O konsekwencjach i słuchaniu swojego serca

Dziś podzielę się z Wami refleksją na temat konsekwencji i słuchania swojego serca. Jak już kiedyś wspominałam, ten blog sam się pisze, nie mam nad nim kontroli: jeśli coś mnie mocno poruszy, nie spocznę, dopóki tego nie zapiszę – tu lub, ostatnio znacznie częściej, w moim dzienniku. Od pewnego czasu pracuję nad kolejnym wpisem z miniserii na temat wspierania rozwoju dziecka. Pracuję nad nim głównie w głowie, bo na pisanie bloga mam czas jedynie późną nocą, kiedy już zrobię to, co niezbędne ze względu na moje różne zobowiązania. W głowie kłębią mi się wpisy i fragmenty mojej książki “DyleMatki”, ale dopóki nie znajdę niani, która odciąży mnie przedpołudniami, większość tych treści musi pozostać w mojej głowie. (Mówiąc wprost: znajdźcie mi nianię, żebym znów nie znalazła się w czarnej…)

Dziś rano Mąż, Duży i Mały musieli się spieszyć, bo Mały wraz ze swoją grupą miał o 8:45 wyjechać z przedszkola na występ na festiwalu piosenek dziecięcych. W przedpokoju leżała przygotowana na tę okoliczność bluzeczka w stylu marynarskim, w którą Mały miał się przebrać przed występem. Nasz czterolatek był bardzo podekscytowany i kilka razy powtarzał, że musi zabrać bluzkę, więc założyłam błędnie, że albo on, albo Mąż będzie o tym pamiętał przed wyjściem. O 8:40 zestresowany Mąż zadzwonił z przedszkola z pytaniem, czy dam radę w ciągu pół godziny dostarczyć bluzkę do domu kultury. Nie było na to szans: w piżamie, z mokrymi po umyciu włosami, smażyłam głodnemu Malutkiemu jajecznicę. Mąż zestresował się jeszcze bardziej, ale też nie mógł już zawrócić, bo miał w pracy spotkanie. Zrobiło mi się żal Małego i zaczęłam się zastanawiać, jak by tu zorganizować przekazanie mu bluzki. Znajoma, z którą przez chwilę rozmawiałam, zaproponowała skorzystanie z przesyłki poprzez ubera lub kuriera rowerowego. Dopiero to pomogło mi się zreflektować: nie byłam gotowa na takie starania. Trudno, stało się, Mały wystąpi bez przebrania.

Od pewnego czasu pozwalam moim dzieciom ponosić konsekwencje swoich działań. W takich sytuacjach, jak dziś – a przy trójce małych dzieci i przemęczonym Mężu zdarzają się one często – w pierwszym odruchu mam ochotę stanąć na głowie, żeby komuś nie było przykro, smutno, trudno. Dawna ja wcisnęłaby Malutkiemu do ręki coś słodkiego i z mokrymi włosami popędziła z bluzką do domu kultury. Obecna ja robi bilans korzyści i kosztów i nie staje na głowie. Już wiem, że dziecko nie może nauczyć się radzić sobie z frustracją inaczej, niż… przeżywając raz na jakiś czas frustrację. Przypomina mi się zdjęcie krążące swego czasu na Facebooku, przedstawiające kartkę z prośbą do rodziców w pewnej szkole: “Jeśli przyjechałeś/-aś, żeby przywieźć swojemu dziecku coś, czego zapomniało wziąć z domu, odwróć się na pięcie i wyjdź. Pozwól mu ponieść konsekwencje i nauczyć się czegoś.” Jestem jednak daleka od podejścia “Nie zawiozę mu tej bluzki, niech się nauczy, i Mąż też”. To by było w moim odczuciu raczej tak zwane wyciąganie konsekwencji, czyli karanie – konsekwencji nie trzeba wyciągać, one same się pojawiają.

