam…
– Jak mogłaś mi to zrobić! – przerwał mi gwałtownie. Do jego oczu napłynęły łzy, broda zaczęła drżeć, a usta wygięły się w podkówkę.
– Przepraszam… Patrzyłam na…
– Już miałem nadzieję, że zostanę jako ostatni aż do zamknięcia szkoły i zobaczę, co się wtedy dzieje! A ty mi wszystko zepsułaś! – rzucił mi w twarz rozżalony i wściekły Mały.

Osłupiałam na moment. A potem dotarło do mnie, że MOJE DZIECKO TO NIE JA. Ono pewnie przeżyje jakieś traumy, ale najprawdopodobniej nie te, przed którymi tak bardzo chcę je uchronić, bo były moim udziałem. Mały ani trochę nie boi się porzucenia. Dla niego to, że mama zapomniała go odebrać ze szkoły, byłoby fantastyczną przygodą!

Być może czytasz to z rosnącym zdumieniem albo irytacją. Być może prychasz: „Ale kobieta ma problemy!” albo „To nie jest normalne”. Zanim mnie ocenisz, chcę Ci o czymś powiedzieć. Otóż moje traumy z dzieciństwa są związane z rozmaitymi odsłonami porzucenia mnie przez rodziców. Brzmi to dość dramatycznie, tymczasem chodzi mi o rozmaite sytuacje, które odbierałam jako bycie porzuconą. Najtrudniejsza z tych traum była skutkiem mojej operacji usunięcia trzeciego migdała, która została wykonana „na żywo” (bez znieczulenia). A raczej… nie była skutkiem samej operacji, lecz okoliczności jej towarzyszących. Przed zabiegiem moja mama została wyproszona z sali i zobaczyłam ją dopiero po kilku dniach. Nie wiedziałam, co się dzieje, nikt mnie nie uprzedził, że nie zobaczę rodziców ani nie zapewnił, że po mnie wrócą. Rodzice mnie nie uprzedzili, bo dla nich to też było zaskoczeniem – byli przekonani, że będą mogli mnie odwiedzić. Nikt z personelu nie zaopiekował się moimi emocjami, bo też ich nie okazywałam, po prostu siedziałam osowiała i na nic nie reagowałam. Grzeczne, ciche dziecko, jak dziewczynka na zdjęciu, które towarzyszy wpisowi (zresztą podobna fizycznie do małej mnie)… Tymczasem mój umysł uwewnętrznił to, że zostałam porzucona i pewnie na to zasłużyłam. Może byłam niegrzeczna i muszę bardziej się starać, żeby rodzice wrócili? Czy to pomoże?

W związku z tą sytuacją wszelkie inne oznaki porzucenia odbierałam w kolejnych latach znacznie silniej, niż można by się spodziewać, patrząc na nie z boku. Ponieważ byłam raczej zamknięta w sobie, nikt nie wiedział, co się kotłuje w mojej małej główce, kiedy to się działo – a kotłowały się myśli, że znów zostałam porzucona i pewnie na to zasługuję. Oto jedna z tych sytuacji, którą ze szczegółami pamiętam do dziś: moja mama – jeden jedyny raz! – zapomniała pomachać mi z ulicy po odprowadzeniu mnie do przedszkola. To był nasz rytuał i kiedy go nie dopełniła, przepłakałam cały dzień aż do jej powrotu. A oto inna sytuacja: rodzice nie dogadali się, kto ma mnie odebrać ze szkoły i po jej zamknięciu czekałam na nich w sekretariacie w towarzystwie poirytowanej sekretarki. Czy już widzisz, skąd ta moja reakcja na możliwe spóźnienie do szkoły po Małego…?

Przepracowałam w psychoterapii traum wiele takich sytuacji. W efekcie trudne wspomnienia zostały przetworzone i nie oddziałują na moje ciało i umysł tu i teraz. A przynajmniej nie oddziałują, kiedy chodzi o mnie – o to, że ktoś mnie porzucił, odrzucił czy choćby nawet ocenił wyjątkowo krytycznie. Ale, jak widać, kiedy dotyczyło to mojego dziecka, instynktownie uruchomiła mi się wdrukowana przed laty reakcja ogromnej mobilizacji, wielkiego napięcia w ciele i… walki. Ciekawe, że kiedy byłam mała, stan „walki i ucieczki” manifestował się u mnie zwykle ucieczką (wycofaniem), a teraz – zawsze walki. (Uprzedzam ewentualne pytania: nie, nie polecę mojej psychoterapeutki, bo przysłałam jej już tyle klientek, że do odwołania nie przyjmuje już zapisów i prosiła o to, żebym już jej nie polecała. Możesz znaleźć rekomendowanego terapeutę EMDR pod tym linkiem.)

