Oto obiecany dalszy ciąg wpisu na temat krytyka wewnętrznego, czyli krytycznego wewnętrznego głosu, który uaktywnił się w mojej głowie przed świętami Bożego Narodzenia. Zaznaczam, że niniejszy post NIE dotyczy tego, jak można pracować nad krytykiem wewnętrznym. Taka praca to długotrwały proces, czasem wymagający wsparcia profesjonalisty (psychoterapeuty lub coacha). Polega on na identyfikowaniu niepochlebnych myśli i przekonań na własny temat, poddawaniu ich krytycznej analizie, oddzielaniu ziarna prawdy od plew autoagresji, wreszcie zastępowaniu ich wspierającymi myślami i przekonaniami. Ten proces opanowałam już dawno temu na tyle dobrze, że teraz wspieram moich klientów (poprzez warsztaty i indywidualny coaching) w oswajaniu ich krytyków wewnętrznych (zewnętrznych zresztą też). A jednak… każdego roku, pod koniec listopada, mój krytyk powraca w swojej najbardziej nieprzyjemnej formie. Mam trudność z odpuszczeniem sobie, rośnie we mnie napięcie, robię się drażliwa, nieuważnie pędzę przez życie, nie słucham bliskich i warczę na nich. Rosnące napięcie zużywa moją energię i z ekspertki Self-Reg zamieniam się na powrót w rozregulowaną, zestresowaną “starą” wersję samej siebie.

Na szczęście jeszcze przed świętami wydostałam się ze starych kolein i powróciłam na moje właściwe tory. Ten wpis jest o tym, jak tego dokonałam. Pomógł mi, rzecz jasna, Self-Reg, a konkretnie następujące kroki:

1. Autorefleksja i pogłębianie samoświadomości (krok 4 Self-Reg): 

Święta Bożego Narodzenia to dla wielu osób czas szczególny, silnie związany z doświadczeniami rodzinnymi i przez to powodujący regresję, czyli cofnięcie się do wcześniejszej fazy rozwoju. Ta regresja ma w moim przypadku trzy wymiary. Najbardziej widocznym jest wyjazd na czas świąt do domu rodzinnego: mojego lub Męża. Niemal czterdziestoletni ludzie, którzy od ponad dwóch dekad nie mieszkają z rodzicami i mają już własne dzieci, na kilka dni znów stają się przede wszystkim dziećmi swoich rodziców. Możemy zawieźć prezenty i własnoręcznie przygotowane potrawy, możemy pomóc w przygotowaniu wigilijnego stołu, ale na tym kończy się nasza “dorosła” rola w czasie świąt. Zauważyłam, że mam wtedy tendencję do bezwolnego kierowania się wskazówkami mojej Mamy, nie zastanawiając się nad ich adekwatnością.

Nierzadko automatycznie przenoszę się w dawne czasy również mentalnie; to jest ów drugi wymiar regresji. Spędzanie Bożego Narodzenia w sposób tradycyjny, wspólnie ze swoją rodziną pochodzenia, to okoliczność przywołująca najsilniej wdrukowane:
– przekonania (“to matka jest odpowiedzialna za to, jak dzieci będą wspominać święta”, “w czasie świąt trzeba spotkać się z całą rodziną”),
– schematy działania (“wyśpię się w grobie, co tam zmęczenie, święta muszą być idealne”, “cały dom musi być lśnić i być pięknie przystrojony”),
– oczekiwania (“na pewno da się tak wszystko poukładać, żeby każdy był zadowolony”, “będzie cudownie”).

Wreszcie trzeci wymiar: infekcje, które rozpoczynają się u mnie i mojej rodziny wraz z rozpoczęciem sezonu grzewczego. Choroba jest równoznaczna ze słabością, a czasem wręcz dziecięcą niezdolnością do zadbania o własne potrzeby. Znam wiele niezłomnych Matek Polek, które pracują bez wytchnienia, nie potrafią odpuścić, zadbać o siebie i świadomie naładować baterii. Szkoda czasu, przecież tego nie potrzebują, prawda? Nieprawda. Wie o tym ich nieświadomość i dlatego od czasu do czasu funduje im poważniejszą infekcję lub kontuzję, a wraz z nimi – tak potrzebne wytchnienie oraz odrobinę troski i uwagi ze strony najbliższych. Znacie ten schemat? Ja tak działałam przez wiele lat; moje jesienne i zimowe chorowanie było kiedyś z natury psychosomatyczne, o czym zapewne napiszę kiedyś oddzielny post.

W jaki sposób samoświadomość pomogła mi pokonać krytyka wewnętrznego? Wiedząc, skąd się wziął mój regres, oszczędziłam sobie jednej „warstwy” samokrytyki: mogłam przecież biczować się za to, że pomagam innym pokonać krytyka, a z moim własnym nie daję sobie rady. „Niedouczona trenerka! Samozwańcza ekspertka! Oszustka! Hipokrytka! Daj sobie spokój z tą swoją nową karierą!” – tak mogłam do siebie przemawiać. Nie zrobiłam tego, bo wiem, że stan niskiej energii i wysokiego napięcia przenosi nas w stare koleiny. Ale to minie: wystarczy popracować nad napięciem i energią, aby powrócić na drogę, którą chcemy kroczyć.

