utworzone przez DyleMatka | sty 13, 2025 | coaching, historie z życia, zmiana
Być może wiesz, że „w poprzednim życiu” – do narodzin mojego najmłodszego syna – byłam ekonomistką i dopiero w wieku 38 lat weszłam na drogę zmiany zawodowej. Wiele postronnych osób, obserwując moją zawodową zmianę, komentowało ją słowami „Idziesz jak burza” lub podobnymi. I rzeczywiście ta moja droga z zewnątrz wygląda nieźle: z nikomu nieznanej mamy trójki maluchów w ciągu kilku lat stałam się ekspertką w mojej rodzicielskiej bańce i dość rozpoznawalną autorką książek, które wspierają dzieci i rodziców. (Jeśli masz ochotę posłuchać o tej mojej drodze, to polecam Ci odsłuchanie odcinka podcastu Kasi Syrówki „Poszli swoją drogą” – znajdziesz go tutaj.)
Czy było mi łatwo pójść swoją drogą? Z perspektywy rodzinnych finansów i logistyki – raczej tak. Kształcąc się i stawiając pierwsze kroki w nowym zawodzie, miałam sporą poduszkę finansową, co daje poczucie bezpieczeństwa. Mąż od początku swojej kariery zarabiał znakomicie, a moja pensja też była niczego sobie. Mieliśmy spore oszczędności, więc mogłam sobie pozwolić na duże wydatki na studia i inne szkolenia oraz na rezygnację z mojej regularnej pensji. Nie zabiło nas to więc (choć owszem, bardzo stresowało i powodowało napięcia na linii ja-Mąż), kiedy w 2018 roku wydaliśmy o 100 tysięcy złotych więcej niż zarobiliśmy. Mogliśmy też pozwolić sobie na zatrudnienie opiekunki do dzieci – choć z tym przez pewien czas było krucho. Od końca 2017 moje dzieci doświadczyły korowodu opiekunek, które pojawiały się i znikały. Przez wiele miesięcy uczyłam się i tworzyłam treści na bloga oraz pisałam pierwszą książkę po nocach i w czasie drzemek Malutkiego.
Natomiast z perspektywy emocjonalnej było mi bardzo trudno. Na początku tej zmiany zawodowej zmagałam się z ogromnym lękiem o moją przyszłość zawodową i osobiste dochody. I właśnie tę historię mojego lęku przed zmianą chcę Ci dziś opowiedzieć. Może dzięki temu zobaczysz swoją własną sytuację z innej perspektywy. Może zrozumiesz, dlaczego trudno Ci ruszyć z miejsca w jakimś obszarze. Jeśli tak będzie, chętnie dowiem się, co Ci pomogło! Możesz zostawić tu komentarz albo napisać do mnie na adres info@dylematki.pl.
Jesienią 2017 roku rozpoczęłam roczne podyplomowe studia coachingowe. Moje dzieci miały wtedy nieco ponad 6 lat (Duży), 4 lata (Mały) i niecały rok (Malutki), a ja do listopada przebywałam na urlopie macierzyńskim. Jeszcze rok wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, że mogłabym NIE wrócić po roku przerwy do pracy – do mojej wymarzonej przed laty pracy, z której czerpałam mnóstwo satysfakcji (oraz nieco frustracji) i która dawała mi stabilne, wysokie jak na sektor publiczny dochody. To było idealne miejsce dla takiej jak ja ambitnej matki małych, często chorujących dzieci, bo moi przełożeni byli bardzo wyrozumiali i mieli podobne wartości jak ja. Żadne korpo, lecz Instytut Ekonomiczny Narodowego Banku Polskiego, w którym pracowali znakomici ekonomiści i jednocześnie fajni ludzie. Po roku bardzo wysokiej absencji (nie było mnie w pracy przez 90 dni roboczych!), kiedy miałam poczucie, że zawodzę, otrzymałam podwyżkę i nagrodę za zaangażowanie, a także miałam możliwość brać udział w ciekawych konferencjach (zdjęcie pochodzi z jednej z nich). Dobrze mi tam było.
Nie przyszło mi do głowy, że mogę pójść na długi urlop wychowawczy, a jednak się na to zdecydowałam. Dlaczego? Bo „jakoś tak się zdarzyło” (w cudzysłowie, bo nie ma przypadków), że z Malutkim przy piersi – całkiem dosłownie, podczas niekończących się sesji karmienia – zaczęłam pisać blog DyleMatki. Miał posłużyć mi jako przymiarka do książki „„”DyleMatki. Dylematy świadomego macierzyństwa”, której cztery bohaterki, kompletnie różne, a jednak zaprzyjaźnione od lat, mierzyłyby się z rozmaitymi wyzwaniami w macierzyństwie (trochę jak „S*x and the City”, tyle że z dziećmi w centrum opowieści). „Jakoś tak się zdarzyło”””, że niemal jednocześnie trafiłam na szkolenia z Self-Reg – najpierw Natalii Fedan, a później kanadyjskiego The MEHRIT Centre.
Jako jedna z pierwszych osób w Polsce zaczęłam pisać o podejściu Self-Reg na blogu i na Facebooku. I podejście, i mój blog (między innymi dzięki udostępnieniu przez popularną już wtedy Gosię Musiał) zyskiwały na popularności. Coraz więcej osób zgłaszało się ze mną z pytaniami o to, co robić, kiedy dziecko [wstaw niepożądane lub niepokojące zachowanie] – a ja nie wiedziałam, co odpowiadać, bo przecież byłam tylko ekonomistką na urlopie wychowawczym, blogerką i trenerką Self-Reg w trakcie szkolenia. Potrzebowałam solidniejszego kawałka wiedzy o wspieraniu innych.
Wymyśliłam więc, że spełnię swoje dawne marzenie i pójdę na „jakieś” studia psychologiczne. Przejrzałam ofertę warszawskich uczelni i uznałam, że Podyplomowe Studia Coachingu i Mentoringu na Uniwersytecie SWPS są w moim zasięgu, to znaczy: jestem w stanie je ukończyć, spełniając wszystkie wymogi, i jednocześnie pozostać zaangażowaną mamą. Złożyłam wniosek i po rozmowie kwalifikacyjnej (z Malutkim raczkującym po pomieszczeniu) zostałam przyjęta.
Diabeł tkwił w jednym szczególe. Nie wyobrażałam sobie – przy trójce małych dzieci – spędzać dwóch weekendów w miesiącu w całości na studiach, jednocześnie pracując na etacie. Postanowiłam więc „na trochę” pójść na urlop wychowawczy. Byle do wiosny, kiedy to (jak sądziłam) będę w stanie znów, jak przed narodzinami Malutkiego, spać pięć godzin na dobę z przerwami i dość efektywnie ogarniać pracę, dzieci i dom. W międzyczasie jednak z pracy u nas zrezygnowała ukochana Niania moich dzieci i nie byłam w stanie znaleźć nie tylko godnej jej, ale w ogóle jakiejkolwiek następczyni. Przedłużyłam więc mój urlop wychowawczy, choć…
… rosło we mnie przerażenie tym, co dalej. Bardzo się bałam, że nie będę miała do czego wracać po tak długiej przerwie. Nie chodziło o samą nieobecność, lecz o to, że na moim stanowisku (doradcy ekonomicznego kierującego zespołem) musiałam być na bieżąco. Musiałam nie tylko rozumieć procesy gospodarcze, ale też faktycznie je obserwować dzień po dniu i umieć sensownie zinterpretować. To była nieustająca nauka, codzienne czytanie raportów i analiz, ale też nowych pozycji literatury, słuchanie programów gospodarczych w autobusie w drodze do i z pracy oraz skanowanie wzrokiem setek stron wydruków dziennie. A ja nie robiłam tego już od ponad roku. Poprzednie dwa roczne urlopy po urodzeniu Dużego i Małego stworzyły dwie spore wyrwy w mojej bieżącej wiedzy, które dawały o sobie później znać. („Pamiętasz, jaka była akcja z cenami żywności i energii w tym i tym miesiącu tego i tego roku?” – „Nie pamiętam, byłam wtedy na macierzyńskim, poczytam”). Teraz miało być o wiele gorzej. Każdy miesiąc poza bankiem oznaczał, że stałam w miejscu, podczas gdy ekonomiczny świat pędził naprzód beze mnie.
