Self-reg, część 4: Jak kształtujemy mózgi naszych dzieci

W moim czwartym poście na temat self-reg opowiem o tym, dlaczego ta metoda stanowi naukowe podwaliny rodzicielstwa bliskości. Ponownie podkreślam, że nie jestem psychologiem, neurobiologiem czy lekarzem, jeśli więc specjaliści znajdą w moich wywodach błędy i nieścisłości, będę bardzo wdzięczna za ich wskazanie. Przypominam, że pierwszy post z tego cyklu dotyczył pięciu obszarów stresu, w drugim opisałam, o co chodzi w metodzie self-reg, a w trzecim opowiedziałam o sytuacji, w której udało mi się w zdrowy sposób wyregulować samą siebie. A już wkrótce powrócę do mojego cyklu postów na temat złości.

Szczególną cechą gatunku ludzkiego jest tzw. wtórna bezradność (ang. secondary altriciality), która sprawia, że ludzkie niemowlę jest ekstremalnie wrażliwe na skutki porzucenia przez opiekunów. Człowiek rodzi się całkowicie bezradny – przez długi okres nie potrafi sam się przemieszczać ani zdobywać pożywienia, zatem warunkiem jego przetrwania jest stała opieka dorosłego opiekuna. Nie to jest w nas wyjątkowe – podobnie bezradne są liczne gatunki ssaków, np. koty czy myszy. Jednak w ich przypadku natura zadbała o mechanizm kompensacyjny w postaci dużego miotu: z wielu urodzonych szczeniąt czy myszek któreś najprawdopodobniej przeżyje. Ludzki “miot” jest natomiast tak mało liczny, jak miot ssaków, które przychodzą na świat w dużej mierze samodzielne i mogą przeżyć bez dorosłego osobnika, jak sarny czy konie. Z ewolucyjnego punktu widzenia powinniśmy więc szybko wyginąć jako gatunek. Dlaczego tak się nie stało? Bo Matka Natura wyposażyła nas w szczególny mechanizm kompensacyjny.

Wtórną bezradność ludzkiego gatunku kompensuje więź między niemowlęciem a jego dorosłym opiekunem, która jest niezwykle silnym biologicznym (tak!) mechanizmem. Tę więź buduje szereg zachowań i odruchów zarówno po stronie niemowlęcia, jak i matki czy w ogóle dorosłych. Ludzki noworodek widzi bardzo słabo, ale żywo reaguje na wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu przypomina ludzką twarz. Pewien eksperyment pokazał, że noworodki w ogromnym skupieniu wpatrywały się w kropki i kreski ułożone tak, aby tworzyć zarys oczu, nosa i ust, a traciły zainteresowanie obrazkiem, jeśli ułożono je w inny wzór. Nowonarodzony człowiek potrafi też imitować mimikę pochylonego nad nim dorosłego – w ślad za nim wysuwa język czy otwiera szeroko usta. Z kolei dorosły odczuwa silny dyskomfort, słysząc płacz niemowlęcia i ma ogromną potrzebę ukojenia go (chyba, że sam jest w trybie walki i ucieczki – wówczas może odczuwać złość). Dorośli, a nawet kilkuletnie dzieci we wszystkich kulturach odruchowo mówią do dzieci, używając tzw. baby talk, czyli powolnego, bardziej śpiewnego i wysokiego tonu głosu, który jest dla malutkiego adresata przyjemniejszy i łatwiejszy w odbiorze (obserwuję to u moich starszaków, kiedy rozmawiają ze swoim najmłodszym bratem). Karmienie piersią, czyli warunek przetrwania noworodka i małego niemowlęcia w naturalnym środowisku, wyzwala i w dziecku, i w matce reakcje biochemiczne sprawiające, że oboje czerpią z tego przyjemność. Te i wiele innych mechanizmów powoduje, że dorosły chce się opiekować maluchem, być blisko niego i odpowiadać na jego potrzeby.

Pod względem rozwoju mózgu człowiek przez kilka pierwszych miesięcy po narodzinach jest nadal “płodem na zewnątrz macicy” (ang. fetus outside the womb). Mózg nowonarodzonego dziecka jest około cztery razy mniejszy, niż mózg dorosłego i w ciągu pięciu lat osiąga aż 95% swojej ostatecznej wielkości. Kluczowy jest jednak nie sam rozmiar, lecz budowa mózgu noworodka, a konkretnie to, że odpowiedzialna za wyższe funkcje kora nowa jest bardzo słabo wykształcona (o uproszczonej budowie ludzkiego mózgu pisałam tutaj). Kiedy więc nazywam niespełna półrocznego Malutkiego małym ssakiem, nie jestem daleka od prawdy. Zachowanie takiego malucha najsilniej kształtują procesy zachodzące w mózgu ssaczym, czyli głównie układzie limbicznym. Co najmniej do trzeciego roku życia dziecko ma “emocje na wierzchu”. Kora nowa dopiero się kształtuje w interakcji z opiekunem, który pełni rolę tzw. mózgu zewnętrznego (ang. interbrain). Kontrola popędów, myślenie strategiczne, zdolność do empatii, zachowanie zgodne z normami społecznymi – wszystko to dorośli opiekunowie “wkładają” do mózgu malucha (lub nie) poprzez swoje zachowanie.

