Dbanie o dobre spanie niemowląt

Dbanie o dobre spanie niemowląt

Dziś będzie krótko – o spaniu niemowląt i małych dzieci. To, jak Duży i Mały sypiali przez pierwsze 1,5-2 lata życia, przysporzyło mi mnóstwo stresu. Choć bez większych problemów zasypiali na noc, budzili się potem kilka do kilkunastu razy i tylko pierś była w stanie ukoić ich płacz. Właściwie trudno powiedzieć, że się budzili: po prostu nie wypuszczali mojej piersi z ust przez pierwszych kilka godzin nocnego snu, a ja leżałam przykuta do łóżka, czasem zrezygnowana, a czasem, mieląc w myślach przekleństwa i żałując, że zdecydowałam się na tę przygodę zwaną macierzyństwem. Ponadto tygodniami i miesiącami moich synów (i mnie!) męczyły tzw. lęki nocne: nie budząc się całkowicie, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, krzyczeli, płakali, miotali się i pełzali lub raczkowali po łóżku. Potrafiłam spać kamiennym snem z dzieckiem przyczepionym na stałe do piersi, raz na jakiś czas przekręcając się w półśnie z boku na bok i przekładając małego ssaka na drugą stronę. Jednak lęki nocne wymagały mojej czujności, bo maluchy mogły sobie zrobić krzywdę. Bywało tak, że mój syn spał przez 40-45 minut, a potem przez kilka do kilkunastu minut miotał się z wrzaskiem po łóżku, waląc głową w wezgłowie z kutego metalu i w moje umęczone ciało – i tak w kółko przez całą noc, każdej nocy przez kilka tygodni. A rano szłam do pracy…

W tych najtrudniejszym pod względem snu okresach byłam jak zombie: bez serc, bez ducha. W pracy miałam olbrzymie trudności z koncentracją i pamięcią: obiecywałam koleżance przez telefon, że wyślę jej jakiś plik mailem i po odłożeniu słuchawki już nie pamiętałam, o jaki plik chodziło. W domu warczałam na Męża i jedynie najwyższym wysiłkiem woli powstrzymywałam się od wrzeszczenia na dzieci (niestety nie zawsze). Nie miałam ochoty na kontakty z ludźmi, wszyscy mnie irytowali. Wieczorami miałam napady wilczego głodu, bo mój wyczerpany organizm domagał się łatwo dostępnej energii, tyłam więc w szybkim tempie. Nie wiedziałam, jak pomóc dzieciom i sobie i miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. Miałam wrażenie, że wszystko robię nie tak, jak należy i widziałam przyszłość w czarnych barwach (rozpoznajecie negatywne zniekształcenie poznawcze?). Tak właśnie działa silny stresor w obszarze biologicznym: wpływa negatywnie na wszystkie pozostałe obszary samoregulacji (obszar emocji, poznawczy, społeczny i prospołeczny). Brrrr, pisząc to, znów widzę te obrazy, a już je przecież wyparłam. Na szczęście Malutki śpi o niebo lepiej…

Jak zapewne wiecie, mój blog jest co do zasady niekomercyjny. Dostarczam Wam moją wiedzę i refleksje, bo mam potrzebę dzielenia się nimi z szerszym gronem odbiorców, niż tylko moi bliscy (od dawna zmęczeni moimi wynurzeniami). Otrzymuję od wielu z Was sygnały, że moje pisanie coś Wam daje: wiedzę, emocje, spełnienie jakichś potrzeb. Bardzo mnie to cieszy i dziękuję Wam za wszelkie (także te krytyczne) informacje zwrotne.

Czasem jednak reklamuję tu jakiś produkt, a raczej usługę. Są to albo moje własne szkolenia, albo usługi szkoleniowe innych osób, o których jakości i użyteczności jestem przekonana. Tak jest i tym razem. Wkrótce startuje piąta edycja kursu online “Dbanie o dobre spanie niemowląt” oferowanego przez Magdalenę Komstę. Magda jest bliskościową psycholożką i pedagożką, doulą i promotorką karmienia piersią; o jej blogu wymagajace.pl pisałam tutaj. Jest przy tym profesjonalistką w każdym calu, nie potrafię postawić efektom pracy Magdy żadnego zarzutu – ja, osoba o silnym rysie sumiennym, czyli analizująca wszystko dokładnie i stawiająca sobie i innym wysokie wymagania (żeby nie powiedzieć: dzieląca włos na czworo i czepliwa). A ponadto Magda jest mi bliska, bo nasze pierworodne dzieci okazały się high need babies.

Myślę, że gdyby kurs “Dbanie o spanie niemowląt” był dostępny o kilka lat wcześniej, moje życie miałoby inną jakość. Magda zawarła w nim całą swoją (ogromną!) wiedzę o śnie niemowląt i o tym, co może zrobić rodzic, żeby lepiej się wysypiać przy danych uwarunkowaniach. A przy tym cena jest niewysoka, zwłaszcza, jeśli zważyć ogrom włożonej w niego pracy wyjątkowego eksperta od snu, karmienia i marudzenia. Gorąco Wam polecam ten kurs, jeśli sen waszych maluchów przysparza Wam stresu.

Uwaga: tylko do godziny 23:59 w poniedziałek 9 lipca 2018 roku możecie kupić kurs “Dbanie o dobre spanie niemowląt” z 10% zniżką! Wystarczy, że podacie hasło dylematki. Kurs jest dostępny pod tym linkiem.

Aktualizacja:  kurs Magdy możecie kupić pod tym linkiem tylko do 31 października 2019 roku; potem pojawi się dopiero w przyszłym roku w nowej odsłonie i wyższej cenie. 