Już na początku studiów zaczęłam mieć ataki paniki. Jednego z nich doświadczyłam w nieodległej od domu szkole podstawowej, w której Duży i Mały mieli zaraz zacząć pierwszy trening judo, z Malutkim w nosidle ergonomicznym. Myślałam, że umieram i że narażam na wielkie niebezpieczeństwo dzieci. To po tym ataku zdecydowałam się na psychoterapię traum w nurcie EMDR. Ta decyzja okazała się jedną z najlepszych w moim życiu. Miałam mnóstwo do przepracowania. Nie, nie miałam „traumatycznego” dzieciństwa w potocznym sensie. Doznałam natomiast wielu „traum przez małe t”, które wpłynęły na mój dalszy rozwój – dziewczynki bardzo wrażliwej, nieneurotypowej (w 2024 roku otrzymałam diagnozę ADHD), dorastającej w świecie zaprojektowanym dla twardzieli. (Tutaj znajdziesz moje wideo o traumach, a tu i tu – dwa moje wpisy na blogu na ten temat.) Dodam, że moje traumy dotyczyły opuszczenia i separacji – a ja właśnie separowałam się od mojej bezpiecznej, stabilnej bazy, jaką była praca…
Jestem wdzięczna, że polskie prawo umożliwia przebywanie na długich urlopach wychowawczych (choć jako ekonomistka widzę zarówno plusy, jak i minusy tego rozwiązania). Mój skończył się dopiero po szóstych urodzinach Malutkiego (!). Od 13 grudnia 2022 roku jestem tylko „na swoim”, sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Zanim przekazałam departamentowi kadr wniosek o rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, odbyłam kilka długich rozmów z moimi byłymi już przełożonymi, kolegami i koleżankami. Pozostałam z poczuciem, że to był dobry czas i świetni ludzie i że pozostawiłam po sobie więcej dobrych niż niedobrych wspomnień. Z kolei w grudniu 2023 roku mój Mąż zrezygnował ze świetnie opłacanej posady partnera w międzynarodowej korporacji i przez rok to ja byłam tym pracującym dorosłym w domu.
Czy się bałam? Czy boję się teraz? Oczywiście! Regularnie dopadają mnie rozmaite obawy i lęki, tak było zawsze, genu nie wydłubiesz. Rom temu miałam kryzys tożsamości w nowym zawodzie: kim jestem, kim chcę być, co chcę dać światu? Czy jestem przede wszystkim autorką książek „Self-Regulation”, czy coachką i coachką kryzysową pracującą z zestresowanymi mamami, czy trenerką, czy może jestem na drodze do czegoś jeszcze innego? Ale teraz, po latach pracy nad sobą, te lęki mnie nie paraliżują. One są, gadam z nimi, słucham, co mają do powiedzenia, i powolutku robię swoje, dbając o siebie z miłością, jak tylko umiem. I wierzę, że kiedy przyjdą bardzo trudne chwile, jakoś sobie poradzę. W końcu umiem sięgać po wsparcie i wierzę w to, że można zmienić swoje położenie, a to całkiem niezły fundament.
Co Ci chcę przekazać? Przede wszystkim to, że zmiana trwa czasem bardzo długo. I że coś, co tu i teraz sprawia, że jesteś sparaliżowana ze strachu, może być początkiem trwałej zmiany na lepsze. Przychodzi mi do głowy cytat, który wiele razy mnie wspierał: „Myślałam, że mnie pogrzebano, ale okazało się, że zostałam zasiana”. (Długo szukałam autora tego cytatu i znalazłam wiele grafik, z których ileś przytacza jako autorkę cytatu niejaką Christine Caine – zobacz przykładową grafikę). Cokolwiek trudnego dzieje się teraz w Twoim życiu – czy choroby dzieci, czy kryzys w związku, czy kłopoty finansowe, czy jakaś strata – życzę Ci z całego serca, żeby to był czas zasiewu. I żebyś umiała zadbać o siebie w najtrudniejszym czasie.
P.S. Jeśli zmagasz się z lękiem, to może Cię wesprzeć moje szkolenie „Jak sobie radzić z lękiem w kryzysowej sytuacji”. Znajdziesz je pod tym linkiem.
utworzone przez DyleMatka | paź 14, 2024 | historie z życia, rozwój dziecka
Jakiego nauczyciela potrzebuje dziecko
Kiedy byłam w ósmej klasie podstawówki, zdecydowałam się na udział w olimpiadzie z języka polskiego. Umiałam pisać – odpowiednie dawać rzeczy słowo – i bardzo to lubiłam (pisałam pamiętniki od siódmego roku życia), a ponadto pasjonowały mnie gramatyka i ortografia (serio, kiedyś na konkurs ortograficzny przeczytałam całą teoretyczną część „Słownika ortograficznego języka polskiego!”). Jedynie analiza i interpretacja wierszy budziła we mnie niezbyt ciepłe uczucia – ale to miało nadejść dopiero w finale, więc nie martwiłam się na zapas, skupiając etapach, które miałam bezpośrednio przed sobą.
Moja nauczycielka języka polskiego, pani Krystyna Poleszak, spędziła ze mną sporo czasu po lekcjach, pomagając mi przygotować się do konkursu. Nie pamiętam, co dokładnie robiłyśmy i o czym rozmawiałyśmy. Pamiętam jedynie, że spotykałyśmy się w niewielkim pokoiku, na co dzień niedostępnym dla uczniów, przez co czułam się wyróżniona. Pamiętam też moje poczucie, że nauczycielka poświęca mi pełną uwagę i jestem dla niej ważna. Uwielbiałam te nasze indywidualne spotkania.
Pewnego wiosennego dnia przyszła wiadomość, że znalazłam się wśród finalistów olimpiady. To oznaczało, że jestem zwolniona z egzaminu do liceum z języka polskiego i nie muszę się już do niego uczyć (w tamtych zamierzchłych czasach nie było jeszcze egzaminu ósmoklasisty czy gimnazjalisty, lecz właśnie egzaminy wstępne do szkół średnich). Cieszyłam się z tego bardzo, a jednocześnie nabrałam apetytu na więcej: chciałam zostać laureatką olimpiady, czyli być w gronie tych, którzy poradzili sobie najlepiej w finale.
Wtedy pani Krystyna powiedziała coś, co wywołało we mnie bunt i wściekłość. „Agnieszko, bardzo serdecznie ci gratuluję, to wielkie osiągnięcie. I proszę cię, nie nastawiaj się na więcej, bo wiesz, analiza i interpretacja wierszy to nie jest twoja mocna strona, a właśnie to cię czeka w finale”. Naprawdę szlag mnie trafił. JA MAM SIĘ NIE NASTAWIAĆ NA WIĘCEJ?!? Czy ona sugerowała, że nie dam rady, że to za wysokie progi? O nie, pokażę tej babie, że się myli! Z furią rzuciłam się do podręczników – licealnych i chyba też akademickich – dostępnych w bibliotekach. Chciałam wiedzieć wszystko o poezji. Wszystko. Kontynuowałyśmy też nasze indywidualne spotkania.
W finale poradziłam sobie śpiewająco. Zajęłam jedno z najwyższych miejsc i zostałam laureatką. Pani Krystyna towarzyszyła mi przez cały dzień (to była zdaje się sobota), razem ze mną okupowała twardą ławeczkę na korytarzu w oczekiwaniu na moją kolej egzaminu ustnego. Kiedy ogłoszono wyniki, cała się rozpromieniła i powiedziała coś, co wprawiło mnie w osłupienie: „Wiedziałam, że jeśli zasugeruję ci, że nie dasz rady, to naprawdę się przyłożysz i zostaniesz laureatką! Wiedziałam!”
W tamtej chwili zrozumiałam, że ona przez cały czas mnie wspierała, także wtedy, kiedy niby we mnie wątpiła. Wiedziała, co mnie najbardziej motywuje. Znała mnie na wylot. Była moją życzliwą duszą. Miałam szczęście, spotykając na swojej drodze taką nauczycielkę (i wielu innych wspaniałych, zaangażowanych pedagogów). Myślę, że moje sukcesy edukacyjne były też ich sukcesami. Nawet doktorat pisałam pod opieką profesora, który był znany z tego, że w jego katedrze panują dobre, bliskie relacje i który pozwalał mi na pracę w moim dziwnym rytmie dobowym: przychodziłam do pracy po obiedzie i siedziałam w niej do nocy, choć w większości innych katedr obowiązywała obecność na uczelni w godzinach 8-16.
Niezbędnym warunkiem skutecznej nauki jest poczucie bezpieczeństwa. Dzieci potrzebują dorosłych, którzy dają im poczucie, że są bezpieczne, widziane, ważne. Zrób mały eksperyment myślowy: jakie jest Twoje pierwsze wspomnienie „dobrego nauczyciela”? A pierwsze wspomnienie „okropnego nauczyciela”? Czy kluczem do tego rozróżnienia są kompetencje dydaktyczne, klarowność wywodu, korzystanie z zaawansowanych metod nauczania? Czy raczej chodzi o to, przy kim czułaś się dobrze, a przy kim okropnie…?