U malutkich dzieci i ich opiekunów szczególnie silnie działa rezonans limbiczny, czyli wyczuwanie i przejmowanie emocji drugiego człowieka nawet bez słów. Pod tym względem wszyscy przypominamy stado gazel na sawannie: gdy jedna z nich zauważy drapieżnika, pozostałe momentalnie odczuwają jej niepokój. To dlatego tak łatwo o wściekłość rankiem w zatłoczonym autobusie lub podczas meczu na stadionie. Pobudzone układy limbiczne komunikują się ze sobą za pomocą mowy ciała, także bardzo drobnych i trudnych do kontrolowania zmian w mimice, rozszerzenia źrenic itd.; Shanker nazywa to mózgowym wi-fi. To właśnie ten mechanizm sprawia, że kiedy ich rodzice są podminowani, małe dzieci stają się nerwowe, dodatkowo irytując tym rodziców, co z kolei zwiększa nerwowość dzieci. Ten sam mechanizm powoduje, że matkom high need babies grozi wypalenie i depresja poporodowa, jeśli mają małe wsparcie (to moja historia). Ważne jest to, że jeśli rodzic siłą woli powstrzyma się od krzyku czy innej formy agresji i mówi spokojnym tonem, ale w środku gotuje się ze złości, dziecko – zwłaszcza wrażliwe – czuje ogromny dysonans poznawczy i często reaguje w sposób trudny do zaakceptowania dla rodzica (to też moja historia). Przerwanie takiego błędnego koła stresu leży w gestii dorosłego, a służyć temu może self-reg.

Kluczowe jest to, że reaktywność młodego człowieka na stres i jego zdolność do samoregulacji są wypadkową jego genów oraz zachowania dorosłych, którzy sprawowali nad nim opiekę. Jak mawia Stuart Shanker, podstawową jednostką rozwoju jest para (domyślnie: dziecko plus dorosły; ang. “The fundamental unit of development is the dyad”). Jeśli dorośli otaczający dziecko od urodzenia – mama, tata, dziadkowie, niania, opiekunki w żłobku czy przedszkolu – generalnie umieją odpowiadać na jego potrzeby, rozumieją oznaki stresu i pomagają mu w nauce samoregulacji, to takie dziecko najprawdopodobniej rozkwitnie i w dużej mierze wykorzysta swój potencjał. Jeśli natomiast będzie notorycznie karane w sytuacjach, kiedy zachowało się niewłaściwie pod wpływem stresu, jeśli ciągle słyszy, że jest niegrzeczne, niedobre, mama przez niego osiwieje, a babcia dostanie zawału, to jest duże prawdopodobieństwo, że faktycznie zacznie wykazywać aspołeczne zachowania (oraz, że przedwcześnie zakończy edukację). Chcę w tym miejscu bardzo mocno podkreślić słowa “notorycznie” i “ciągle”. Chodzi o zasadę – coś, co zdarza się niemal zawsze, a nie jedynie od czasu do czasu, kiedy opiekunowie sami są w zbyt złej formie, żeby zadbać o dziecko. Pod żadnym pozorem nie należy wpadać w paranoję, że okazjonalnym gderaniem, krzykiem czy nawet klapsem, który nam się przydarzył, na zawsze zerwaliśmy relację i podcięliśmy dziecku skrzydła. Self-reg to też łagodność dla siebie i dbanie o własną energię m.in. poprzez niebiczowanie się w myślach i niepozwalanie, aby nękał nas wstyd i złość na nas samych (o myślach-zapalnikach napiszę wkrótce).

Dowiedziawszy się tego, o czym napisałam powyżej, w pierwszym odruchu pomyślałam, że Duży miał pecha. Nie dość, że przyszedł na świat obciążony różnymi trudnościami rozwojowymi (o których pisałam tu), to jeszcze trafił mu się kiepski mózg zewnętrzny. Jako świeżo upieczona matka byłam zestresowana, samotna, niepewna, przez pewien czas w depresji, wyczerpana spełnianiem potrzeb wymagającego niemowlęcia. Oprócz mnie przez niemal cały pierwszy rok życia Duży nie miał bliskiego opiekuna, bo Mąż był przez większość czasu nieobecny albo ciałem, albo duchem. Niania, którą zatrudniliśmy, kiedy Duży miał niecały rok, okazała się po pewnym czasie oszustką i złodziejką i raczej nie dbała o niego tak, jak tego oczekiwałam. Nic dziwnego, że Duży ma ewidentnie podwyższoną reaktywność na stres, a jego naturalnym stanem jest stan nadmiernego pobudzenia. W porównaniu z nim Mały miał o wiele lepsze warunki rozwoju: ja byłam o wiele bardziej zrelaksowana i spokojna, Mąż zaangażował się w opiekę nad dziećmi i nawiązał z Małym silną więź, nieco częściej zaczęły nas odwiedzać nasze mamy, a na dodatek zatrudniliśmy cudowną, bliskościową Nianię, której nie oddamy jeszcze przez kilka lat. Malutki ma to wszystko, a jako wisienkę na torcie także dwóch starszych braci, którzy go uwielbiają.