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Asleep” (CC BY 2.0) by César Rincón

Złość, część 7 i Self-Reg, część 19: Bezcenna pauza

Pamiętacie jeszcze mój cykl postów o złości? W ostatnim z nich pisałam o myślach-zapalnikach i o tym, jak sobie z nimi radzić przy pomocy Self-Reg. Dzisiejszy wpis miał dotyczyć wspierania rozwoju dziecka (w styczniu rozpoczęłam minicykl na ten temat), ale pracując nad nim, skręcałam coraz silniej w kierunku tematu złości. W końcu poddałam się i o matkach-lwicach, matkach-kwokach i innych gatunkach matek napiszę kiedy indziej, a dziś opowiem o potężnym narzędziu samoregulacji, jakim jest pauza.

We wrześniu ubiegłego roku sześcioletni Duży powrócił do cotygodniowych lekcji pływania u instruktora, który uczył go przez cały poprzedni rok szkolny. Jak wspominałam we wpisie na temat nauki pływania, poświęciłam dużo uwagi poszukiwaniom instruktora, który wykazałby się odpowiednio dużymi zasobami cierpliwości i empatii, aby “wziąć na klatę” mojego pierworodnego. Duży jest bowiem niecierpliwy i szybko się zniechęca, kiedy nie widzi natychmiastowego efektu swoich wysiłków i zmotywowanie go jest w takiej sytuacji niełatwe. Ponadto ma trudność z koncentracją na komunikatach, które nie są skierowane wprost do niego, przy zachowaniu kontaktu wzrokowego. Nieco zdziwiłam się zatem, kiedy instruktor na pierwszych zajęciach w nowym roku szkolnym nie wszedł z Dużym do wody, lecz pozostał na brzegu. Uznałam jednak, że wie, co robi i przez kolejne kilka tygodni pływałam na drugim końcu basenu, nie interesując się zbytnio lekcjami mojego syna.

Dość szybko Duży zaczął niechętnie podchodzić do nauki pływania. Mówił, że to za trudne, że instruktor za dużo od niego wymaga, że już przecież umie pływać, więc po co mu lekcje? Początkowo nie przejmowałam się tym zbytnio, ale opór Dużego rósł, a instruktor przestał się na nasz widok uśmiechać… Postanowiłam przyjrzeć się uważniej lekcji i… ręce mi opadły. Duży miotał się w wodzie, a instruktor spacerował po brzegu i na zmianę konwersował z innym instruktorem i pokrzykiwał na mojego syna, a nawet go przedrzeźniał. Tak, ten sam instruktor, którego uznałam za najbardziej cierpliwego i zaangażowanego ze wszystkich, którym się miesiącami przyglądałam! Poczułam się z tym źle: zaniepokoiłam się, a na widok przedrzeźniania – wkurzyłam. Postanowiłam jednak działać spokojnie.

Po feralnej lekcji podeszłam do instruktora i zagaiłam: “Czy mi się wydaje, czy widzę jakieś problemy z motywacją?”. (Zauważcie, że nie powiedziałam, czy mam na myśli ucznia, czy nauczyciela…) Instruktor, zawsze spokojny i pogodny, odparował zirytowany: “JAKIEŚ problemy? On ma jeden wielki problem: z motywacją, z koordynacją, ze współpracą. W ogóle nie da się z nim pracować!”. Gad we mnie sprężył się do ataku. Nie, to nie był gad, bo gady nie mają instynktu obrony potomstwa. To raczej moja wewnętrzna samica ssaka poczuła nieprzepartą chęć zatopienia kłów w gardle drapieżnika, który ośmielił się przymierzyć do ataku na jej młode. Gdybym poszła za tym impulsem, wysyczałabym mniej więcej to: “Przykład idzie z góry. To pan plotkuje z psiapsiółką na brzegu zamiast wykonywać porządnie swoją pracę! Na miejscu Dużego miałabym zerową motywację”.

Zamiast podążyć za impulsem pochodzącym z mózgu limbicznego, zrobiłam krótką pauzę. Spojrzałam na wodę, której widok mnie uspokaja, i wykonałam kilka głębokich oddechów, formułując W MYŚLACH taką oto wypowiedź: “Spokojnie. Facet jest w mózgu limbicznym. To nie jest o Dużym, lecz o jego własnych emocjach. Nie wchodź w to, bo będziesz później żałowała”. Podziałało, uspokoiłam się! Gdyby nie ta pauza, niewątpliwie wybuchłabym po kolejnym komunikacie mojego nadal zdenerwowanego rozmówcy. Uspokoiwszy się, spytałam go, czy zdaje sobie sprawę, że Duży prawdopodobnie ma ADHD. Chciałam wyjaśnić, że mojemu synowi trudno jest się skoncentrować, kiedy jest oddzielony od instruktora, a dookoła krążą inni, również wykrzykując polecenia do swoich uczniów. Instruktor nie pozwolił mi dokończyć myśli. “Proszę pani!” – prychnął – “My tu mamy 400 dzieci dziennie, dużo z nich jest niepełnosprawnych, ale kogoś tak opornego, jak Duży, jeszcze nie spotkałem. Naprawdę potrafi dać w kość!”

Poczułam się, jakby ktoś mnie uderzył. Ogromnym wysiłkiem woli (tak, przy użyciu samokontroli! Ona czasem się przydaje) zrobiłam pauzę. Powstrzymałam się od wybuchu i skupiłam na swoich emocjach, które zmieniały się jak w kalejdoskopie. Najpierw poczułam potężną złość: jak ten dupek śmie mi mówić prosto w twarz, że moje dziecko jest najgorsze ze wszystkich?!? Pstryk, zmiana emocji: poczułam rozbawienie. Zachciało mi się śmiać, bo tak absurdalna wydała mi się skarga dorosłego, potężnej postury mężczyzny, że chudy sześciolatek daje mu w kość. Pstryk, kolejna zmiana emocji: poczułam rozgoryczenie i rozżalenie. Duży JEMU daje w kość – facetowi, który ma z nim do czynienia raz  w tygodniu przez 45 minut i w każdej chwili może z tej relacji zrezygnować. A co ja mam powiedzieć – ja, która musi nieść swojego wymagającego syna przez życie codziennie jeszcze przez wiele lat. Pstryk i znów zmiana: poczułam złość tym razem pod adresem Dużego: dlaczego on mi to ZNÓW robi? Dlaczego bycie jego mamą nie może być łatwiejsze? Popatrzyłam na mojego syna nerwowo przestępującego z nogi na nogę kilka metrów dalej. Wyglądał jak zbity pies z podkulonym ogonem. Pstryk, poczułam ogromny żal, smutek i przykrość w związku z tą sytuacją. A potem zalała mnie potężna fala miłości do syna.

