Duży na basenie, czyli o pokonywaniu trudności

Dzisiejszym wpisem chcę rozpocząć minicykl dotyczący wspierania rozwoju dziecka. Ostatnio sporo o tym myślę w związku ze zbliżającą się wielkimi krokami decyzją o wyborze szkoły dla Dużego. Tematem dzisiejszego wpisu nie będzie jednak szkoła, lecz… pływanie.

Kocham pływanie, choć nie jestem w nim zbyt dobra, i będę się cieszyć, jeśli moje dzieci też je polubią. Umiem pływać jedynie “żabką dyrektorską” i stylem pożal-się-Boże-grzbietowym, lecz nie o styl tu chodzi. W wodzie czuję się lepiej, niż na lądzie: lekka, w zgodzie ze swoim ciałem, pełna energii i jednocześnie spokoju (czyli spokojna w ujęciu Self-Reg). Uważam umiejętność pływania za jedną z tych, które warto posiąść – tych, które przydają się w życiu, zwiększają nasze możliwości, pomagają ładować baterie i w dodatku przynoszą korzyści dla ciała i ducha. Pływanie to dla mnie cielesny odpowiednik czytania, bez którego moje życie byłoby o wiele uboższe. Dlatego zależy mi na tym, żeby moje dzieci posiadły umiejętność pływania; od nich samych zależy, co z nią później zrobią.

Moja motywacja do uczenia dzieci pływania jest niestety nie tylko pozytywna. Lekcje pływania to obecnie powszechny element edukacji szkolnej, trudno od tego uciec; zresztą uważam, że nie należy uciekać. W ciągu ostatnich kilku lat regularnie chodziłam na basen w dni powszednie w ciągu dnia, kiedy odbywają się lekcje dla grup szkolnych oraz indywidualne dla młodszych dzieci. Uderzyło mnie to, że dzieci szkolne można na pierwszy rzut oka podzielić na dwie grupy. Te z pierwszej wyglądają na pewne siebie i rozluźnione, przed lekcją rozmawiają i śmieją się, a w wodzie skupiają się na poprawnym wykonywaniu poleceń instruktora. Te z drugiej grupy wyglądają, jakby chciały znaleźć się gdzieś daleko, są w widoczny sposób spięte, a w wodzie walczą o przetrwanie. Większość instruktorów wydaje polecenia krzykiem (chyba jest to konieczne ze względu na akustykę), ale z boku wygląda to na ostrą musztrę, która potęguje stres dzieci z drugiej grupy tak, że często płaczą albo poddają się i wychodzą z wody po tym, jak zwróci się im uwagę. Przyglądając się temu, wiele razy myślałam o sobie i o swoich starszych synach. Gdybym w czasach szkolnych chodziła z klasą na basen, niewątpliwie należałabym do tej drugiej grupy. Sądzę, że wyluzowany oraz niezwykle sprawny fizycznie i skoordynowany Mały bez wysiłku znajdzie się w tej pierwszej grupie, natomiast Duży ze względu na swoje biologiczne uwarunkowania miałby z tym problem bez naszego dużego wsparcia. Nauka pływania Dużego to historia ogromnej pracy – jego i mojej – nad pokonywaniem ograniczeń i trudności.