Uderza mnie jednak, jak trudno mi jest nie chronić dzieci przed frustracją i rozczarowaniem i jak bardzo sama przeżywam ich trudne emocje. Mam świadomość, że nie jestem w stanie pamiętać o wszystkich drobnych sprawach do załatwienia. (O ironio! W tym momencie przerwałam pisanie, żeby zadzwonić do sali zabaw i zarezerwować ją na imprezę urodzinową Dużego, a następnie wpisać do kalendarza termin przelewu zaliczki. Dopisałam też do listy zakupów karmę dla psów lub kotów – przedszkole Dużego organizuje zbiórkę na rzecz schroniska dla zwierząt. I co ze scenariuszem przedstawienia w teatrze rodziców? Nadal go nie dostałam! Mam być drzewem czy krasnoludkiem? Skąd wezmę przebranie?) Moja głowa to wie, a mimo to dziś rano humor na moment mi się zwarzył. Dobrze chociaż, że dzięki praktykowaniu Self-Reg nie poczułam irytacji wobec Małego czy Męża ani też nie złajałam się w myślach za to, że nie dopilnowałam tej sprawy osobiście… Dlaczego tak bardzo chciałabym zmieść sprzed nóg moich dzieci wszelkie przeszkody? Dlaczego często mocniej, niż oni sami przeżywam ich rozczarowania? Matka Polka? Matka kwoka? Matka helikopter? Czy może po prostu matka…?

Chcę napisać o jeszcze jednym rodzaju konsekwencji: o wytrwałości w działaniu i osiąganiu celów. W tej dziedzinie jestem bardzo dobra: od dzieciństwa stawiam sobie i skutecznie realizuję długoterminowe, dość ambitne cele. Niedawno w tym monolicie mojej konsekwencji pojawiła się trudna do pominięcia wyrwa, o której może kiedyś opowiem, a dziś sama zadałam jej kolejny cios. Otóż Malutki miał dziś o godzinie 11 w centrum Warszawy zajęcia montessoriańskie, które oboje bardzo lubimy, a moja konsekwencja wyraża się między innymi w tym, że nigdy nie rezygnuję z zajęć dzieci lub własnych z powodu innego, niż choroba lub brak możliwości dotarcia na miejsce. Kiedy wyruszyłam na te zajęcia, coś we mnie zaczęło bardzo mocno się buntować i ostatecznie, niewiele myśląc, poszłam za głosem serca i skręciłam w kierunku domu kultury.

Głos mojego serca wydawał się bredzić. Nie było wiadomo, o której godzinie między 9 a 12 odbędzie się występ grupy Małego. Właśnie dlatego wcześniej odrzuciłam pomysł towarzyszenia mojemu średniemu synowi: robiło mi się słabo na myśl o przebywaniu przez dłuższy czas w wielkiej, głośnej sali pełnej przedszkolaków wraz z Malutkim, który ostatnio eksploruje otoczenie, ostro i bardzo głośno protestując przeciwko jakimkolwiek ograniczeniom. Niewątpliwie zaprezentowałby swoje znakomite umiejętności piszczenia i zagłuszył występ, gdybym nie pozwoliła mu na zabawę sprzętem nagłaśniającym. Jadąc tam, wiedziałam, że mam niewielkie szanse zobaczenia mojego czterolatka na scenie. Jednak zaparkowałam przed domem kultury i, taszcząc fotelik z Malutkim, który chwilę wcześniej zasnął, odnalazłam właściwe drzwi. Weszłam do ciemnej sali teatralnej, postawiłam fotelik na podłodze i… usłyszałam, jak konferansjer zapowiada występ grupy Małego! Znalazłam się koło sceny chwilę przed tym, kiedy wszedł na nią Mały i dziwnym trafem stanęłam tak blisko niego, jak to tylko było możliwe. Mały zobaczył mnie mimo blasku reflektorów i uśmiechnął się tym swoim uśmiechem rozjaśniającym całą buzię, a ja popłakałam się z radości. Występ był nieskoordynowany, dzieci śpiewały niewyraźnie i nie do rytmu. Dla mnie – mistrzostwo świata!