W tym momencie poczułam spokój – taki autentyczny, głęboki spokój – i już wiedziałam, jak chcę zareagować. Chciałam, żeby mój syn nauczył się dobrze pływać i przewidywałam, że podobny problem pojawi się prędzej czy później w relacji z każdym kolejnym instruktorem. Mogłam odwrócić się na pięcie i odmaszerować, ale nie chciałam uciekać – chciałam podjąć dialog z tym mężczyzną. Dodatkowo włączyły mi się swego rodzaju ambicja i naukowe zaciekawienie: potraktowałam dogadanie się z instruktorem jak self-regowe wyzwanie i byłam ciekawa, czy uda mi się to osiągnąć. Powiedziałam więc spokojnie: “Aha, czyli mówi pan, że Duży jest najtrudniejszym dzieckiem, jakie pan spotkał w swojej karierze. Przykro mi się tego słucha i trudno mi ocenić, czy tak jest naprawdę, czy tylko jest pan zdenerwowany. Nie znam się na dzieciach, mam ich tylko troje i tylko jednego sześciolatka, który uczy się pływać. Pan ma z kolei duże doświadczenie. Proszę z niego skorzystać i dać z siebie wszystko. Porozmawiam z Dużym, postaram się go zmotywować, ale to pan jest nauczycielem, nie ja”. A potem zajęłam się empatycznie moim synem, który w łazience poskarżył mi się: “Mamo, ja się naprawdę staram, ale to jest bardzo trudne i w dodatku miałem dziś takiego pecha, że jak mi coś wychodziło, to pan X akurat rozmawia z kolegą, a potem patrzył, kiedy mi nie wychodziło”. Wieczorem wysłałam instruktorowi SMS-a, cytując tę wypowiedź Dużego, a w odpowiedzi otrzymałam przeprosiny. Instruktor uderzył się w pierś: przyznał, że miał kiepski dzień i dlatego był niemiły. Stwierdził, że potraktował Dużego szablonowo, a on potrzebuje bezpośredniej uwagi dorosłego, więc od tej pory znów będzie razem z nim w basenie. Poza tym przyznał, że nadmiernie ambitnie podchodził do nauki, podnosząc zbyt ostro poprzeczkę i za mało chwaląc mojego syna, więc teraz postawi bardziej na zabawę i przyjemność i będzie bardziej doceniał każdy sukces. I tak się też stało. Ufff.

Ta historia ilustruje, jak potężnym narzędziem samoregulacji (zwłaszcza regulacji trudnych emocji) jest pauza. Stuart Shanker powiedział w jednym ze swoich filmików, które oglądałam podczas kursu MEHRIT Centre, że w Self-Reg chodzi w dużej mierze o umiejętność zrobienia takiej pauzy w celu uspokojenia się i autorefleksji. Zazwyczaj robimy ją dopiero wtedy, gdy emocje opadną, po tym, jak mleko się rozlało i plujemy sobie w brodę, że nie zareagowaliśmy w sposób bardziej wyważony. Moja praktyka Self-Reg pozwoliła mi przesuwać moment takiej przerwy na autorefleksję coraz wcześniej i wcześniej. Teraz czasami – podkreślam, że nie zawsze i nadal nie w większości przypadków – umiem ją zrobić, ZANIM mleko się wyleje i w ten sposób zapobiec szkodom. To właśnie udało mi się w opisywanym tu momencie i jestem z tego dumna.

Ostatnio wyznałam Wam, że planuję napisanie książki “DyleMatki”. Oprócz tego planuję jeszcze coś: kilkutygodniowe szkolenie online pod roboczym tytułem “Wyreguluj swoją złość”. Będzie ono oparte na metodzie Self-Reg, ale zamierzam korzystać w nim także z innych narzędzi – z całej mojej wiedzy i umiejętności zdobytych w ciągu ostatnich kilku lat. Jestem na etapie planowania treści poszczególnych modułów, a kiedy koncepcja mi się wyklaruje, zacznę przygotowywać materiały: filmiki z wykładami oraz towarzyszące im teksty lub prezentacje. Wraz z kursem zamierzam też uruchomić grupę wsparcia na Facebooku, którą będę moderować. Przede mną jeszcze dużo pracy, więc zapewne wystartuję z kursem późną jesienią. Trzymajcie kciuki!

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Pause” (CC BY-NC-ND 2.0) by Rafa Puerta

Self-Reg, część 16: Skup się na TEJ sytuacji

Wczoraj Duży wrócił z zerówki w kiepskim nastroju, markotny i pobudzony jednocześnie. Gdy zajrzałam do jego przedszkolnej sali, siedział zapatrzony w jakiś odległy punkt, z dala od innych dzieci i nerwowo gryzł ołówek, a przed nim leżał otwarty zeszyt. Jego wychowawczyni zasugerowała mi, żebyśmy zabrali zeszyt do domu i nadrobili zaległości w pisaniu liter i sylab. Duży jęknął z rozpaczą: “Mamo, ja tego nigdy nie nadrobię! To za trudne!”

W domu nie było lepiej: Duży co chwilę prowokował spięcia. Bardzo dokuczał Małemu, który był przeziębiony i został ze mną w domu (“To nie fair, że nim się dzisiaj więcej zajmowałaś!). Koiłam, łagodziłam, nazywałam emocje, mediowałam w czasie ostrzejszych wymian zdań, zadbałam o relaks (czytanie) i zaspokojenie głodu. Podziałało.

