Pasowanie na ucznia przez pryzmat Self-Reg

W miniony piątek w szkole Dużego odbyła się uroczystość pasowania na ucznia, która dała mi kolejną okazję do self-regowych obserwacji. Opiszę Wam tę samą historię na dwa sposoby: krótko i pobieżnie, stosując tradycyjne podejście do zachowania (i wychowania) dzieci, oraz przez pryzmat Self-Reg, kopiąc głębiej, pod powierzchnią zachowań.

Oto historia widziana w sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, oparty na paradygmacie samokontroli. Po oficjalnej części uroczystości, która odbyła się w sali gimnastycznej, pierwszoklasiści wraz z wychowawczyniami i rodzicami udały się do swoich klas na poczęstunek. Dzieci z klasy Dużego zachowywały się głośno, były rozbrykane. Objadły się pysznościami przygotowanymi przez rodziców, a następnie przeniosły się do sali, w której czekała na nie wspaniała niespodzianka: ekscytujący pokaz eksperymentów chemicznych. Prowadząca utrzymywała napięcie na najwyższym poziomie: coś się wylewało, coś innego zmieniało w czarodziejski sposób kolor albo wybuchało, płonęła podłoga oraz ręka jednego z ojców, a jednemu z chłopców prowadząca eksperyment próbowała obciąć rękę i popłynęła „prawdziwa” krew. Niestety niektóre dzieci (choć na szczęście nie wszystkie) nie umiały się odpowiednio zachować: krzyczały, przeszkadzały, wstawały z krzeseł.

A teraz ta sama historia, widziana przez pryzmat energii i napięcia, pobudzenia i samoregulacji:

1) Od wielu dni dzieci ćwiczyły piosenki i swoje role na uroczystość pasowania. Czuły, że to ważna uroczystość; Duży nawet powiedział mi, że to jeden z najważniejszych dni w jego życiu. Oczekiwanie, ekscytacja i radość, zapewne też trema przed wystąpieniem stanowiły stresory w obszarze emocji – tym silniejsze, im wrażliwsze było dane dziecko.

2) Wielu uczniów w przeddzień uroczystości mogło mieć trudności z zaśnięciem: poszli spać zbyt późno i zbyt pobudzeni, zatem ich sen był lżejszy i gorszej niż zwykle jakości. W efekcie mogli też obudzić się wcześniej niż zwykle, a może rodzice obudzili ich wcześniej, żeby z zapasem zdążyć na wyznaczoną godzinę? Wrażliwsze dzieci mogły mieć ściśnięty z emocji żołądek i nie były w stanie zjeść pożywnego śniadania. Dodatkowo wszyscy musieli ubrać się w galowy strój, który jest mniej wygodny niż zwykły. W sali gimnastycznej na dzieci czekało mnóstwo bodźców wzrokowych: kolorowe plamy, które tworzyli rodzice i młodsze rodzeństwo. Na to nałożyły się bodźce dźwiękowe: szum rozmów kilkudziesięciu osób, który ucichł po to tylko, aby przez dłuższy czas ktoś śpiewał albo mówił do mikrofonu. Nie można było poruszać się swobodnie, trzeba było spokojnie stać i wytrwać tak przez całą uroczystość. Po wszystkim dzieci mogły do woli najeść się ciast, ciastek i słonych przekąsek, co błyskawicznie wywindowało poziom glukozy w ich krwi do niebotycznych poziomów. Dzieci zmagały się więc z licznymi stresorami w obszarze biologicznym.

3) Na to wszystko nałożyły się stresory z obszaru poznawczego: dzieci nie tylko musiały pamiętać i w odpowiednim momencie przywołać słowa piosenek i wierszyków, ale też zostały postawione w nowej sytuacji. Wprawdzie wychowawczynie opowiadały swoim podopiecznym, jak będzie przebiegała uroczystość, ale mimo to niektórzy z nich niewątpliwie odczuwali niepewność z tym związaną. Duży bardzo trafnie to podsumował: „Mamo, stresuję się, bo jeszcze nigdy nie byłem pasowany na ucznia i nie wiem, jak to jest”. Niektóre dzieci – i niektórzy dorośli, na przykład ja – odczuwają nowe (zwłaszcza z jakiegoś powodu ważne) sytuacje jako bardzo silny stresor, bo nieznane odbiera im poczucie kontroli nad rzeczywistością. (To dlatego przed moimi wczorajszymi warsztatami w fundacji Sto Pociech zasypałam wynajemcę sali pytaniami, jak będą ustawione krzesła i czy na ścianie będzie można powiesić kartki z flipcharta, choć tak naprawdę nie miało to znaczenia.)