Kiedy Duży miał niecały rok, zapisałam go na zajęcia na basenie dla maluchów, które bardzo mu się spodobały. Jednak nie trwało to długo. Kiedy Duży miał dwa lata, niemal z dnia na dzień ujawniła się jego nadwrażliwość sensoryczna (czucia powierzchniowego): nagle znienawidził dotyk wody na skórze. O basenie nie było mowy, bo nawet mycie rąk czy parę kropli deszczu na twarzy wywoływało histerię. Ponieważ problemy sensoryczne naszego syna obejmowały niemal wszystkie zmysły i były bardzo uciążliwe, zdecydowaliśmy się na terapię integracji sensorycznej, która w ciągu niecałego roku zlikwidowała je lub bardzo złagodziła. Mycie rąk nie było już problemem, ale Duży nadal nie znosił mieć mokrej twarzy czy głowy i dlatego pływanie nie wchodziło w grę. Jednak fizjoterapeutka Dużego podkreślała, że jego aparat ruchowy potrzebuje wzmacniania, a ćwiczenia w wodzie byłyby bardzo pożądane. Duży miał bowiem słabe mięśnie i nadmiernie wiotkie stawy i więzadła, szybko się męczył i zniechęcał do ruchu. Dopiero jako trzylatek przestał jeździć w wózku i zaczął pokonywać pieszo (jęcząc ze zmęczenia) dystans około kilometra. Miał też problemy z koordynacją: na rowerku biegowym zaczął jeździć bardzo ostrożnie jako trzyipółlatek.

Odpuściłam basen na kolejne dwa lata, nie spuszczając jednak z oczu dalekosiężnego celu, jakim była dobra kondycja fizyczna Dużego i jego umiejętność pływania. Kiedy mój pierworodny był w szczególnie dobrej formie, a więc gotowy na wyzwania, powoli i łagodnie oswajałam go z dotykiem wody na twarzy i głowie. Za każdym razem niemal niepostrzeżenie przekraczałam jego granice komfortu. Robiłam to intuicyjnie, nie wiedząc, że właśnie na tym polega rozwój w ujęciu Self-Reg: ograniczałam jego inne stresory i ładowałam jego baterie, kiedy chciałam oswoić go z wodą. I odwrotnie: kiedy odczuwał stres w innych obszarach, dbałam o to, aby żadna niechciana kropla wody nie trafiła na jego twarz. Dodam, że czasem postępuję z moimi dziećmi odwrotnie, rzucając je na głęboką wodę; właściwy sposób postępowania podpowiada mi intuicja, która jeszcze nigdy nie zawiodła mnie w tej sprawie. Wreszcie w czasie wakacji nad morzem latem 2017 roku nastąpił przełom: z pomocą taty, który codziennie bawił się z nim i ćwiczył w hotelowym basenie, pięcioletni Duży założył okularki pływackie i zanurzył w wodzie twarz. Pękaliśmy z dumy!

Po wakacjach zapisałam Dużego na indywidualne lekcje pływania, starannie wybrawszy instruktora. Odwiedzając regularnie najbliższy nam basen, przyglądałam się różnym instruktorom przy pracy. Większość z nich przechadzała się niedbałym krokiem wzdłuż basenu i wykrzykiwała polecenia pływającemu dziecku, rozmawiając w międzyczasie z innymi instruktorami. Wreszcie pewnego dnia ujrzałam tego właściwego: był z kilkuletnią dziewczynką w wodzie i z nieskończoną cierpliwością zachęcał ją do ćwiczeń. Po lekcji podpłynęłam do niego i umówiliśmy się na naukę pływania Dużego. Podczas pierwszej lekcji przecierałam oczy ze zdumienia. Mój syn po raz pierwszy w życiu leżał wyprostowany jak struna na wodzie NA PLECACH i płynął! Instruktor powiedział, że jak na pięciolatka ma niezłą koordynację (!), silne mięśnie (!!) i jest oswojony z wodą (!!!). Zapisałam wtedy w pamiętniku: “Synu, jesteś dla mnie mistrzem świata”. Zapisałam też taki dialog z Dużym alias Złotoustym:
Ja: – Jak Ci się podoba twój instruktor?
Duży: – Bardzo miły. [Z błyskiem w oku] Taki spokojny, nie wadził nikomu.