Kiedy mój pierworodny był już spokojny, zarządziłam odrabianie lekcji i znów się zaczęło. Duży argumentował (nie bez odrobiny racji), że ćwiczenie pisania liter jest bez sensu, bo już umie czytać książki i pisać drukowanymi literami. Poskarżył się, że nie jest w stanie pracować w przedszkolu, bo trudno mu się skupić w hałasie (pod tym względem też go rozumiem, sama tak mam). Potem powtarzał, że to za trudne, on nie umie i nigdy się nie nauczy, innym dzieciom to przychodzi z łatwością. Znów koiłam, łagodziłam itd., ale to nie pomagało – pewnie częściowo dlatego, że nie byłam w stanie trwale odizolować od nas młodszych dzieci, które co chwila przychodziły do gabinetu i nam przeszkadzały. W pewnym momencie Duży zaczął mówić coś o bezsensie życia w takich męczarniach i fantazjować o śmierci…

Długo udawało mi się zachować autentyczny spokój, ale w pewnym momencie straciłam cierpliwość. Wiecie, co dokładnie do tego doprowadziło? Pewną rolę odegrało w tym moje zmęczenie kakofonią dźwięków: zawodzeniem Dużego, skrzeczeniem Malutkiego wspinającego się na moją nogę, żebym wzięła go na ręce i teatralnym szeptem Małego („Mamoooo, czy mogę teraz jeszcze coś powiedzieć? Ostatni raz, to bardzo ważne!”); to wszystko minuta po minucie odbierało mi energię. Jednak większe znaczenie miał wzrost napięcia spowodowany… oczywiście moimi myślami. (Czy kiedykolwiek napisałam wprost na blogu, że Self-Reg to metoda służąca zrozumieniu stresu oraz lepszemu zarządzaniu napięciem i energią? Jeśli nie, podkreślam to teraz; na opisywanym tu przykładzie widać jak na dłoni, od czego zależy nasz stres.)

Byłam w stanie zachować autentyczny wewnętrzny spokój (a nie tylko byłam opanowana), dopóki pozostawałam myślami i emocjami „tu i teraz”. Sześciolatek w kiepskim nastroju niebędący w stanie wykonać zadania domowego – to dla mnie niezbyt stresujący bodziec nawet w połączeniu ze zmęczeniem i nadmiarem dźwięków. Moje napięcie gwałtownie wzrosło, kiedy przestałam skupiać się na tej konkretnej sytuacji i zaczęłam snuć czarne wizje przyszłości Dużego i mojej, dramatyzować i użalać się nad sobą. Szeroko pojęty rozwój Dużego jest bowiem przedmiotem mojej troski i niepokoju, od kiedy zostałam matką. (W kilku kolejnych postach będę pisała o wspieraniu rozwoju dziecka.) Oto mój wczorajszy “myślotok”: tak będą wyglądać wszystkie nasze popołudnia przez najbliższe lata; Duży znienawidzi szkołę, będzie się tam źle zachowywał i będziemy regularnie wzywani na dywanik do dyrektora; Duży wpadnie w depresję i będzie miał niskie poczucie własnej wartości; nie obędzie się bez leków przeciw objawom ADHD; ćwiczenia u ortoptyka nie pomogą i Duży będzie miał ogromne problemy ze wzrokiem (jakoś tak dziwnie pochyla się nad zeszytem, jakby źle widział!); jeśli on będzie zawsze tak siedział, to zafunduje sobie skrzywienie kręgosłupa; potrzebuję przez najbliższe lata wykwalifikowanej i anielsko cierpliwej niani na popołudnia i wieczory, a to słono kosztuje; nie dam rady po pracy codziennie wykrzesać z siebie tyle energii, pozostanę kurą domową na całe lata; to okropne, że jestem z tym całkiem sama całymi dniami; i po co mi było troje dzieci, skoro ich nie ogarniam?!? I właśnie przy tej ostatniej mojej myśli Mały cichutko i pokornie spytał, czy może zjeść krówkę, a ja wysyczałam: “NIE! Nie możesz ciągle jeść słodyczy! Będziesz gruby, nie będziesz miał siły biegać i będziesz się źle czuł!” Chwilę potem warknęłam pod adresem Dużego, że może sobie robić, co chce, nie obchodzi mnie jego praca domowa i wyszłam z pokoju. Czy nawaliłam jako matka? Trochę tak, ale też czegoś się nauczyłam.

Mały dramacik z Dużym w roli głównej przypomniał mi (i utrwalił dzięki skojarzeniu z emocjami) pewien wycinek wiedzy o Self-Reg. Stuart Shanker powtarza jak mantrę „THIS” (ang. ten/ta/to): skup się na tym konkretnym dziecku, tym jednym problemie, tej chwili. W ten sposób zdołasz zachować spokój i zmienić tę jedną sytuację, a przynajmniej zwiększyć szanse na taką zmianę w przyszłości. Ta mała zmiana spowoduje zmarszczkę na powierzchni wody. Wiele takich zmarszczek tworzy falę, która ma o wiele większą siłę. Próbując utworzyć jednym ruchem wielką falę, można srogo się rozczarować i jedynie stworzyć dużo piany. To dla mnie ważna lekcja, bo lubię szybkie i spektakularne rezultaty – chcę osiągać efekty tu i teraz, bez czekania. Jak Duży…

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “DRAW” (CC BY-NC-ND 2.0) by kristina dymond

Self-Reg, część 15: Czy warto panować nad emocjami?