Moje dzieci też mają dużo szczęścia do nauczycieli. Myślę dziś ciepło o paniach Izie, Justynie i Monice, wychowawczyniach Dużego; o paniach Agnieszce i Ani, wychowawczyniach Małego; o paniach Ani i Basi, wychowawczyniach Malutkiego; a także o „pani Paulince”, ukochanej niani moich synów, która teraz jest bez wątpienia fantastyczną nauczycielką. Myślę też o tych wszystkich pedagogach, którzy codziennie boksują się z bezdusznym i bezsensownym systemem i sprawiają, że dzieci choć trochę bardziej lubią przedszkole i szkołę. Chylę czoła i życzę Wam dobrej energii (i zmian „na górze”).
P.S. Może Cię też zainteresować post „Nauczyciel doskonały” oraz wideo „Every Kid Needs a Champion„.
Zdjęcie: Erik Mclean, Unsplash
utworzone przez DyleMatka | maj 6, 2024 | coaching, historie z życia, rozwój osobisty, Self-Reg, zmiana
Majówka 2024 roku była dla mnie ważna. Dokładnie rok wcześniej, 3 maja, rozpoczęłam proces zmiany sposobu żywienia, aby zrzucić wreszcie nadmiarowe kilogramy, które uzbierałam w poprzednich latach. Na zdjęciu widać efekt tego rocznego procesu: „przed” ważyłam 82,5 kg, „po” – 67,4 kg. W ostatnich miesiącach moja waga albo obniżała się, albo stabilizowała – nie odnotowałam efektu jo-jo, inaczej niż przy poprzednich próbach redukcji wagi, które podjęłam po urodzeniu mojego trzeciego syna. (Jeśli chcesz poznać moją historię zmagań z wagą, to przeczytaj ten wpis.)
W tym poście zebrałam najważniejsze kroki, które stanowiły warunek konieczny (choć nie wystarczający!) utraty kilkunastu nadmiarowych kilogramów. To był kawał roboty: zdobywanie wiedzy i umiejętności, samoobserwacja w celu pogłębiania samoświadomości, a także praca nad zmianą własnej postawy i przekonań. Robiłam to częściowo samodzielnie, a częściowo przy wsparciu specjalistek od zdrowia psychicznego i fizycznego: psychoterapeutek – najpierw Katarzyny Gadzało-Szyszki, później Karoliny Piotrowskiej – oraz psychodietetyczki i lekarki Doroty Święch (o tej ostatniej współpracy napiszę w kolejnym poście).
A oto najważniejsze, co chcę Ci przekazać: zmiana zachowania jest wisienką na torcie i bywa efektem wysiłku rozłożonego na lata i w dużej mierze niewidocznego dla osób postronnych. Większość dobrych nawyków związanych z odżywianiem i elementów zdrowej relacji z jedzeniem, o których tu napiszę, wypracowałam w latach poprzedzających właściwą redukcję. Zmiany te kosztowały mnie masę czasu i energii, a w niektórych obszarach były okupione dużą ilością łez wylanych na sesjach terapii traumy.
Jakie konkretnie zmiany wprowadziłam w swoim życiu? Oto ich lista wraz z krótkim omówieniem każdej.
1. Nauczyłam się regulować napięcie inaczej niż poprzez jedzenie i picie
Przez większość życia funkcjonowałam w odcięciu od własnego ciała i emocji i „jechałam na samokontroli” zamiast się regulować. Dopiero kiedy zostałam mamą, zaczęłam kontaktować się ze swoimi emocjami, potrzebami i ciałem, a także uczyć się samoregulacji zamiast jedynie hamować impulsy (o moich dziesięciu ważnych krokach na tej drodze możesz przeczytać w poście „Złość, część 2: Dziesięć kroków ku lepszemu życiu”). Tu napiszę tylko, że ważną rolę spełnił coaching w duchu porozumienia bez przemocy, a potem kilkuletnia terapia. Wreszcie los postawił na mojej drodze podejście Self-Reg (zobacz mój wpis „Pięć kroków do… zwycięstwa nad czekoladą”). Zgłębianie go zapoczątkowało mój osobisty proces poznawania siebie i swoich stresorów, odczuwania w ciele napięcia i energii i właściwego zarządzania nimi. Proces ten trwa do tej pory i będzie trwał, dopóki żyję.
Okazało się, że energia i napięcie to nie to samo. To wydaje się truizmem, ale naprawdę nie umiałam kiedyś odróżnić jednego od drugiego. Jako osoba z ADHD permanentnie szukałam odpowiedniego poziomu pobudzenia i jedzenie dostarczało mi tu sporo bodźców. Podobnie było z kawą i alkoholem, który zasłużył na osobny punkt poniżej. (Przy okazji: polecam Ci ciekawy odcinek podcastu Atypowe pt. „ADHD a uzależnienie od cukru? Debunking dietetycznych mitów”.)
Ogromne znaczenie na mojej drodze do lepszej samoregulacji miała nauka tolerowania dyskomfortu. Uczyłam się tego w psychoterapii (zwłaszcza z Karoliną Piotrowską), ale też wcześniej, praktykując uważność (zobacz mój wpis „Uważna obecność, czyli mindfulness”). Okazało się ku mojemu wielkiemu zdumieniu, że nawet potężny dyskomfort jest do zniesienia, kiedy nauczę się w nim BYĆ. Staje się natomiast nieznośny, kiedy przed nim uciekam, tłumię go, podejmuję działania zastępcze, zajadam. Dokładnie to samo dotyczy doświadczania trudnych emocji (zobacz wpis „Emocje są jak fala”).
2. Nauczyłam się odróżniać głód fizjologiczny od apetytu i reagować odpowiednio
Przez wiele lat – właściwie od kiedy pamiętam – nie byłam w stanie rozpoznać fizjologicznego głodu. To taki głód, który narasta stopniowo, kiedy minęło już trochę czasu od poprzedniego posiłku, i daje się zaspokoić czymkolwiek, co generalnie jadamy. Mój głód nie narastał stopniowo, lecz pojawiał się nagle i musiałam go zaspokoić NATYCHMIAST, najlepiej – konkretnym produktem lub rodzajem produktu. Teraz wiem, że wynikało to z mojego odcięcia od własnego ciała: nie wychwytywałam tych słabszych sygnałów głodu, lecz docierał do mnie dopiero przemożny, wilczy głód.
A kiedy czujemy wilczy głód, organizm dopomina się jak najwięcej kalorii TERAZ. Spokojne i uważne zjedzenie wysokobiałkowego jogurtu, owocu i kilku orzechów wydaje się nam wtedy totalnie nieatrakcyjne. Wolimy raczej pochłonąć gofra z bitą śmietaną i frużeliną, a następnie „poprawić” go paczuszką Nic-Naców i podlać słodkim napojem. Wygłodniały mózg właśnie w taki sposób dopomina się szybkich kalorii.
Ale może być też tak, że wcale nie o kalorie tu chodzi. Apetyt na konkretne produkty może pojawić się także wtedy, kiedy jesteśmy syci. Zwykle nie narasta stopniowo i możemy go zaspokoić… no właśnie, konkretnymi produktami, które kojarzymy z przyjemnością i ukojeniem. Stawiam dolary przeciw orzechom, że niewiele osób miewa nagłą, nieodpartą, pochłaniającą całą uwagę chęć na świeżego ogórka czy marchewkę. Co innego czekolada, lody, słone orzeszki, chipsy… Kiedy nie jesteś pewna, czy czujesz głód, czy apetyt, zadaj sobie pomocnicze pytanie: czy zaspokoi go to, co podałabyś dziecku jako zdrowy podwieczorek, czy to jednak musi być czekolada…?
Co to znaczy, że „nauczyłam się reagować odpowiednio”? Zastanawiałam się, czy to, co czuję, to głód, czy apetyt. Jeśli był to głód, szykowałam i zjadałam posiłek. Jeśli był to apetyt, zastanawiałam się, jak się teraz czuję i jak się poczuję, kiedy zjem to, na co mam chęć. Zazwyczaj dochodziłam do wniosku, że zjedzenie tego „czegoś” w najlepszym razie przyniesie mi szybką ulgę – a w najgorszym dołoży do nieprzyjemnego napięcia, nudy czy niepokoju także przykre odczucia w ciele: uczucie przepełnienia teraz i/lub sensacje jelitowe później. Skłamałabym, twierdząc, że taki proces myślowy wystarcza, żeby skutecznie opierać się wszystkim pokusom, ale na pewno stanowi ważny pierwszy krok.
3. Uświadomiłam sobie swoje traumy i uleczyłam je na terapii (trigger warning/ ostrzeżenie: w tym punkcie mowa o molestowaniu seksualnym dziecka)
Poszerzając wiedzę pomocną w pracy coachki i coachki kryzysowej, dowiedziałam się o pewnej zależności. Okazuje się, że zaburzenia odżywiania są nierzadko powiązane z historią molestowania seksualnego – zwłaszcza, kiedy nastąpiło ono w dzieciństwie. Ta informacja mnie poraziła. Zrozumiałam, że to, czego doznałam jako dziesięciolatka od obcego dorosłego mężczyzny, nie było „niczym ważnym” – jedynie nieprzyjemnym, niemal zapomnianym epizodem. Było traumą, która położyła się cieniem na moim dojrzewaniu, obrazie własnego ciała i związkach miłosnych. Obciążyła moją seksualność poczuciem winy, a także niechęcią czy wręcz nienawiścią do własnego ciała. Stanowiła przegniły fundament, na którym budowałam przez wiele lat swoje romantyczne relacje. Od kilku lat pracuję nad tym, żeby usunąć z mojego życia niektóre konsekwencje tamtej traumy.
