Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią

Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią

 

Dzisiejsze popołudnie było frustrujące dla mnie i Dużego. Jadąc z nim do specjalisty w Pruszkowie, utknęłam na Trasie Toruńskiej w gigantycznym korku związanym zapewne z deszczem. Byliśmy przez to spóźnieni, a ja zostawiłam w domu telefon, więc nie mogłam zadzwonić do rejestracji i powiadomić o tym spóźnieniu ani dowiedzieć się, kiedy najpóźniej musimy się zjawić, żebyśmy zostali przyjęci. Nie miałam też nawigacji, która brałaby pod uwagę korki, więc nie byłam w stanie oszacować, jak bardzo się spóźnimy. Nie mogłam wykluczyć, że spędzimy w samochodzie grubo ponad dwie godziny na darmo. Czara goryczy się przelała, kiedy Duży uświadomił sobie, że zostawił w szkole na swojej szafce swoje drogocenne i pracochłonne dzieło z kartonu, które pani sprzątająca mogła uznać za niepotrzebne i wyrzucić. Gdybym miała telefon, zadzwoniłabym do znajomych rodziców dzieci ze szkoły i poprosiła o zabezpieczenie dzieła – ale nie miałam.

Duży wpadł w rozpacz, a ja przez chwilę czułam, jak rozpala się we mnie złość. Dawna ja warknęłaby pewnie, że nic na to nie poradzi i trzeba pilnować swoich rzeczy (a następnie wkurzyłaby się jeszcze bardziej, słysząc celną ripostę Dużego: “Przecież ty też zapomniałaś wziąć swój telefon”). Udało mi się jednak zrobić pauzę i zajrzeć w głąb siebie. To nie złość sprawiała, że było mi tak trudno. Złość była tylko przykrywką, starym nawykiem z czasów, kiedy nie dopuszczałam do siebie bardziej “miękkich” trudnych emocji: wstydu, lęku, bezradności, bezsilności, żalu. Były one dla mnie niegdyś tak trudne do zniesienia, że moja nieświadomość wybierała irytację, wkurzenie, złość, wściekłość, furię, byle tylko ochronić mnie przed cierpieniem. Nie był to zbyt skuteczny mechanizm obronny: złość maskująca inne trudne emocje była dla mnie najcięższym gatunkowo, najbardziej trwałym i przez to szczególnie dotkliwym rodzajem złości. Czy i Wam zdarza się wściekać na płaczące w czasie choroby (albo w foteliku w czasie jazdy samochodem!) małe dziecko, bo nie jesteście w stanie mu pomóc ani znieść tej swojej bezradności? Jeśli tak, to pewnie wiecie, jak obezwładniająca i nieprzyjemna jest taka złość.

Kiedy w owej chwili za kierownicą rozpoznałam, jakie to emocje kłębiły się pod powierzchnią mojej złości, byłam gotowa powiedzieć spokojnie i szczerze:
– Duży, jest mi cię bardzo żal. Też się boję, że pani sprzątająca wyrzuci twoje dzieło. Ale najgorsza jest bezradność: chcę pomóc ci je odzyskać i nie mogę. Chciałam być na czas i nie będę. Chcę uprzedzić o spóźnieniu i nie mogę. Chcę mieć pewność, że te dwie godziny w samochodzie na coś się przydadzą i jej nie mam. Jest mi strasznie smutno i żal, że na nic z tego nie mam wpływu.

Pufff! Złość minęła, a te inne, trudne emocje jakby zelżały. Nie tylko mnie ulżyło – Dużemu też. Zamyślił się, milczał przez jakiś czas, potem powiedział mi o swoich emocjach… i już. Chciałabym, żeby zawsze nam się udawało zachować w tego typu sytuacjach tę uważność na emocje.

