Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią

Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią

 

Dzisiejsze popołudnie było frustrujące dla mnie i Dużego. Jadąc z nim do specjalisty w Pruszkowie, utknęłam na Trasie Toruńskiej w gigantycznym korku związanym zapewne z deszczem. Byliśmy przez to spóźnieni, a ja zostawiłam w domu telefon, więc nie mogłam zadzwonić do rejestracji i powiadomić o tym spóźnieniu ani dowiedzieć się, kiedy najpóźniej musimy się zjawić, żebyśmy zostali przyjęci. Nie miałam też nawigacji, która brałaby pod uwagę korki, więc nie byłam w stanie oszacować, jak bardzo się spóźnimy. Nie mogłam wykluczyć, że spędzimy w samochodzie grubo ponad dwie godziny na darmo. Czara goryczy się przelała, kiedy Duży uświadomił sobie, że zostawił w szkole na swojej szafce swoje drogocenne i pracochłonne dzieło z kartonu, które pani sprzątająca mogła uznać za niepotrzebne i wyrzucić. Gdybym miała telefon, zadzwoniłabym do znajomych rodziców dzieci ze szkoły i poprosiła o zabezpieczenie dzieła – ale nie miałam.

Duży wpadł w rozpacz, a ja przez chwilę czułam, jak rozpala się we mnie złość. Dawna ja warknęłaby pewnie, że nic na to nie poradzi i trzeba pilnować swoich rzeczy (a następnie wkurzyłaby się jeszcze bardziej, słysząc celną ripostę Dużego: “Przecież ty też zapomniałaś wziąć swój telefon”). Udało mi się jednak zrobić pauzę i zajrzeć w głąb siebie. To nie złość sprawiała, że było mi tak trudno. Złość była tylko przykrywką, starym nawykiem z czasów, kiedy nie dopuszczałam do siebie bardziej “miękkich” trudnych emocji: wstydu, lęku, bezradności, bezsilności, żalu. Były one dla mnie niegdyś tak trudne do zniesienia, że moja nieświadomość wybierała irytację, wkurzenie, złość, wściekłość, furię, byle tylko ochronić mnie przed cierpieniem. Nie był to zbyt skuteczny mechanizm obronny: złość maskująca inne trudne emocje była dla mnie najcięższym gatunkowo, najbardziej trwałym i przez to szczególnie dotkliwym rodzajem złości. Czy i Wam zdarza się wściekać na płaczące w czasie choroby (albo w foteliku w czasie jazdy samochodem!) małe dziecko, bo nie jesteście w stanie mu pomóc ani znieść tej swojej bezradności? Jeśli tak, to pewnie wiecie, jak obezwładniająca i nieprzyjemna jest taka złość.

Kiedy w owej chwili za kierownicą rozpoznałam, jakie to emocje kłębiły się pod powierzchnią mojej złości, byłam gotowa powiedzieć spokojnie i szczerze:
– Duży, jest mi cię bardzo żal. Też się boję, że pani sprzątająca wyrzuci twoje dzieło. Ale najgorsza jest bezradność: chcę pomóc ci je odzyskać i nie mogę. Chciałam być na czas i nie będę. Chcę uprzedzić o spóźnieniu i nie mogę. Chcę mieć pewność, że te dwie godziny w samochodzie na coś się przydadzą i jej nie mam. Jest mi strasznie smutno i żal, że na nic z tego nie mam wpływu.

Pufff! Złość minęła, a te inne, trudne emocje jakby zelżały. Nie tylko mnie ulżyło – Dużemu też. Zamyślił się, milczał przez jakiś czas, potem powiedział mi o swoich emocjach… i już. Chciałabym, żeby zawsze nam się udawało zachować w tego typu sytuacjach tę uważność na emocje.

Wystarczy przyjąć i poczuć swoją bezradność (lub wstyd, bezsilność, rozżalenie, smutek, …), aby stała się ona lżejsza, mniej przytłaczająca. Piszę „wystarczy”, a przecież dokonanie tego zajęło mi kilka lat i bez psychoterapii zapewne by mi się to nie udało. W naszej kulturze złość wydaje się być bardziej “ok”, niż miękkie trudne emocje: wielu z nas o wiele łatwiej jest powiedzieć „jestem wściekła”, niż „czuję się bezradna”. Ale o ile spokojniejsze byłoby nasze życie, o ile lepsze byłyby nasze relacje z ludźmi, gdybyśmy robili przestrzeń dla każdej emocji, rozpoznawali ją, regulowali, a następnie regenerowali się. To self-regowe “trzy R” (recogniseregulaterestore) samoregulacji w obszarze emocji, która, w odróżnieniu od panowania nad emocjami, nie pożera naszej cennej energii. To tak proste i zarazem tak piekielnie trudne, że aż trzeba się tego uczyć na warsztatach

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Traffic” (CC BY 2.0) by Matthias Ripp

Złość, część 8: Emocje są jak fala

Dziś powracam do tematu złości, który towarzyszy mi od początku funkcjonowania tego bloga. To już ósmy z cyklu postów o złości i na pewno nie ostatni. W poprzednich pisałam między innymi o tym, jak po raz pierwszy wrzasnęłam na dziecko; o mojej drodze do życia niezatrutego złością; o tym, jak pod wpływem złości zmieniamy się w gady; o myślach-zapalnikach oraz o pauzie jako narzędziu regulacji złości. To właśnie moje trudności z wyrażaniem złości sprawiły, że zainteresowałam się podejściem Self-Reg; pochłonęło mnie ono tak bardzo, że ostatecznie zostałam pierwszą w Polsce Facylitatorką tej metody. W planach mam kurs online na temat regulowania złości oraz… nie, na razie nic Wam nie zdradzę. 🙂

Kiedy jeszcze październik rozpieszczał nas słoneczną pogodą, pewnego ranka wybrałam się na przejażdżkę rowerową wraz z Malutkim, po drodze wstępując na targ. Znalazłam stragan, o który dało się oprzeć rower obciążony 14-kilogramowym Malutkim w foteliku. Utrzymując rower w równowadze dolną połową ciała, zaczęłam wkładać wybrane warzywa i owoce do siatek, szacując w myślach, ile zmieszczę w niewielkim plecaku i jeszcze mniejszym koszyku przy kierownicy. Byłam raczej spokojna i uważna, choć mój umysł pracował, a ciało było nieco napięte, aby utrzymać rower w pionie.