4) Pasowanie to swego rodzaju rytuał przejścia, ważny z punktu widzenia życia w społeczności szkolnej. Tego typu wydarzenia stanowią stresor z obszaru społecznego. Wszelkie uroczystości, wystąpienia publiczne, spotkania rodzinne, nawet small talk w przerwie konferencji mogą stresować małego i dużego człowieka – tym bardziej, w im większym stopniu jest on introwertykiem. Dla siedmioletniego nieśmiałego dziecka uroczystość w tak licznym gronie w połączeniu z elementem nowości, o którym pisałam powyżej, coś niezwykle trudnego.

5) Nie można zapomnieć, że od pierwszoklasistów oczekiwało się, że będą zachowywać się „jak należy” – że okażą się godni miana uczniów. Niektóre dzieci zapewne zbyły taki przekaz wzruszeniem ramion, ale dla innych, bardzo dbających o swój wizerunek (jak Duży) to był stresor prospołeczny.

Czy można się dziwić, że dzieci, których system nerwowy został zaatakowany przez tak piorunującą mieszankę stresorów, weszły do sali eksperymentów silnie pobudzone? Każdy kolejny stresor stanowił wyzwanie dla systemu nerwowego i zużywał energię potrzebną do tego, aby radzić sobie z kolejnymi wyzwaniami. W takiej sytuacji mózg, zwłaszcza młody, przestawia się w tryb oszczędzania energii. Warto wiedzieć, że proporcjonalnie najwięcej energii zużywa kora nowa, odpowiedzialna między innymi za samokontrolę, ale też empatię i myślenie kategoriami społecznymi (bywa nazywana „we brain” czy też mózgiem społecznym). (O mózgu trójjedynym opowiadałam w tym poście.) Kiedy więc tak silnie pobudzone dzieci zobaczyły wybuchy, dymiące probówki, płonącą rękę i podłogę, wreszcie „krew” na ręce kolegi, trudno im było zapanować nad impulsami. Aktywność ich układów limbicznych wzrosła tak, że samokontrola była niezwykle trudna, a w przypadku wrażliwszych dzieci wręcz niemożliwa. Ważnym czynnikiem zwiększającym ten efekt był rezonans limbiczny: dzieci zarażały się nawzajem emocjami. Nawet ja, dojrzała kobieta z ukształtowanym w pełni mózgiem, mająca doświadczenie w samoregulacji i wysoką zdolność do samokontroli, też się nimi zaraziłam. Mój mózg społeczny działał na pół gwizdka: kiedy siedzący przede mną Duży i jego kolega wstali ze stołków, syknęłam, żeby usiedli, po czym… wstałam, żeby lepiej widzieć! Przecież JA chciałam zobaczyć. Ja, ja, ja! Gdyby ktoś zwrócił mi wtedy uwagę, syknęłabym i na niego.

Być może zadajecie sobie teraz pytanie, dlaczego niektóre dzieci umiały siedzieć spokojnie, a inne nie. Odpowiedź jest prosta: bo jesteśmy różni. Może dzieci, które wytrwały na stołeczkach, lepiej odnajdują się w nowych sytuacjach, niż te, które wstawały i podbiegały do stołu prowadzącej. Może te pierwsze lepiej spały i zjadły rano pożywniejsze śniadanie, a potem mniej słodyczy. Może ich rodzice byli tego dnia spokojniejsi i nie spieszyli się do pracy. Może te „grzeczne” dzieci są mniej reaktywne na emocje innych. Może mają akurat taki temperament, który sprawia, że siedzenie na stołeczku jest dla nich całkiem przyjemne. A może były rozemocjonowane, ale w szkole dość silnie się kontrolują i odreagowały w domu. Może wręcz były tak zestresowane, że weszły w stan zamrożenia. Jest wiele możliwych wyjaśnień, trzeba by spokojnie porozmawiać z każdym dzieckiem z osobna i przede wszystkim poznać je dobrze, aby zrozumieć, dlaczego akurat to dziecko akurat wtedy zachowało się akurat tak.