Wystarczy przyjąć i poczuć swoją bezradność (lub wstyd, bezsilność, rozżalenie, smutek, …), aby stała się ona lżejsza, mniej przytłaczająca. Piszę „wystarczy”, a przecież dokonanie tego zajęło mi kilka lat i bez psychoterapii zapewne by mi się to nie udało. W naszej kulturze złość wydaje się być bardziej “ok”, niż miękkie trudne emocje: wielu z nas o wiele łatwiej jest powiedzieć „jestem wściekła”, niż „czuję się bezradna”. Ale o ile spokojniejsze byłoby nasze życie, o ile lepsze byłyby nasze relacje z ludźmi, gdybyśmy robili przestrzeń dla każdej emocji, rozpoznawali ją, regulowali, a następnie regenerowali się. To self-regowe “trzy R” (recogniseregulaterestore) samoregulacji w obszarze emocji, która, w odróżnieniu od panowania nad emocjami, nie pożera naszej cennej energii. To tak proste i zarazem tak piekielnie trudne, że aż trzeba się tego uczyć na warsztatach

P.S.1. 31 marca 2020 roku poprowadziłam webinar „Spokój rodzi spokój. 12 sposobów na opanowanie złości”. Możesz wykupić dostęp do niego pod tym linkiem.

P.S.2. z marca 2020 roku: W serii o złości ukazały się dotychczas następujące posty (nie trzeba ich czytać po kolei; oceniam, że kluczowe dla rozumienia złości są posty nr 3 i 7):

Złość, część 1: Dzień, w którym wrzasnęłam na dziecko (LINK)

Złość, część 2: Dziesięć kroków ku lepszemu życiu (LINK)

Złość, część 3: Jak zmieniamy się w gady (LINK)

Złość, część 4: I znów wrzasnęłam (LINK)

Złość, część 5 i Self-Reg, część 11: Myśli-zapalniki (LINK)

Złość, część 6 i Self-Reg, część 12: Opowiedz mi, matko, o swoich planach… (LINK)

Złość, część 7 i Self-Reg, część 19: Bezcenna pauza (LINK)

Złość, część 8: Emocje są jak fala (LINK)

Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią (LINK)

Złość, część 10:  “Co za babsztyl!”, czyli o złości jako zasłonie (LINK)

Złość, część 11: “Nie będzie mi gówniarz rozkazywał!”, czyli jak zalałam gada oksytocyną (LINK)

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Traffic” (CC BY 2.0) by Matthias Ripp

Złość, część 8: Emocje są jak fala

Dziś powracam do tematu złości, który towarzyszy mi od początku funkcjonowania tego bloga. To już ósmy z cyklu postów o złości i na pewno nie ostatni. W poprzednich pisałam między innymi o tym, jak po raz pierwszy wrzasnęłam na dziecko; o mojej drodze do życia niezatrutego złością; o tym, jak pod wpływem złości zmieniamy się w gady; o myślach-zapalnikach oraz o pauzie jako narzędziu regulacji złości. To właśnie moje trudności z wyrażaniem złości sprawiły, że zainteresowałam się podejściem Self-Reg; pochłonęło mnie ono tak bardzo, że ostatecznie zostałam pierwszą w Polsce Facylitatorką tej metody. W planach mam kurs online na temat regulowania złości oraz… nie, na razie nic Wam nie zdradzę. 🙂

Kiedy jeszcze październik rozpieszczał nas słoneczną pogodą, pewnego ranka wybrałam się na przejażdżkę rowerową wraz z Malutkim, po drodze wstępując na targ. Znalazłam stragan, o który dało się oprzeć rower obciążony 14-kilogramowym Malutkim w foteliku. Utrzymując rower w równowadze dolną połową ciała, zaczęłam wkładać wybrane warzywa i owoce do siatek, szacując w myślach, ile zmieszczę w niewielkim plecaku i jeszcze mniejszym koszyku przy kierownicy. Byłam raczej spokojna i uważna, choć mój umysł pracował, a ciało było nieco napięte, aby utrzymać rower w pionie.