Nagle w tę scenerię wtargnęła jak burza kobieta w podeszłym wieku. Była kilka metrów przede mną, szła w moją stronę. Cała jej postać wyrażała gniew, oczy lustrowały podejrzliwie otoczenie, a usta były gorzko zaciśnięte, tworząc wąską kreskę. Momentalnie poczułam, jak moje ramiona i nogi napinają się, jakby przygotowując się do walki albo ucieczki. Szybko odłożyłam siatkę z ogórkami i chwyciłam mocno kierownicę roweru, jednocześnie omiatając wzrokiem otoczenie. Po mojej prawej stronie miałam rower oparty o stragan, a po lewej – około metrowej szerokości przejście. Kobieta też zlustrowała otoczenie, po czym spojrzała mi w oczy i ruszyła do ataku. Naparła na przednie koło, próbując odepchnąć rower od straganu i krzyknęła: “DZIE z tym rowerem?”.

Poczułam,  jak w moje stopy wstępuje ogień, szybko ogarnia łydki, uda, biodra i tułów, a następnie spływa od barków aż po koniuszki palców rąk. Przez chwilę moje ciało płonęło, czułam się jak żywa pochodnia. Widziałam jakby przez wąski tunel tylko tę kobietę i, patrząc jej z wściekłością prosto w oczy, wycedziłam niższym niż zwykle głosem: “Tu ma pani przejście!”. Ona sapnęła, jakby zmniejszyła się i odwróciła wzrok. Następnie, mamrocząc coś pod nosem, przeszła po mojej lewej stronie. Ogień tymczasem dotarł do mojej głowy, aż po sam jej czubek, a następnie jakby odbił się od niego i, tym razem powoli, powrócił przez całe ciało aż do stóp, a następnie ulotnił się. Czułam drżenie mięśni, w moim ciele zaszły właśnie prastare procesy biochemiczne służące obronie mnie samej i mojego potomstwa przed napastnikami. Wyjście z trybu walki i ucieczki zajęło mi jeszcze chwilę, jednak dość szybko w moje ciało i umysł wstąpił spokój. Nie zanotowałam żadnej myśli-zapalnika, które w tego typu sytuacji mogłyby się pojawić (“Co za baba!”, “Mogła zrobić krzywdę Malutkiemu!”, “Porąbało ją?” itd.). Kobieta poszła swoją drogą, a ja upewniłam się, że Malutki się nie przestraszył, po czym sięgnęłam po porzuconą siatkę z ogórkami. Całe zdarzenie trwało może 90 sekund.

Od dwóch lat z różną intensywnością praktykuję uważność (mindfulness), jednak dopiero teraz doświadczyłam tego, że emocje są jak fala. Słyszałam wielokrotnie, że “czysta” emocja trwa kilkadziesiąt sekund: pojawia się i rośnie jak fala, osiąga punkt kulminacyjny, a następnie rozpływa się, ustępując miejsca kolejnej. Dokładnie to wydarzyło się tego dnia na targu. Moja złość odpłynęła, a ja poczułam ekscytację wywołaną tym, że wreszcie było mi dane w taki uważny sposób jej doświadczyć. Nie bez znaczenia było zapewne to, że w ostatnich miesiącach postawiłam sobie za cel wyraźniejsze odczuwanie emocji w ciele – coś, z czym miałam jeszcze niedawno potężną trudność. Od mistrzyni uważności dzielą mnie lata świetlne, ale też mój mózg nie składa się już z hiperaktywnej lewej, logicznej półkuli i uśpionej prawej, emocjonalnej i doznaniowej. Dzięki tej większej integracji obu półkul mogę lepiej wspierać i moje dzieci, i inne bliskie mi osoby, i moich klientów coachingowych.

[Przy okazji chcę Wam polecić darmowe wyzwanie “CUD uważności dla mam” Anny Kuszewskiej-Sprawki, terapeutki i trenerki uważności, w którym wzięłam udział w mijającym tygodniu. Wyzwanie już się skończyło, ale materiały będą dostępne do 31 października, możecie jeszcze skorzystać, zapisując się pod tym linkiem. Warto!]

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Waves” (CC BY 2.0) by Ed Dunens

Złość, część 7 i Self-Reg, część 19: Bezcenna pauza

Pamiętacie jeszcze mój cykl postów o złości? W ostatnim z nich pisałam o myślach-zapalnikach i o tym, jak sobie z nimi radzić przy pomocy Self-Reg. Dzisiejszy wpis miał dotyczyć wspierania rozwoju dziecka (w styczniu rozpoczęłam minicykl na ten temat), ale pracując nad nim, skręcałam coraz silniej w kierunku tematu złości. W końcu poddałam się i o matkach-lwicach, matkach-kwokach i innych gatunkach matek napiszę kiedy indziej, a dziś opowiem o potężnym narzędziu samoregulacji, jakim jest pauza.

We wrześniu ubiegłego roku sześcioletni Duży powrócił do cotygodniowych lekcji pływania u instruktora, który uczył go przez cały poprzedni rok szkolny. Jak wspominałam we wpisie na temat nauki pływania, poświęciłam dużo uwagi poszukiwaniom instruktora, który wykazałby się odpowiednio dużymi zasobami cierpliwości i empatii, aby “wziąć na klatę” mojego pierworodnego. Duży jest bowiem niecierpliwy i szybko się zniechęca, kiedy nie widzi natychmiastowego efektu swoich wysiłków i zmotywowanie go jest w takiej sytuacji niełatwe. Ponadto ma trudność z koncentracją na komunikatach, które nie są skierowane wprost do niego, przy zachowaniu kontaktu wzrokowego. Nieco zdziwiłam się zatem, kiedy instruktor na pierwszych zajęciach w nowym roku szkolnym nie wszedł z Dużym do wody, lecz pozostał na brzegu. Uznałam jednak, że wie, co robi i przez kolejne kilka tygodni pływałam na drugim końcu basenu, nie interesując się zbytnio lekcjami mojego syna.