Self-Reg zaczyna się od spojrzenia łagodnymi oczami na dziecko, które źle się zachowuje i zadania sobie pytania: “Dlaczego to dziecko? Dlaczego teraz?”. Dopiero kiedy zastanowimy się nad tym z intencją wsparcia samoregulacji dziecka, a nie – skorygowania jego zachowania, dzieją się self-regowe cuda. Sama ich doświadczam i dlatego nie wyobrażam już sobie innej drogi.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Man sets hand on fire” (CC BY 2.0) by Ruth Hartnup

 

Przekuwanie słabości w siłę

Ostatnie dni przed rozpoczęciem roku szkolnego Duży, Mały i ja poświęciliśmy na przegląd ich prac plastycznych z ostatnich miesięcy. Chłopcy decydowali, które ze swoich dzieł chcą zachować dla potomności (niemal wszystkie…), ja je podpisywałam, a następnie razem wkładaliśmy je do transparentnych koszulek na dokumenty i te do segregatorów. Rok temu, kiedy Duży miał akurat rozpocząć zerówkę w nowym przedszkolu, robiliśmy to samo. Dziś przypomniałam sobie naszą rozmowę sprzed roku:
Duży: – Zobacz, mamo, jak teraz umiem rysować samochody. Kiedyś tak nie umiałem i w ogóle nie lubiłem rysować.
Ja: – A jak to się stało, że polubiłeś rysowanie?
Duży: – To przez to, że stresowałem się w nowym przedszkolu. Nie wiedziałem, jak się bawić z dziećmi, więc kiedy był czas na zabawę, to wolałem usiąść przy stoliku i rysować. I tak się wyćwiczyłem. W zerówce na początku też pewnie będę dużo rysować i będzie mi to super wychodziło.

W czasach, o których mowa, Duży miał dwie wyraźne słabości: deficyty w rozwoju społecznym i opóźniony rozwój małej motoryki, powodujący niechęć do rysowania. W nowym przedszkolu czuł się tak onieśmielony wobec grupy obcych dzieci, że wybierał aktywność też niezbyt lubianą, ale powodującą mniejszy dyskomfort – i w ten sposób nauczył się rysować i polubił tę czynność. Rok temu, w zerówce (po kolejnej zmianie przedszkola) na początku też czuł się onieśmielony i dużo rysował, zwykle samochody oraz telefony komórkowe. Jego rysunki zainteresowały dzieci z jego grupy i stały się tematem rozmów i przedmiotem zabaw, do których został włączony mój syn.

Tak oto Duży przekuł słabość w siłę, a następnie wykorzystał tę siłę, aby pokonać drugą słabość. Myśląc o tym, przeżyłam dziś olśnienie. Jako matka i osoba stale pracująca nad swoim rozwojem poświęcam wiele czasu na pokonywanie słabości i deficytów – moich dzieci, ale przede wszystkim moich własnych. Opisana powyżej historia pokazała mi, że czasem wystarczy poczekać i problem sam się rozwiąże. Czasem nawet, jak w tym wypadku, słabość daje nam siłę w innym obszarze i ten obszar staje się dźwignią, która pomaga nam pokonać inne słabości.

Moją słabością jest wysoka wrażliwość, na której zbudowałam ten blog. Blog poprowadził mnie w kierunku Self-Reg. Self-Reg pomaga mi odnaleźć spokój i zarażać nim moją rodzinę oraz wspierać w tym innych rodziców. Moja wrażliwość stała się źródłem mojej siły.

Zdjęcie przedstawia jeden z rysunków Dużego.

Jestem Facylitatorką Self-Reg!

Jestem Facylitatorką Self-Reg certyfikowaną przez MEHRIT Centre! Przed chwilą opublikowałam ostatnią z moich 72 refleksji na szkoleniu Self-Reg na poziomie 2, kończąc to szkolenie jako jedna z pierwszych osób w Europie. Nie otrzymałam jeszcze certyfikatu, ale zakładam, że go dostanę, skoro Susan Hopkins, dyrektor zarządzająca MEHRIT Centre i prawa ręka Stuarta Shankera, napisała mi, że jestem prawdziwym self-regowcem i cieszy się, że “ma mnie” po drugiej stronie oceanu i szerzę wiedzę o tym podejściu w Polsce.