Seksualność to też relacja z własnym ciałem. Osoby z doświadczeniem molestowania mogą nieświadomie dążyć do tego, żeby ich ciało było nieatrakcyjne dla potencjalnych ludzkich drapieżników. Jeśli masz bardzo mocne nerwy, polecam Ci w tym kontekście lekturę książki Roxane Gay „Głód. Pamiętnik (mojego) ciała” albo przynajmniej wywiady z autorką. Mnie na pewno pomogło już samo uświadomienie sobie, że to była trauma, i zrozumienie jej wpływu na moje życie. Tak, całkiem dosłownie zauważyłam zmianę mojej relacji z ciałem – większą akceptację dla tego, jak wygląda, i moją większą skłonność do zdrowszych nawyków związanych z żywieniem.
4. Zadbałam o sen (jego ilość i jakość)
Sen wpływa na wszystko: ciało, umysł i duszę. Przypomnę, że deprywacja snu to tortura zakazana prawem międzynarodowym. Człowiek niewyspany (danego dnia lub przewlekle) ma ogromną trudność z korzystaniem z pełni swoich możliwości i może nie zachowywać się tak, jak by chciał. Jego mózg nie działa bowiem w pełni sprawnie: upośledzone zostaje sprawne funkcjonowanie tej jego części, która „zawiaduje” funkcjami wykonawczymi, w tym samokontrolą (!).
Takim właśnie niewyspanym człowiekiem byłam przez ileś lat. Jestem sową, czyli mam chronotyp nocny, i latami zmuszałam swój organizm do funkcjonowania w warunkach „dyktatury skowronków”. Latami udawało mi się to – kosztem zdrowia i narastającego rozregulowania, którego przejawem (jednym z wielu) było właśnie tycie. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej, dlaczego niewyspani ludzie tyją, obejrzyj to znakomite wideo Pani od snu – Magdaleny Komsty.
Po czterdziestce mój organizm zastrajkował. Niemal z dnia na dzień okazało się, że MUSZĘ jak normalny człowiek przesypiać każdej nocy sześć godzin, a najlepiej siedem – w przeciwnym razie zachowuję się jak gad (a gady pożerają czasem własne dzieci). To oznaczało dramatyczny wybór: być gadem i starać się „robić rzeczy” czy raczej być wyregulowaną i… robić dużo, dużo mniej, niż bym chciała. Zdecydowałam się na to drugie.
W ciągu ostatnich czterech lat stopniowo zmieniałam nawyki związane ze snem. Chodziło w szczególności o wieczory, które wcześniej spędzałam na pracy i/lub aktywności w mediach społecznościowych. Tę pracę częściowo przeniosłam na poranki, a częściowo… ukróciłam. Coś za coś. A media społecznościowe… cóż, to osobny temat, w każdym razie widzę wyraźnie, że ekrany przed snem obniżają jakość snu. Obniżają ją też: nocne jedzenie, zwłaszcza produktów wysokoprzetworzonych, i picie alkoholu, zwłaszcza na kilka godzin przed zaśnięciem.
5. Zaczęłam pić 10 szklanek wody dziennie – w małych ilościach, regularnie przez cały dzień
Czy wiesz, że wiele ataków wilczego głodu jest efektem odwodnienia? W taki sposób nasze organizmy poszukują wody, kiedy dostarczamy jej za mało – jakby kombinowały, że jeśli zjemy duuuuuuużo, to przy okazji dostaną też wodę. Często nie rozróżniamy tego, czy chce nam się jeść, czy pić. Od kiedy pamiętam, piłam sporo wody, ale raczej dwie szklanki naraz po kilkugodzinnej przerwie. Często nie piłam przez dłuższy czas, kiedy byłam w drodze, w biegu, ponieważ obawiałam się, że nie będę mogła w razie potrzeby skorzystać z toalety.
Kilka lat temu wprowadziłam drobne nawyki, które pomogły mi popijać wodę regularnie przez cały dzień, małymi łykami. To wyraźnie zmniejszyło mój apetyt na niezdrowe przekąski. Co ciekawe, moje obawy dotyczące (nie)znalezienia w odpowiednim momencie toalety nie zrealizowały się. Taki sposób picia sprzyja stopniowemu wypełnianiu się pęcherza, dzięki czemu już nie zdarza mi się z chwili na chwilę poczuć potrzeby natychmiastowego pójścia do toalety, jak to bywało wcześniej. Myślę, że pomogła w tym też większa uważność na sygnały swojego ciała.
6. Postawiłam na codzienny spacer po obiedzie zamiast „ożywiania się” kawą i czekoladą
Od lat zmagałam się z ogromną sennością po obiedzie, z którą „radziłam sobie” za pomocą kawy i czekolady. Myślałam nawet w pewnym momencie, że to początki insulinooporności, ale badania tego nie potwierdzały: z moją gospodarką cukrową wszystko było w porządku. Teraz wiem, że ta senność wynikała z jednej strony z mojego przewlekłego niewyspania, a z drugiej – z tego, że „upychałam” obiad w czasie pracy. Najczęściej połykałam go przed komputerem i zaraz potem kontynuowałam pracę bez ruszania się od biurka. Chciałam odwalić jak najwięcej roboty, zanim będę musiała przejąć dziecko/dzieci od niani albo odebrać je z placówek.
Pewnego dnia dowiedziałam się, że (niezbyt nasilona) aktywność fizyczna bezpośrednio po posiłku stabilizuje poziom glukozy we krwi. Postanowiłam przez tydzień wychodzić na spacer od razu po obiedzie – ach, jakaż to była strata cennego czasu, który mogłam poświęcić na tworzenie nowych treści! Po tygodniu już wiedziałam, że chcę to robić dalej, bo poobiednia senność zniknęła, nie potrzebowałam kawy ani słodyczy, a oczyszczony w czasie tego spaceru umysł pracował wydajniej, niż kiedy nie ruszałam się od biurka. Kolejna obawa – po tej „toaletowej” (por. punkt 5 powyżej) – okazała się nieuzasadniona.
7. Przestałam dojadać po dzieciach i jeść, „żeby się nie zmarnowało”
Jak wspomniałam w poprzednim poście, marnowanie jedzenia było w mojej rodzinie traktowane jako niewłaściwe, wręcz niemoralne. Dojadanie resztek, żeby się nie zmarnowały, nie stanowiło problemu, dopóki gospodarowałam sama albo kiedy mieszkałam już z moim mężem, ale stołowaliśmy się głównie „na mieście”. Kiedy jednak pojawiły się dzieci, w tym wybiórczo jedzący Duży, sprawy przybrały zupełnie nieoczekiwany obrót. Dzieci zostawiały na talerzach dużo resztek, które stanowiły uzupełnienie moich posiłków. Dojadałam je nawet, kiedy nie miałam na nie najmniejszej ochoty, „żeby się nie zmarnowało”.
Dopiero stosunkowo niedawno dotarło do mnie, jak bardzo szkodliwy był ten nawyk. Wprawdzie nie marnowałam jedzenia, za to szkodziłam własnemu ciału, wciskając w nie na siłę różne produkty. Traktowałam te produkty lepiej, niż samą siebie! Traktowałam siebie jak kosz na śmieci!
Zmiana tego nawyku była bardzo trudna i zajęła mi kilka lat, bo był on mocno zakorzeniony w moich wartościach. Właściwie nadal jestem w tym procesie. Bardzo mi w tym pomogła pasychoterapia z Karoliną Piotrowską, a także praca z psychodietetyczką i lekarką, Dorotą Święch, o której napiszę w kolejnym poście, bo ten i tak jest nieprzyzwoicie długi. Teraz napiszę tylko jeden, ostatni akapit.
Przez kilka lat pracowicie wprowadzałam do swojego życia te zmiany, a moja waga wcale nie spadała, lecz rosła. Jak to możliwe? I co konkretnie zrobiłam, kiedy już podjęłam decyzję o schudnięciu? O tym dowiesz się z kolejnego postu, „Jak zmieniłam swój sposób żywienia i pozbyłam się 15 kg dzięki wiedzy, samoregulacji i samokontroli”.