Dość szybko Duży zaczął niechętnie podchodzić do nauki pływania. Mówił, że to za trudne, że instruktor za dużo od niego wymaga, że już przecież umie pływać, więc po co mu lekcje? Początkowo nie przejmowałam się tym zbytnio, ale opór Dużego rósł, a instruktor przestał się na nasz widok uśmiechać… Postanowiłam przyjrzeć się uważniej lekcji i… ręce mi opadły. Duży miotał się w wodzie, a instruktor spacerował po brzegu i na zmianę konwersował z innym instruktorem i pokrzykiwał na mojego syna, a nawet go przedrzeźniał. Tak, ten sam instruktor, którego uznałam za najbardziej cierpliwego i zaangażowanego ze wszystkich, którym się miesiącami przyglądałam! Poczułam się z tym źle: zaniepokoiłam się, a na widok przedrzeźniania – wkurzyłam. Postanowiłam jednak działać spokojnie.

Po feralnej lekcji podeszłam do instruktora i zagaiłam: “Czy mi się wydaje, czy widzę jakieś problemy z motywacją?”. (Zauważcie, że nie powiedziałam, czy mam na myśli ucznia, czy nauczyciela…) Instruktor, zawsze spokojny i pogodny, odparował zirytowany: “JAKIEŚ problemy? On ma jeden wielki problem: z motywacją, z koordynacją, ze współpracą. W ogóle nie da się z nim pracować!”. Gad we mnie sprężył się do ataku. Nie, to nie był gad, bo gady nie mają instynktu obrony potomstwa. To raczej moja wewnętrzna samica ssaka poczuła nieprzepartą chęć zatopienia kłów w gardle drapieżnika, który ośmielił się przymierzyć do ataku na jej młode. Gdybym poszła za tym impulsem, wysyczałabym mniej więcej to: “Przykład idzie z góry. To pan plotkuje z psiapsiółką na brzegu zamiast wykonywać porządnie swoją pracę! Na miejscu Dużego miałabym zerową motywację”.

Zamiast podążyć za impulsem pochodzącym z mózgu limbicznego, zrobiłam krótką pauzę. Spojrzałam na wodę, której widok mnie uspokaja, i wykonałam kilka głębokich oddechów, formułując W MYŚLACH taką oto wypowiedź: “Spokojnie. Facet jest w mózgu limbicznym. To nie jest o Dużym, lecz o jego własnych emocjach. Nie wchodź w to, bo będziesz później żałowała”. Podziałało, uspokoiłam się! Gdyby nie ta pauza, niewątpliwie wybuchłabym po kolejnym komunikacie mojego nadal zdenerwowanego rozmówcy. Uspokoiwszy się, spytałam go, czy zdaje sobie sprawę, że Duży prawdopodobnie ma ADHD. Chciałam wyjaśnić, że mojemu synowi trudno jest się skoncentrować, kiedy jest oddzielony od instruktora, a dookoła krążą inni, również wykrzykując polecenia do swoich uczniów. Instruktor nie pozwolił mi dokończyć myśli. “Proszę pani!” – prychnął – “My tu mamy 400 dzieci dziennie, dużo z nich jest niepełnosprawnych, ale kogoś tak opornego, jak Duży, jeszcze nie spotkałem. Naprawdę potrafi dać w kość!”

Poczułam się, jakby ktoś mnie uderzył. Ogromnym wysiłkiem woli (tak, przy użyciu samokontroli! Ona czasem się przydaje) zrobiłam pauzę. Powstrzymałam się od wybuchu i skupiłam na swoich emocjach, które zmieniały się jak w kalejdoskopie. Najpierw poczułam potężną złość: jak ten dupek śmie mi mówić prosto w twarz, że moje dziecko jest najgorsze ze wszystkich?!? Pstryk, zmiana emocji: poczułam rozbawienie. Zachciało mi się śmiać, bo tak absurdalna wydała mi się skarga dorosłego, potężnej postury mężczyzny, że chudy sześciolatek daje mu w kość. Pstryk, kolejna zmiana emocji: poczułam rozgoryczenie i rozżalenie. Duży JEMU daje w kość – facetowi, który ma z nim do czynienia raz  w tygodniu przez 45 minut i w każdej chwili może z tej relacji zrezygnować. A co ja mam powiedzieć – ja, która musi nieść swojego wymagającego syna przez życie codziennie jeszcze przez wiele lat. Pstryk i znów zmiana: poczułam złość tym razem pod adresem Dużego: dlaczego on mi to ZNÓW robi? Dlaczego bycie jego mamą nie może być łatwiejsze? Popatrzyłam na mojego syna nerwowo przestępującego z nogi na nogę kilka metrów dalej. Wyglądał jak zbity pies z podkulonym ogonem. Pstryk, poczułam ogromny żal, smutek i przykrość w związku z tą sytuacją. A potem zalała mnie potężna fala miłości do syna.

W tym momencie poczułam spokój – taki autentyczny, głęboki spokój – i już wiedziałam, jak chcę zareagować. Chciałam, żeby mój syn nauczył się dobrze pływać i przewidywałam, że podobny problem pojawi się prędzej czy później w relacji z każdym kolejnym instruktorem. Mogłam odwrócić się na pięcie i odmaszerować, ale nie chciałam uciekać – chciałam podjąć dialog z tym mężczyzną. Dodatkowo włączyły mi się swego rodzaju ambicja i naukowe zaciekawienie: potraktowałam dogadanie się z instruktorem jak self-regowe wyzwanie i byłam ciekawa, czy uda mi się to osiągnąć. Powiedziałam więc spokojnie: “Aha, czyli mówi pan, że Duży jest najtrudniejszym dzieckiem, jakie pan spotkał w swojej karierze. Przykro mi się tego słucha i trudno mi ocenić, czy tak jest naprawdę, czy tylko jest pan zdenerwowany. Nie znam się na dzieciach, mam ich tylko troje i tylko jednego sześciolatka, który uczy się pływać. Pan ma z kolei duże doświadczenie. Proszę z niego skorzystać i dać z siebie wszystko. Porozmawiam z Dużym, postaram się go zmotywować, ale to pan jest nauczycielem, nie ja”. A potem zajęłam się empatycznie moim synem, który w łazience poskarżył mi się: “Mamo, ja się naprawdę staram, ale to jest bardzo trudne i w dodatku miałem dziś takiego pecha, że jak mi coś wychodziło, to pan X akurat rozmawia z kolegą, a potem patrzył, kiedy mi nie wychodziło”. Wieczorem wysłałam instruktorowi SMS-a, cytując tę wypowiedź Dużego, a w odpowiedzi otrzymałam przeprosiny. Instruktor uderzył się w pierś: przyznał, że miał kiepski dzień i dlatego był niemiły. Stwierdził, że potraktował Dużego szablonowo, a on potrzebuje bezpośredniej uwagi dorosłego, więc od tej pory znów będzie razem z nim w basenie. Poza tym przyznał, że nadmiernie ambitnie podchodził do nauki, podnosząc zbyt ostro poprzeczkę i za mało chwaląc mojego syna, więc teraz postawi bardziej na zabawę i przyjemność i będzie bardziej doceniał każdy sukces. I tak się też stało. Ufff.