Ponad dwa tygodnie temu podczas uroczystości w przedszkolu Małego wydarzyło się coś, co skłoniło mnie do refleksji na temat samokontroli i samoregulacji w obszarze emocjonalnym. Ten wpis jest streszczeniem części wykładu na temat “eMOCja, czyli jak pomóc dziewczynkom w rozwoju samoświadomości”, który wygłosiłam 14 października podczas pierwszej w Polsce Konferencji Wszystkich Dziewczynek. Chciałam opublikować niniejszy post w dniu konferencji, ale ostatnio tyle się działo w obszarze Self-Reg, że dopiero dziś mi się to udało. W ostatnim czasie, oprócz wygłoszenia wspomnianego wykładu, (1) ukończyłam szkolenie z podstaw Self-Reg w MEHRIT Centre i jestem teraz drugim po Natalii Fedan “czempionem Self-Reg” w Polsce; (2) rozpoczęłam szkolenie na poziomie 2 w MEHRIT Centre, (3) przygotowuję się do poprowadzenia sześciotygodniowego stacjonarnego warsztatu na temat Self-Reg (są jeszcze cztery wolne miejsca), (4) wspierałam Natalię Fedan i Agnieszkę Sochar w prowadzeniu trzeciej edycji kursu online “Odstresowany rodzic”, (5) udzieliłam wywiadu portalowi tatento.pl, (6) wypowiedziałam się przez pryzmat Self-Reg na temat lawiny prac domowych zadawanych uczniom w Polsce na potrzeby artykułu na portalu parenting.pl. Uff! A to jeszcze nie koniec. Na dokładkę przedwczoraj rozpoczęłam podyplomowe studia w zakresie coachingu i mentoringu. Wybaczcie zatem, że wpisy na blogu pojawiają się rzadziej, niż bym sobie życzyła. Po tej dygresji wracam do mojego tematu.

Podczas przedszkolnej uroczystości stojące w półokręgu czterolatki śpiewały piosenki i recytowały wierszyki. Wszystkie poza jednym. Stojąca pośrodku półokręgu dziewczynka niemal przez cały czas rozpaczliwie płakała. Nie byłam w stanie skupić się na uśmiechniętym Małym, który machał do mnie i przesyłał mi całuski, bo całym sercem byłam z tą dziewczynką. Nie wiem, czy jej rodzice byli na widowni. Jeśli byli, to może nie reagowali dlatego, że znają swoją córeczkę i wiedzieli, że poczuje się jeszcze gorzej, jeśli zaczną ją uspokajać? Albo chcieli zareagować, ale stresowała ich myśl, że przerwą występ? Nie wiem też, dlaczego żadna z wychowawczyń nie podeszła do małej, nie przytuliła jej, nie szepnęła do ucha paru wspierających słów. Może obie były zbyt przejęte pierwszym występem dwudziestki swoich podopiecznych, aby empatycznie zająć się jedną dziewczynką? A może i rodzice, i wychowawczynie uważali, że występ to nie powód, żeby się mazać i nie chcieli “nagradzać” tego niepożądanego zachowania?

Obserwowanie łez tej dziewczynki było dla mnie trudne. Szczególnie przykro było mi, kiedy dzieci śpiewały “Kto jest beksą i mazgajem, ten się do nas nie nadaje, niechaj w domu siedzi sam! Ram tam tam, ram tam tam”, wygrażając palcami owym beksom i mazgajom. Ja, dorosła kobieta siedząca na widowni, zupełnie niezwiązana z tą dziewczynką, przeżywałam duży stres, bo tak silnie rozwinęła się moja empatia pod wpływem doświadczenia macierzyństwa i rozwoju osobistego. Jak czuła się ta mała? Mogę tylko zgadywać… (Na marginesie, z punktu widzenia Self-Reg przeżywałam stres w obszarze prospołecznym: silne i/lub trudne emocje innych osób to stresor z tego obszaru. Dziewczynka natomiast przeżywała stres w obszarze społecznym i przede wszystkim emocjonalnym. O obszarach stresu pisałam w tym poście.)

Kulminacją uroczystości było pasowanie każdego dziecka na przedszkolaka przez panią dyrektor. Dziewczynka już się uspokoiła, a kiedy przyszła jej kolej na pasowanie i wręczenie dyplomu, uśmiechnęła się nieśmiało. W reakcji na to pani dyrektor powiedziała: “Jestem z ciebie bardzo dumna. Cały czas wierzyłam, że w końcu się uśmiechniesz”.

Jaką lekcję wyniosła ta dziewczynka z uroczystości, zakładając, że czegoś ją to doświadczenie nauczyło? Nie wykluczam, że był to dla niej niewiele znaczący epizod i zapamięta tylko radość z pasowania i to, że pani dyrektor była z niej dumna. Być może z czasem zapomni tę uroczystość – w końcu nie pamiętamy wszystkiego, co wydarzyło się, kiedy mieliśmy cztery lata. Nie można jednak wykluczyć, że występ okaże się dla niej znaczącym wydarzeniem, które nauczyło ją (lub potwierdziło wstępnie ukształtowany pogląd), że niektóre emocje i niektóre sposoby ich okazywania są nie na miejscu. Nie wypada płakać podczas występu; nawet, jeśli chce nam się płakać, powinniśmy “ogarnąć się” i pokazać światu uśmiechniętą twarz. W końcu tak funkcjonują dorośli w naszej zachodniej kulturze. Coś mi podpowiada, że właśnie taką lekcję chciała przekazać dziewczynce kadra przedszkola.

Opisywane przeze mnie wydarzenie to przykład tego, jak traktowane są silne i/lub trudne emocje zgodnie z paradygmatem samokontroli. Ów paradygmat – pisałam o nim w tym artykule – jest od starożytności jednym z filarów zachodniej cywilizacji. W obszarze emocjonalnym nakazuje on, aby momentalnie zauważać, że odczuwa się silne i/lub trudne emocje (np. wściekłość, euforię, żal, strach), a następnie siłą woli i rozumu co najmniej powstrzymać się od ich żywiołowego okazania, a najlepiej – przestać je odczuwać. Dobrze wychowany człowiek jest opanowany: nie skacze i nie krzyczy z radości, nie okazuje zazdrości, w większości sytuacji nie płacze. Emocje są widziane jako dzikie popędy, które trzeba okiełznać mocą rozumu. Należy trenować w tym dziecko od najmłodszych lat z uwzględnieniem różnic między płciami: chłopaki nie płaczą, dziewczynki się nie złoszczą, bo złość piękności szkodzi.