Jeśli interesuje Cię temat zmiany, to rozważ dołączenie do mojego szkolenia „ABC procesów zmiany: Jak trwale zmienić swój sposób myślenia i działania, wykorzystując wiedzę o mózgu, stresie i samoregulacji”. Szkolenie przekaże Ci wszystko, co potrzebujesz wiedzieć, jeśli chcesz zmienić coś ważnego w swoim życiu i nie bardzo wiesz, jak się za to zabrać, albo jeśli próbowałaś już wiele razy, masz za sobą szereg niepowodzeń i boisz się kolejnego. Daję Ci słowo honoru, że w tych sytuacjach to szkolenie będzie dla Ciebie pomocne! Bardzo Ci je też polecam, jeśli zawodowo wspierasz inne osoby w jakiejkolwiek zmianie, na przykład wykonujesz zawód coacha, trenera, konsultanta, nauczyciela, lekarza, położnej, douli, doradczyni laktacyjnej/ konsultantki laktacyjnej, doradczyni chustonoszenia itd. Dowiedz się o nim więcej na tej stronie.
Uwaga: z kodem blog możesz kupić to szkolenie o 80 zł taniej. Podaj ten kod po dodaniu szkolenia do koszyka.
utworzone przez DyleMatka | maj 6, 2024 | historie z życia, rozwój osobisty, zmiana
Ten post przedstawia kontekst dwóch kolejnych: „Samoregulacja a utrata zbędnych kilogramów: co potrzebowałam zmienić aby w ogóle móc trwałe schudnąć” oraz „Jak zmieniłam swój sposób żywienia i pozbyłam się 15 kg dzięki wiedzy, samoregulacji i samokontroli”. Nie zdziwię się, jeśli odnajdziesz w mojej opowieści własne doświadczenia. Pewne jej elementy są bowiem tak powszechne, że aż wydają się być normą.
Moje zmagania z niepohamowanym jedzeniem i nadmierną wagą zaczęły się już w dzieciństwie. Jako półroczne niemowlę zostałam odstawiona od piersi, ponieważ moja mama, lekarka, musiała wrócić do pracy i na nocne dyżury. Nie było wtedy laktatorów ani świadomości, że można karmić niemowlę odciągniętym mlekiem, ani też wiedzy, jak to robić. Zamiast przy piersi mamy, zaczęłam zasypiać przy butli z wysokokaloryczną mieszanką mlekozastępczą. Już w drugim półroczu życia moja waga osiągnęła górne rejony siatek centylowych, a ja prawdopodobnie nauczyłam się koić napięcie za pomocą cukru i generalnie – przyjmowania pokarmu.
Na to nałożyły się kolejne elementy układanki, dość powszechne w Polsce z jej historią wojen, głodu i niedoborów. W mojej rodzinie karmienie było sposobem okazywania miłości i zainteresowania drugą osobą. Serwowano przy tym zbyt duże porcje, a marnowanie jedzenia było traktowane jako grzech. Ponadto jako dziecko PRL-u (urodziłam się w 1979 roku) słodycze kojarzyłam ze świętami i miłymi chwilami. Wreszcie pewne trudne wydarzenia w mojej rodzinie zaowocowały dużym napięciem, które koiłam… no właśnie, nadmiernym jedzeniem. W efekcie już jako pięciolatka miałam nadwagę.
W wieku 12 lat po raz pierwszy się odchudzałam, bez żadnej wiedzy czy wsparcia specjalisty. Po prostu znalazłam w gazecie głodową dietę kopenhaską i kupiłam książkę z ćwiczeniami callanetics. W ciągu wakacji między szóstą i siódmą klasą podstawówki straciłam 17 kg dzięki drakońskiej diecie i katorżniczym ćwiczeniom (po 2-3 godziny dziennie). Wpadłam w anoreksję, a po kilku miesiącach – w bulimię.
Moje zaburzenia odżywiania trwały kilkanaście lat. W okresach nasilenia bulimii potrafiłam przy jednym „posiedzeniu” pochłonąć: największe opakowanie słodzonych płatków typu Cini Minis, litr mleka, kilkaset gramów goudy, kilka puszek szprotek w oleju, słoik masła orzechowego, pół słoika miodu, kilka paczek kabanosów, litr lodów, wreszcie pudełko surowego ryżu. W najgorszym momencie, podczas studiów w Niemczech, kradłam współlokatorom z akademika jedzenie z szafek i pochłaniałam je, a następnie cichaczem odkupowałam. Miałam akurat tyle samokontroli, żeby wybierać produkty dostępne w pobliskich marketach… A jeśli takich produktów zabrakło, potrafiłam o 2 w nocy, zimą, pojechać na rowerze do jedynego otwartego sklepu spożywczego w mieście, w podziemiach dworca. (Uwaga: jeśli zmagasz się z bulimią albo dotyczy to kogoś z Twojego otoczenia, to koniecznie szukajcie wsparcia specjalisty od zaburzeń odżywiania!).
Swoją drogą, dopiero stosunkowo niedawno dotarło do mnie, że zaburzeniom odżywiania sprzyjało moje ADHD. Diagnozę dostałam późno, bo dopiero kilka miesięcy temu, w wieku niemal 45 lat. Niewątpliwie ADHD oznacza niską zdolność do hamowania impulsów, a to gra ogromną rolę w napadach objadania się.
Jako młoda dorosła na przemian chudłam i tyłam po kilka(naście) kilo. Myślę, że w sumie w ciągu życia straciłam i odzyskałam kilkaset kilogramów. Potem nastąpił stosunkowo dobry okres: miałam wagę w normie i budowałam powoli pewne dobre nawyki żywieniowe. Wspierało mnie to, że lubiłam aktywność fizyczną i nie znosiłam bezruchu. Dosłownie przez całe życie ćwiczę – to się nie zmieniło od podstawówki aż do tej pory. (Niejako na marginesie dodam, że systematyczna aktywność fizyczna pomaga nie tylko w utrzymaniu zdrowej wagi, lecz także w zapobieganiu szeregu problemów ze zdrowiem fizycznym i psychicznym, a nawet w leczeniu wielu chorób – polecam Twojej uwadze książkę „Rozruszaj swój mózg”.)
Jako 32-latka zostałam mamą. Łączyłam niełatwe macierzyństwo z wymagającą pracą, niezbyt dobrze dogadywałam się z mężem, przez kilka lat spałam po 4-6 godzin na dobę z przerwami na nocne pobudki maluchów. Skrajne niewyspanie, przeciążenie nadmiarem obowiązków, nieleczona depresja (zobacz post „Mój przepis na depresję poporodową”), liczne wyzwania rozwojowe mojego najstarszego syna i brak codziennego wsparcia innych dorosłych stanowiły taki bagaż, że mimo systematycznych ćwiczeń znów tyłam (jesienią i zimą) i odchudzałam się za pomocą diet „pudełkowych” (wiosną i latem). (O dietach pudełkowych piszę też w następnym poście.)
Z czasem moje życie zaczęło toczyć się po nowych, zdrowszych torach. Poszłam na kilkuletnią psychoterapię (w tym terapię traum), urodziłam trzeciego syna, dokonałam dużego zwrotu zawodowego, zaczęłam dogadywać się z mężem, odmieniłam swoje życie na lepsze. Ale… waga nadal powoli, lecz systematycznie rosła. Rzadko zajadałam napięcie, ale miałam mnóstwo innych złych nawyków żywieniowych: zaczynałam dzień od kilku kubków kawy z napojem roślinnym, jadłam zbyt szybko i zbyt duże porcje, dojadałam po dzieciach, po obiedzie walczyłam z sennością za pomocą kawy i czekolady, a późnym wieczorem podjadałam słone i tłuste przekąski, nierzadko popijając je winem albo drinkami.
Ten ostatni fatalny nawyk nasilił się w czasie pandemii SARS-Cov-2 wiosną 2020 roku. Niemal każdy dzień kończyłam „ucztowaniem” na kanapie wraz z Mężem późnym wieczorem, kiedy dzieci już spały. Lockdown potężnie dał mi w kość: ogarnianie biznesu i zdalnej nauki drugoklasisty i zerówkowicza przy szalejącym trzylatku z niezdiagnozowanym jeszcze ADHD oraz brak aktywności fizycznej przekraczały moje zdolności radzenia sobie. Moje napięcie sięgało zenitu; po paru miesiącach potrzebowałam wsparcia psychiatry i leków antydepresyjnych/ przeciwlękowych.
Kilka razy podejmowałam próby odchudzania, ale bez większego przekonania. Nie miałam zbyt silnej motywacji: redukcja wagi kojarzyła mi się z surowym traktowaniem siebie czy wręcz nienawiścią do własnego ciała, dyscypliną i samoumartwianiem. Taką właśnie postawę prezentowałam jako nastolatka. Teraz byłam już w innym miejscu: akceptowałam moje obfite ciało i samą siebie. Nie chciałam powracać do „kultury diety”, do tamtego fatfobicznego mindsetu. (Przy okazji: polecam Ci rozmowę Łady Drozdy z Elą Lange „Ciało jest od życia, nie od wyglądania” – to bardzo mi bliskie obecnie podejście.) Bałam się też, że kiedy moje ciało poczuje prawdziwy głód, moja uśpiona od lat bulimia może wrócić i nie będę w stanie zapanować nad chorobliwym objadaniem się.