A potem? Potem znów posłuchałam głosu serca i zamiast na zajęcia, pojechałam z Malutkim do parku. Wierzcie lub nie: to były pierwsze świadome wagary w moim 39-letnim życiu. Czułam się dziwnie, zmieszana, oszołomiona, nieco zagubiona. Nie mam wątpliwości, że tego potrzebowałam. Malutki był zachwycony, kiedy mógł 2398762653 razy wejść po czterech płaskich schodkach i zejść po nich w dół. Po co komu kursy mindfulness i przeróżne przedsięwzięcia z zakresu rozwoju osobistego? Wystarczy mieć dzieci…

Share Week 2018

Pierwszy raz uczestniczę w Share Week, czyli akcji polegającej na tym, że blogerzy polecają innych blogerów. Blogerką jestem dopiero od roku z okładem i rok temu dowiedziałam się o akcji poniewczasie. Dziś napiszę pokrótce, które blogi cenię najbardziej spośród tych niezbyt wielu, które znam i czytuję.

Wśród czytanych przeze mnie blogów prym wiedzie wymagajace.pl. Gdybym była moim wymagającym pierworodnym, po lekturze niemal każdego wpisu narzekałabym: “TO NIE FAIR, że tego bloga nie było, kiedy zostałam mamą!”. Niestety wymagająca córka Magdaleny Komsty, autorki bloga, urodziła się kilka lat po Dużym, a sam blog powstał niecałe dwa lata temu. I TO JEST NIE FAIR. Naprawdę. Gdybym jako świeżo upieczona matka mogła poczytać to, co Magda pisze na temat drzemek niemowląt, nocnych maratonów karmienia piersią, temperamentu dziecka i przyczyn tego, że “kiedyś dzieci były grzeczne”, to… moje wczesne macierzyństwo byłoby lżejsze o ciężar niepewności i lęków, czy właściwie postępuję z moim dzieckiem.

Magda jest blogerką niezwykle profesjonalną i merytoryczną. Z wykształcenia jest psycholożką i pedagożką, a także promotorką karmienia piersią i doulą. Wszystko, o czym pisze i o czym mówi podczas swoich licznych live’ów i warsztatów, ma solidne podstawy teoretyczne i empiryczne. Przede wszystkim jednak jest ciepłą, wspierającą osobą, o czym mogłam się najlepiej przekonać, kiedy przeprowadziła ze mną wywiad na żywo na temat Self-Reg i high need babies. W języku porozumienia bez przemocy Magda przepięknie realizuje swoją potrzebę wzbogacania życia innych: jestem przekonana, że dzięki jej działalności życie tysięcy par matka-dziecko stało się spokojniejsze, szczęśliwsze, w mniejszym stopniu naznaczone lękiem i frustracją…

Czy już wspominałam, że TO NIE FAIR, że jej blog powstał tak późno? Nie fair i koniec. Foch.

Blog dobrarelacja.pl jest poświęcony rodzicielstwu bliskości rozumianemu jako budowanie bliskiej, wspierającej relacji z dzieckiem. Jego autorka, Małgorzata Musiał, jest pedagożką i mediatorką NVC (porozumienia bez przemocy), wspierającą rodziców poprzez warsztaty, artykuły i książkę “Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny”. Małgosia pisze o dzieciach z ogromnym szacunkiem, refleksyjnie, mądrze. Jest przy tym pełna pokory i autentyczna: stale poddaje w wątpliwość swoje “ja wiem lepiej” i otwarcie przyznaje, że okazanie szacunku dziecku tu i teraz nie zawsze jest łatwe. W moich oczach właśnie to czyni Małgosię prawdziwym autorytetem; nie potrafiłabym podążać za pomnikiem ze spiżu, który nigdy nie upada ani nawet się nie potyka.

Oto trzy wpisy na blogu, które każdy rodzic (i babcia! I dziadek! I ciocie, i wujkowie!) powinien, moim zdaniem, przeczytać:

  • “Bicie, plucie i inne miłosne wyznania” – o tym, że przypisywanie “agresywnym” zachowaniom dziecka znaczenia rodem ze świata dorosłych jest bez sensu, bo dziecko to… tylko dziecko i nie umie stosować dojrzałych strategii zaspakajania własnych potrzeb. Ten wpis to kwintesencja pierwszego kroku Self-Reg, czyli przeformułowania zachowania w kontekście stresu;
  • “Wyjdź i wróć, kiedy się uspokoisz” – o tym, dlaczego metoda izolacji dziecka zwana karnym jeżykiem, spopularyzowana swego czasu przez (brrrr!) Supernianię, jest do kitu;
  • “Dźganie jaszczurki” – o tym, że komunikat “uspokój się”, skierowany do małego dziecka targanego silnymi emocjami, nie działa. Pamiętam, że w sierpniu ubiegłego roku pracowałam nad wpisem na ten sam temat, ale szło mi to jak krew z nosa i ucieszyłam się, że Małgosia mnie ubiegła.