Ta historia ilustruje, jak potężnym narzędziem samoregulacji (zwłaszcza regulacji trudnych emocji) jest pauza. Stuart Shanker powiedział w jednym ze swoich filmików, które oglądałam podczas kursu MEHRIT Centre, że w Self-Reg chodzi w dużej mierze o umiejętność zrobienia takiej pauzy w celu uspokojenia się i autorefleksji. Zazwyczaj robimy ją dopiero wtedy, gdy emocje opadną, po tym, jak mleko się rozlało i plujemy sobie w brodę, że nie zareagowaliśmy w sposób bardziej wyważony. Moja praktyka Self-Reg pozwoliła mi przesuwać moment takiej przerwy na autorefleksję coraz wcześniej i wcześniej. Teraz czasami – podkreślam, że nie zawsze i nadal nie w większości przypadków – umiem ją zrobić, ZANIM mleko się wyleje i w ten sposób zapobiec szkodom. To właśnie udało mi się w opisywanym tu momencie i jestem z tego dumna.

Ostatnio wyznałam Wam, że planuję napisanie książki “DyleMatki”. Oprócz tego planuję jeszcze coś: kilkutygodniowe szkolenie online pod roboczym tytułem “Wyreguluj swoją złość”. Będzie ono oparte na metodzie Self-Reg, ale zamierzam korzystać w nim także z innych narzędzi – z całej mojej wiedzy i umiejętności zdobytych w ciągu ostatnich kilku lat. Jestem na etapie planowania treści poszczególnych modułów, a kiedy koncepcja mi się wyklaruje, zacznę przygotowywać materiały: filmiki z wykładami oraz towarzyszące im teksty lub prezentacje. Wraz z kursem zamierzam też uruchomić grupę wsparcia na Facebooku, którą będę moderować. Przede mną jeszcze dużo pracy, więc zapewne wystartuję z kursem późną jesienią. Trzymajcie kciuki!

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Pause” (CC BY-NC-ND 2.0) by Rafa Puerta

Złość, część 6 i Self-Reg, część 12: Opowiedz mi, matko, o swoich planach…

Ostatnio pisałam o myślach-zapalnikach, które podpalają lont naszej złości, a dziś napiszę o innym zapalniku, a mianowicie o planach. Plan lub zamiar, którego nie udaje mi się zrealizować, to dla mnie istotny stresor. Od początku mojej pierwszej ciąży siedem lat temu ten stresor zyskał na znaczeniu, bo dzieci mają to do siebie, że często rujnują plany rodziców. Jest takie powiedzenie: “Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach”. W moim przypadku zaczęło być prawdziwe dopiero, gdy zostałam matką.

W zamierzchłych czasach przed narodzinami Dużego byłam niezwykle skuteczna w realizacji swoich zamierzeń. Jako kilkuletnie dziecko niemal doprowadziłam moją mamę do obłędu, w każdej wolnej chwili, całymi godzinami, dniami i tygodniami malując starannie stosy grubych kartek na czarno. Pytana, co robię, odpowiadałam niezmiennie: “Chcę sobie zrobić domek” i tak właśnie było. Domek nie spełnił wprawdzie moich oczekiwań, ale wytrwałości nie można było mi odmówić. I tak było ze wszystkim. Obierałam jakiś cel – zostać najlepszą uczennicą w klasie, schudnąć 15 kg, wyjechać na zagraniczne stypendium, nauczyć się na poziomie komunikatywnym kolejnego języka obcego, bez niczyjej pomocy pokonać bulimię i arachnofobię, w ciągu 2,5 roku zrobić doktorat, uzyskać prestiżową międzynarodową nagrodę za moją pracę doktorską, urodzić dwoje lub troje dzieci – wszystko szło zgodnie z planem. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że miałam szczęście urodzić się we właściwym miejscu i czasie, w rodzinie dbającej o edukację dzieci, ale też czułam, że przynajmniej do pewnego stopnia byłam kowalem własnego losu.

A potem zaszłam w pierwszą ciążę i najpierw mój umysł i ciało, a potem dzieci zaczęły naigrawać się z moich planów. Zaczęło się od silnych mdłości i otumanienia w pierwszym trymestrze ciąży, które sprawiły, że zamiast realizować swój projekt badawczy, w pracy albo tępo wpatrywałam się w komputer, albo biegałam do toalety. Po raz pierwszy w życiu nawaliłam w sprawach zawodowych: byłam zmuszona tłumaczyć się przed szanowną komisją z tego, że zrealizowałam tylko jeden z dwóch celów projektu. A to był tylko początek: pierwsza choroba Dużego przydarzyła mu się dwa dni przed naszym wyczekiwanym wyjazdem na Mazury na Sylwestra. Kiedy Mały miał rok i więcej, on i jego Niania chorowali tak często (i na zmianę), że w ciągu zimy musiałam wziąć w sumie 31 dni nieplanowanego urlopu lub zwolnienia na opiekę nad chorym dzieckiem. Przełożeni przestali mi zlecać pilne zadania, ponieważ wychodząc z pracy, nie miałam pewności, że następnego dnia do niej dotrę (a w domu ze względów bezpieczeństwa nie mogłam mieć dostępu do zasobów sieciowych mojej instytucji). Byłam tym potężnie sfrustrowana. Kończący się wrzesień był podobny: po miesiącu przebywania non stop z dziećmi miałam ambitny plan rozwoju zawodowego. Starszaki miały pójść do przedszkoli, a Malutki – spędzać przedpołudnia z Nianią.  I co? I guzik z pętelką. Najpierw rozchorowała się Niania, następnie Mały i Malutki, a potem już nie posyłałam Małego do przedszkola, żeby nie złapał żadnej infekcji przed planowaną na dziś operacją usunięcia trzeciego migdała i przycięcia migdałków podniebiennych (piszę te słowa, czekając, aż go przywiozą z sali operacyjnej). Ponieważ już podjęłam pewne zobowiązania, przez ostatnie dwa tygodnie w ciągu dnia zajmowałam się domem i dziećmi, a po 22 zasiadałam na 2-3 godziny do pracy. Potem potrzebowałam co najmniej godziny na wyciszenie umysłu oraz rozluźnienie ciała i w efekcie spałam o wiele za krótko. Dodam, że mój plan na wrzesień obejmował też zwiększenie częstotliwości treningów…