Ostatnią cegiełkę dołożył tzw. long Covid na przełomie 2020 i 2021 roku. Przez kilka miesięcy chorowałam i miałam duszności przy najlżejszym wysiłku, co uniemożliwiało systematyczne ćwiczenia – a to był najważniejszy nawyk, który wspierał moją dobrą kondycję i utrzymanie w miarę zdrowej wagi. I tak się „jakoś” stało, że wiosną 2021 roku ważyłam rekordowe 81,5 kg (przy wzroście 171 cm). Tego poziomu nie osiągnęłam w żadnej z trzech ciąż. Dotarło do mnie, że jestem stale zmęczoną 42-latką na prostej drodze do otyłości. Nie chciałam tego.
Chciałam, żeby moje ciało było… Nie, nie szczupłe jak u modelki (to było moje marzenie w okresie nastoletnim). Chciałam, żeby było po prostu zdrowe, w miarę lekkie, wystarczająco umięśnione i silne, aby ponieść mnie przez resztę życia. Od pewnego czasu praktykowałam Body Groove: ćwiczenia oparte na swobodnym tańcu. (Przykładowe kilkuminutowe treningi możesz znaleźć pod tym linkiem.) W wielu nagraniach wideo w tańczącej grupie pojawiała się 84-latka: szczupła, uśmiechnięta, pełna wdzięku, poruszająca się lekko i ze swobodą. Taką staruszką chciałam się kiedyś stać!
Kiedy moja waga pokazała 81,5 kg, a miarka krawiecka – 101 cm w nieistniejącej już talii, uznałam, że jestem gotowa na fundamentalną zmianę. I faktycznie udało mi się w ciągu kilku wiosenno-letnich miesięcy 2021 roku zrzucić 6 kilogramów. Pomógł mi w tym program „Kobiety bez diety” psychodietetyczki Kasi Popławskiej. Jednak program się skończył, a ja stopniowo przestałam stosować jego zalecenia i jesienią/zimą te kilogramy wróciły. Byłam w punkcie wyjścia, z kolejną porażką na koncie – a jednak bogatsza o pewne nawyki z programu, które potem zaprocentowały.
Co było dalej? O tym dowiesz się z kolejnych postów. Najlepiej zacznij od tego zatytułowanego „Samoregulacja a utrata zbędnych kilogramów: co potrzebowałam zmienić, aby w ogóle móc trwale schudnąć”. Nie pomijaj go, proszę, bo to naprawdę były zmiany, bez których kolejna próba redukcji wagi zakończyłaby się fiaskiem. Kolejny post, „Jak zmieniłam swój sposób żywienia i zrzuciłam 15 kilogramów dzięki wiedzy, samoregulacji i samokontroli”, poświęciłam samej redukcji wagi, czyli – jak by się mogło wydawać – „ostatniej prostej” prowadzącej mnie do sukcesu.
Jeśli interesuje Cię temat zmiany, to rozważ dołączenie do mojego szkolenia „ABC procesów zmiany: Jak trwale zmienić swój sposób myślenia i działania, wykorzystując wiedzę o mózgu, stresie i samoregulacji”. Szkolenie przekaże Ci wszystko, co potrzebujesz wiedzieć, jeśli chcesz zmienić coś ważnego w swoim życiu i nie bardzo wiesz, jak się za to zabrać, albo jeśli próbowałaś już wiele razy, masz za sobą szereg niepowodzeń i boisz się kolejnego. Daję Ci słowo honoru, że w tych sytuacjach to szkolenie będzie dla Ciebie pomocne! Bardzo Ci je też polecam, jeśli zawodowo wspierasz inne osoby w jakiejkolwiek zmianie, na przykład wykonujesz zawód coacha, trenera, konsultanta, nauczyciela, lekarza, położnej, douli, doradczyni laktacyjnej/ konsultantki laktacyjnej, doradczyni chustonoszenia itd. Dowiedz się o nim więcej na tej stronie.
Uwaga: z kodem blog możesz kupić to szkolenie o 80 zł taniej. Podaj ten kod po dodaniu szkolenia do koszyka.
utworzone przez DyleMatka | lut 15, 2022 | historie z życia, narzędzia rodzica, rodzicielstwo bliskości
Styczniowy wieczór w środku tygodnia, sprzątamy po kolacji.
Wszyscy z wyjątkiem pięcioletniego Malutkiego mamy Covid i od ponad tygodnia nie ruszamy się z domu. Starszaki mają naukę zdalną, a pięcioletniego Malutkiego rozpiera energia i wymyślam mu mnóstwo zabaw ruchowych. Teraz jednak jest już wyraźnie zmęczony, pociera oczy i ziewa.
– Mamo, mogę tablet? – pyta Malutki.
– Rano tak. Dziś już nie, zaraz idziemy się myć i spać – odpowiadam.
– Ja chcę teraz! – mówi stanowczo Malutki.
– Słyszę cię – odpowiadam spokojnie.
– No to daj mi ten tablet! – podnosi głos mój syn.
– Jest 19:30. Nie chcę, żebyś krótko przed snem korzystał z ekranów. Pograsz sobie rano.
(To nasza tradycja, że podczas kwarantann czy izolacji (oraz weekendów) Malutki zaczyna dzień od tabletu, kiedy Mąż i ja jeszcze śpimy.)
– Ja. Chcę. Teraz – Malutki brzmi naprawdę groźnie. Jak cisza przed burzą.
Znam go i wiem, że za chwilę nastąpi wybuch.
Nie patrzę na niego, nie reaguję. Skupiam się na sobie i sprawdzam, co mi to robi: czuję irytację, rośnie we mnie fala ciepła, mam ochotę powiedzieć mu coś w rodzaju: „Możesz sobie chcieć, a i tak nie dostaniesz”. Skupiam się na oddechu, fala ciepła odpływa, uspokajam się. I bardzo dobrze, bo czuję na swoim biodrze uderzenie małej pięści i słyszę wypowiedziane z wielką złością słowa:
– Masz mi natychmiast dać tablet, ty głupia mamo!
– Nie chcę być bita – mówię stanowczo i odsuwam się.
Malutki przesuwa się w ślad za mną, podnosi rękę i próbuje mnie znów uderzyć. Blokuję cios, odsuwam się znów i powtarzam:
– Nie chcę być bita.
Malutki wydaje nieartykułowany, gardłowy okrzyk i rzuca się w moim kierunku z pięściami, wykrzywiony ze złości. Robię unik, łapię go za ręce i kucam przed nim.
– Widzę, że jesteś naprawdę wkurzony. Powiedz mi to zamiast bić.
– Jesteś najgorszą mamą na świecie! Nie ma gorszej mamy od ciebie! Trzeba cię wyrzucić!
– wybucha Malutki. Już nie próbuje mnie bić i widać, że dzięki temu wybuchowi jego złość opadła nieco, za to pojawił się strach i dezorientacja. Nigdy wcześniej mi czegoś takiego nie powiedział i chyba sam nie wierzy, że z jego ust wydobył się taki komunikat. Widzę ten strach i dezorientację i postanawiam mu pomóc. Puszczam jego ręce i siadam przed nim na podłodze.
– O kurczę. Faktycznie. Jestem najgorszą mamą – mówię, jakby zdziwiona. – Wstrętną, niedobrą mamą, która nie chce ci dać tabletu. O kurka!
Malutki patrzy na mnie nieufnie, ale i zaciekawiony.
– Hmmm, co możemy z tym zrobić? – zastanawiam się, marszcząc brwi, po czym się rozjaśniam: – Wiem! Mam pomysł! Pojedziemy do supermarketu, w którym można wymienić wadliwą mamę na taką bez wad. I powiesz: „Proszę pana, mam tu taką mamę, która jest okropna, bo nie daje mi wieczorem tabletu. Proszę ją wymienić na taką, która zawsze daje, o każdej porze dnia i nocy”.
– A co powie ten pan? – dopytuje Malutki z błyszczącymi oczami.
– „Proszę bardzo, chłopczyku, tu mamy cały dział z mamami, które dają dzieciom tablety.
Do wyboru, do koloru. O, tu leżą, na tych półkach i w następnej alejce też. Rozejrzyj się i kiedy wybierzesz jakiś model, to pomogę ci go zanieść do kasy.”
Malutki śmieje się. Widać, że napięcie opadło.
– A można naprawić mamę zamiast ją wymieniać na nową? – pyta Malutki.
– Oczywiście! Trzeba pojechać do specjalnego warsztatu naprawczego. Oni tam odkręcą mi w głowie taką klapkę, zajrzą do środka, przestawią jedną wajchę i już będę ci zawsze dawała tablet.
Malutki chichoce.