Bloga Agnieszki Pieniążek domowezawirowania.pl nie przeczytałam od deski do deski, ale wszystko, co przeczytałam, jest mi bliskie. Trafiłam tam przez grupę Agnieszki na Facebooku, poleconą mi przez znajomą mamę trójki maluchów. Grupa obecnie nazywa się “Domowe Zawirowania. Budowanie relacji i rozwój osobisty” i skupia osoby (chyba wyłącznie kobiety), które chcą pracować nad swoim związkiem i rodziną. Autorka bloga jest socjolożką i pedagożką, żoną i matką oraz głęboko wierzącą chrześcijanką. To ostatnie może zniechęcać do bloga ateistki i przedstawicielki innych religii, dlatego chcę mocno podkreślić, że narzędzia, które proponuje Agnieszka, są uniwersalne i oparte na wiedzy psychologicznej oraz przekonaniu, że do dobrej lub złej relacji, jak do tanga, trzeba dwojga. Ta prawda jest trudna do przyjęcia przez osoby przekonane o tym, że druga strona relacji (ten wredny mąż lub ta upierdliwa żona) jest winna wszelkiemu złu. Agnieszka podkreśla, że nigdy nie mamy pełnego wpływu na to, co zrobi druga osoba, ale mamy wpływ na to, jak na to reagujemy, a także na własne intencje i sposób myślenia. Warto pracować właśnie nad tym i zrezygnować z prób “naprawienia” drugiej osoby – i właśnie wtedy, kiedy ocieplimy nasze myśli, skupimy się na swojej własnej przemianie, zmienia się dynamika naszej relacji z tą drugą osobą. Potwierdzam to z całą mocą: łagodne, spójne z Self-Reg spojrzenie na mojego Męża poprawiło naszą relację, nadwerężoną moim totalnym zanurzeniem w doświadczenie macierzyństwa.

Duży na basenie, czyli o pokonywaniu trudności

Dzisiejszym wpisem chcę rozpocząć minicykl dotyczący wspierania rozwoju dziecka. Ostatnio sporo o tym myślę w związku ze zbliżającą się wielkimi krokami decyzją o wyborze szkoły dla Dużego. Tematem dzisiejszego wpisu nie będzie jednak szkoła, lecz… pływanie.

Kocham pływanie, choć nie jestem w nim zbyt dobra, i będę się cieszyć, jeśli moje dzieci też je polubią. Umiem pływać jedynie “żabką dyrektorską” i stylem pożal-się-Boże-grzbietowym, lecz nie o styl tu chodzi. W wodzie czuję się lepiej, niż na lądzie: lekka, w zgodzie ze swoim ciałem, pełna energii i jednocześnie spokoju (czyli spokojna w ujęciu Self-Reg). Uważam umiejętność pływania za jedną z tych, które warto posiąść – tych, które przydają się w życiu, zwiększają nasze możliwości, pomagają ładować baterie i w dodatku przynoszą korzyści dla ciała i ducha. Pływanie to dla mnie cielesny odpowiednik czytania, bez którego moje życie byłoby o wiele uboższe. Dlatego zależy mi na tym, żeby moje dzieci posiadły umiejętność pływania; od nich samych zależy, co z nią później zrobią.