Co to wszystko ma wspólnego ze złością i Self-Reg? Ano to, że frustracja, rozczarowanie, smutek czy bezradność będące efektem niezrealizowanych zamierzeń są trudnymi, nieprzyjemnymi emocjami (stresorami z obszaru emocjonalnego), które mogą przerodzić się w irytację, złość, a nawet wszechogarniającą wściekłość. Kiedyś nawykowo tak właśnie reagowałam na te “miękkie” trudne emocje i teraz też mi się to zdarza. (Kilka godzin po operacji Małego dopisuję następującą obserwację: bardzo wielu ojców i niektóre matki ogarnia irytacja, gdy nie są w stanie znieść poczucia bezradności i niemocy w obliczu cierpienia dziecka. Kiedy Małego przyniesiono z bloku operacyjnego, rzucał się i wył jak ranne zwierzę. Ja byłam spokojna, ale dla Męża to było chyba jeszcze trudniejsze, niż dla Małego…)

Jeśli nie odnajdujesz się w mojej opowieści o superplanie, pomyśl o drobnych, codziennych rodzicielskich frustracjach. Ile razy zdarzyło się, że akurat w dniu ważnej imprezy rodzinnej dzieci miały wyjątkowo podły nastrój, co utrudniało przygotowania lub wyjście na czas? Ile razy planowałaś dotrzeć na spotkanie o konkretnej godzinie, wybranej tak, aby dziecko wcześniej się zdrzemnęło, a ono jak na złość (nomen omen) nie było w stanie zasnąć o zwykłej porze? Ile razy wieczorne usypianie ciągnęło się w nieskończoność akurat wtedy, kiedy chciałaś wyjść na jogę, obejrzeć film z mężem, wziąć udział w webinarium czy choćby tylko posprzątać w kuchni i wcześnie pójść spać? To nie przypadek, że nasze dzieci przestają współpracować właśnie w takich sytuacjach. Jako małe istoty posługujące się w dużej mierze mózgiem gadzim i limbicznym, a w mniejszym stopniu korą nową, świetnie wyczuwają towarzyszące nam napięcie i zarażają się nim. Jeśli więc chcesz szybko uśpić dziecko, to… zapomnij o tym. Umość się wygodnie, przytul dziecko i pomyśl, że to Twój czas, w którym nie musisz ogarniać kuchni, lecz masz pełne prawo – ba, rodzicielski obowiązek! – poleżeć i po-nic-nie-robić.

Jak zapobiec irytacji czy złości w sytuacjach, kiedy nasze plany legły w gruzach? Po pierwsze, warto nie przywiązywać się zanadto do naszych planów, zwłaszcza do tego, aby zrealizować je w konkretnym terminie. Nie chodzi mi o nadmierny luz w pracy, spóźnianie się na spotkania i niedotrzymywanie słowa. Chodzi mi o zdrowy dystans: o osiągnięcie takiego stanu umysłu, w którym nie uważamy zawalenia się naszych planów za coś okropnego, a jedynie za drobną uciążliwość. Dla niektórych, w tym dla mnie, to bardzo trudne i wymaga długiej pracy z przekonaniami; ponownie polecam tu lekturę książki Rafaela Santandreu “Twój umysł na detoksie, czyli jak nie zatruwać sobie życia”. Po drugie, przydaje się uważnościowe (ang. mindful) podejście do emocji (o uważności pisałam w tym poście). Polega ono na akceptacji wszystkich uczuć takimi, jakie są i gotowości na to, aby nas ogarnęły, wybrzmiały i… odpłynęły. Jeśli natomiast nie zaakceptujemy naszych “miękkich” trudnych emocji – żalu, smutku, przykrości, rozczarowania, frustracji – albo wręcz dołożymy do nich poczucie winy lub irytację z powodu tego, że je odczuwamy, najprawdopodobniej zamienią się one w złość. Lepiej nie karmić naszego gada.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Swooshable Planning” (CC BY 2.0) by Linus Bohman

 

Złość, część 5 i Self-Reg, część 11: Myśli-zapalniki

Kto z moich czytelników pamięta, że kilka miesięcy temu rozpoczęłam cykl wpisów o złości? To on był punktem wyjścia do opisu takich rodzicielskich narzędzi, jak porozumienie bez przemocy (NVC), Pozytywna Dyscyplinamindfulness (uważność) czy Self-Reg, który stał się ostatnio głównym tematem mojego bloga. Wspomniany cykl rozpoczęłam opisem sytuacji, w której po raz pierwszy wrzasnęłam na dziecko, a następnie opowiedziałam o działaniach rozwojowych, które podjęłam, aby złościć się mniej destrukcyjnie. W trzecim poście, który oceniam jako jeden z ważniejszych na moim blogu, opisałam, co się dzieje z naszym ciałem, zwłaszcza mózgiem, kiedy odczuwamy złość. Wreszcie w czwartym pożaliłam się na trudne okoliczności, które sprawiły, że mimo mojej długiej drogi rozwoju moje problemy ze złością powróciły.