I na tym wielkim sukcesie Dużego dziś zakończę. Ta historia ma też mniej przyjemny ciąg dalszy, który skłonił mnie do rozważań na temat cienkiej granicy między matką-kwoką a matką-lwicą, która walczy o swoje młode. Napiszę też więcej o ciemnej stronie powyższej historii, czyli negatywnej motywacji dla wspierania rozwoju swoich dzieci, która może przykrywać brak akceptacji dla dziecka takiego, jakim jest. O tym właśnie będą kolejne posty w tym minicyklu.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Little Champion” (CC BY 2.0) by Evonne

Self-Reg, część 15: Czy warto panować nad emocjami?

Ponad dwa tygodnie temu podczas uroczystości w przedszkolu Małego wydarzyło się coś, co skłoniło mnie do refleksji na temat samokontroli i samoregulacji w obszarze emocjonalnym. Ten wpis jest streszczeniem części wykładu na temat “eMOCja, czyli jak pomóc dziewczynkom w rozwoju samoświadomości”, który wygłosiłam 14 października podczas pierwszej w Polsce Konferencji Wszystkich Dziewczynek. Chciałam opublikować niniejszy post w dniu konferencji, ale ostatnio tyle się działo w obszarze Self-Reg, że dopiero dziś mi się to udało. W ostatnim czasie, oprócz wygłoszenia wspomnianego wykładu, (1) ukończyłam szkolenie z podstaw Self-Reg w MEHRIT Centre i jestem teraz drugim po Natalii Fedan “czempionem Self-Reg” w Polsce; (2) rozpoczęłam szkolenie na poziomie 2 w MEHRIT Centre, (3) przygotowuję się do poprowadzenia sześciotygodniowego stacjonarnego warsztatu na temat Self-Reg (są jeszcze cztery wolne miejsca), (4) wspierałam Natalię Fedan i Agnieszkę Sochar w prowadzeniu trzeciej edycji kursu online “Odstresowany rodzic”, (5) udzieliłam wywiadu portalowi tatento.pl, (6) wypowiedziałam się przez pryzmat Self-Reg na temat lawiny prac domowych zadawanych uczniom w Polsce na potrzeby artykułu na portalu parenting.pl. Uff! A to jeszcze nie koniec. Na dokładkę przedwczoraj rozpoczęłam podyplomowe studia w zakresie coachingu i mentoringu. Wybaczcie zatem, że wpisy na blogu pojawiają się rzadziej, niż bym sobie życzyła. Po tej dygresji wracam do mojego tematu.

Podczas przedszkolnej uroczystości stojące w półokręgu czterolatki śpiewały piosenki i recytowały wierszyki. Wszystkie poza jednym. Stojąca pośrodku półokręgu dziewczynka niemal przez cały czas rozpaczliwie płakała. Nie byłam w stanie skupić się na uśmiechniętym Małym, który machał do mnie i przesyłał mi całuski, bo całym sercem byłam z tą dziewczynką. Nie wiem, czy jej rodzice byli na widowni. Jeśli byli, to może nie reagowali dlatego, że znają swoją córeczkę i wiedzieli, że poczuje się jeszcze gorzej, jeśli zaczną ją uspokajać? Albo chcieli zareagować, ale stresowała ich myśl, że przerwą występ? Nie wiem też, dlaczego żadna z wychowawczyń nie podeszła do małej, nie przytuliła jej, nie szepnęła do ucha paru wspierających słów. Może obie były zbyt przejęte pierwszym występem dwudziestki swoich podopiecznych, aby empatycznie zająć się jedną dziewczynką? A może i rodzice, i wychowawczynie uważali, że występ to nie powód, żeby się mazać i nie chcieli “nagradzać” tego niepożądanego zachowania?

Obserwowanie łez tej dziewczynki było dla mnie trudne. Szczególnie przykro było mi, kiedy dzieci śpiewały “Kto jest beksą i mazgajem, ten się do nas nie nadaje, niechaj w domu siedzi sam! Ram tam tam, ram tam tam”, wygrażając palcami owym beksom i mazgajom. Ja, dorosła kobieta siedząca na widowni, zupełnie niezwiązana z tą dziewczynką, przeżywałam duży stres, bo tak silnie rozwinęła się moja empatia pod wpływem doświadczenia macierzyństwa i rozwoju osobistego. Jak czuła się ta mała? Mogę tylko zgadywać… (Na marginesie, z punktu widzenia Self-Reg przeżywałam stres w obszarze prospołecznym: silne i/lub trudne emocje innych osób to stresor z tego obszaru. Dziewczynka natomiast przeżywała stres w obszarze społecznym i przede wszystkim emocjonalnym. O obszarach stresu pisałam w tym poście.)