2. Obniżanie napięcia: kroki 1 i 3 Self-Reg

Aby obniżyć napięcie, starałam się systematycznie zakładać łagodne self-regowe okulary i przez nie patrzeć na siebie i, jeśli zdołałam, także na innych. Przypominam, że pierwszy krok Self-Reg polega na przeformułowaniu zachowania: nie jestem nieogarnięta, lecz mam wiele zadań na głowie; nie jestem wredną matką warczącą na dzieci, lecz matką nieprzesypiającą nocy od dwóch lat (a właściwie od siedmiu i pół z krótkimi przerwami); nie jestem egocentryczką, lecz brak mi zasobów, aby zaangażować się w świąteczne akcje charytatywne inaczej niż poprzez datki. Malutki nie jest agresywnym gryzoniem, lecz dostarcza sobie bodźców stymulujących czucie głębokie; Mały nie jest cwany i złośliwy, lecz ma przewlekłe mało energii w związku z wczesnymi pobudkami wymuszonymi przez początek edukacji szkolnej Dużego; Duży nie jest niedojrzały i egoistyczny, lecz bardzo brakuje mu wyłącznej uwagi rodziców. Kierowcy autobusu, który zatrzasnął mi drzwi przed nosem, grozi kara finansowa za nietrzymanie się rozkładu jazdy. I tak dalej. Przeformułowanie zachowania jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki obniża nasze napięcie – bo przecież przykro jest być okropnym człowiekiem w jeszcze okropniejszym świecie!

Obniżaniu napięcia sprzyja też, rzecz jasna, redukowanie stresu (krok 3 Self-Reg). U mnie w listopadzie i grudniu najbardziej szwankował obszar biologiczny. Moją energię pożerały: przewlekły niedobór snu (nocne pobudki Malutkiego i poranne pobudki służące wyprawieniu starszaków do placówek), brak słońca (jestem podatna na depresję sezonową), objawy choroby (uporczywy kaszel poinfekcyjny, alergia na roztocza kurzu domowego), niedobór ruchu. Starałam się więc wykorzystywać moc krótkich drzemek w ciągu dnia, naświetlać lampą antydepresyjną i wplatać w każdy dzień choć odrobinę ruchu, choćby to miało być wejście na wyższe piętro po schodach zamiast jazdy windą. Najtrudniejsze było przy tym – dla mnie, perfekcjonistki i wieloletniej zwolenniczki podejścia „wszystko albo nic” – poprzestanie na tych małych kroczkach przypominających najczęściej dreptanie w miejscu. Codziennie wdawałam się w dyskusję z krytykiem, który grzmiał: „Serio? Pięć minut rozciągania pleców dziennie i pół godziny pływania raz w tygodniu nazywasz dbaniem o formę? A pamiętasz, jak po narodzinach Małego robiłaś solidny trening co najmniej pięć razy w tygodniu?” Pamiętam, krytyku. To nie ten czas. Dzięki za troskę. Oprócz tego dialogu z krytykiem wewnętrznym redukowałam stres w obszarze poznawczym, dusząc w zarodku każdą nieprzyjemną i nie wnoszącą nic konstruktywnego myśl, w szczególności – czarne scenariusze na temat przyszłości. Na początku grudnia nasza niania – trzecia z niań Malutkiego zatrudnionych w 2018 „na co najmniej dwa lata” – poinformowała nas, że wraca na Ukrainę. Duch we mnie upadł tylko na jeden dzień, po czym postanowiłam, że jakoś to będzie. Było nie tylko „jakoś”, ale bardzo dobrze, choć trudno – a niania właśnie dziś powróciła.

3. Dbanie o energię (kroki 3 i 5 Self-Reg)

Kiedy nasze zasoby energii są niskie, dbanie o nie jest szczególnie ważne. Niedobrze jest doprowadzić do tego, że nasz wewnętrzny bak opróżni się do cna, bo wtedy każdy silniejszy stresor może wywołać załamanie zdrowia fizycznego i psychicznego. Czasem tygodniami „jedziemy na oparach” i wydaje nam się, że damy radę jeszcze troszkę, jeszcze jeden dzień – i owszem, dajemy radę, ale tylko do pewnego momentu. Sęk w tym, że nigdy nie wiemy, kiedy osiągniemy owo dno baku i dopadnie nas ciężka depresja, zawał czy choroba autoimmunologiczna. Lepiej nie ryzykować. Idealnie jest systematycznie obniżać zbędny stres (krok 3) i regenerować się (krok 5) w taki sposób, który odpowiada zatankowaniu paliwa do pełna albo niemal do pełna. Wiem, to truizm, ale napiszę to: dobry sen, zrównoważona dieta, aktywność fizyczna i pozytywne myślenie mają ogromny wpływ na to, jak nam się żyje i jakie tworzymy relacje z ludźmi.

Co robić, jeśli takie tankowanie do pełna i usuwanie stresorów jest z jakichś powodów niemożliwe? Czasem przecież mamy do czynienia ze stresorami, które są przytłaczające i niezależne od nas: śmierć kogoś bliskiego, ciężka choroba nasza albo kogoś bliskiego, zaburzenie czy niepełnosprawność naszego dziecka, samodzielne rodzicielstwo, utrata pracy czy dachu nad głową. Cóż, po prostu trzeba robić to, co jest możliwe w danej sytuacji: wchodzić po schodach zamiast iść na godzinny trening, postać przez pięć minut pod gorącym prysznicem zamiast spędzić pół dnia w spa, posłuchać w samochodzie ulubionej muzyki zamiast przygnębiających wiadomości, spojrzeć na siebie choć troszkę łagodniejszymi niż zwykle oczami. A jeśli nic nie wydaje się możliwe ani sensowne, warto poszukać profesjonalnej pomocy.

A jak się ma w tej chwili Twój krytyk? Jaki masz poziom paliwa w swoim wewnętrznym baku? Co go obniża? Jak możesz napełnić bak…?

The Railroad and the Bridge where the mistery starts (CC BY-SA 2.0) by Felipe Tofani