Dziś napiszę o myślach-zapalnikach, co pozwoli mi kontynuować zarówno cykl postów o złości, jak i ten o Self-Reg. Myśli-zapalniki podpalają bowiem lont naszej złości poprzez znaczące zwiększenie stresu w obszarze poznawczym (o pięciu obszarach stresu w ujęciu Self-Reg napisałam tu). Pracując nad tym wpisem, ponownie przeczytałam książkę “Kiedy twoja złość krzywdzi dziecko”. Bardzo ją polecam każdemu rodzicowi, który czuje, że to jego złość panuje nad nim, a nie – on nad nią.

Myśl-zapalnik to negatywna myśl, która pojawia się w stresującej sytuacji i nadaje jej duże znaczenie, a w efekcie stanowi iskrę prowadzącą do wybuchu złości. Wyobraź sobie, że wchodzisz do łazienki i widzisz swojego dwulatka stojącego na stołku przy umywalce i pracowicie wylewającego kubkiem wodę z kranu na podłogę. To, czy zachowasz spokój i dobry humor, zależy od wielu czynników. Dwa spośród tych, na które mamy wpływ uznaję za decydujące: to, w jakiej formie psychofizycznej byłaś/byłeś [dalej będę dla ułatwienia stosować formę żeńską], wchodząc do łazienki oraz to, czy w Twoim umyśle pojawi się myśl-zapalnik. Jeśli wejdziesz do łazienki głodna, zmęczona, obolała, rozżalona czy zirytowana, zapewne nie znajdziesz tu i teraz zrozumienia dla potrzeby poznawania świata przez malucha i Twój poziom stresu wzrośnie. Podobny efekt wywoła jedna z następujących myśli: “Nie wytrzymam tego”, “Cały czas tylko sprzątam i wszyscy mają to gdzieś”, “On mi to robi na złość”, “Co za bezmyślne dziecko”, “On mnie nigdy nie słucha”. Te myśli sprawiają, że problem wydaje się większy, niż jest w istocie, a nasz wewnętrzny gad postrzega zadowolonego malucha przy umywalce jako zagrożenie – i atakuje. Pamiętacie, że gady zjadają swoje dzieci…?

Warto podkreślić, że niektóre myśli silniej podsycają rodzicielską złość, niż inne. Według autorów książki “Kiedy twoja złość krzywdzi dziecko” można je przyporządkować do jednej z następujących grup: (1) myśli, które przypisują dziecku złą intencję (np. “on mnie prowokuje”), (2) myśli zawierające negatywną ocenę dziecka (np. “jest leniwy i roszczeniowy”), (3) myśli wyolbrzymiające problem (np. “co za koszmarny dzień!”). Do tych myśli-zapalników dodałabym kolejne dwie grupy. Po pierwsze, moja złość skierowana wobec dzieci bywała efektem negatywnych myśli na temat mnie samej w roli matki. Kiedy maleńki Duży stale jęczał i płakał, odbierałam to jako zarzut: “Niezbyt dobrze się starasz, mamo”. Kiedy był już w wieku przedszkolnym, uważałam, że jego histerie i wybuchy złości to efekt mojej niespójności i rozchwiania. Taka interpretacja płynęła z nieuświadomionego głębokiego przekonania, że kiedy dziecko jest nakarmione, wyspane i nic go nie boli, powinno być zadowolone i uśmiechnięte i drugiego: że za niewłaściwe zachowanie dziecka w stu procentach odpowiadają rodzice. Długo nie zdawałam sobie sprawy, że tak to u mnie działa. Po drugie, czarę mojej złości często przepełniała kropla w postaci negatywnej myśli o Mężu lub innej bliskiej mi osobie, która albo zirytowała mnie chwilę wcześniej, albo była nieobecna lub w inny sposób nie dawała mi wsparcia, jakiego w danej sytuacji oczekiwałam. Trzy lata temu często złościło mnie to, że Mąż nie wracał z pracy na wieczorne kąpanie Dużego (protestującego przeciw temu wniebogłosy). Robiłam to sama przy jednoczesnym rozpaczliwym płaczu Małego, który jako niemowlę i małe dziecko wczesnym wieczorem przysysał się do mojej piersi i odsysał od niej dopiero grubo po północy. Myślałam sobie wtedy: “tak naprawdę jestem samotną matką”. Oba niesprzyjające sposoby myślenia w dużej mierze przepracowałam – chociaż najwyraźniej nie do końca, skoro w sierpniu tego roku miałam tak duży kryzys wychowawczy.

Jak radzić sobie z myślami-zapalnikami? Przede wszystkim należy je rozbrajać na chłodno. Istnieją ludzie, którzy w sytuacji wielkiego wzburzenia są w stanie powiedzieć sobie “stop”, pooddychać głęboko, zauważyć, co się z nimi dzieje i osiągnąć stan spokoju. Ja do nich nie należę. Dzięki treningowi mindfulness i praktykowaniu Self-Reg potrafię wyregulować swoje myśli i emocje tylko przy niewielkim nasileniu złości, czyli kiedy jestem jedynie zirytowana. Potrafię wtedy zidentyfikować myśli-zapalniki i zamienić je na bardziej sprzyjające (o czym napiszę poniżej), a także uspokoić ciało za pomocą głębokich wydechów, wizualizacji (np. szklanej kuli, która oddziela mnie od źródła mojej złości), świadomego napinania i rozluźniania poszczególnych grup mięśni itd. (pisałam o tym tutaj). Jednak kiedy złość osiąga mój indywidualny punkt wrzenia, tracę nad sobą kontrolę. Jest taki moment, w którym przez umysł przebiega mi myśl-błyskawica: “Zaraz zacznę wrzeszczeć, potrzebuję się uspokoić”. Wtedy gadzisko we mnie syczy: “A w dupie to mam!” i czuję, jak moje usta się otwierają, a następnie słyszę, jak wydobywają się z nich niemiłe dźwięki. Nie mam pojęcia, czy wszyscy jesteśmy tak skonstruowani – piszę teraz o swoim doświadczeniu.