Dodam, że takiej silnej reakcji, jak ta opisana powyżej z udziałem Małego, doświadczyłam po terapii tylko ten jeden raz. Opisywana sytuacja zmotywowała mnie do bardzo uważnego przyglądania się swoim reakcjom i sprawiła, że jeszcze mocniej postawiłam na naukę włączania mentalnego przycisku „pauza”, kiedy tylko czuję duże wzburzenie. Nie zawsze się to udaje, ale akurat w sytuacjach z udziałem dzieci więcej się nie powtórzyła. Bardzo się z tego cieszę – nie tylko dlatego, że nie chcę tak szybko jeździć samochodem…

Być może pozostajesz w niejasności, czym tak naprawdę jest trauma. Pewnie kojarzy Ci się z jakimś wydarzeniem, które jest „obiektywnie” potworne, groźne dla życia, graniczne. To dobry trop: takie zdarzenia – udział w groźnym wypadku, bycie świadkiem czyjejś gwałtownej śmierci, przeżycie gwałtu, napadu z bronią w ręku czy porwania itd. – mają duży potencjał wywoływania tzw. traumy przez duże T. Ale są też tzw. traumy przez małe t, wywołane pozornie nieznaczącymi trudnymi przeżyciami, których (dziecięcy zwykle) umysł nie jest w stanie przetworzyć. Trudne emocje zostają zamrożone i zapisane w ciele, wywołując identyczną reakcję w podobnych sytuacjach. Ja na przykład w sytuacji „porzucenia”  czy choćby bardzo krytycznej oceny przez ważną dla mnie osobę (także jako dorosła!) czułam oprócz dużego napięcia w całym ciele także silny ucisk na czole, ból karku i jakby żelazne obręcze ściskające moje ramiona. Kiedy w psychoterapii traum podczas sesji EMDR (to bardzo skuteczna metoda leczenia traumy) przywołałam traumatyczne wspomnienie z sali operacyjnej, zrozumiałam, skąd te doznania w ciele: miałam przedramiona przypięte pasami do fotela, ale mimo to wyrywałam się, więc pielęgniarki trzymały mnie mocno za ramiona i czoło. Jeśli chcesz poczytać o samej traumie i podejściu EMDR, to bardzo Ci polecam książkę Francine Shapiro „Zostawić przeszłość w przeszłości”.

Czy zauważyłaś, że napisałam o zdarzeniach, które mogą wywołać traumę, tj. oddzieliłam samo zdarzenie od traumy nim wywołanej? Traumą nie jest bowiem samo zdarzenie, lecz to, co dzieje się z człowiekiem pod jego wpływem. Pozwolę sobie przywołać bardzo obrazowy przykład podany przez Izabelę Barton-Smoczyńską, doświadczoną psychotraumatolog prowadzącą niedawno szkolenie Centrum Terapii DIALOG „Pacjent z doświadczeniem traumy z dzieciństwa”, w którym uczestniczyłam. (Na marginesie: oczywiście jako coach i coach kryzysowy nie pracuję z traumą, natomiast szkolę się w tym obszarze, bo uprawiam tzw. trauma-informed coaching: pracując z klientkami, biorę pod uwagę, że mogą mieć w swoim „plecaku” traumy i jestem uważna na ich oznaki.) Jaki to konkretnie przykład?

Otóż Izabela Barton-Smoczyńska porównuje zdarzenie potencjalnie traumatyczne do znalezienia się w lodowatej wodzie zimą. Jeśli ktoś zdecyduje się na morsowanie, wyposaży się w niezbędną wiedzę oraz piankowe obuwie i inne akcesoria, wybierze się nad jezioro w miłym towarzystwie i po niezbędnej rozgrzewce wskoczy do wody, a następnie znów się rozgrzeje, to może być to zdarzenie nie tylko radosne i przyjemne, ale też budujące odporność fizyczną i psychiczną oraz poczucie sprawczości. Kiedy jednak ktoś, spacerując zimą po pomoście, poślizgnie się i wpadnie do głębokiej lodowatej wody, to jest to doświadczenie bardzo trudne, zagrażające i ukazujące człowiekowi, jak niewielki ma wpływ na to, co mu się przydarza. Zależnie od tego, czy ten człowiek jest dorosły, czy jeszcze całkiem mały, czy umie pływać, jak bardzo jest sprawny, jak sobie radzi z silnym stresem, jak jego organizm radzi sobie z wyziębieniem, czy ktoś mu pomoże wydostać się z wody i ogrzać, a następnie pocieszy i ukoi – ten człowiek może potraktować to jako niezbyt przyjemną przygodę i po prostu stać się nieco ostrożniejszy w zimie nad wodą albo doznać traumy (albo… utopić się).

Na koniec chcę dodać jeszcze jedną myśl. Moje dziecko to nie ja i te sytuacje, które dla mnie były bardzo trudne albo wręcz traumatyczne, być może dla niego nie będą. Ale jest też druga strona tego medalu: te sytuacje, z którymi ja sobie dobrze radziłam jako dziecko albo które mnie w ogóle nie dotyczyły, mogą być bardzo bolesne dla mojego dziecka. Mały ani trochę nie boi się porzucenia. Za to bardzo trudne są dla niego sytuacje, kiedy jest „tym drugim”, w czyimś cieniu. Ja, najstarsze dziecko w rodzinie, ukochana pierwsza wnuczka dwóch par dziadków i córeczka tatusia, a następnie wzorowa uczennica, rzadko czułam, że jestem w czyimś cieniu. Natomiast Mały bardzo przeżywa, kiedy któryś z jego braci „ma lepiej” i poświęcam ostatnio sporo uwagi na pracę nad jego niewspierającym przekonaniem, że „ma zawsze najgorzej”.

P.S. Jeśli jesteś zapisana na mój newsletter, to jutro (we wtorek 1 czerwca) o godzinie 21 otrzymasz link do krótkiego nagrania na temat traumy i tego, w jaki sposób pod jej wpływem tworzą się ważne przekonania o sobie, świecie i innych ludziach. Nagranie jest częścią jednej z lekcji mojego programu WYREGULOWANA MATKA. Na newsletter możesz zapisać się na przykład tym linkiem albo w okienku po prawej stronie na górze tej strony. (Jeśli dołączysz po terminie wysyłki newslettera, to link do nagrania dostaniesz odpowiednio później).

9
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x