Na szczęście nigdy nie jest za późno, żeby zmienić trajektorię losu dziecka czy nawet dorosłego. Przykładem tego jest choćby moja praca nad złością, którą podjęłam po trzydziestym roku życia. Shanker twierdzi z ogromnym przekonaniem, że self-reg może pomóc każdemu niezależnie od jego wieku i doświadczeń. Kanadyjscy terapeuci, nauczyciele czy pracownicy socjalni stosują self-reg w swojej pracy z “trudnymi” pacjentami, podopiecznymi czy klientami i notują wyraźną poprawę ich funkcjonowania. Mnie ta metoda już pomogła. Teraz staram się przy jej wykorzystaniu pomóc mojemu pierworodnemu.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Uganda Kobs (Kobus thomasi)” (CC BY-SA 2.0) by Bernard DUPONT

Uprzejmie i stanowczo, czyli o Pozytywnej Dyscyplinie

 

Czy wychowanie w duchu rodzicielstwa bliskości daje się pogodzić z dyscypliną? Oczywiście, że nie – odpowiedziałabym jeszcze kilkanaście miesięcy temu. Dyscyplina to przecież rygor, surowe zasady i kary wymierzane za ich nieprzestrzeganie, wstrętna behawiorka łamiąca kształtującą się osobowość małego dziecka. Nigdy nie chciałam, żeby moje dzieci były przede wszystkim posłuszne i w sumie nadal nie jest to istotny cel mojego wychowania (dlaczego, to temat na osobny post).

Odrzucałam pomysł dyscyplinowania dzieci, a one wchodziły mi na głowę. Wiem, to określenie niezgodne z NVC; moje dzieci po prostu zaspokajały swoje potrzeby, stosując dostępne dla nich na danym etapie rozwojowym strategie. Jak zwał, tak zwał. Dzieci zaspokajały swoje potrzeby, a moje potrzeby – zwłaszcza spokoju, porządku i łatwości – były stale niezaspokojone. Gdyby nie mój azyl, czyli praca w banku (praca! pracunia! pracusia!), zwariowałabym chyba. Moi synowie robili tylko to, na co mieli ochotę, a wszystko inne musiałam żmudnie negocjować. Oto typowy dialog z moim wówczas czteroletnim pierworodnym: “Duży, schowaj proszę swoje buty do szafki.” – “Nie mam ochoty.” – “Potykam się o nie i mnie to złości.” – “Przykro mi, że cię to złości. Ale w takim razie sama je schowaj, skoro CIEBIE to złości”. W świetle ortodoksyjnego rodzicielstwa bliskości miał rację. Jednocześnie nie chciałam stale po nim sprzątać ani godzić się na bałagan, dopóki – być może za kilka lat – nie uwewnętrzni potrzeby porządku i nie zacznie z własnej inicjatywy sprzątać po sobie. Myśli, które kłębiły mi się i nadal kłębią w głowie przy okazji takich utarczek zasługują na osobny post. Problem dotyczył nie tylko chowania butów do szafki czy sprzątania po sobie w ogóle, ale też niemal każdej czynności, którą Duży uważał za mniej atrakcyjną od zabawy. Zupełnie niebliskościowo gderałam, podnosiłam głos oraz uciekałam się do szantażu emocjonalnego, a efekty i tak były mizerne.

Kiedy moja frustracja i irytacja sięgały zenitu, usłyszałam o Pozytywnej DyscypliniePrzy pierwszej okazji – podczas kobiecego festiwalu rozwoju osobistego Progressteron – wzięłam udział w warsztacie Joanny Baranowskiej wprowadzającym do tej metody. Asia jest “coachem mam na własnych zasadach”, pomagającym matkom wyjść z domowych pieleszy, oraz edukatorką i promotorką Pozytywnej Dyscypliny. Warsztat odbył się w lodowatym i wietrznym marcowym dniu, a ja wyszłam z niego wewnętrznie rozgrzana, z nadzieją, radością i dobrą energią. Asia jest tak inspirującą i pozytywną osobą, że nadal utrzymuję z nią kontakt i biorę udział w jej rocznym wyzwaniu rozwojowym “Uwolnij moc”. Uczestnicząc w (darmowych) webinariach i obserwując dyskusje w jej grupie na Facebooku, widzę, że pomaga mamom pokonać różne ograniczenia i uwierzyć w siebie. To kawał dobrej roboty i sporych rozmiarów cegiełka zmieniająca świat na lepszy.