Myśli-zapalniki można próbować zneutralizować, zastępując je bardziej pozytywną oceną sytuacji. We wspomnianej książce znalazłam bezcenne fragmenty dotyczące przyczyn “złego zachowania” dzieci, w tym omówienie poszczególnych rysów temperamentu i etapów rozwojowych małych dzieci. Uświadomiłam sobie między innymi, że każdy rys temperamentu ma swoją pozytywną i negatywną (a raczej wygodną i niewygodną dla rodzica) stronę. Na przykład piękna cecha Małego, jego bardzo duża wytrwałość, ma trudny dla mnie skutek uboczny w postaci uporu. To miło, kiedy dziecko przez pół godziny próbuje złożyć klocki według instrukcji i w ogóle się nie irytuje. Gorzej, kiedy przez pół godziny kategorycznie nie daje się wyjąć z wanny. Wtedy pomaga myśl: “On po prostu jest wytrwały, to bardzo piękna cecha, przyda mu się w życiu”. Z kolei w opisanej powyżej sytuacji wylewania wody ja podłogę można by pomyśleć: “Jest maluchem i w ten sposób poznaje prawa fizyki”, “To w ogóle nie jest skierowane przeciwko mnie, po prostu dobrze się bawi”, “Będziemy to wspominać ze śmiechem”, “Nic złego się nie dzieje, to tylko trochę wody na podłodze”. Warto na chłodno przećwiczyć takie nowe myśli, nawet zapisać je na kartce i próbować przypomnieć je sobie, kiedy ogarnia nas irytacja.

Kończąc, chciałabym wspomnieć o książce Rafaela Santandreu “Twój umysł na detoksie, czyli jak nie zatruwać sobie życia”. Jej autor wyjaśnia w przystępny sposób, jak można wykorzystać psychologiczne podejście poznawcze, aby zmienić swoje myślenie na bardziej pozytywne. Bardzo ją polecam tym z Was, którzy – podobnie jak ja jeszcze niedawno – czują, że sporą część stresu i trudnych emocji sami sobie fundują niesprzyjającymi, (samo)krytycznymi, (auto)agresywnymi myślami. W przypadku głębszych problemów, niekorzystnych schematów myślenia i działania, depresji niezmiennie polecam konsultację psychoterapeuty.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “FM110146” (CC BY-NC 2.0) by Royal Navy Media Archive

 

Napełnianie swojego koszyczka: empatia a złość

Dziś miałam okazję, aby w przykrej sytuacji zastosować jedno z narzędzi, które pomagają mi złościć się rzadziej i mniej destrukcyjnie. W ubiegłym tygodniu napisałam post o porozumieniu bez przemocy (NVC) i jedna z moich czytelniczek poprosiła mnie o więcej praktycznych przykładów. Mówisz – masz: poniżej opiszę, jak dałam empatię samej sobie i dzięki temu zachowałam spokój i całkiem niezły nastrój.

Oto zrealizował się scenariusz, który miałam w głowie kilka lat temu i który przez pewien czas po narodzinach Dużego powstrzymywał mnie przed prowadzeniem samochodu: miałam stłuczkę z dwójką płaczących dzieci na pokładzie. Odebrałam Małego wcześniej z przedszkola, żeby pojechać z nim (i Malutkim jako osobą towarzyszącą) do pediatry po skierowanie do specjalisty. Udało się, choć byliśmy nieco spóźnieni. Po wizycie chciałam sprawnie dojechać z powrotem do przedszkola po Dużego, więc zrezygnowałam z nakarmienia “na zapas” Malutkiego przed wyjściem z przychodni. Niestety utknęłam w ogromnym korku. Brak płynnego ruchu obudził Malutkiego, który zaczął marudzić, potem płakać, a w końcu drzeć się jak opętany. Wkrótce rozpłakał się i Mały, który ma chyba chorobę lokomocyjną: płakał, że jest mu niedobrze, nie może wytrzymać krzyku Malutkiego i chce się do mnie przytulić. Próbowałam uspokajać obu synów, bardzo chciałam ich przytulić albo chociaż pogłaskać, ale nie mogłam do żadnego z nich sięgnąć, bo byli usadowieni na tylnej kanapie. Czułam rosnące napięcie w ciele i zdenerwowanie (tak działa tzw. rezonans limbiczny: wobec silnych emocji innych osób nasz ssaczy mózg wprawia także i nas w podobne emocje). W pewnej chwili zorientowałam się, że stoję na niewłaściwym pasie, a ten właściwy jest wolny – tak mi się przynajmniej zdawało, kiedy zerknęłam w lusterko wsteczne. Ruszyłam więc w prawo i … uderzyłam w nadjeżdżającą powoli w kierunku skrzyżowania toyotę, która w chwili, kiedy spojrzałam w lusterko, była w martwym punkcie.

Oprócz płaczu dzieci usłyszałam chrzęst gniecionej blachy i spięłam się jeszcze bardziej, a emocje zaczęły we mnie buzować. Na poziomie fizycznym poczułam, jak napinają się moje mięśnie karku i między łopatkami (to te miejsca, w których najsilniej odczuwam stres), oddech przyspiesza i się spłyca, a ręce zaczynają drżeć. Na poziomie emocjonalnym poczułam niepokój o to, ile czasu upłynie, zanim będę w stanie zadbać o moje płaczące maluchy oraz o to, jak długo Duży będzie musiał czekać na mnie w przedszkolu. Moje potrzeby bycia blisko, empatii i jasności mogły pozostać niezaspokojone. Ogarnął mnie żal, że nie dotrzemy sprawnie do przedszkola, a potem do domu; niezaspokojone były moje potrzeby lekkości, łatwości i komfortu. Poczułam niechęć i zniechęcenie w związku z czekającymi mnie dodatkowymi zadaniami i wydatkami, co godziło w moje potrzeby prostoty, wygody i efektywności. Ze względu na niezaspokojone potrzeby harmonii i przyczyniania się do wzbogacania życia innych, a także prostoty, wygody i efektywności zrobiło mi się przykro i smutno na myśl o tym, że uszkodziłam dwa samochody oraz, że zepsułam komuś dzień i utrudniłam realizację jego planów na popołudnie. Jednocześnie przez moment sparaliżował mnie ogromny lęk, bo wyobraziłam sobie, co mogło się stać, gdyby ta kolizja miała miejsce przy dużej prędkości – wówczas niezaspokojona byłaby moja potrzeba bezpieczeństwa fizycznego mojego i bliskich mi osób. Ponieważ ta potrzeba została jednak zaspokojona, poczułam ulgę i wdzięczność do losu, że prędkość – i moja, i tego drugiego samochodu – była bliska zeru ze względu na czerwone światła na skrzyżowaniu oraz korek. Nie, nie jestem aż tak świadoma i uważna, żeby zdać sobie z tego wszystkiego sprawę w tak stresującym momencie. Dopiero dużo później, gdy emocje opadły, poukładałam sobie wszystko w głowie i porozmawiałam z samą sobą w duchu NVC. Bezpośrednio po stłuczce skupiłam się na spokojnym oddychaniu, próbie rozluźnienia karku i zamknięcia uszu na płacz dzieci, który nagle stał się irytujący (to bardzo typowe działanie rezonansu limbicznego: gdy rodzic jest zestresowany, silne emocje dzieci przede wszystkim go irytują).