Kulminacją uroczystości było pasowanie każdego dziecka na przedszkolaka przez panią dyrektor. Dziewczynka już się uspokoiła, a kiedy przyszła jej kolej na pasowanie i wręczenie dyplomu, uśmiechnęła się nieśmiało. W reakcji na to pani dyrektor powiedziała: “Jestem z ciebie bardzo dumna. Cały czas wierzyłam, że w końcu się uśmiechniesz”.

Jaką lekcję wyniosła ta dziewczynka z uroczystości, zakładając, że czegoś ją to doświadczenie nauczyło? Nie wykluczam, że był to dla niej niewiele znaczący epizod i zapamięta tylko radość z pasowania i to, że pani dyrektor była z niej dumna. Być może z czasem zapomni tę uroczystość – w końcu nie pamiętamy wszystkiego, co wydarzyło się, kiedy mieliśmy cztery lata. Nie można jednak wykluczyć, że występ okaże się dla niej znaczącym wydarzeniem, które nauczyło ją (lub potwierdziło wstępnie ukształtowany pogląd), że niektóre emocje i niektóre sposoby ich okazywania są nie na miejscu. Nie wypada płakać podczas występu; nawet, jeśli chce nam się płakać, powinniśmy “ogarnąć się” i pokazać światu uśmiechniętą twarz. W końcu tak funkcjonują dorośli w naszej zachodniej kulturze. Coś mi podpowiada, że właśnie taką lekcję chciała przekazać dziewczynce kadra przedszkola.

Opisywane przeze mnie wydarzenie to przykład tego, jak traktowane są silne i/lub trudne emocje zgodnie z paradygmatem samokontroli. Ów paradygmat – pisałam o nim w tym artykule – jest od starożytności jednym z filarów zachodniej cywilizacji. W obszarze emocjonalnym nakazuje on, aby momentalnie zauważać, że odczuwa się silne i/lub trudne emocje (np. wściekłość, euforię, żal, strach), a następnie siłą woli i rozumu co najmniej powstrzymać się od ich żywiołowego okazania, a najlepiej – przestać je odczuwać. Dobrze wychowany człowiek jest opanowany: nie skacze i nie krzyczy z radości, nie okazuje zazdrości, w większości sytuacji nie płacze. Emocje są widziane jako dzikie popędy, które trzeba okiełznać mocą rozumu. Należy trenować w tym dziecko od najmłodszych lat z uwzględnieniem różnic między płciami: chłopaki nie płaczą, dziewczynki się nie złoszczą, bo złość piękności szkodzi.

W ujęciu Self-Reg panowanie nad emocjami zużywa energię i dlatego warto przede wszystkim uczyć się samoregulacji w obszarze emocjonalnym. Składa się ona z trzech “R”: recognise, reduce, restore, czyli: rozpoznawania stresorów, redukcji stresu oraz regeneracji. Odwołując się do przykładu z przedszkolnej uroczystości: wychowawczyni, mama czy tata mogli przytulić dziewczynkę, może stanąć razem z nią czy kucnąć nieco z boku, nazwać jej emocje i spytać, co by jej pomogło. Być może chciała tylko trzymać kogoś bliskiego za rękę albo usłyszeć zapewnienie, że nie musi śpiewać, jeśli nie chce. Po uroczystości należało zadbać o to, by mała naładowała akumulatory, jedząc pożywny posiłek, robiąc coś przyjemnego z rodzicami, idąc odpowiednio wcześnie spać. To tylko moje pomysły na regenerację malucha: wiem, że Małemu to by pomogło, ale każde dziecko jest inne.