Nagle w tę scenerię wtargnęła jak burza kobieta w podeszłym wieku. Była kilka metrów przede mną, szła w moją stronę. Cała jej postać wyrażała gniew, oczy lustrowały podejrzliwie otoczenie, a usta były gorzko zaciśnięte, tworząc wąską kreskę. Momentalnie poczułam, jak moje ramiona i nogi napinają się, jakby przygotowując się do walki albo ucieczki. Szybko odłożyłam siatkę z ogórkami i chwyciłam mocno kierownicę roweru, jednocześnie omiatając wzrokiem otoczenie. Po mojej prawej stronie miałam rower oparty o stragan, a po lewej – około metrowej szerokości przejście. Kobieta też zlustrowała otoczenie, po czym spojrzała mi w oczy i ruszyła do ataku. Naparła na przednie koło, próbując odepchnąć rower od straganu i krzyknęła: “DZIE z tym rowerem?”.

Poczułam,  jak w moje stopy wstępuje ogień, szybko ogarnia łydki, uda, biodra i tułów, a następnie spływa od barków aż po koniuszki palców rąk. Przez chwilę moje ciało płonęło, czułam się jak żywa pochodnia. Widziałam jakby przez wąski tunel tylko tę kobietę i, patrząc jej z wściekłością prosto w oczy, wycedziłam niższym niż zwykle głosem: “Tu ma pani przejście!”. Ona sapnęła, jakby zmniejszyła się i odwróciła wzrok. Następnie, mamrocząc coś pod nosem, przeszła po mojej lewej stronie. Ogień tymczasem dotarł do mojej głowy, aż po sam jej czubek, a następnie jakby odbił się od niego i, tym razem powoli, powrócił przez całe ciało aż do stóp, a następnie ulotnił się. Czułam drżenie mięśni, w moim ciele zaszły właśnie prastare procesy biochemiczne służące obronie mnie samej i mojego potomstwa przed napastnikami. Wyjście z trybu walki i ucieczki zajęło mi jeszcze chwilę, jednak dość szybko w moje ciało i umysł wstąpił spokój. Nie zanotowałam żadnej myśli-zapalnika, które w tego typu sytuacji mogłyby się pojawić (“Co za baba!”, “Mogła zrobić krzywdę Malutkiemu!”, “Porąbało ją?” itd.). Kobieta poszła swoją drogą, a ja upewniłam się, że Malutki się nie przestraszył, po czym sięgnęłam po porzuconą siatkę z ogórkami. Całe zdarzenie trwało może 90 sekund.

Od dwóch lat z różną intensywnością praktykuję uważność (mindfulness), jednak dopiero teraz doświadczyłam tego, że emocje są jak fala. Słyszałam wielokrotnie, że “czysta” emocja trwa kilkadziesiąt sekund: pojawia się i rośnie jak fala, osiąga punkt kulminacyjny, a następnie rozpływa się, ustępując miejsca kolejnej. Dokładnie to wydarzyło się tego dnia na targu. Moja złość odpłynęła, a ja poczułam ekscytację wywołaną tym, że wreszcie było mi dane w taki uważny sposób jej doświadczyć. Nie bez znaczenia było zapewne to, że w ostatnich miesiącach postawiłam sobie za cel wyraźniejsze odczuwanie emocji w ciele – coś, z czym miałam jeszcze niedawno potężną trudność. Od mistrzyni uważności dzielą mnie lata świetlne, ale też mój mózg nie składa się już z hiperaktywnej lewej, logicznej półkuli i uśpionej prawej, emocjonalnej i doznaniowej. Dzięki tej większej integracji obu półkul mogę lepiej wspierać i moje dzieci, i inne bliskie mi osoby, i moich klientów coachingowych.

[Przy okazji chcę Wam polecić darmowe wyzwanie “CUD uważności dla mam” Anny Kuszewskiej-Sprawki, terapeutki i trenerki uważności, w którym wzięłam udział w mijającym tygodniu. Wyzwanie już się skończyło, ale materiały będą dostępne do 31 października, możecie jeszcze skorzystać, zapisując się pod tym linkiem. Warto!]

P.S.1. 31 marca 2020 roku poprowadziłam webinar „Spokój rodzi spokój. 12 sposobów na opanowanie złości”. Możesz wykupić dostęp do niego pod tym linkiem.