Pozytywna Dyscyplina (PD) to metoda wychowawcza oparta jednocześnie na uprzejmości i stanowczości wobec dziecka – złoty środek między nadmierną surowością a zbytnią pobłażliwością. W mojej ocenie to też złoty środek między bliskościową ortodoksją a podejściem behawioralnym. Przez “bliskościową otodoksję” rozumiem demokratyczne wychowanie bez kar, nagród, pochwał i jakiegokolwiek szantażu emocjonalnego. Według jego zwolenników komunikat “będę zła, jeśli nie sprzątniesz butów” wypowiedziany w celu skłonienia dziecka do schowania butów do szafki nie jest ok, bo rodzic w ten sposób manipuluje dzieckiem i obciąża je swoimi emocjami. Z kolei przez behawioryzm rozumiem podejście oparte na systemie świadomie stosowanych wzmocnień, opanowanym do perfekcji i propagowanym przez Supernianię. Behawioryści, jak wskazuje nazwa stosowanego przez nich podejścia, skupiają się na zachowaniu, a nie jego motywach (np. potrzebach i emocjach) i uważają, że każde zachowanie dziecka można zmienić w relatywnie krótkim czasie przy zastosowaniu odpowiednich metod.

Dualizm, o którym piszę, jest odzwierciedlony w nazwie “Pozytywna Dyscyplina”. Słowo “pozytywna” podkreśla aspekt bliskościowy i wiarę w to, że dziecko zachowuje się zawsze najlepiej, jak potrafi. Według PD podstawowym celem dziecka jest przynależeć i czuć się ważnym, a niewłaściwe zachowanie najczęściej wynika z tego, że dziecko tego celu nie osiąga albo uważa, że nie osiąga. To zbliża PD do porozumienia bez przemocy: według jego twórcy Marshalla Rosenberga wzbogacanie życia innych to podstawowa potrzeba każdego człowieka. Natomiast słowo “dyscyplina”, jak wyjaśnia twórczyni PD, amerykańska psycholożka Jane Nelsen, “pochodzi od łacińskich słów disciplus lub disciplini, oznaczających osobę, która podąża za prawdą, zasadami lub nauczycielem” (J. Nelsen, “Pozytywna dyscyplina“, CoJaNaTo, Warszawa 2015, s. 45). Według PD rodzic ma wpływać na zachowanie dziecka przy uwzględnieniu jego potrzeb i emocji. Celem tej metody jest zatem pozyskanie dziecka do współpracy w sposób pełen szacunku i empatii, a jednocześnie skuteczny. Chodzi o to, aby dziecko uwewnętrzniło zasady życia w rodzinie czy innej społeczności – aby postępowało zgodnie z nimi nie ze strachu przed karą, lecz w wyniku działania motywacji wewnętrznej.

No właśnie, zasady: okazało się, że nasze dzieci ich nie przestrzegały z naszej winy. Po warsztacie spytałam Dużego i Małego, jakie zasady obowiązują w naszym domu. Ich milczenie i nicnierozumiejące spojrzenia powiedziały mi, że najzwyczajniej w świecie nie wiedzą, że w domu obowiązują jakieś zasady. My po prostu nigdy z nimi o tym nie rozmawialiśmy. Wydawało mi się, że wystarczy nie bić dziecka i po każdym jego akcie agresji fizycznej zwracać mu uwagę, że ofiarę to bolało, żeby dziecko wiedziało, że nie akceptujemy bicia. Co ciekawe, Duży bez chwili zastanowienia był w stanie wymienić zasady obowiązujące w przedszkolu, gdzie od początku zachowuje się jak chodzący ideał.

Zwołałam więc spotkanie rodzinne (to ważne narzędzie PD) i wspólnie ustaliliśmy zasady, na których opiera się funkcjonowanie naszej rodziny. Sprecyzowaliśmy po prostu to, co my, rodzice, uważaliśmy za oczywistą oczywistość, lecz przekazywaliśmy dzieciom w sposób niesystemowy, od przypadku do przypadku. Na każdą z zasad dzieci się zgodziły. Nie trzeba było nimi manipulować – wystarczyło spytać, co sprawi, że naszej rodzinie będzie się żyło przyjemniej. Dopytaliśmy chłopaków, czy chcą, żebyśmy wszyscy się bili, krzyczeli na siebie, przezywali się albo niszczyli cudzą własność. Teraz w sytuacji naruszenia zasad po prostu pytamy o to, na co się umówiliśmy w danej sprawie. Zasady i pytania to też narzędzia PD. O innych można przeczytać we wspomnianej wyżej książce i na stronie http://pozytywnadyscyplina.pl, a także usłyszeć, oglądając filmy Joanny Baranowskiej dostępne na youtube i na Facebooku (wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło “Pozytywna Dyscyplina”).