Ze względu na nadmiar obowiązków, które na siebie wzięłam zaniedbałam trochę Was, czytelników mojego bloga. Zdumiało mnie dziś, że ostatni wpis na blogu opublikowałam aż pięć tygodni temu. Potem jednak przypomniałam sobie, co wydarzyło się w ciągu tych pięciu tygodni. Co tydzień poświęcałam kilka godzin wspomnianemu szkoleniu Self-Reg. Odbyłam trzy weekendowe zjazdy na moich studiach coachingowych, każdy okupując silnymi emocjami i zmianą postrzegania rzeczywistości. Napisałam trzy krótkie prace zaliczeniowe i zdałam egzamin. Zorganizowałam, przygotowałam, sprzedałam i poprowadziłam cztery warsztaty dla rodziców. Na to wszystko nałożyło się coroczne czerwcowe urwanie głowy: w sumie pięć imprez w przedszkolach  dzieci, impreza urodzinowa Dużego i trzy inne, występy taneczne, egzaminy z judo, zebrania informacyjne w placówkach, planowanie wyjazdów wakacyjnych. Nie wiem, jak to przetrwałam, zważywszy, że bardzo dużo energii kosztowało mnie wspieranie Dużego w jego trudnych emocjach związanych z zakończeniem edukacji przedszkolnej. Przez kilka dni było tak źle, jak ponad rok temu… Na szczęście to już za nami, ale okupiliśmy to dużym napięciem.

Teraz mówię “pas” stale wysokiemu napięciu. Chcę być prawdziwym self-regowcem, a nie – zasuwać jak cyborg na kilkunastu frontach, jak to mam w zwyczaju. Na czas wakacji planuję prawdziwą regenerację, czas z dziećmi i… pisanie, które też mnie regeneruje. Będę tu z Wami częściej i wrócę do źródeł tego bloga: zacznę pisać książkę “DyleMatki”. Marzenia się nie spełniają – marzenia się spełnia. Bądźcie ze mną!

Dlaczego film “Tully” budzi mój sprzeciw

Dwa tygodnie temu spontanicznie postanowiłam wybrać się do kina na film „Tully” i chciałabym podzielić się z Wami emocjami i przemyśleniami, jakie we mnie wywołał. Od kiedy zostałam mamą, chodzę do kina średnio raz w roku, więc była to dla mnie wyjątkowa wyprawa. Zostawiłam moją trójkę dzieci pod opieką niani, żeby obejrzeć perypetie innej mamy trójki dzieci, którą też wspiera niania, tytułowa Tully. Widziałam zwiastun filmu i czytałam kilka powierzchownych recenzji oraz sporą liczbę wypowiedzi widzów płci żeńskiej. Padały sformułowania: „poruszający”, „mocny”, „ukazuje prawdziwe macierzyństwo”.

Uwaga (SPOILER ALERT): w dalszej części wpisu zdradzę, jak kończy się „Tully”. Jeśli nie oglądaliście tego filmu i chcecie się na niego wybrać, sami zdecydujcie, czy chcecie czytać dalej.

Liczyłam na porcję wzruszeń i refleksji oraz swego rodzaju katharsis, po którym wyjdę z kina z nową energią, jednak przydarzyło mi się co innego. Oglądając amerykański film, zwykle na początku czuję zaciekawienie, potem sprawy się komplikują i przeżywam wraz z bohaterami trudne emocje, ale w końcu wszystko jakoś się układa i seans kończę „domknięta”. Film „Tully” wywołał we mnie inny ciąg stanów emocjonalnych: niemal od początku byłam zaniepokojona, potem poczułam ulgę i radość, ale od pewnego momentu czułam sprzeciw i rosnący niepokój. Jest to przynajmniej po części efekt moich oczekiwań, ukształtowanych przez reklamy i płytkie recenzje, a po części – moich własnych doświadczeń macierzyństwa.