To wszystko nie znaczy, że Self-Reg odrzuca samokontrolę jako nieprzydatną albo szkodliwą. Owszem, bywa ona przydatna i pożyteczna, choćby wtedy, kiedy mamy ochotę zdzielić pięścią przełożonego albo wykrzyczeć naszemu dziecku, że najchętniej wyszlibyśmy z domu i nigdy nie wrócili. Kluczowe jest to, co podkreśla Stuart Shanker: to samoregulacja umożliwia skuteczną samokontrolę, a nie odwrotnie. Kiedy dbamy o utrzymanie odpowiedniego poziomu energii, wystarcza nam jej na to, aby nawet w trudnych warunkach zachować się w sposób akceptowalny społecznie. Kiedy natomiast o nią nie dbamy, czasem samokontrola “puszcza” i wszyscy się dziwią, dlaczego ten tak zawsze spokojny i opanowany człowiek urządził dziką awanturę przy świątecznym stole albo pobił kolegę z pracy.

Chciałabym dodać jeszcze jedno: nie ma niewłaściwych emocji, a te trudne stają się łatwiejsze, kiedy dajemy sobie na nie przyzwolenie. Cenną umiejętnością, którą powoli i (dosłownie) w bólach w sobie wykształcam, jest “wchodzenie” w emocje w chwili, kiedy się pojawiają. Jest to istota podejścia opartego na uważności (mindfulness), o którym pisałam jakiś czas temu. Kiedy pojawia się jakaś przykra emocja, zamiast ją stłumić, zagadać, odwrócić od niej swoją uwagę podjęciem jakiejś czynności albo przykryć inną emocją (np. złością – w tym mam wieloletni trening…), skupiam na niej całą uwagę. Emocja jest wtedy jak fala: wzbiera, osiąga trudne do zniesienia apogeum (to jest ten moment, w którym często się poddaję) i opada aż do całkowitego wypłaszczenia. Niektórzy twierdzą, że cały ten proces trwa jedynie 90 sekund. Trudno mi się do tego ustosunkować, bo ten nieznośny moment (kilka-kilkanaście sekund?) trwa dla mnie całe wieki. Najczęściej właśnie wtedy robię to, co stało się moim nawykiem, czyli “biję pianę” (myślami, słowami, działaniem, innymi emocjami) i w efekcie rozpryskuję falę dookoła. To przez owo bicie piany trudne emocje są tak trudne. Dotychczas kilkanaście razy udało mi się przetrwać ten najtrudniejszy moment apogeum trudnej emocji. Efektem jest głęboki spokój i poczucie lekkości. Spróbujcie!

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Crying girl” (CC BY 2.0) by daily sunny

 

Nauczyciel doskonały

Początek nowego roku szkolnego i przedszkolnego pragnę powitać wpisem na temat ideału nauczyciela. Kilka dni temu moja Przyjaciółka opowiedziała mi o nowym nauczycielu gry na pianinie, którego zatrudniła, aby dawał lekcje jej trójce dzieci. Pan Od Pianina tak mnie zachwycił, że postanowiłam o nim napisać, oczywiście za zgodą przyjaciółki. Mój wpis o myślach-zapalnikach jest już prawie gotowy, ale musi chwilę poczekać.