P.S.2. z marca 2020 roku: W serii o złości ukazały się dotychczas następujące posty (nie trzeba ich czytać po kolei; oceniam, że kluczowe dla rozumienia złości są posty nr 3 i 7):

Złość, część 1: Dzień, w którym wrzasnęłam na dziecko (LINK)

Złość, część 2: Dziesięć kroków ku lepszemu życiu (LINK)

Złość, część 3: Jak zmieniamy się w gady (LINK)

Złość, część 4: I znów wrzasnęłam (LINK)

Złość, część 5 i Self-Reg, część 11: Myśli-zapalniki (LINK)

Złość, część 6 i Self-Reg, część 12: Opowiedz mi, matko, o swoich planach… (LINK)

Złość, część 7 i Self-Reg, część 19: Bezcenna pauza (LINK)

Złość, część 8: Emocje są jak fala (LINK)

Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią (LINK)

Złość, część 10:  “Co za babsztyl!”, czyli o złości jako zasłonie (LINK)

Złość, część 11: “Nie będzie mi gówniarz rozkazywał!”, czyli jak zalałam gada oksytocyną (LINK)

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Waves” (CC BY 2.0) by Ed Dunens

Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija

Pytacie mnie ostatnio, jak odnaleźć spokój w sytuacji przewlekle podwyższonego stresu. Opisujecie przeróżne sytuacje, do których należą między innymi: trzecia ciąża w relatywnie krótkim czasie po dwóch poprzednich; mąż pracujący od rana do nocy i brak wsparcia innych dorosłych; napięta sytuacja w pracy; powiększająca się dziura w domowym budżecie; potężne rozczarowanie kimś, komu się zaufało; dziecko miesiącami budzące się każdej nocy po kilkanaście razy; rozregulowane dziecko wielkim krzykiem domagające się piersi kilkadziesiąt razy w ciągu dnia; wymagające dziecko z utrzymującym się tygodniami i miesiącami silnym lękiem separacyjnym; dziecko porozumiewające się głównie za pomocą jęków, krzyków albo przeraźliwego pisku; dziecko gryzące rodzeństwo i rodziców w chwilach silniejszych emocji lub zmęczenia; dziecko chorujące praktycznie bez przerwy od jesieni do wiosny; zbliżająca się operacja dziecka; wojny między starszym a młodszym dzieckiem. Wszystkich tych sytuacji doświadczyłam na którymś etapie mojego potrójnego macierzyństwa. Łączy je przewlekle podwyższone napięcie połączone z przewlekle obniżoną energią, czyli stan określany jako czarny kwadrant macierzy Thayera, zwany też czarną dupą.

Co mi pomaga, kiedy wiem, że w najbliższym czasie nie mam szans na redukcję stresu i porządną regenerację (kroki trzeci i piąty Self-Reg)? Zanim odpowiem, spróbujcie sobie uświadomić, jakie myśli krążą Wam po głowie w tego typu sytuacjach. “Kiedy to się skończy?”, “Nie wytrzymam tego dłużej”, “Co za koszmar”, “Nie ogarniam”, “Jestem beznadziejna”, “Jestem w czarnej dupie”, “Moje życie jest do kitu”, “Dlaczego akurat mnie się to przydarza?”, “To dziecko jest okropne” – czy coś z tego brzmi znajomo? Jeśli nie, to serdecznie Wam gratuluję: nie dokładacie sobie cierpienia do bólu myślami-zapalnikami. A jeśli tak, to… doskonale Was rozumiem, bo też tak miewam – coraz rzadziej, właściwie już bardzo rzadko, od kiedy stosuję Self-Reg. To na kursie online Natalii Fedan “Odstresowany rodzic”, którego siódma edycja startuje już niedługo, odkryłam, że myśli-zapalniki to dla mnie najsilniejszy ze wszystkich stresorów – tak, silniejszy niż wszystkie te, które wymieniłam w poprzednim akapicie! Dopiero pod wpływem tych myśli widzę daną sytuację jako przytłaczającą.