Skąd ten niepokój, który czułam od początku, obserwując główną bohaterkę u progu potrójnego macierzyństwa? Kiedyś mój dobry znajomy zażartował, że matkę wielodzietną można poznać na pierwszy rzut oka: ona nigdy się nie uśmiecha. O Marlo, głównej bohaterce „Tully”, można powiedzieć coś podobnego. Na krótko przed narodzinami trzeciego dziecka przez większość czasu albo na jej twarzy maluje się duże napięcie, albo ma zamiast twarzy maskę bez wyrazu. Jedynie w nielicznych momentach wygląda na spełnioną – na przykład w tym, bardzo dla mnie wzruszającym, w którym szczotkuje ciało synka (ja też stosowałam na Dużym procedurę Wilbarger). Jeszcze przed porodem swoimi autoironicznymi „żartami” Marlo woła o pomoc, ale otoczenie nie słyszy tego wołania. „Chcę się zabić” – mówi głucho bohaterka, a jej mąż natychmiast uspokaja dzieci: „Mama żartuje jak klaun, cha cha”. W innej scenie Marlo opowiada bez cienia uśmiechu zamożnej i zadbanej bratowej, że czuje się jak barka pełna śmieci, która dryfuje wzdłuż wybrzeża, a śmieci w końcu zostaną spalone. Bratowa reaguje osłupieniem, potem pełnym zażenowania chichotem, po czym przyznaje: „Ja w dziewiątym miesiącu ledwo byłam w stanie pójść na siłownię”. (W tym momencie sama głośno prychnęłam z irytacji.)

W ostatnich dniach ciąży Marlo ewidentnie ma obniżony nastrój, ale po porodzie jej zachowanie w moim odczuciu – moim, czyli nie specjalistki, lecz matki z podobnym doświadczeniem – wskazuje na depresję poporodową. Nie mam na myśli snucia się z kąta w kąt w piżamie czy byle jakim dresie, tępego wpatrywania się w telewizor, odpuszczania ważnych dla niej zasad (np. nieużywania przez dzieci urządzeń z ekranami podczas posiłku), bałaganu w domu. To wszystko można uzasadnić zmęczeniem po trzecim porodzie, w wieku ponad 40 lat, oraz stresem wywołanym trudnościami rozwojowymi starszego synka i niewystarczającym wsparciem ze strony męża i innych bliskich osób. Mój niepokój wzbudziło to, jak mechanicznie Marlo opiekuje się nowonarodzoną córeczką. Zmienia jej pieluchy, karmi piersią, wstaje w nocy, słysząc jej płacz przez elektroniczną nianię (jaka szkoda, że Amerykańska Akademia Pediatrii odradza spanie z niemowlęciem w jednym łóżku!), kołysze, usypia, odciąga dla niej mleko, zapewne na czas, kiedy wróci do pracy po urlopie macierzyńskim. Jednak nie widać, żeby nawiązywała więź z noworodkiem: nie patrzy jej w oczy, nie przemawia do niej czule, praktycznie nie używa jej imienia, nazywając ją „ona”, „mała” lub „niemowlę”. Dopiero nocna niania, Tully, dopytuje Marlo o imię córeczki i konsekwentnie namawia ją do okazywania Mii czułości. Marlo jest pusta, jak sama przyznaje – i nie ma na myśli opróżnionej przez Mię prawej piersi. Co na to mąż, w sumie dobry chłop i raczej zaangażowany (zważywszy obowiązki zawodowe) tata? Nic. Napieprza wieczorami w zombie. Wiem, też jest zestresowany i przeciążony, oboje są w błędnym kole stresu, zwanym też czarną dupą, ale Marlo autentycznie cierpi i bardzo potrzebuje kogoś, kto jej pomoże.