Moja motywacja do uczenia dzieci pływania jest niestety nie tylko pozytywna. Lekcje pływania to obecnie powszechny element edukacji szkolnej, trudno od tego uciec; zresztą uważam, że nie należy uciekać. W ciągu ostatnich kilku lat regularnie chodziłam na basen w dni powszednie w ciągu dnia, kiedy odbywają się lekcje dla grup szkolnych oraz indywidualne dla młodszych dzieci. Uderzyło mnie to, że dzieci szkolne można na pierwszy rzut oka podzielić na dwie grupy. Te z pierwszej wyglądają na pewne siebie i rozluźnione, przed lekcją rozmawiają i śmieją się, a w wodzie skupiają się na poprawnym wykonywaniu poleceń instruktora. Te z drugiej grupy wyglądają, jakby chciały znaleźć się gdzieś daleko, są w widoczny sposób spięte, a w wodzie walczą o przetrwanie. Większość instruktorów wydaje polecenia krzykiem (chyba jest to konieczne ze względu na akustykę), ale z boku wygląda to na ostrą musztrę, która potęguje stres dzieci z drugiej grupy tak, że często płaczą albo poddają się i wychodzą z wody po tym, jak zwróci się im uwagę. Przyglądając się temu, wiele razy myślałam o sobie i o swoich starszych synach. Gdybym w czasach szkolnych chodziła z klasą na basen, niewątpliwie należałabym do tej drugiej grupy. Sądzę, że wyluzowany oraz niezwykle sprawny fizycznie i skoordynowany Mały bez wysiłku znajdzie się w tej pierwszej grupie, natomiast Duży ze względu na swoje biologiczne uwarunkowania miałby z tym problem bez naszego dużego wsparcia. Nauka pływania Dużego to historia ogromnej pracy – jego i mojej – nad pokonywaniem ograniczeń i trudności.

Kiedy Duży miał niecały rok, zapisałam go na zajęcia na basenie dla maluchów, które bardzo mu się spodobały. Jednak nie trwało to długo. Kiedy Duży miał dwa lata, niemal z dnia na dzień ujawniła się jego nadwrażliwość sensoryczna (czucia powierzchniowego): nagle znienawidził dotyk wody na skórze. O basenie nie było mowy, bo nawet mycie rąk czy parę kropli deszczu na twarzy wywoływało histerię. Ponieważ problemy sensoryczne naszego syna obejmowały niemal wszystkie zmysły i były bardzo uciążliwe, zdecydowaliśmy się na terapię integracji sensorycznej, która w ciągu niecałego roku zlikwidowała je lub bardzo złagodziła. Mycie rąk nie było już problemem, ale Duży nadal nie znosił mieć mokrej twarzy czy głowy i dlatego pływanie nie wchodziło w grę. Jednak fizjoterapeutka Dużego podkreślała, że jego aparat ruchowy potrzebuje wzmacniania, a ćwiczenia w wodzie byłyby bardzo pożądane. Duży miał bowiem słabe mięśnie i nadmiernie wiotkie stawy i więzadła, szybko się męczył i zniechęcał do ruchu. Dopiero jako trzylatek przestał jeździć w wózku i zaczął pokonywać pieszo (jęcząc ze zmęczenia) dystans około kilometra. Miał też problemy z koordynacją: na rowerku biegowym zaczął jeździć bardzo ostrożnie jako trzyipółlatek.

Odpuściłam basen na kolejne dwa lata, nie spuszczając jednak z oczu dalekosiężnego celu, jakim była dobra kondycja fizyczna Dużego i jego umiejętność pływania. Kiedy mój pierworodny był w szczególnie dobrej formie, a więc gotowy na wyzwania, powoli i łagodnie oswajałam go z dotykiem wody na twarzy i głowie. Za każdym razem niemal niepostrzeżenie przekraczałam jego granice komfortu. Robiłam to intuicyjnie, nie wiedząc, że właśnie na tym polega rozwój w ujęciu Self-Reg: ograniczałam jego inne stresory i ładowałam jego baterie, kiedy chciałam oswoić go z wodą. I odwrotnie: kiedy odczuwał stres w innych obszarach, dbałam o to, aby żadna niechciana kropla wody nie trafiła na jego twarz. Dodam, że czasem postępuję z moimi dziećmi odwrotnie, rzucając je na głęboką wodę; właściwy sposób postępowania podpowiada mi intuicja, która jeszcze nigdy nie zawiodła mnie w tej sprawie. Wreszcie w czasie wakacji nad morzem latem 2017 roku nastąpił przełom: z pomocą taty, który codziennie bawił się z nim i ćwiczył w hotelowym basenie, pięcioletni Duży założył okularki pływackie i zanurzył w wodzie twarz. Pękaliśmy z dumy!