Jak PD ma się do rodzicielskiej złości? Ano tak, że PD pozwala lepiej zrozumieć przyczyny trudnego zachowania dziecka oraz zmniejszyć jego nasilenie. Dzięki temu rodzic ma mniej powodów do złości. Zresztą temat złości zajmuje poczesne miejsce podczas warsztatów i webinariów wprowadzających do PD. Prowadzące wyjaśniają, jak działa mózg małego dziecka, co się dzieje z mózgiem zdenerwowanego rodzica i jak dzięki tej wiedzy osiągnąć lepsze porozumienie. Oczywiście PD nie zawsze działa – ostatnio w ogóle nic nie działa i w nasze życie wkradł się chaos – ale czy jest coś, co działa zawsze i na każdego? W ogólnym rozrachunku kilka drobnych zmian przyniosło spory efekt. Dzięki podstawom PD nasza rodzina nieco lepiej funkcjonuje, a ja uczyniłam kolejny krok na swojej drodze do życia niezatrutego złością.

Niestety zasady to miecz obosieczny: rodzice też muszą się do nich stosować. Biedny Mąż nie może już jadać nawet przekąsek na kanapie przed telewizorem, a biedna ja nie mogę podczas jedzenia czytać, bo małe gady natychmiast zwracają nam uwagę. Ostatnio ze względu na nasze zmęczenie ciągłym hałasem uściśliliśmy zasadę “nie krzyczymy”. Otóż umówiliśmy się, że nie wołamy do siebie z pokoju do pokoju. Jeśli ktoś czegoś chce od osoby znajdującej się w innym pomieszczeniu, to musi się tam udać (zrobi to, jeśli to dla niego wystarczająco ważne – a jeśli nie jest ważne, to tym bardziej nie ma powodu do krzyku). Kto krzyczy, zostanie zignorowany lub wyprowadzony z pomieszczenia, w którym hałasuje. Wyjątki: wołanie rodziców do toalety z prośbą o pomoc i w ogóle wołanie o pomoc w sytuacji, w której ruszenie się z miejsca czymś grozi (zabrudzeniem siebie lub czegoś, zranieniem). Kilka dni temu Mąż zapomniał się i zawołał z kuchni: “Mały, chodź po sok!”. Niespełna trzyipółletni Mały niespiesznie przyszedł do kuchni i oświadczył z godnością: “Złamałeś regułę, tato. Nie krzyczymy. Teraz cię ZINDORUJĘ” – po czym z podniesioną (dosłownie i w przenośni) głową oddalił się w kierunku pokoju dziecięcego. Po chwili wrócił jednak po sok i zastał nas wijących się w konwulsjach ze śmiechu. Życie rodzica bywa straszne, ale bywa też śmieszne.

Chcę być pierwszy!

Dziś rano w naszej łazience rozegrał się łzawy dramat. Nic to dziwnego ani rzadkiego, zważywszy, że Mały ma trzy lata. Piszę o tej konkretnej scenie dlatego, że miała wzruszający happy end i stanowi przykład tego, że za czymś trudnym może kryć się coś pięknego.

Poszło o pierwszeństwo przy myciu zębów, o które Duży i Mały ostro rywalizują. Jest to jeden z licznych obszarów braterskiej rywalizacji, o której nieraz będę tu pisać. Jakiś czas temu umówiliśmy się, że po śniadaniu w pierwszej kolejności ma myte zęby Duży, a przed snem – Mały. Dziś rano Mały uznał jednak, że chce być pierwszy i wyraził swoją wolę wrzaskiem, próbą zrzucenia Dużego ze stołeczka oraz walnięciem go z bańki w czoło (to musiało boleć). Odsunęłam Małego stanowczo, powiedziałam, że nie zgadzam się na bicie i przytuliłam płaczącego Dużego. Mały wpadł w szał i próbował kopać to mnie, to Dużego, krzycząc, że chce być pierwszy.

Agresja Małego wywołała w pierwszej chwili moją złość, ale zdołałam zareagować niezgodnie z pierwotnym odruchem. Przez moment miałam ochotę na niego wrzasnąć, ale na szczęście szybko pojawiła się refleksja, że nie nauczę go w ten sposób panowania nad własną agresją. Przytrzymałam więc tylko wierzgające nogi i powtórzyłam, że nie zgadzam się na kopanie.

Kiedy trochę się uspokoił, ale nadal płakał, tak sobie porozmawialiśmy:
– Jesteś chyba rozzłoszczony, bo chciałeś być pierwszy?
– Tak! Jestem bardzo, bardzo zły i smutny! Chcę, żeby Duży miał zawsze brudne zęby! Nigdy mu nie myj!
– Lubisz, kiedy najpierw myję zęby tobie? Lubisz być pierwszy?
– Tak! Chcę zawsze być pierwszy! Nigdy nie chcę być drugi! Nie lubię być drugi!
– Chcesz być dla mnie ważny, tak?
– Tak… (smutne chlipnięcie)
– Posłuchaj mnie, maluchu. Jesteś dla mnie bardzo, bardzo ważny. Jesteś moim najważniejszym na świecie Małym.
Szeroki uśmiech rozjaśnił zapłakaną buzię.
– Kocham Cię, mamo. Pobawimy się?