Rozmowę z Panem Od Pianina moja Przyjaciółka rozpoczęła zdaniem: “Kompletnie nie znam się na nauce muzyki, ale bardzo dobrze znam swoje dzieci; proszę skorzystać z tej wiedzy”. Następnie oowiedziała mu o swoich dzieciach. Ośmioletni Najstarszy stanowił najtrudniejszy orzech do zgryzienia: jest piekielnie inteligentny, uzdolniony matematycznie, językowo i muzycznie oraz… pozbawiony motywacji do systematycznej nauki. Chętnie liźnie nowej wiedzy, po czym uznaje, że już wszystko umie i kieruje uwagę na coś nowego. Lubi grać w gry typu Minecraft i jest miłośnikiem “Gwiezdnych wojen”. Sześcioletni Średni to byłe high need baby, swego czasu wrażliwe tak bardzo, że mój Duży wydawał się przy nim oazą spokoju i wzorem pogody ducha. Obecnie, w dużej mierze dzięki intuicyjnie bliskościowemu i self-regowemu podejściu mojej Przyjaciółki, jest to pogodne, mądre, wrażliwe dziecko o nieprzeciętnej inteligencji emocjonalnej i społecznej. Jest spokojniejszy niż rodzeństwo, kocha zwierzęta. Z kolei czteroletnia Najmłodsza to niezwykle ruchliwa, przebojowa i niezależna mała kobietka, artystyczna, rogata dusza, wielka miłośniczka kotów.

Pan Od Pianina wykorzystał wiedzę o dzieciach przekazaną mu przez ich mamę i do każdego podszedł indywidualnie. Nieco najeżonego Najstarszego (“Po co mi lekcje pianina? Przecież już umiem grać!”) kupił po pierwszych dwóch minutach zajęć. Przyniósł mu do grania nuty motywów przewodnich “Gwiezdnych wojen” i “Pogromców duchów” i wspomniał, że uwielbia grać w gry i ma PlayStation. Dla Średniego miał do grania utwory o zwierzakach, był cierpliwy, wyrozumiały, spokojny, skupiony i bardzo ciepły -dokładnie takich nauczycieli Średni lubi najbardziej. Absolutnym majstersztykiem była lekcja Najmłodszej. Mała wbiegła do salonu i zaczęła biegać z kąta w kąt, robić fikołki, śmiać się, wygłupiać. Pan Od Pianina usiadł na podłodze i zaczął opowiadać o trzech kotach swojej żony. Po kilku minutach Najmłodsza usiadła przy pianinie, a Pan zaczął lekcję od zabawy w koty: ona była uciekającym kotkiem i uderzała w kolejne klawisze, a on był drugim kotem, który ją gonił. Nie dziwi mnie, że cała trójka dzieci była zachwycona lekcją gry na pianinie.

Nie wiem, czy Pan Od Pianina czytał te wszystkie mądre książki, artykuły i blogi o rozwoju dzieci, które ja i podobne do mnie mamy wnikliwie studiujemy. Wynika z nich, że dzieci uczą się najskuteczniej, kiedy czują się bezpieczne, są radosne i zaciekawione oraz mają dobrą relację z nauczycielem, który traktuje je z szacunkiem i widzi przede wszystkim ich potencjał, a nie skupia się na ich słabościach. [Polecam w szczególności książkę Carla Honoré “Pod presją. Dajmy dzieciom święty spokój!”, która zawiera odniesienia do badań na ten temat.] Przypuszczam, że ich nie czytał – raczej ma talent i pasję dydaktyczną oraz najzwyczajniej w świecie lubi dzieci i jest ich ciekaw. Stuart Shanker nazwałby go Self-Reg natural, czyli osobą intuicyjnie stosującą Self-Reg. Zanim Pan Od Pianina rozpoczął lekcję, łagodnie pomógł każdemu dziecku przejść do odpowiedniego stanu pobudzenia, czyli stanu spokoju i uwagi. Do każdego małego ucznia podszedł indywidualnie. W efekcie dzieci skoncentrowały się na przyswajaniu nowych umiejętności, być może nawet nie zdając sobie sprawy, że właśnie to robią; po prostu świetnie się bawiły.