Po wakacjach zapisałam Dużego na indywidualne lekcje pływania, starannie wybrawszy instruktora. Odwiedzając regularnie najbliższy nam basen, przyglądałam się różnym instruktorom przy pracy. Większość z nich przechadzała się niedbałym krokiem wzdłuż basenu i wykrzykiwała polecenia pływającemu dziecku, rozmawiając w międzyczasie z innymi instruktorami. Wreszcie pewnego dnia ujrzałam tego właściwego: był z kilkuletnią dziewczynką w wodzie i z nieskończoną cierpliwością zachęcał ją do ćwiczeń. Po lekcji podpłynęłam do niego i umówiliśmy się na naukę pływania Dużego. Podczas pierwszej lekcji przecierałam oczy ze zdumienia. Mój syn po raz pierwszy w życiu leżał wyprostowany jak struna na wodzie NA PLECACH i płynął! Instruktor powiedział, że jak na pięciolatka ma niezłą koordynację (!), silne mięśnie (!!) i jest oswojony z wodą (!!!). Zapisałam wtedy w pamiętniku: “Synu, jesteś dla mnie mistrzem świata”. Zapisałam też taki dialog z Dużym alias Złotoustym:
Ja: – Jak Ci się podoba twój instruktor?
Duży: – Bardzo miły. [Z błyskiem w oku] Taki spokojny, nie wadził nikomu.

I na tym wielkim sukcesie Dużego dziś zakończę. Ta historia ma też mniej przyjemny ciąg dalszy, który skłonił mnie do rozważań na temat cienkiej granicy między matką-kwoką a matką-lwicą, która walczy o swoje młode. Napiszę też więcej o ciemnej stronie powyższej historii, czyli negatywnej motywacji dla wspierania rozwoju swoich dzieci, która może przykrywać brak akceptacji dla dziecka takiego, jakim jest. O tym właśnie będą kolejne posty w tym minicyklu.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Little Champion” (CC BY 2.0) by Evonne

Wysiadłam

WYSIADŁAM. Serio, organizm odmówił mi współpracy. W poniedziałek dopadło mnie kilka wirusów naraz i dopiero dziś wróciłam do świata żywych. Nie da się tygodniami spać po 5 godzin na dobę i przez resztę doby być mistrzynią wielozadaniowości, każdą wolną chwilę wyciskając jak cytrynę. 1 listopada po czterech latach odeszła od nas Niania, a ja założyłam, że szybko znajdę kogoś choć w przybliżeniu tak dobrego i w dodatku chętnego do pracy u nas “nie za milion monet”. Przeliczyłam się, poszukiwania nadal trwają. W poczuciu tymczasowości po prostu przejęłam obowiązki Niani (30 godzin w tygodniu), niczego nie redukując i jeżdżąc wszędzie z trójką dzieci zamiast z jednym.

Dziś pewna mądra psycholożka dała mi zadanie domowe. Miałam zaobserwować i zapisać, co robię/jakie zadania wykonuję i ile to zajmuje czasu w ciągu doby, jeśli robię to tak, jak bym chciała. Okazuje się, że 20 godzin na dobę powinien zająć mi sen (w ilości wystarczającej) i czynności techniczne: obsługa dzieci, karmienie, jedzenie, higiena, logistyka przedszkolna i zajęciowa, prace domowe. Jedynie 4 godziny dziennie zostają na pracę, naukę, relacje z bliskimi, zabawę z dziećmi, uczenie ich czegoś, dbanie o zdrowie, kulturę, rozrywkę/odpoczynek i autorefleksję.