– Może sam chcesz przestawić tę wajchę? Tylko żebyś czegoś nie zepsuł! – proponuję, podsuwając synkowi czubek mojej głowy. On udaje, że w niej gmera, po czym melduje:
– Już! To teraz daj mi tablet. Prooooooszę… – patrzy mi przymilnie w oczy.
– Synku, kocham cię i chcę, żebyś był jutro wypoczęty. Wiesz, że po tablecie gorzej się śpi, prawda?
– Nie! Nie wiem! – Malutki oczywiście to wie, ale jest w zaprzeczeniu. Kładzie się na podłodze i zaczyna delikatnie poruszać nogą tak, aby „przypadkiem” trącić mnie stopą. Odsuwam się, on się do mnie przysuwa i wierzga mocniej,
– Ech, teraz chcesz mnie kopnąć? – wzdycham. – A może byś zamiast tego się przytulił?
– Nie! Bo… – Malutki szuka odpowiedniego argumentu.
– Bo jestem najgorszą mamą? – uśmiecham się.
– Tak! Właśnie tak! – mówi Malutki. Po chwili jednak wzdycha i dodaje:
– Nie, nie jesteś. Ja tylko jestem na ciebie jeszcze trochę zły i dlatego tak mówię.
– Wiem. Ale dzięki, że mi to wyjaśniłeś. I rozumiem, ja też czasem mówię w złości niemiłe rzeczy. To co, przytulisz się?
Widzę, że w Malutkim walczą dwa wilki: jeden chce mi się rzucić w ramiona, a drugi – okazać swoją złość i żal.
– No chooooodź, przytul się – mówię. – Albo nie przytulaj się, jak wolisz – wzruszam ramionami.
Malutki z błyskiem w oku zrywa się z podłogi i z impetem wpada w moje ramiona, przewracając mnie. Przez chwilę się kotłujemy i siłujemy, uderzamy lekko „z bańki” – czołem o czoło, podgryzamy się nawzajem w ręce, łaskoczemy. Obojgu nam pomaga to rozładować resztki napięcia. W końcu mój synek przytula się do mnie mocno i pyta:
– Poczytasz mi przed snem?
– No jasne! – odpowiadam, po czym idziemy do łazienki, kąpię Malutkiego i kładziemy się do jego łóżka z książką.
Chcę skomentować tę scenę w kilku punktach przez pryzmat wiedzy o samoregulacji i relacji.
1. Czy Malutki jest uzależniony od tabletu?
Raczej nie. Od początku pandemii zdarzają się okresy, w których zdecydowanie nadużywa urządzeń z ekranami – potrafi korzystać z nich po 3-4 godziny dziennie. Opisana powyżej sytuacja wydarzyła się właśnie w takim okresie. Mąż i ja chorowaliśmy na Covid i potrzebowaliśmy dużo snu, Duży i Mały mieli lekcje zdalne, a Malutki nudził się jak mops. Gra na tablecie albo bajki na Netflixie były więc dla wszystkich wybawieniem. Malutki w takich okresach rozregulowuje się, ale daleko mu do uzależnienia. Poznaję to m.in. po tym, że nie traci zainteresowania innymi aktywnościami i kiedy tylko mam mu do zaoferowania mój czas i atrakcyjną zabawę, to porzuca ekran bez żalu. Co ważniejsze, kiedy nasza sytuacja się normalizuje, nasz pięciolatek wraca do równowagi.
W idealnym świecie nie dopuszczałabym do tego, żeby moje dzieci nadmiernie korzystały z ekranów. One nie są dla maluchów zbyt korzystne. Jednak nie żyjemy w idealnym świecie, dlatego nie stawiam sobie (ani dzieciom) poprzeczki nierealistycznie wysoko. Mój sen jest dla mnie ważniejszy, niż zachowanie w każdych okolicznościach norm wyznaczonych przez Światową Organizację Zdrowia, zgodnie z którymi dziecko do 5. roku życia nie powinno spędzać przed ekranem więcej, niż godzinę dziennie. Generalnie jednak dbam o to, żeby dzieci korzystały z ekranów w sposób, który raczej sprzyja samoregulacji, niż ją utrudnia. Jaki to sposób? Napisałam o tym dość obszerny rozdział dla rodzica w mojej drugiej książce, „Self-Regulation. Szkolne wyzwania”. Nosi on tytuł „Domowe zasady ekranowe wspierające samoregulację”, a jego treść została zaakceptowana przez ekspertkę fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, która zajmuje się uzależnieniem dzieci od ekranów. Możesz otrzymać ten tekst mailem w formacie pdf, jeśli zapiszesz się na mój newsletter.
EDIT z 10 lutego 2026 roku: w związku z Dniem Bezpiecznego Internetu tylko dziś i jutro mam dla Ciebie specjalną ofertę szkolenia dla rodziców i innych opiekunów „Mniej awantur o ekrany” (78 zamiast 128 zł). Kliknij na poniższy przycisk.
2. Czy nie czułam się dotknięta słowami Malutkiego?
Nie. Postrzegam je jako tzw. mowę limbiczną (ang. limbic talk), czyli słowa wypowiedziane pod wpływem trudnych emocji (pisałam o tym kiedyś we wpisie o „głupiej babci”). Im człowiek jest bardziej wyprowadzony z szeroko pojętej równowagi (homeostazy) i im jest młodszy, tym bardziej prawdopodobnie, że powie coś, co jest werbalnym odpowiednikiem skoczenia „przeciwnikowi” do gardła. W opisanej tu scenie widać było wyraźnie moment, w którym Malutki zastąpił agresję fizyczną agresją słowną.
Owszem, są pewne zdania czy komunikaty, które mnie „uruchamiają”, ale to akurat nie te słowa. Są też sytuacje, w których cokolwiek jest w stanie zapalić moją złość – to te, kiedy jestem wyczerpana, skrajnie niewyspana, coś mnie boli, mam szczególnie ciężki zespół napięcia przedmiesiączkowego. Wtedy staram się ugryźć w język i nie otwierać ust, bo cokolwiek, co powiem, może być mową limbiczną czy wręcz atakiem rozjuszonego dzikiego zwierzęcia.
3. Czy nie zarażam się złością dziecka?
Oczywiście, że się zarażam! Rezonans limbiczny, czyli zarażanie się pobudzeniem i emocjami, to naturalny mechanizm neurobiologiczny właściwy dla człowieka i wielu innych gatunków (przeczytaj Jak kształtujemy mózgi naszych dzieci oraz Rodzice, dzieci, ekrany i mózgowe wi-fi). Nie wyobrażam sobie, żeby rodzic nigdy nawet w najmniejszym stopniu nie zarażał się złością, rozpaczą, ale też entuzjazmem czy ekscytacją swojego dziecka. Jednak dorośli mają więcej strategii poradzenia sobie z tymi emocjami; ich mózgi są lepiej rozwinięte i dzięki temu potrafią, kiedy trzeba, korzystać z samokontroli.
Lubię stosować techniki uważnościowe (mindfulness), aby nie dać się porwać fali trudnych emocji. W opisanej tu sytuacji skupiłam się na chwilę na oddechu i to wystarczyło, bo byłam generalnie spokojna.
Jeśli nie masz pomysłu, jak się uspokoić, kiedy emocje biorą górę, albo masz pomysły, które nie działają, może Ci pomóc moje szkolenie „Spokój rodzi spokój. 12 sposobów na opanowanie złości” (uwaga: w pakiecie ze szkoleniem „Mniej awantur o ekrany” jest o 40 zł tańsze! Musisz najpierw dodać tamto do koszyka i oferta pojawi się automatycznie).
4. Co to za wygłupy na temat zakupu nowej mamy?
Można to określić jako rodzicielstwo przez zabawę (ang. playful parenting; to tytuł książki Lawrence’a Cohena). Kiedyś nie umiałam się bawić: ani z moimi dziećmi, ani w ogóle. Byłam raczej poważną osobą i „nie czułam” zabawy, wygłupów, żartów, beztroski. W miarę rozwoju i dojrzewania w roli matki przychodzi mi to coraz łatwiej: zachowuję się coraz bardziej niepoważnie. 😊 Z moim najmłodszym synkiem większość trudnych sytuacji rozwiązuję poprzez zabawę i wygłupy, jak w opisanej tu sytuacji.
Swoją drogą, nieskromnie polecam Ci wysłuchanie mojej rozmowy z Dorotą Blumczyńską na temat radzenia sobie z trudnymi sytuacjami w rodzicielstwie właśnie poprzez zabawę. Rozmowa była częścią pierwszej polskiej konferencji online dla rodziców „Playful Parenting”, której gościem był m.in. Lawrence Cohen.