Kiedy zjawia się Tully, wszystko zaczyna się układać i to właśnie wtedy czuję ulgę i radość, jednak potem mój niepokój rośnie, zmieniając się w przerażenie. Marlo odżywa, zaczyna nawiązywać więź z córeczką i czerpać radość z kontaktów ze starszymi dziećmi. Odważnie staje po stronie synka i wspiera go w pierwszym dniu w nowej szkole. Myślę sobie: „Cudownie, wreszcie otrzymała wsparcie i odbiła się od dna, może nawet specjalista nie będzie potrzebny”. A potem… potem czuję się dziwnie, kiedy Marlo i Tully zostawiają w uśpionym domu niemowlę i piją na zewnątrz alkohol. Kiedy aranżują seks z mężem Marlo, czuję sprzeciw, dezorientację i niepokój, a kiedy zostawiają Mię praktycznie bez opieki i udają się na pijacką eskapadę na Brooklyn, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Tully, zatrudniona po to, aby opiekować się nocami niemowlęciem, zachęca Marlo do porzucenia malutkiej córeczki i takiego zachowania, które naraża jej własne zdrowie i życie. W końcu sama Tully okazuje się być wymysłem wyobraźni Marlo, inkarnacją umęczonego skrajnym niewyspaniem i wyczerpaniem umysłu, reminiscencją samej siebie sprzed lat. Czy z czymś Wam się to kojarzy? Halucynacje, narażanie zdrowia i życia dziecka i własnego? To psychoza poporodowa. Mój głęboki sprzeciw budzi to, że realizatorzy filmu zrównali tę niezwykle niebezpieczną i na szczęście stosunkowo rzadką kondycję z depresją poporodową i zasugerowali (tak mi się przynajmniej wydaje), że można ją wyleczyć, włączając męża w obowiązki domowe. Nie, nie można. Psychoza wymaga leczenia psychiatrycznego. Swoją drogą, to ciekawe, że po obejrzeniu Tully i sformułowaniu w głowie niniejszego wpisu przeczytałam recenzję napisaną przez położną, która ma identyczne zastrzeżenia, co ja.

Właśnie dlatego stwierdzenie, że „Tully” prezentuje obraz prawdziwego macierzyństwa jest moim zdaniem równie trafne, co stwierdzenie, że film „Sypiając z wrogiem”, którego bohaterka grana przez Julię Roberts ucieka od katującego ją męża, prezentuje obraz prawdziwego małżeństwa. Owszem, film pod wieloma względami bardzo prawdziwie oddaje rzeczywistość świeżo upieczonej matki wielodzietnej. Moje uznanie budzi przede wszystkim realistyczne ukazanie karmienia piersią: częste nocne karmienia noworodka, smarowanie podrażnionych brodawek lanoliną, wielkie plamy z mleka na bluzce podczas wysiłku fizycznego, odciąganie pokarmu (i ten przewracający się woreczek strunowy z mlekiem! Mistrzostwo!), ból przepełnionych piersi podczas pierwszych przespanych przez niemowlę nocach, nawet posapywanie małego ssaka przy piersi – to wszystko naga prawda. Ale też uśmiechałam się ze zrozumieniem i współczuciem, kiedy rodzina wychodziła rano w pośpiechu i nerwach do pracy i szkoły; kiedy spocona, zdyszana i byle jak ubrana Marlo przytachała na spotkanie z dyrektorką szkoły noworodka w foteliku samochodowym; kiedy synek Marlo mimo upomnień raz po raz kopał fotel kierowcy; kiedy malutka Mia rozkrzyczała się w samochodzie akurat wtedy, gdy Marlo była bliska łez; kiedy Marlo usypiała córeczkę, podskakując na piłce (mamy high need babies, jak się poczułyście, kiedy ktoś wreszcie pokazał to w amerykańskim filmie?). Choć mam nieporównanie większe wsparcie w opiece nad dziećmi, niż Marlo, są takie momenty, kiedy moja twarz jest zestresowana albo bez wyrazu jak jej twarz. No dobrze, przyznaję: bardzo często około godziny 20 właśnie tak wyglądam, porównanie z barką ze śmieciami jest nie od rzeczy. Jednak to są chwile, kilka procent mojego życia. Wiele kobiet przeżywa macierzyństwo właśnie tak, jak Marlo; wiele kobiet przeżywa małżeństwo tak, jak bohaterka filmu „Sypiając z wrogiem”. Depresja czy wręcz psychoza poporodowa oraz przemoc w związku to ich realne, niezwykle trudne doświadczenie. Jednak ani pozostawienie małego niemowlęcia pod „opieką” śpiącego i niczego nieświadomego męża i szalony pijacki wypad do baru w towarzystwie wyimaginowanej niani, ani mąż bijący żonę za to, że nierówno powiesiła kuchenne ściereczki NIE SĄ I NIE POWINNY BYĆ NORMĄ. Jedna i druga sytuacja wymaga dużej uważności bliskich cierpiącej kobiecie osób i wsparcia profesjonalistów. Bardzo Was proszę, bądźcie uważni na siebie i bliskich…

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “#Movie #Poster Tully (2018) [1382 x 2048]” (CC BY-NC-ND 2.0) by junaidrao