W ujęciu Self-Reg panowanie nad emocjami zużywa energię i dlatego warto przede wszystkim uczyć się samoregulacji w obszarze emocjonalnym. Składa się ona z trzech “R”: recognise, reduce, restore, czyli: rozpoznawania stresorów, redukcji stresu oraz regeneracji. Odwołując się do przykładu z przedszkolnej uroczystości: wychowawczyni, mama czy tata mogli przytulić dziewczynkę, może stanąć razem z nią czy kucnąć nieco z boku, nazwać jej emocje i spytać, co by jej pomogło. Być może chciała tylko trzymać kogoś bliskiego za rękę albo usłyszeć zapewnienie, że nie musi śpiewać, jeśli nie chce. Po uroczystości należało zadbać o to, by mała naładowała akumulatory, jedząc pożywny posiłek, robiąc coś przyjemnego z rodzicami, idąc odpowiednio wcześnie spać. To tylko moje pomysły na regenerację malucha: wiem, że Małemu to by pomogło, ale każde dziecko jest inne.

To wszystko nie znaczy, że Self-Reg odrzuca samokontrolę jako nieprzydatną albo szkodliwą. Owszem, bywa ona przydatna i pożyteczna, choćby wtedy, kiedy mamy ochotę zdzielić pięścią przełożonego albo wykrzyczeć naszemu dziecku, że najchętniej wyszlibyśmy z domu i nigdy nie wrócili. Kluczowe jest to, co podkreśla Stuart Shanker: to samoregulacja umożliwia skuteczną samokontrolę, a nie odwrotnie. Kiedy dbamy o utrzymanie odpowiedniego poziomu energii, wystarcza nam jej na to, aby nawet w trudnych warunkach zachować się w sposób akceptowalny społecznie. Kiedy natomiast o nią nie dbamy, czasem samokontrola “puszcza” i wszyscy się dziwią, dlaczego ten tak zawsze spokojny i opanowany człowiek urządził dziką awanturę przy świątecznym stole albo pobił kolegę z pracy.

Chciałabym dodać jeszcze jedno: nie ma niewłaściwych emocji, a te trudne stają się łatwiejsze, kiedy dajemy sobie na nie przyzwolenie. Cenną umiejętnością, którą powoli i (dosłownie) w bólach w sobie wykształcam, jest “wchodzenie” w emocje w chwili, kiedy się pojawiają. Jest to istota podejścia opartego na uważności (mindfulness), o którym pisałam jakiś czas temu. Kiedy pojawia się jakaś przykra emocja, zamiast ją stłumić, zagadać, odwrócić od niej swoją uwagę podjęciem jakiejś czynności albo przykryć inną emocją (np. złością – w tym mam wieloletni trening…), skupiam na niej całą uwagę. Emocja jest wtedy jak fala: wzbiera, osiąga trudne do zniesienia apogeum (to jest ten moment, w którym często się poddaję) i opada aż do całkowitego wypłaszczenia. Niektórzy twierdzą, że cały ten proces trwa jedynie 90 sekund. Trudno mi się do tego ustosunkować, bo ten nieznośny moment (kilka-kilkanaście sekund?) trwa dla mnie całe wieki. Najczęściej właśnie wtedy robię to, co stało się moim nawykiem, czyli “biję pianę” (myślami, słowami, działaniem, innymi emocjami) i w efekcie rozpryskuję falę dookoła. To przez owo bicie piany trudne emocje są tak trudne. Dotychczas kilkanaście razy udało mi się przetrwać ten najtrudniejszy moment apogeum trudnej emocji. Efektem jest głęboki spokój i poczucie lekkości. Spróbujcie!

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Crying girl” (CC BY 2.0) by daily sunny

 

Self-Reg, część 14: Ktoś dusił moje dziecko, czyli jak zareagowałam na ekstremalny stres

Dwa dni temu zdarzyło się coś, co spowodowało u mnie najsilniejszy stres, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam. Byłam w domu z czteroletnim Małym i prawie 11-miesięcznym Malutkim, Mąż zawiózł Dużego na trening judo. W pewnym momencie w poszukiwaniu swojego paska do spodni weszłam do łazienki i zastałam taki oto obrazek: Malutki siedzi na podłodze i bezgłośnie walczy o oddech, a Mały zaciska mu mój pasek na szyi. Owinął go wokół szyi braciszka i zapiął, a następnie zaplątał wokół swojej nogi tak sprytnie, że długo nie mogłam go poluzować trzęsącymi się rękami. Zareagowałam z poziomu gadziego mózgu; nie pytajcie, jak. Dwie z osób odwiedzających mój fan page na Facebooku, gdzie opisałam tę sytuację, skomentowały to tak (dziękuję za te i inne empatyczne komentarze!):

“Zareagowałaś prawdopodobnie w najbardziej dostępny dla Ciebie sposób, w tej konkretnej sytuacji. A sytuacja naprawdę mrożąca krew w żyłach. Reakcja z musiała być z gatunku interwencji kryzysowej bo i sytuacja kryzysowa.”

“Czasem potrzebujemy tej mocnej i szybkiej reakcji – po to natura to tak urządziła, że mózg limbiczny reaguje szybciej niż kora nowa. Uratowałaś Malutkiego. Tylko to się liczy.”