I tak oto wybuch trudnych emocji doprowadził do umocnienia mojej więzi z synkiem. Ktoś mógłby ocenić, że jestem permisywną matką, toleruję agresję i wychowuję rozwydrzonego bachora. A ja to widzę tak, że za każdym trudnym zachowaniem kryją się emocje wywołane niezaspokojonymi potrzebami. Jeśli tylko jestem w stanie, to staram się dostrzec te potrzeby i zaspokoić je w sposób akceptowalny dla wszystkich zaangażowanych. To właśnie jest sedno zarówno rodzicielstwa bliskości, jak i porozumienia bez przemocy (NVC). Moje bezproblemowe środkowe dziecko najwyraźniej było niepewne, czy jest dla mnie wystarczająco ważne, bo od zawsze więcej czasu poświęcam wymagającemu i labilnemu Dużemu, a trzy miesiące temu do naszej rodziny dołączył nieodkładalny przez większość czasu Malutki. Nie umiejąc inaczej spełnić swojej potrzeby bycia ważnym dla mamy, trzylatek walczył z bratem o pierwszeństwo przy myciu zębów.

Dlaczego uważam takie podejście za lepsze od tradycyjnego, zgodnie z którym powinnam jakoś ukarać Małego za agresję? Ponieważ jestem w stanie porównać skutki obu tych podejść na podstawie własnego doświadczenia. Nie zawsze bowiem reaguję w taki sposób; czasem warczę, szantażuję, krzyczę na dzieci. Od lat mam problem z własną złością, coraz mniejszy dzięki ogromnej pracy nad sobą. Kiedy reaguję tak, jak dziś, nie tylko umacniam więź z moimi synami, ale też momentalnie rozładowuję nagromadzone w nich napięcie i w efekcie one zachowują się lepiej. Po tej scenie w łazience Mały przez cały dzień był spokojny i radosny oraz zgodnie bawił się z Dużym. Wiem, że gdybym na niego nakrzyczała, co chwila wybuchałyby awantury między braćmi, a wieczorem Mały urządziłby długą histerię “bez powodu”. Naprawdę warto spojrzeć pod powierzchnię trudnych zachowań.

Rodzicielstwo bliskości: nieporadnik dla początkujących

Wspominałam już, że przed narodzinami mojego pierworodnego nie miałam w dorosłym życiu do czynienia z niemowlętami. Dopiero w szkole rodzenia i rodzicielstwa dowiedziałam się, jak zakładać bobasowi pieluchę, jak go kąpać, karmić piersią, nosić w chuście i pielęgnować tak, aby wspierać rozwój wielozmysłowy i motoryczny. Szkoła ta przekazywała wiedzę o ciąży, porodzie i macierzyństwie, odwołując się do idei rodzicielstwa bliskości (dalej: Rb); także polecane przez prowadzącą lektury, które pochłaniałam, były zgodne z tym nurtem.

Rodzicielstwo bliskości (rodzicielstwo więzi, ang. attachment parenting) to koncepcja wychowawcza, opierająca się na fizycznej bliskości i emocjonalnej więzi rodziców z dzieckiem. Za twórców tego nurtu uważa się amerykańskiego pediatrę Williama Searsa i jego żonę Marthę Sears, na których ogromne wrażenie zrobiła tzw. koncepcja kontinuum przedstawiona w 1975 roku przez Jean Liedloff w książce “W głębi kontinuum” (“The continuum concept”). Liedloff spędziła wiele czasu w Wenezueli, obserwując Indian Ye’kuana. Doszła do wniosku, że ich niezwykle pogodne, spokojne usposobienie wynika ze sposobu, w jaki wychowują dzieci: niemowlęta od narodzin przebywają bez przerwy w ramionach matki, innego dorosłego albo starszego dziecka, a opiekunowie starają się odczytywać ich potrzeby i natychmiast je zaspakajać. Rb w ujęciu Searsów jest oparte na siedmiu filarach (ang. seven B’s): bliskości od narodzin, karmieniu piersią, noszeniu dziecka (np. w chuście), spaniu blisko dziecka, traktowaniu płaczu dziecka jako sposobu komunikacji (a nie manipulacji rodzicem), unikaniu “trenerów dzieci” (w rodzaju polskiej Superniani czy “zaklinaczki dzieci”, Tracy Hogg) oraz – tak, tak! – równowadze między potrzebami matki i dziecka.