Na skrzyżowaniu zapaliło się zielone światło, a kobieta prowadząca toyotę dała mi znać przez okno, żebyśmy pojechały prosto i zatrzymały się w najbliższym możliwym miejscu. W ciągu tej minuty czy dwóch, w czasie których szukałyśmy miejsca do zaparkowania, wszystkie moje emocje ustąpiły miejsca lękowi przed stawieniem czoła tej kobiecie. Czułam, że od jej reakcji zależy bardzo wiele: jeśli będzie bardzo zdenerwowana, ja zestresuję się jeszcze bardziej; jeśli zacznie mnie obwiniać, będę zawstydzona, ale i zirytowana; jeśli stanie się agresywna, ja nie będę w stanie powstrzymać gniewu. Wiem, że zaatakowana ostro, staję się mimo woli agresywna, a bardzo nie chciałam, żeby moje i tak zestresowane maluchy zobaczyły, jak mama krzyczy na jakąś panią.

Na moje wielkie szczęście trafiłam na niezwykle empatyczną osobę. Natychmiast ją przeprosiłam, a ona rzuciła okiem na rozwrzeszczane wnętrze mojego samochodu, spojrzała na mnie pokrzepiająco i powiedziała lekkim tonem: “Nic się nie stało, każdemu może się to zdarzyć”. Poczułam, jak moje mięśnie się rozluźniają, strach zniknął, a zamiast niego pojawiła się ulga, radość i ogromna wdzięczność, bo moje potrzeby szacunku do siebie, kontaktu, empatii, wsparcia i otuchy zostały zaspokojone.

To wszystko mogło potoczyć się na poziomie emocjonalnym zupełnie inaczej. Właścicielka toyoty miała prawo zachować się mało empatycznie, bo przecież też musiała być choć trochę zdenerwowana. Myślę, że wtedy przełączyłabym się na dobre w tryb walki i ucieczki – a konkretnie walki, bo taka jest moja nawykowa reakcja w stanie stresu – i powiedziałabym w gniewie rzeczy, których bym później żałowała. Zapewne też warczałabym do końca dnia na dzieci, bo trudno mi jest wyjść ze stanu złości, a maluchy były silnie pobudzone i zapewne jęczałyby i płakały dalej, podsycając moją irytację.

Abstrahując od empatycznej reakcji właścicielki toyoty, pomogło mi to, że sama dla siebie byłam empatyczna. Mogłam przecież biczować się w myślach i wyzywać od nieuważnych idiotek. Mogłam powtarzać sobie, że należało mi się, bo ostatnio jeździłam zbyt nonszalancko. Mogłam dramatyzować (“to straszne!”) lub snuć czarne scenariusze (“koniec z moją mobilnością, będę się bała prowadzić samochód!”). Mogłam wpędzić się w poczucie winy, które tak naprawdę nie jest emocją, lecz pseudoemocją: żalem połączonym z oceną i przypisaniem sobie winy. Skutek byłby łatwy do przewidzenia: poczucie winy sprawiłoby, że czułabym się źle, a więc traktowałabym innych źle. Najbliżej miałam swoje dzieci, a więc to one padłyby ofiarą moich trudnych emocji. Znam to dobrze, przez wiele lat reagowałam w taki autoagresywny sposób na stresujące sytuacje. Cieszę się, że dzięki coachingowi w duchu NVCJoanną Berendt dowiedziałam się, że mogę reagować inaczej. Cieszę się też, że ostatnio dzięki kursowi online “Odstresowany rodzic” opartemu na metodzie self-reg, prowadzonemu przez Natalię Fedan i Agnieszkę Sochar, nauczyłam się dusić w zarodku myśli, które mi nie służą.

Miałam napisać tylko o empatii, a znów poruszyłam temat złości. Zauważyliście, że nie wymieniłam jej wśród emocji, które zalały mnie tuż po kolizji? Rzeczywiście, ani przez chwilę jej nie czułam, nawet jej łagodniejszej siostry – irytacji. Stało się tak dlatego, że dzięki coachingowi i przede wszystkim terapii nauczyłam się robić miejsce “miękkim” trudnym emocjom, jak przykrość, smutek, żal, rozczarowanie. Wcześniej spychałam je głęboko, a ich miejsce zajmowała atrakcyjniejsza PR-owo złość.

A o co chodzi w tytule tego postu? Otóż moja coach mawiała, że nie da się napełnić czyjegoś koszyczka, jeśli nie ma się pełnego własnego – z próżnego i Salomon nie naleje. Nie można być w stresujących sytuacjach prawdziwie empatycznym wobec innych ludzi, nawet własnych małych dzieci, jeśli nie napełni się własnego koszyczka empatią do samego siebie ani nie otrzyma się empatii od innych. Ja dziś dostałam empatię z obu źródeł. Dzięki temu podczas spisywania oświadczenia łagodnie uspokoiłam moje dzieci, nakarmiłam Malutkiego i przytuliłam Małego. Potem ostrożnie i niespiesznie pojechaliśmy po Dużego. Przez resztę dnia byłam spokojna, trochę smutna, ale też wdzięczna – a przede wszystkim cierpliwa i łagodna dla dzieci. Osobom nieznającym NVC mój przydługi wywód może wydać się dziwaczny. Sześć lat temu też by mnie nie przekonał. Mam jednak nadzieję, że choć do jednej osoby przemówi idea dawania sobie empatii i nieokładania się po głowie własnymi myślami.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Part of the set #lacanasteria #wicker #beautiful #nature #purple #flower #basket #bestoftheday #picoftheday #instamood #mexico #instamex #pretty” (CC BY 2.0) by Wicker Paradise