Zapewne już się domyślacie, co mi pomaga: samoregulacja w obszarze poznawczym, a konkretnie zastąpienie tych myśli bardziej sprzyjającymi. Moja ulubiona myśl, którą powtarzam jak mantrę,  brzmi: “To minie. To minie. To minie”. Wdech, wydech. To minie. Pewna znana w rodzicielskich grupach bliskościowych na Facebooku osoba sformułowała tę myśl przepięknie: “Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija” i pozwalam sobie użyć tego zdania jako tytułu niniejszego wpisu. Nawet, kiedy żmija wydaje się nie mieć końca, ten jednak prędzej czy później następuje. Kiedy więc jest mi ciężko albo oczekuję na jakieś trudne doświadczenie (jak dziś – operacji Małego jutro rano), próbuję przypomnieć sobie tego typu sytuacje z przeszłości, posiłkując się moimi dziennikami i zapiskami na Facebooku. Zawsze stwierdzam, że te wspomnienia nie wzbudzają już we mnie silnych emocji, a po burzy zawsze pojawiało się słońce. Jutro po południu Mały będzie w domu, po operacji. Za kilka tygodni Malutkiemu wyrżną się ostatnie zęby mleczne i przestanie traktować nocą moje piersi jak gryzaki. Za jakieś dwa lata Mały zacznie mówić ciszej zamiast wykrzykiwać wszystko donośnym głosem (Duży niedawno zaczął), a Malutki przestanie reagować przeraźliwym piskiem na każdą frustrację (Mały jakiś czas temu przestał). Mąż niedługo dokończy wszystkie projekty w miejscu pracy, z którego odchodzi i przestanie pracować po kilkanaście godzin dziennie. Już za pół roku znów będzie wiosna. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Koniec żmii kiedyś nastąpi.

Może to, czym dzielę się dziś z Wami, to oczywista oczywistość. Jednak mnie powtarzanie w myślach “To minie” zamiast myśli-zapalników bardzo pomaga. Jeśli choć jednej osobie spośród Was także pomoże, to uznam, że warto było spędzić chwilę przy komputerze.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Female Adder” (CC BY 2.0) by Mike Prince

Co mi zrobiły studia coachingowe

Dziś znów zajmuje mnie temat relacji – z innymi ludźmi, ale też z samą sobą. Niedawno pisałam o budowaniu wioski wsparcia i podkreślałam, jak wielkie znaczenie dla naszej samoregulacji mają bliskie więzi z innymi, życzliwymi nam ludźmi. Kontynuując ten temat, opowiem Wam, jak na mnie wpłynęły Podyplomowe Studia Coachingu i Mentoringu i co zamierzam z tym zrobić. Okazją do tej refleksji była wczorajsza uroczystość graduacji i wcześniejsze, poranne spotkanie z moją grupą i superwizorami. Spotkanie to kończyło niemal roczny cykl praktycznych zajęć z coachingu, podczas których przekonaliśmy się na własnej skórze, co to znaczy doświadczać zmiany.

Jestem zadziwiona tym, jak bardzo zmieniłam się w ciągu minionego roku. Dobrą ilustracją tego jest moje zachowanie podczas pierwszego i ostatniego spotkania z grupą współuczestników studiów. W październiku ubiegłego roku wierciłem się niespokojnie na krześle i układałam w myślach to, w jaki sposób przedstawię się grupie. Dopóki nie nadeszła moja kolej, nie słuchałam tego, co mówią inni i bardzo chciałam mieć moje “wystąpienie” za sobą. Dopiero, kiedy wypowiedziałam swoją kwestię, mogłam skupić się na słuchaniu, przyjrzeć się ludziom, rozejrzeć po pomieszczeniu. Wczoraj miałam posuchę w myślach, za to serce zalane emocjami. Nie zastanawiałam się nad tym, co chcę powiedzieć, lecz słuchałam uważnie pozostałych całą sobą – umysłem, sercem i zmysłami, współodczuwałam emocje kolegów i koleżanek, falowałam wraz z nimi, kilka razy popłynęły łzy. Słowa przyszły same, z serca, a nie głowy, w odpowiednim momencie.