Myślę, że bez “bliskościowych” lektur i zewnętrznych krytyków (i przy większym wsparciu innych dorosłych) byłabym całkiem fajną bliskościową matką. Choć o siedmiu filarach Rb przeczytałam dopiero później, od narodzin Dużego stosowałam idee Searsów w praktyce, słuchając swojej intuicji. Miałam to szczęście, że więź z synkiem pojawiła się jeszcze przed jego narodzinami, a kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, zalała mnie fala miłości i czułości. Przez pierwsze miesiące miałam potrzebę przebywania z maluchem bez przerwy, czułam się bez niego niekompletna. Uwielbiałam go nosić, kołysać i przytulać i rozpływałam się z zachwytu, kiedy natychmiast uspokajał się w moich ramionach. Skoro w łóżeczku płakał rozpaczliwie, a przytulony do mnie, zasypiał z wyrazem błogości na buzi, nie widziałam powodu (lepszego niż mgliste “żeby się nie przyzwyczaił”), dla którego miałabym upierać się przy odkładaniu go. Karmienie piersią było dla mnie najbardziej naturalną i bezproblemową czynnością na świecie (a więc i pod tym względem miałam dużo szczęścia). Spanie z niemowlęciem w jednym łóżku początkowo budziło moje obawy, ale okazało się cudowną receptą na mój własny niezaburzony sen: Duży “podłączał się” do piersi, kiedy tego potrzebował, nie budząc mnie ani nie wybudzając się sam na dłużej niż sekundy. Nasze fazy snu były zsynchronizowane, dzięki czemu jego pobudki nie wyrywały mnie z głębokiego snu. W rezultacie nigdy nie byłam tak wyspana, jak w pierwszych miesiącach macierzyństwa.

Co zatem poszło nie tak? Po pierwsze, nadmiernie przejęłam się książkami i artykułami z nurtu Rb, co skutkowało silnym stresem wobec płaczu dziecka. Wielu orędowników Rb – należałoby ich raczej nazwać wyznawcami – prezentuje ten nurt jako jedyną słuszną drogę świadomego rodzicielstwa; nawet stosują termin “świadome rodzicielstwo” jako polski odpowiednik angielskiego “attachment parenting”. Czytając te lektury, miałam poczucie, że MUSZĘ stosować się do ich zasad, w przeciwnym razie nie dam mojemu dziecku tego, co najlepsze i wręcz je skrzywdzę – a przecież pierwsze lata życia są decydujące. Szczególnie silne wrażenie zrobiły na mnie sugestywne opisy skutków płaczu niemowlęcia, na który nikt nie reaguje. Oto próbka stylu książki Liedloff: “Okres następujący bezpośrednio po narodzeniu jest najbardziej znaczącą częścią życia poza łonem matki. To, z czym się dziecko wtedy spotka, uzna za naturę życia. (…) do tego przeskoku z łona matki w jej ramiona dziecko jest przygotowane. Nie jest natomiast przygotowane do zmiany innego rodzaju: do przejścia w nicość, martwotę, do wyściełanego koszyka albo plastikowego łóżeczka, gdzie nie ma śladu ruchu, dźwięku, zapachu ani życia. Gwałtowne zerwanie kontinuum matki i dziecka, ciągłości tak mocno utrwalonej podczas faz rozwojowych zachodzących w macicy, może, co jest zrozumiałe, zakończyć się depresją u matki, dla niemowlęcia zaś jest torturą. Każdy nerw pod świeżo wystawioną na wpływy zewnętrzne skórą łaknie objęć; cała istota dziecka, wszystko, czym ono w tej chwili jest, dąży do tego, by się znaleźć w ramionach matki” (Jean Liedloff, “W głębi kontinuum”, Mamania, Warszawa 2010, s. 56-57). Przejmujące, prawda? W rezultacie każde jęknięcie Dużego traktowałam jako sygnał, że dzieje mu się krzywda i zarzut, że niewystarczająco się staram. Ponieważ jęczał, stękał, marudził, narzekał, kwilił, płakał, krzyczał, wył i wrzeszczał często i długo, żyłam w ciągłym stresie i pełna wyrzutów sumienia.

Nadal uważam, że celowe niereagowanie na płacz niemowlęcia jest fatalne, ale na początku macierzyńskiej drogi zabrakło mi choć odrobiny dystansu. Wczesny “trening snu”, sprowadzający się do tego, żeby niemowlę coraz dłużej leżało samo w łóżeczku niezależnie od tego, czy i jak intensywnie płacze (ang. crying it out) jest szkodliwy dla dziecka (można o tym przeczytać choćby tu, tu, tu, tu, tutu, a rewelacyjny przegląd badań naukowych na ten temat po angielsku znajduje się tu). Warto jednak pamiętać, że Liedloff napisała swoją książkę, kiedy obowiązującym paradygmatem w świecie zachodnim było “nie daj dziecku sobą manipulować”, “ono musi wiedzieć, kto tu rządzi”, “nie noś, bo się przyzwyczai”, “musi popłakać, żeby się płuca rozwinęły” itd. Znajoma z pokolenia moich rodziców opowiedziała mi, jak przepłakała kilka nocy, słuchając płaczu swojego sześciotygodniowego dziecka w pokoju obok. Robiła to dla jego dobra, bo według ówczesnej wiedzy żołądek takiego malucha (także karmionego piersią) powinien odpoczywać między 23 a 6 rano. Efektem tego “treningu” było zahamowanie laktacji… Liedloff musiała zatem napisać coś wstrząsającego, nie pokazując drugiej strony medalu – nic innego nie dotarłoby do odbiorców. I chwała jej za to! Ale druga strona medalu jest taka, że dzisiejsze wrażliwe matki tak się przejmują kortyzolem zalewającym mózg ich maleństwa, że zapominają o własnych potrzebach aż do macierzyńskiego wypalenia. Wbrew radzie klasyka: “znaj proporcją, mocium panie”, starałam się uniknąć nawet krótkotrwałego samotnego płaczu Dużego. Kiedy byłam z nim sama w domu, na wszelki wypadek nie podejmowałam aktywności, które trudno porzucić w ciągu sekund i które wykluczają jednoczesne trzymanie dziecka, np. mycia włosów. Nie przyszło mi na myśl, że SAMA (patrz poniżej) nie jestem w stanie zawsze spełnić wszystkich potrzeb mojego wymagającego potomka, bo jestem tylko człowiekiem i czasem potrzebuję najzwyczajniej w świecie zrobić kupę akurat wtedy, kiedy mój syn potrzebuje noszenia i kołysania. Na podstawie szczerych rozmów z wieloma młodymi matkami przypuszczam, że taka postawa jest o wiele bardziej powszechna, niż się może wydawać.