O konsekwencjach i słuchaniu swojego serca

Dziś podzielę się z Wami refleksją na temat konsekwencji i słuchania swojego serca. Jak już kiedyś wspominałam, ten blog sam się pisze, nie mam nad nim kontroli: jeśli coś mnie mocno poruszy, nie spocznę, dopóki tego nie zapiszę – tu lub, ostatnio znacznie częściej, w moim dzienniku. Od pewnego czasu pracuję nad kolejnym wpisem z miniserii na temat wspierania rozwoju dziecka. Pracuję nad nim głównie w głowie, bo na pisanie bloga mam czas jedynie późną nocą, kiedy już zrobię to, co niezbędne ze względu na moje różne zobowiązania. W głowie kłębią mi się wpisy i fragmenty mojej książki “DyleMatki”, ale dopóki nie znajdę niani, która odciąży mnie przedpołudniami, większość tych treści musi pozostać w mojej głowie. (Mówiąc wprost: znajdźcie mi nianię, żebym znów nie znalazła się w czarnej…)

Dziś rano Mąż, Duży i Mały musieli się spieszyć, bo Mały wraz ze swoją grupą miał o 8:45 wyjechać z przedszkola na występ na festiwalu piosenek dziecięcych. W przedpokoju leżała przygotowana na tę okoliczność bluzeczka w stylu marynarskim, w którą Mały miał się przebrać przed występem. Nasz czterolatek był bardzo podekscytowany i kilka razy powtarzał, że musi zabrać bluzkę, więc założyłam błędnie, że albo on, albo Mąż będzie o tym pamiętał przed wyjściem. O 8:40 zestresowany Mąż zadzwonił z przedszkola z pytaniem, czy dam radę w ciągu pół godziny dostarczyć bluzkę do domu kultury. Nie było na to szans: w piżamie, z mokrymi po umyciu włosami, smażyłam głodnemu Malutkiemu jajecznicę. Mąż zestresował się jeszcze bardziej, ale też nie mógł już zawrócić, bo miał w pracy spotkanie. Zrobiło mi się żal Małego i zaczęłam się zastanawiać, jak by tu zorganizować przekazanie mu bluzki. Znajoma, z którą przez chwilę rozmawiałam, zaproponowała skorzystanie z przesyłki poprzez ubera lub kuriera rowerowego. Dopiero to pomogło mi się zreflektować: nie byłam gotowa na takie starania. Trudno, stało się, Mały wystąpi bez przebrania.

Od pewnego czasu pozwalam moim dzieciom ponosić konsekwencje swoich działań. W takich sytuacjach, jak dziś – a przy trójce małych dzieci i przemęczonym Mężu zdarzają się one często – w pierwszym odruchu mam ochotę stanąć na głowie, żeby komuś nie było przykro, smutno, trudno. Dawna ja wcisnęłaby Malutkiemu do ręki coś słodkiego i z mokrymi włosami popędziła z bluzką do domu kultury. Obecna ja robi bilans korzyści i kosztów i nie staje na głowie. Już wiem, że dziecko nie może nauczyć się radzić sobie z frustracją inaczej, niż… przeżywając raz na jakiś czas frustrację. Przypomina mi się zdjęcie krążące swego czasu na Facebooku, przedstawiające kartkę z prośbą do rodziców w pewnej szkole: “Jeśli przyjechałeś/-aś, żeby przywieźć swojemu dziecku coś, czego zapomniało wziąć z domu, odwróć się na pięcie i wyjdź. Pozwól mu ponieść konsekwencje i nauczyć się czegoś.” Jestem jednak daleka od podejścia “Nie zawiozę mu tej bluzki, niech się nauczy, i Mąż też”. To by było w moim odczuciu raczej tak zwane wyciąganie konsekwencji, czyli karanie – konsekwencji nie trzeba wyciągać, one same się pojawiają.