Ta sytuacja ilustruje dwie ważne zmiany, jakie we mnie zaszły. Po pierwsze, przestałam wsłuchiwać się tylko w mój wewnętrzny monolog i zaczęłam autentycznie słuchać innych ludzi. Oczywiście nie zawsze i nie w relacji z każdym tak jest, nadal zdarza mi się zamykać uszy i zwracam uwagę do wewnątrz, jedynie obserwując ruch czyichś warg i bezwiednie potakując, jednak to raczej wyjątek niż reguła. Jakże zdziwiona i oburzona byłam, usłyszawszy swego podczas zajęć, że nie słucham! Po drugie, podłączyłam się – wreszcie! – do własnych emocji, odciętych wiele lat temu, kiedy było mi tak trudno, że wybrałam podążanie ścieżką rozumu. “Cogito, ergo sum” było moją naczelną dewizą; definiowałam siebie przez sukcesy w nauce i potem w pracy. Nierzadko nadużywałam siebie, pracując ponad siły. Wiele razy słyszałam, że jestem cyborgiem. Stawiałam sobie dalekosiężny i ambitny cel, dzieliłam niezbędne działania na etapy, a następnie konsekwentnie go realizowałam, po trupach w postaci mojego zdrowia fizycznego i psychicznego, a nierzadko też relacji z innymi ludźmi. Osiągnęłam wiele na polu zawodowym – właściwie każdy swój cel zawodowy zrealizowałam w stu procentach – ale nigdy nie byłam w pełni usatysfakcjonowana. Bardzo trudno mi było w ciągu ostatniego roku zobaczyć prawdę o sobie, a jeszcze trudniej – poczuć z całą siłą moje emocje, zwłaszcza morze smutku i ocean wstydu. Te ciężkie do udźwignięcia emocje nadal kryły się pod moją złością wybuchającą czasem pozornie bez sensu – nadal, choć od ładnych paru lat pracuję nad złością. Te studia zanurzyły mnie w nich po czubek głowy; nieraz wracałam do domu wyżęta jak ścierka. Ale uwierzcie mi, warto było.

Trzecia z ważnych zmian to ta, że inaczej, prawdziwiej wchodzę w relacje z ludźmi i jestem ich autentycznie ciekawa. Nie chodzi tylko o inny sposób komunikowania się, otwarte, niesugerujące odpowiedzi pytania, uważniejsze słuchanie, większe wyczulenie na mowę ciała. Chodzi o coś bardziej fundamentalnego. Na początku studiów bezwiednie włożyłam koleżanki i kolegów do szufladek, szybko zakładając, że już co nieco o nich wiem. Ta osoba jest twarda i nieprzystępna, tamta miła i sympatyczna; z tą się dogadam, a z tamtą mi nie po drodze; od tej mogę się dużo nauczyć, a tamta raczej będzie się uczyć ode mnie. Każdą z tych pochopnych ocen ze zdumieniem rewidowałam, kiedy jedna po drugiej opadały nasze maski i odkładaliśmy na bok mechanizmy obronne, które stały się naszą drugą naturą. Każdy uczestnik mojej grupy okazał się inny, niż zakładałam na początku i każdy rozwinął skrzydła. Każdy też dał mi coś bezcennego: jakieś mocne doświadczenie, intensywną emocję, powód do refleksji, nowe spojrzenie na coś. Wstydzę się teraz tej arogancji, z jaką przez całe życie etykietowałam ludzi już po krótkim czasie, nie doceniając ich bogactwa. To sprawiało, że budowałam nie tak głębokie relacje, jak mi się wydawało.