Drugim powodem, dla którego moje Rb zeszło na manowce było to, że otrzymywałam niewielkie wsparcie w opiece nad dzieckiem ze strony innych dorosłych. Podczas mojego pierwszego urlopu macierzyńskiego Mąż spędzał wówczas w pracy około 60 godzin tygodniowo, a ja w tym czasie byłam sama z maluchem. Nasze rodziny mieszkały daleko, przyjaciele także, ze znajomymi z czasów studiów mieliśmy jedynie okazjonalne kontakty, a nawiązywanie nowych znajomości nie przychodziło mi łatwo. W dodatku nie prowadziłam samochodu, a Warszawa nie była przyjazna matkom z wózkami przemieszczającym się komunikacją miejską (to się bardzo powoli zmienia). Przez większość czasu siedziałam więc w domu sama jak palec. Naprawdę dziwię się, że depresja poporodowa pojawiła się dopiero po kilku miesiącach i że do dziewiątego miesiąca życia Dużego ani razu nie poczułam potrzeby uwolnienia się od jego ciągłej obecności.

Trzecim powodem wypaczenia przeze mnie idei Rb było to, że moi najbliżsi nie popierali moich metod. Wprawdzie Mąż lubił przytulać i nosić malucha, uważał karmienie piersią za cud natury i szybko nawiązał więź z Dużym, jednak nie był zwolennikiem Rb w moim ekstremalnym wydaniu. Na moje próby “nawrócenia” go na jedynie słuszną drogę reagował niechęcią i dystansem wobec mnie i synka. Najostrzej krytykowała mnie moja rodzina, w której Duży był pierwszym niemowlęciem od dwóch dekad, postrzeganym jako obiekt szalonego eksperymentu matki, która dała dziecku wejść sobie na głowę. Podczas rzadkich (na moje szczęście) zjazdów rodzinnych wciąż słyszałam: “Nie noś go tak cały czas, niech poleży na macie, musi się nauczyć, że nie jest najważniejszy”, “No to co, że płacze? Nie dzieje mu się żadna krzywda”, “Kiedy wrócisz do pracy, będziecie musieli zatrudnić trzy niańki, bo jedna na pewno nie będzie się tak poświęcać, jak ty”, “Przecież przed chwilą go karmiłaś, ileż można? On tylko chce possać pierś dla przyjemności, nie dawaj mu” (tu nie omieszkałam spytać: “A ty po dwudaniowym obiedzie jesz ten tort z głodu, tak?”), “Sama na siebie bicz kręcisz, wejdzie ci na głowę”, “Za naszych czasów to było nie do pomyślenia, żeby tak ciągle wisieć nad dzieckiem” i tak dalej. I choć intuicja podpowiadała mi, żeby nie zostawiać maluszka samego na macie, kiedy popłakuje, atakowany głosami i zapachami dwudziestu obcych osób w obcym miejscu, nie miałam na sobie pancerza niezależności i wewnątrzsterowności i część tej krytyki zasiała we mnie ziarno niepokoju: “A jeśli oni mają rację? Przecież nie znam dorosłego wychowywanego w nurcie Rb”. To ziarno kiełkowało potem w trudnych momentach, kiedy Duży ząbkował boleśnie, miewał skoki rozwojowe czy lęk separacyjny i byłam przeciążona opieką nad nim.

Opisany powyżej splot czynników sprawił, że pierwsze lata mojego rodzicielstwa były bardzo trudne. Po depresji poporodowej, z którą poradziłam sobie bez leków dzięki wsparciu wspaniałych kobiet – młodych matek z mojego otoczenia, przyszedł czas, w którym zmagałam się z obezwładniającą złością na dziecko, jej wybuchami, a następnie wyrzutami sumienia i próbami skompensowania synkowi doznanej krzywdy. Ale to już inna historia.

//Mój najbliższy warsztat dla wrażliwych i zestresowanych mam: Gdańsk, 2 lutego//