No właśnie, autorefleksja – czwarty krok Self-Reg – bywa bolesna. Czuję trochę wstydu, bo w końcu uczę ludzi tego, czego sama dopiero się uczę, czyli łagodności dla siebie, dbania o własne zasoby. Czasem szewc bez butów chodzi. Ale może taki szewc, mając doświadczenie braku butów, jest w stanie szczególnie przyłożyć się do pracy i skroić wygodne buty najpierw sobie, a potem klientom? Taką mam nadzieję. Zabieram się do pracy… nad regeneracją.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “De día y de noche” (CC BY-NC-ND 2.0) by Ed Visoso

Wszystkie dzieci nasze są, czyli jak reagować na (domniemaną) przemoc wobec dziecka

Kilka dni temu byłam niewidzialnym świadkiem domowej awantury i chcę opowiedzieć Wam o dylemacie, który mam w tego typu sytuacjach. Grubo po północy gdzieś w sąsiedniej klatce schodowej – chyba u sąsiadów za ścianą, ale trudno było to jednoznacznie stwierdzić – kilkuletnia dziewczynka długo i rozpaczliwie płakała i krzyczała. Jej rodzice raz po raz krzyczeli, ona na początku im odkrzykiwała, a w końcu przestała i już tylko wyła jak zwierzę. Nie był to pierwszy raz: ta sytuacja, u tych konkretnych sąsiadów (rozpoznaję już charakterystyczny płacz dziewczynki) powtarza się często, o różnych porach dnia i nocy. Nie jestem w stanie zidentyfikować mieszkania, z którego dobiega ten płacz, bo nie mogę wejść do innych klatek schodowych bez znajomości kodu do któregoś z mieszkań znajdujących się na tej klatce.

Mój system nerwowy nie mógł sobie z tą sytuacją poradzić: rozpaczliwy płacz dziecka to dla mnie silny stresor. Słuchając go, czuję kulę w żołądku i drugą w gardle, ręce mi się trzęsą, rytm serca przyspiesza, moje ruchy stają się nerwowe. Tak działa rezonans limbiczny: układ limbiczny w moim mózgu reaguje na pobudzenie układu limbicznego innej osoby. Tak dzieje się nawet wtedy, kiedy nie widzę tej osoby i nie jest mi bliska. Choć tamtego wieczoru planowałam pójść spać przed godziną 1 w nocy, nie było mowy o tym, żebym zasnęła.

Jak zawsze w tego typu sytuacjach, zastanawiałam się, jak zareagować, zważywszy, że byłam świadkiem bardzo wąskiego fragmentu rzeczywistości tamtej rodziny. Niemal każdy rodzic miewa pełne stresu momenty, w których zachowuje się niezgodnie ze swoimi zasadami. Gdyby ktoś postronny zobaczył go akurat w tym momencie, sformułowałby daleką od rzeczywistości ocenę. Ja też czasem zachowuję się jak patologiczna, przemocowa matka. Pamiętam, jak raz w parku podczas gry w berka Duży tak mocno klepnął Małego w plecy, że ten przewrócił się boleśnie na twarz i stoczył z wysokiej górki na sam dół. Przestraszyłam się i jednocześnie wściekłam tak, że nawrzeszczałam na Dużego. Co więcej, odepchnęłam go w pierwszej chwili, kiedy – też przestraszony – próbował się do mnie przytulić, odpychając ode mnie szlochającego Małego. Natychmiast jakiś starszy mężczyzna ruszył zdecydowanym krokiem w naszym kierunku z marsową miną. Poczułam palący wstyd, bo wyprzedził dosłownie o sekundy ten moment, w którym sama się zreflektowałam i zwróciłam się już spokojniej w kierunku Dużego, przytuliłam go i przeprosiłam. Mężczyzna zatrzymał się, wyraźnie odprężył i odszedł. Jego próba interwencji jedynie minimalnie przyspieszyła moją zmianę zachowania, jednocześnie dokładając do strachu, żalu i poczucia winy kolejną trudną emocję – wstyd wobec osoby postronnej i strach przed oceną. (Swoją drogą zawsze mnie zastanawia, dlaczego w ogóle przejmuję się opinią obcych ludzi, których być może nigdy więcej nie zobaczę. Wiem z licznych rozmów z innymi mamami, że jest to dość powszechne.)