Ta sytuacja zilustrowała to, czego uczyłam się na szkoleniu z Self-Reg: silny stres powoduje, że wyłącza się układ odpornościowy. Dzieje się tak dlatego, że do walki lub ucieczki w obliczu śmiertelnego zagrożenia niezbędna jest energia. Po co marnować ją na ochronę przed mikrobami, które mogą nas osłabić lub zabić jutro czy za kilka dni, skoro wtedy być może nie będzie nas już wśród żywych? Podobnie rzecz się ma m.in. z układem pokarmowym – po co trawić pokarm, skoro za chwilę możemy być martwi? Od wielu dni nie wysypiam się, jestem zmęczona i bardziej niż zwykle zestresowana ze względu na liczne zmiany w moim życiu. W związku z tym codziennie wieczorem czuję lekkie drapanie w gardle, które rano znika. Kiedy uratowałam Malutkiego, ochłonęłam, a następnie dogadałam się z bardzo przejętym Małym, poczułam narastające dreszcze, gorączkę, silny ból gardła i zatok oraz nasilający się z minuty na minutę katar. Było jasne, że następnego dnia będę chora i całkowicie niezdolna do wygłoszenia wykładu na temat emocji w ujęciu Self-Reg na pierwszej w Polsce Konferencji Wszystkich Dziewczynek.

Kiedy moja kora przedczołowa mózgu była ponownie online, postanowiłam zadziałać self-regowo i zapobiec chorobie. Identyfikację i usunięcie najważniejszego stresora – paska zaciśniętego na szyi Malutkiego – miałam już za sobą (drugi i trzeci krok Self-Reg). Następnie wybaczyłam sobie swoją gadzią reakcję na zagrożenie (Mały pierwszy mi ją wybaczył), oceniając, że działałam pod wpływem silnego stresu (krok pierwszy). Następnie zdałam sobie sprawę (czwarty krok Self-Reg), że mogę uniknąć choroby pod warunkiem, że tego wieczoru odrzucę wszelkie zobowiązania – od kąpania maluchów poprzez gotowanie obiadu na kolejny dzień po odrobienie zadań ze szkolenia online – i postawię wszystko na jednego konia: regenerację organizmu (krok piąty Self-Reg). Tak też zrobiłam. Oświadczyłam dzieciom, że jestem w bardzo kiepskiej formie i tego wieczoru nie kąpię ich, nie myję im zębów, nie czytam im do snu ani w ogóle nie usypiam. To samo oświadczyłam Mężowi. Następnie pochłonęłam solidną dawkę czosnku i witaminy C, zamknęłam się w sypialni z Malutkim i elektronicznym czytnikiem książek i o godzinie 20:30 już spałam. 11 godzin później obudziłam się zdrowa i zrelaksowana. Wystąpienie na konferencji oceniam jako udane, rano dałam mężowi pospać do 10, ugotowane przeze mnie leczo było bardzo smaczne, a dzieci były szczęśliwe, bo całe popołudnie miałam dla nich – pełna energii i odstresowana.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Black Belt” (CC BY 2.0) by Robert Sheie

Złość, część 5 i Self-Reg, część 11: Myśli-zapalniki

Kto z moich czytelników pamięta, że kilka miesięcy temu rozpoczęłam cykl wpisów o złości? To on był punktem wyjścia do opisu takich rodzicielskich narzędzi, jak porozumienie bez przemocy (NVC), Pozytywna Dyscyplinamindfulness (uważność) czy Self-Reg, który stał się ostatnio głównym tematem mojego bloga. Wspomniany cykl rozpoczęłam opisem sytuacji, w której po raz pierwszy wrzasnęłam na dziecko, a następnie opowiedziałam o działaniach rozwojowych, które podjęłam, aby złościć się mniej destrukcyjnie. W trzecim poście, który oceniam jako jeden z ważniejszych na moim blogu, opisałam, co się dzieje z naszym ciałem, zwłaszcza mózgiem, kiedy odczuwamy złość. Wreszcie w czwartym pożaliłam się na trudne okoliczności, które sprawiły, że mimo mojej długiej drogi rozwoju moje problemy ze złością powróciły.

Dziś napiszę o myślach-zapalnikach, co pozwoli mi kontynuować zarówno cykl postów o złości, jak i ten o Self-Reg. Myśli-zapalniki podpalają bowiem lont naszej złości poprzez znaczące zwiększenie stresu w obszarze poznawczym (o pięciu obszarach stresu w ujęciu Self-Reg napisałam tu). Pracując nad tym wpisem, ponownie przeczytałam książkę “Kiedy twoja złość krzywdzi dziecko”. Bardzo ją polecam każdemu rodzicowi, który czuje, że to jego złość panuje nad nim, a nie – on nad nią.

Myśl-zapalnik to negatywna myśl, która pojawia się w stresującej sytuacji i nadaje jej duże znaczenie, a w efekcie stanowi iskrę prowadzącą do wybuchu złości. Wyobraź sobie, że wchodzisz do łazienki i widzisz swojego dwulatka stojącego na stołku przy umywalce i pracowicie wylewającego kubkiem wodę z kranu na podłogę. To, czy zachowasz spokój i dobry humor, zależy od wielu czynników. Dwa spośród tych, na które mamy wpływ uznaję za decydujące: to, w jakiej formie psychofizycznej byłaś/byłeś [dalej będę dla ułatwienia stosować formę żeńską], wchodząc do łazienki oraz to, czy w Twoim umyśle pojawi się myśl-zapalnik. Jeśli wejdziesz do łazienki głodna, zmęczona, obolała, rozżalona czy zirytowana, zapewne nie znajdziesz tu i teraz zrozumienia dla potrzeby poznawania świata przez malucha i Twój poziom stresu wzrośnie. Podobny efekt wywoła jedna z następujących myśli: “Nie wytrzymam tego”, “Cały czas tylko sprzątam i wszyscy mają to gdzieś”, “On mi to robi na złość”, “Co za bezmyślne dziecko”, “On mnie nigdy nie słucha”. Te myśli sprawiają, że problem wydaje się większy, niż jest w istocie, a nasz wewnętrzny gad postrzega zadowolonego malucha przy umywalce jako zagrożenie – i atakuje. Pamiętacie, że gady zjadają swoje dzieci…?