Co dalej? Pragnę podać dalej to, co otrzymałam: uważność na drugiego człowieka i towarzyszenie mu na drodze rozwoju osobistego. Zamierzam połączyć moje kompetencje: świeżo upieczonego coacha, pierwszej w Polsce certyfikowanej facylitatorki Self-Reg, absolwentki Szkoły prowadzenia grup wsparcia dla rodziców, za jakiś czas także, jak planuję, certyfikowanego coacha kryzysowego, a ponadto wysoko wrażliwej mamy trzech nadal małych synów. Łącząc te zasoby, chcę prowadzić warsztaty i grupy wsparcia dla rodziców, webinaria i kursy online oraz indywidualne procesy coachingowe (w Warszawie, w realu) – wszystko to w nowym dla mnie, powolniejszym tempie. Dziękuję tym kilku dzielnym osobom, które poważnie myślą o coachingu ze mną – do zobaczenia na sesjach zerowych w nadchodzących dniach i tygodniach!

Co z blogiem? Będę go pisała, dopóki starczy mi sił. Jest ważną częścią mojego życia, a kontakt z Wami poprzez wiadomości i komentarze tu i na fan page’u na Facebooku jest dla mnie bezcenny. Dziękuję Wam za wszystko – i zostańcie ze mną, proszę.

Zdjęcie przedstawia tort z napisem “Opowiedz mi o tym więcej”, który zjedliśmy podczas uroczystości.

Przekuwanie słabości w siłę

Ostatnie dni przed rozpoczęciem roku szkolnego Duży, Mały i ja poświęciliśmy na przegląd ich prac plastycznych z ostatnich miesięcy. Chłopcy decydowali, które ze swoich dzieł chcą zachować dla potomności (niemal wszystkie…), ja je podpisywałam, a następnie razem wkładaliśmy je do transparentnych koszulek na dokumenty i te do segregatorów. Rok temu, kiedy Duży miał akurat rozpocząć zerówkę w nowym przedszkolu, robiliśmy to samo. Dziś przypomniałam sobie naszą rozmowę sprzed roku:
Duży: – Zobacz, mamo, jak teraz umiem rysować samochody. Kiedyś tak nie umiałem i w ogóle nie lubiłem rysować.
Ja: – A jak to się stało, że polubiłeś rysowanie?
Duży: – To przez to, że stresowałem się w nowym przedszkolu. Nie wiedziałem, jak się bawić z dziećmi, więc kiedy był czas na zabawę, to wolałem usiąść przy stoliku i rysować. I tak się wyćwiczyłem. W zerówce na początku też pewnie będę dużo rysować i będzie mi to super wychodziło.

W czasach, o których mowa, Duży miał dwie wyraźne słabości: deficyty w rozwoju społecznym i opóźniony rozwój małej motoryki, powodujący niechęć do rysowania. W nowym przedszkolu czuł się tak onieśmielony wobec grupy obcych dzieci, że wybierał aktywność też niezbyt lubianą, ale powodującą mniejszy dyskomfort – i w ten sposób nauczył się rysować i polubił tę czynność. Rok temu, w zerówce (po kolejnej zmianie przedszkola) na początku też czuł się onieśmielony i dużo rysował, zwykle samochody oraz telefony komórkowe. Jego rysunki zainteresowały dzieci z jego grupy i stały się tematem rozmów i przedmiotem zabaw, do których został włączony mój syn.

Tak oto Duży przekuł słabość w siłę, a następnie wykorzystał tę siłę, aby pokonać drugą słabość. Myśląc o tym, przeżyłam dziś olśnienie. Jako matka i osoba stale pracująca nad swoim rozwojem poświęcam wiele czasu na pokonywanie słabości i deficytów – moich dzieci, ale przede wszystkim moich własnych. Opisana powyżej historia pokazała mi, że czasem wystarczy poczekać i problem sam się rozwiąże. Czasem nawet, jak w tym wypadku, słabość daje nam siłę w innym obszarze i ten obszar staje się dźwignią, która pomaga nam pokonać inne słabości.

Moją słabością jest wysoka wrażliwość, na której zbudowałam ten blog. Blog poprowadził mnie w kierunku Self-Reg. Self-Reg pomaga mi odnaleźć spokój i zarażać nim moją rodzinę oraz wspierać w tym innych rodziców. Moja wrażliwość stała się źródłem mojej siły.

Zdjęcie przedstawia jeden z rysunków Dużego.