5. Czy żarty zawsze pomogą rozładować trudną sytuację?
Absolutnie nie! To, co pomaga danemu dziecku, może rozzłościć lub przestraszyć inne. Gdybym zaczęła żartować na temat wymiany mamy na nową z moim średnim synem, Małym, kiedy miał pięć lat, jego złość przemieniłaby się w furię. Kiedy Mały się złości, trzeba zachować pełen szacunku dystans i najlepiej nic nie mówić. Gdybym potraktowała tak samo pięcioletniego Dużego, mojego wrażliwego pierworodnego, przeraziłby się, że może mnie stracić albo ktoś może mi coś zrobić i wpadłby w czarną rozpacz, a wieczorem dopytywałby, czy na pewno nikt mnie nie zabierze i nie zepsuje mi nic w głowie. Co więcej, „właściwa” reakcja dorosłego może być różna w przypadku tego samego dziecka w różnych sytuacjach. To bardzo indywidualna kwestia i wymaga eksperymentowania i wycofywania się w nietrafionych pomysłów. Malutki i ja jesteśmy już nieźle zgrani i mamy za sobą setki takich prób, dlatego intuicja najczęściej podpowiada mi, co pomoże.
6. Czy zawsze mam przestrzeń na takie wspieranie dziecka?
Oczywiście, że nie. Czasem ograniczam się do „Nie chcę być bita” i nie mam siły ani ochoty wdawać się w dłuższe rozmowy. Zdarza mi się też warknąć coś niemiłego i wyjść z pokoju. Tak, jak w opisanej tu scenie, reaguję tylko, kiedy mam zasoby, czyli odpowiedni poziom energii. Codziennie dbam o to, żeby zachować jej odpowiedni poziom – także wieczorem, w czasie choroby, PMS, izolacji czy kwarantanny – redukując te stresory, które mogę zredukować i ładując swoje baterie na wszelkie dostępne mi sposoby. Ale kiedy mam niski poziom energii (ot, choćby dziś, w drugim dniu nowego semestru, co wiąże się dla mnie z niewyspaniem) i nie jestem w stanie wesprzeć dziecka, to się za to nie biczuję, to by nie pomogło. Pomaga łagodność dla samej siebie.
Jeśli uznasz ten wpis za wartościowy, udostępnij go, proszę! 🙏
utworzone przez DyleMatka | sty 11, 2022 | coaching, historie z życia
Pierwsze dni stycznia
kojarzą mi się z postanowieniami noworocznymi i wiem, że wielu innym osobom też. Jako coachka wspierająca zestresowane mamy w realizacji ich (rozmaitych) celów chcę Ci napisać kilka słów na temat postanowień i marzeń. Jeśli ten wpis Cię zainspiruje, wesprze, pomoże Ci coś lepiej zobaczyć, ucieszę się, jeśli go udostępnisz innym osobom, na przykład w mediach społecznościowych. A jeszcze bardziej ucieszę się, jeśli zostawisz tu komentarz.
Kiedy byłam małą dziewczynką,
zobaczyłam w telewizji przepiękną scenę: młoda dziewczyna galopowała na koniu po plaży o zachodzie słońca. Byłam oczarowana i zapragnęłam też tak kiedyś pogalopować. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy dowiedziałam się, że ze względu na wadę wzroku (krótkowzroczność i zwyrodnienia siatkówki) nie wolno mi jeździć konno. Upadek mógłby spowodować odklejenie się siatkówki i bardzo poważne problemy z widzeniem. Zresztą same wstrząsy byłyby ponoć niebezpieczne. (Zastanawiam się, dlaczego w takim razie wolno mi było jeździć na nartach, ale to już inna historia…)
W kolejnych latach w różnych sytuacjach zalewał mnie żal,
że nie mogę spełnić swojego wielkiego marzenia. Nie dla mnie piękne chwile w kontakcie z majestatycznym, silnym i jednocześnie wrażliwym zwierzęciem! Chłonęłam każdy fragment książki czy filmu, w którym pojawiał się motyw jazdy konnej i zazdrościłam bohaterom – zwłaszcza dziewczynkom – którym było to dane. Ach, ach, jakże byłam nieszczęśliwa!
Kiedy byłam już młodą dorosłą,
zaprzyjaźniłam się z osobą, która nie tylko jeździła konno, ale też miała własnego konia. Zachłannie słuchałam jej opowieści o jej wielkiej pasji. Kiedy razem odwiedziłyśmy jej rodziców, spytała mnie, czy chciałabym pojechać z nią do stajni. Czy chciałam? No właśnie, czy chciałam? Czy byłam w stanie patrzeć, jak moja przyjaciółka jeździ konno i stać obok? Czy byłam gotowa poczuć zwielokrotniony żal, że ona może, a ja nie, choć gdyby nie moja wada wzroku…? Zważyłam „za” i „przeciw” i… tak, byłam gotowa!
Pojechałyśmy do stajni.
Już przed wejściem straszliwy smród prawie powalił mnie na kolana. Jestem nadwrażliwa na rozmaite zapachy i nigdy nie wiem, który mi się spodoba albo przynajmniej będę w stanie go zaakceptować, a który sprawi, że będę miała ochotę wyć, wrzeszczeć, gryźć i kopać, byle tylko zniknął. Zapach psa (nawet mokrego, brudnego psa) należy do tych pierwszych: kojarzy mi się z ciepłym futrem, ufnie wpatrzonymi we mnie oczami, ogonem merdającym z radości, z głaskaniem i przytulaniem. Od osób jeżdżących konno słyszałam podobne skojarzenia z zapachem konia. Okazało się jednak, że w moim przypadku zapach konia jest z tej drugiej kategorii. Stojąc w progu tamtej stajni, myślałam, że umrę.
Dlaczego użyłam w przedostatnim zdaniu słów „okazało się”?
Bo wprawdzie przez kilkanaście lat marzyłam o jeździe konnej, ale nigdy nie miałam do czynienia z żywym koniem. Pokochałam jazdę konną, bo spodobała mi się scena w filmie. Nigdy jednak nie poddałam swojego marzenia „próbie ognia”, jaką byłoby wybranie się do stajni, a jeszcze lepiej – poszukanie zajęcia przy koniach. Gdybym kiedykolwiek wpadła na ten pomysł, bardzo szybko zweryfikowałabym swoje marzenie i pożegnałabym się z nim bez żalu.
Jak ta sytuacja potoczyła się dalej?
Jakoś się przemogłam i weszłam z przyjaciółką do stajni. Jej koń spróbował odgryźć mi głowę (a przynajmniej tak to zapamiętałam). Kiedy stałam obok ujeżdżalni i obserwowałam kłusujące po niej konie, zauważyłam, że raz po raz załatwiają się na piasek, a potem one same lub inne konie wdeptują w guano i uznałam to za wyjątkowo obrzydliwe. Jednym słowem, moje marzenie sięgnęło bruku czy też raczej… słomy wyściełającej boksy w stajni. I rzadko się zdarza, aby tak głębokie rozczarowanie czy deziluzja stało się początkiem tak ważnej i pięknej zmiany.
Od tamtej pory weryfikuję swoje marzenia, kiedy tylko się pojawiają.
Dalekie podróże z małymi dziećmi? Próbą były wyjazdy nad morze, które – dopóki dzieci były małe – kosztowały nas mnóstwo napięcia i na parę lat zniechęciły do dalszych wojaży. Napisanie pierwszej polskiej książki o Self-Reg dla dzieci i dorosłych? Po prostu ją napisałam, akceptując ryzyko, że być może nie zostanie ostatecznie wydana, a jeśli zostanie, to niewiele osób ją kupi i po pięciu latach resztki nakładu zostaną zutylizowane. Nieprzyzwoicie drogi płaszcz puchowy w idealnym czerwonym kolorze? Zamawiam online i przymierzam; jeśli leży jak ulał, to mobilizuję środki finansowe i kupuję, bo wiem, że posłuży mi przez wiele lat i będę uśmiechała się za każdym razem, kiedy go zobaczę.
Czy Ty weryfikujesz swoje marzenia?
Czy masz takie, które pielęgnujesz, ale nigdy nie zrobiłaś żadnego kroku w kierunku jego realizacji? A jeśli tak, to co chcesz z nim zrobić…?
Ten akapit kieruję do P., która być może przeczyta te słowa. Nigdy Ci nie podziękowałam za tamtą wyprawę do stajni. Dziękuję teraz z całego serca! Jak widzisz, sporo zmieniła ona w moim postrzeganiu rzeczywistości – na lepsze.
P.S. Przed wakacjami Mały, mój ośmioletni średni syn, zachwycił się końmi pod wpływem serialu animowanego „Spirit”. Czym prędzej spełniłam jego życzenie i zapisałam go na półkolonie z jazdą konną. Zakochał się w koniach po uszy i od września jeździ co tydzień. A ja najwyraźniej odwrażliwiłam się, bo zapach koni wprawdzie mnie nie zachwyca, ale też nie powala. Ale nadal nie mam ochoty spróbować jazdy konnej, wystarczy mi oglądanie szczęśliwego Małego.
Zapraszam po więcej historii z życia
Photo by Ivan Sanford on Unsplash