Uderza mnie jednak, jak trudno mi jest nie chronić dzieci przed frustracją i rozczarowaniem i jak bardzo sama przeżywam ich trudne emocje. Mam świadomość, że nie jestem w stanie pamiętać o wszystkich drobnych sprawach do załatwienia. (O ironio! W tym momencie przerwałam pisanie, żeby zadzwonić do sali zabaw i zarezerwować ją na imprezę urodzinową Dużego, a następnie wpisać do kalendarza termin przelewu zaliczki. Dopisałam też do listy zakupów karmę dla psów lub kotów – przedszkole Dużego organizuje zbiórkę na rzecz schroniska dla zwierząt. I co ze scenariuszem przedstawienia w teatrze rodziców? Nadal go nie dostałam! Mam być drzewem czy krasnoludkiem? Skąd wezmę przebranie?) Moja głowa to wie, a mimo to dziś rano humor na moment mi się zwarzył. Dobrze chociaż, że dzięki praktykowaniu Self-Reg nie poczułam irytacji wobec Małego czy Męża ani też nie złajałam się w myślach za to, że nie dopilnowałam tej sprawy osobiście… Dlaczego tak bardzo chciałabym zmieść sprzed nóg moich dzieci wszelkie przeszkody? Dlaczego często mocniej, niż oni sami przeżywam ich rozczarowania? Matka Polka? Matka kwoka? Matka helikopter? Czy może po prostu matka…?

Chcę napisać o jeszcze jednym rodzaju konsekwencji: o wytrwałości w działaniu i osiąganiu celów. W tej dziedzinie jestem bardzo dobra: od dzieciństwa stawiam sobie i skutecznie realizuję długoterminowe, dość ambitne cele. Niedawno w tym monolicie mojej konsekwencji pojawiła się trudna do pominięcia wyrwa, o której może kiedyś opowiem, a dziś sama zadałam jej kolejny cios. Otóż Malutki miał dziś o godzinie 11 w centrum Warszawy zajęcia montessoriańskie, które oboje bardzo lubimy, a moja konsekwencja wyraża się między innymi w tym, że nigdy nie rezygnuję z zajęć dzieci lub własnych z powodu innego, niż choroba lub brak możliwości dotarcia na miejsce. Kiedy wyruszyłam na te zajęcia, coś we mnie zaczęło bardzo mocno się buntować i ostatecznie, niewiele myśląc, poszłam za głosem serca i skręciłam w kierunku domu kultury.

Głos mojego serca wydawał się bredzić. Nie było wiadomo, o której godzinie między 9 a 12 odbędzie się występ grupy Małego. Właśnie dlatego wcześniej odrzuciłam pomysł towarzyszenia mojemu średniemu synowi: robiło mi się słabo na myśl o przebywaniu przez dłuższy czas w wielkiej, głośnej sali pełnej przedszkolaków wraz z Malutkim, który ostatnio eksploruje otoczenie, ostro i bardzo głośno protestując przeciwko jakimkolwiek ograniczeniom. Niewątpliwie zaprezentowałby swoje znakomite umiejętności piszczenia i zagłuszył występ, gdybym nie pozwoliła mu na zabawę sprzętem nagłaśniającym. Jadąc tam, wiedziałam, że mam niewielkie szanse zobaczenia mojego czterolatka na scenie. Jednak zaparkowałam przed domem kultury i, taszcząc fotelik z Malutkim, który chwilę wcześniej zasnął, odnalazłam właściwe drzwi. Weszłam do ciemnej sali teatralnej, postawiłam fotelik na podłodze i… usłyszałam, jak konferansjer zapowiada występ grupy Małego! Znalazłam się koło sceny chwilę przed tym, kiedy wszedł na nią Mały i dziwnym trafem stanęłam tak blisko niego, jak to tylko było możliwe. Mały zobaczył mnie mimo blasku reflektorów i uśmiechnął się tym swoim uśmiechem rozjaśniającym całą buzię, a ja popłakałam się z radości. Występ był nieskoordynowany, dzieci śpiewały niewyraźnie i nie do rytmu. Dla mnie – mistrzostwo świata!

A potem? Potem znów posłuchałam głosu serca i zamiast na zajęcia, pojechałam z Malutkim do parku. Wierzcie lub nie: to były pierwsze świadome wagary w moim 39-letnim życiu. Czułam się dziwnie, zmieszana, oszołomiona, nieco zagubiona. Nie mam wątpliwości, że tego potrzebowałam. Malutki był zachwycony, kiedy mógł 2398762653 razy wejść po czterech płaskich schodkach i zejść po nich w dół. Po co komu kursy mindfulness i przeróżne przedsięwzięcia z zakresu rozwoju osobistego? Wystarczy mieć dzieci…