Warto podkreślić, że niektóre myśli silniej podsycają rodzicielską złość, niż inne. Według autorów książki “Kiedy twoja złość krzywdzi dziecko” można je przyporządkować do jednej z następujących grup: (1) myśli, które przypisują dziecku złą intencję (np. “on mnie prowokuje”), (2) myśli zawierające negatywną ocenę dziecka (np. “jest leniwy i roszczeniowy”), (3) myśli wyolbrzymiające problem (np. “co za koszmarny dzień!”). Do tych myśli-zapalników dodałabym kolejne dwie grupy. Po pierwsze, moja złość skierowana wobec dzieci bywała efektem negatywnych myśli na temat mnie samej w roli matki. Kiedy maleńki Duży stale jęczał i płakał, odbierałam to jako zarzut: “Niezbyt dobrze się starasz, mamo”. Kiedy był już w wieku przedszkolnym, uważałam, że jego histerie i wybuchy złości to efekt mojej niespójności i rozchwiania. Taka interpretacja płynęła z nieuświadomionego głębokiego przekonania, że kiedy dziecko jest nakarmione, wyspane i nic go nie boli, powinno być zadowolone i uśmiechnięte i drugiego: że za niewłaściwe zachowanie dziecka w stu procentach odpowiadają rodzice. Długo nie zdawałam sobie sprawy, że tak to u mnie działa. Po drugie, czarę mojej złości często przepełniała kropla w postaci negatywnej myśli o Mężu lub innej bliskiej mi osobie, która albo zirytowała mnie chwilę wcześniej, albo była nieobecna lub w inny sposób nie dawała mi wsparcia, jakiego w danej sytuacji oczekiwałam. Trzy lata temu często złościło mnie to, że Mąż nie wracał z pracy na wieczorne kąpanie Dużego (protestującego przeciw temu wniebogłosy). Robiłam to sama przy jednoczesnym rozpaczliwym płaczu Małego, który jako niemowlę i małe dziecko wczesnym wieczorem przysysał się do mojej piersi i odsysał od niej dopiero grubo po północy. Myślałam sobie wtedy: “tak naprawdę jestem samotną matką”. Oba niesprzyjające sposoby myślenia w dużej mierze przepracowałam – chociaż najwyraźniej nie do końca, skoro w sierpniu tego roku miałam tak duży kryzys wychowawczy.

Jak radzić sobie z myślami-zapalnikami? Przede wszystkim należy je rozbrajać na chłodno. Istnieją ludzie, którzy w sytuacji wielkiego wzburzenia są w stanie powiedzieć sobie “stop”, pooddychać głęboko, zauważyć, co się z nimi dzieje i osiągnąć stan spokoju. Ja do nich nie należę. Dzięki treningowi mindfulness i praktykowaniu Self-Reg potrafię wyregulować swoje myśli i emocje tylko przy niewielkim nasileniu złości, czyli kiedy jestem jedynie zirytowana. Potrafię wtedy zidentyfikować myśli-zapalniki i zamienić je na bardziej sprzyjające (o czym napiszę poniżej), a także uspokoić ciało za pomocą głębokich wydechów, wizualizacji (np. szklanej kuli, która oddziela mnie od źródła mojej złości), świadomego napinania i rozluźniania poszczególnych grup mięśni itd. (pisałam o tym tutaj). Jednak kiedy złość osiąga mój indywidualny punkt wrzenia, tracę nad sobą kontrolę. Jest taki moment, w którym przez umysł przebiega mi myśl-błyskawica: “Zaraz zacznę wrzeszczeć, potrzebuję się uspokoić”. Wtedy gadzisko we mnie syczy: “A w dupie to mam!” i czuję, jak moje usta się otwierają, a następnie słyszę, jak wydobywają się z nich niemiłe dźwięki. Nie mam pojęcia, czy wszyscy jesteśmy tak skonstruowani – piszę teraz o swoim doświadczeniu.

Myśli-zapalniki można próbować zneutralizować, zastępując je bardziej pozytywną oceną sytuacji. We wspomnianej książce znalazłam bezcenne fragmenty dotyczące przyczyn “złego zachowania” dzieci, w tym omówienie poszczególnych rysów temperamentu i etapów rozwojowych małych dzieci. Uświadomiłam sobie między innymi, że każdy rys temperamentu ma swoją pozytywną i negatywną (a raczej wygodną i niewygodną dla rodzica) stronę. Na przykład piękna cecha Małego, jego bardzo duża wytrwałość, ma trudny dla mnie skutek uboczny w postaci uporu. To miło, kiedy dziecko przez pół godziny próbuje złożyć klocki według instrukcji i w ogóle się nie irytuje. Gorzej, kiedy przez pół godziny kategorycznie nie daje się wyjąć z wanny. Wtedy pomaga myśl: “On po prostu jest wytrwały, to bardzo piękna cecha, przyda mu się w życiu”. Z kolei w opisanej powyżej sytuacji wylewania wody ja podłogę można by pomyśleć: “Jest maluchem i w ten sposób poznaje prawa fizyki”, “To w ogóle nie jest skierowane przeciwko mnie, po prostu dobrze się bawi”, “Będziemy to wspominać ze śmiechem”, “Nic złego się nie dzieje, to tylko trochę wody na podłodze”. Warto na chłodno przećwiczyć takie nowe myśli, nawet zapisać je na kartce i próbować przypomnieć je sobie, kiedy ogarnia nas irytacja.

Kończąc, chciałabym wspomnieć o książce Rafaela Santandreu “Twój umysł na detoksie, czyli jak nie zatruwać sobie życia”. Jej autor wyjaśnia w przystępny sposób, jak można wykorzystać psychologiczne podejście poznawcze, aby zmienić swoje myślenie na bardziej pozytywne. Bardzo ją polecam tym z Was, którzy – podobnie jak ja jeszcze niedawno – czują, że sporą część stresu i trudnych emocji sami sobie fundują niesprzyjającymi, (samo)krytycznymi, (auto)agresywnymi myślami. W przypadku głębszych problemów, niekorzystnych schematów myślenia i działania, depresji niezmiennie polecam konsultację psychoterapeuty.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “FM110146” (CC BY-NC 2.0) by Royal Navy Media Archive