Marzę o takich właśnie nauczycielach dla moich i wszystkich innych dzieci. O nauczycielach, którzy swój zawód wykonują z niesłabnącą pasją, mają wysoką inteligencję emocjonalną i intuicję. O nauczycielach, którzy w każdym dziecku widzą nieoszlifowany diament i mały cud, a swoją rolę rozumieją jako towarzyszenie młodemu człowiekowi w jego drodze rozwoju i wspieranie go w pokonywaniu trudności. Uważam, że nauczyciele powinni być nie tylko intelektualną i moralną, ale też finansową elitą kraju – świetnie opłacanymi specjalistami, którym powierzamy ogromną odpowiedzialność za przyszłość społeczeństwa. Przecież “takie będą rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”…

Tymczasem nauczyciele są niedocenianą, nędznie opłacaną i przede wszystkim silnie zestresowaną grupą zawodową. Niektórzy już na wczesnym etapie kariery zawodowej wypalają się, bijąc głową o mur biurokracji. Ich frustracja i stres emanują na ich małych podopiecznych (pamiętacie o rezonansie limbicznym?), którzy z kolei przenoszą go do domów rodzinnych, urządzając wieczorami sceny podczas odrabiania zadań domowych (które swoją drogą są absurdem). Dzieci uczone przez spiętych, zestresowanych, rozregulowanych dorosłych miewają problemy z motywacją, koncentracją uwagi i samooceną. Przyznam, że z obawą myślę o rozpoczęciu przez Dużego (za rok) edukacji szkolnej, a decyzja o przeniesieniu moich starszaków z prywatnego przedszkola “dla wymagających” do dwóch przedszkoli publicznych była dla mnie w czasie minionych wakacji potężnym stresorem. Przecież chodzi o setki godzin, które moje dzieci spędzają bez rodziców.

Co możemy zrobić, aby nasze dzieci uczyły się w jak najlepszych warunkach, osiągnęły swój potencjał i rozwijały talenty? Zwykle nie mamy wpływu na program nauczania, harmonogram zajęć w konkretnej placówce i to, czy trafimy na nauczycieli podobnych do Pana Od Pianina, czy wręcz przeciwnie. Myślę, że warto robić wszystko, co w naszej mocy: wydeptywać ścieżki, rozmawiać z nauczycielami, spokojnie i empatycznie wyjaśniając nasz punkt widzenia, angażować się w życie społeczności szkolnej czy przedszkolnej i dawać jej impulsy do rozwoju w dobrym kierunku. Ja zgłosiłam się do rady rodziców w przedszkolu Małego (sama w to nie wierzę, bo jestem trochę dzikusem…) i zamierzam cichaczem wprowadzać tam elementy Self-Reg. W przypadku wielu dzieci przydatne bywa też wsparcie profesjonalistów: specjalisty integracji sensorycznej, terapeuty ręki, okulisty czy ortoptysty, fizjoterapeuty – bo dziecku trudno jest przyswajać wiedzę, jeśli jego ciało płata mu figle. Jak mawia Stuart Shanker, sfera biologiczna stanowi korzenie procesów poznawczych.

A co, jeśli mimo wszystko nasze dziecko wraca z placówki smutne, złe czy sfrustrowane, a my nie możemy dogadać się z nauczycielem? Co, jeśli nauczyciele wciąż mają jakieś uwagi krytyczne na temat naszej latorośli? Co, jeśli naszemu dziecku przypięto łatkę niegrzecznego, leniwego, złośliwego, klasowego błazna, prowodyra bójek? Co, jeśli nie mamy możliwości przenieść dziecka do innej placówki? Oto, co możemy i powinniśmy zrobić: stanąć po stronie swojego dziecka, dać mu poczucie bezpieczeństwa, zadbać o jego potrzeby i przede wszystkim nie dać sobie wmówić, że ono jest jakieś takie… nieudane i niedobre.  Nie ma czegoś takiego, jak niedobre dziecko.

Podobno wystarczy jedna bliska, empatyczna dorosła osoba, aby mały człowiek wyszło na prostą. Bądź tą dorosłą osobą.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Today I took my daughter to piano lessons” (CC BY-NC-ND 2.0) by Judy van der Velden