Jak wspieram dzieci w przeżywaniu trudnych emocji

Moi stali czytelnicy zapewne przypominają sobie (mgliście), że w styczniu rozpoczęłam minicykl wpisów na temat wspierania rozwoju dziecka. Omawiam w nim poszczególne obszary samoregulacji. Dotychczas napisałam o obszarze biologicznym, a konkretnie o długiej drodze, jaką pokonał Duży, aby nauczyć się pływać oraz o tym, jak stresory w obszarze biologicznym mogą wpływać na rozwój poznawczy dziecka. W kolejce czekają długie wpisy na temat rozwoju w obszarze społecznym i prospołecznym.

Dziś proponuję Wam krótki post na temat obszaru emocji, który analizowałam już obszernie tutaj. Chętnie opisałabym niedawną sytuację, w której Duży boleśnie zmierzył się z pewną emocją dzień po tym, jak ja zmierzyłam się z tą samą w moim „dorosłym” świecie. Chciałabym, ale nie opiszę, bo Duży nie wyraża na to zgody. Przejdę zatem bezpośrednio do wniosków.

Ostatnio rozwijam się, aż furczy. Uczę się na nowo kontaktu z samą sobą i relacji z innymi ludźmi podczas własnej psychoterapii, na studiach podyplomowych w zakresie coachingu (w tym w dwóch procesach coachingowych: własnym i prowadzonym przeze mnie) i w szkole trenerów grup wsparcia dla rodziców. Wszystkie te procesy sprawiają, że często i intensywnie przeżywam trudne dla mnie emocje. Czasem kilkuminutowe aktywne słuchanie klienta powoduje takie wyczerpanie mojej psychiki i ciała, że trudno mi jest dźwignąć się z krzesła. Obieram siebie jak cebulę z kolejnych warstw i zastanawiam się, co odkryję na końcu tego procesu. Czy w ogóle jest jakiś koniec?

Co to ma wspólnego ze wspieraniem rozwoju dzieci w obszarze emocji? Bardzo wiele. Zaobserwowałam, że kiedy tylko zaczynam nieźle sobie radzić z regulacją jakiejś własnej trudnej emocji, natychmiast przestaje być dla mnie trudne, kiedy wyrażają ją moje dzieci. Wstyd, lęk przed oceną, przykrość, poczucie osamotnienia, panika, zawiść – to wszystko staje się może nie łatwe, ale… znośne i nawet wzbogacające. Mój wniosek – może oczywisty, jednak dla mnie rewolucyjny – jest taki, że drogą do wspierania rozwoju dzieci w obszarze emocji jest nauka samoregulacji w obszarze emocji.

Dziś Duży i Mały wrócili z przedszkoli w świetnych humorach, zaczęli uzgadniać, w co będziemy się bawić i… nastąpił wielki wybuch. Pokłócili się potwornie o to, w co się bawić, kto jest ważniejszy, komu mama poświęca więcej czasu. Pobili się, byli wściekli, rozgoryczeni, pełni niechęci do siebie i pretensji do mnie, znudzeni, rozżaleni. Powietrze było gęste od tzw. limbicznych komunikatów: „Już nigdy nie będę się z tobą bawić, ty głupku”, „Kochasz tylko jego”, „Nikt na mnie nie zwraca uwagi”, „Nic nie jest tak, jak chcę”, „Chcę, żeby go bolało”. Trwało to dość długo, a ja przez cały ten czas byłam całkowicie spokojna. Nazywałam emocje, parafrazowałam, przytulałam, masowałam skopane nogi i pobite plecy, w międzyczasie kilkanaście razy przystawiając do piersi Malutkiego, który skończył dziś półtora roku i żąda karmienia o wiele częściej, niż w pierwszych dniach życia.

Zaraziłam dzieci spokojem, zaakceptowałam ich emocje, wspólnie doszliśmy do przyczyn, a potem każdemu zaproponowałam inną wyciszającą aktywność. Kiedy wychodziłam do mojej szkoły, zgodnie się bawili. To nie magia, to Self-Reg w działaniu.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Shame” (CC BY-ND 2.0) by Christian