Jak zatem powinniśmy reagować, będąc świadkami przemocy wobec dziecka? Przede wszystkim uważam, że reagować należy. Nie wiem, co i jakim tonem chciał mi powiedzieć mężczyzna w parku. Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie, kiedy już całkiem ochłonęłam, byłam mu wdzięczna za to, że nie pozostał obojętny w obliczu przemocy wobec dziecka. Jednak pytanie o optymalny – to znaczy: zapobiegający dalszej przemocy – sposób reakcji pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi. Jest pewna grupa rodziców, którzy są świadomi tego, że klapsy, krzyki, obelgi, straszenie dzieci to coś złego. Oni starają się nie stosować przemocy wobec dzieci; czy zawsze im się to udaje, to inna kwestia. Kiedy im się nie uda, ze strony osób trzecich przydaje się raczej pomoc w obniżeniu napięcia, niż atakowanie czy pouczanie. Tamtego dnia w parku byłabym bardzo wdzięczna osobie, która podeszłaby do mnie i powiedziała coś takiego: „Widzę, że jest pani zdenerwowana. Czy mogę w czymś pomóc?”. Wobec takiej reakcji nadal starałabym się naprawić relację z dzieckiem, a jednocześnie mój stres nie zwiększyłby się pod wpływem interwencji. Warto pamiętać, że wstyd i lęk przed oceną może zwiększać agresję i tak nakręca się błędne koło stresu i przemocy.

Zastanawiam się, jak należałoby postępować wobec osób, które „świadomie” wybierają przemocowe metody wychowania. Zastosowałam cudzysłów, ponieważ nie wierzę, że dorosły, niezaburzony człowiek może stosować takie metody, mając pełen obraz skutków przemocy dla psychiki dziecka i jego życia (choćby osiągnięć w nauce: dzieci doświadczające przemocy w domu częściej niż pozostałe przerywają naukę w szkole). Ostatnio zszokowały mnie wyniki badania przeprowadzonego przez biuro Rzecznika Praw Dziecka: aż 58% ankietowanych dorosłych Polaków akceptuje klapsy jako metodę wychowawczą, a 32% akceptuje poważniejszą formę przemocy fizycznej, czyli tzw. lanie (bicie “na zimno” jako karę za niewłaściwe zachowanie). Wierzę, że jest to efekt przede wszystkim nieświadomości (niesionej z pokolenia na pokolenie) i mocnego osadzenia w schemacie samokontroli (który ma się dobrze od czasów Platona). Nie bez znaczenia jest też wysoki poziom stresu Polaków, który nie pozwala korze nowej mózgu działać w pełni poprawnie: powoduje trudność w logicznym rozumowaniu i niezdolność do empatii.  Gdybym stosowała przemoc wobec dzieci na co dzień i nie widziała w tym nic złego, zapewne potraktowałabym mężczyznę w parku nieprzyjemnie, a później wyżyła się na dzieciach – chyba, że naprawdę mocno by mnie przestraszył konsekwencjami karnoprawnymi; wówczas ze strachu powstrzymywałabym się przed agresją wobec dzieci, przynajmniej przy świadkach. Raczej nie pomogłoby mi to jednak obniżyć poziomu złości i frustracji, które odczuwałabym wobec dziecka. Trudno mi natomiast powiedzieć, jak wpłynęłaby na mnie interwencja, która jednocześnie byłaby łagodna i zaznaczałaby granice, np. “Musi być pani bardzo zestresowana, skoro decyduje się pani na bicie najbliższych pani osób, całkowicie od pani zależnych i o wiele słabszych. Jak mogę pomóc?”.

Skalę przemocy wobec dzieci na dłuższą metę pomagają zmniejszać: (1) wiedza i świadomość rodziców, (2) wyraźny brak społecznego przyzwolenia dla przemocy, (3) obniżenie stresu rodziców. Najnowsza kampania społeczna zainicjowana przez Rzecznika Praw Dziecka wychodzi naprzeciw dwóm pierwszym celom. Obniżenie stresu rodziców w Polsce to długie i trudne przedsięwzięcie… Można jednak działać w małej skali. Tamtej nocy w mijającym tygodniu powinnam była poprosić kogoś z ochrony osiedla o pomoc w zidentyfikowaniu mieszkania, z którego dobiega płacz (dziękuję czytelniczce mojego fan page na Facebooku za podsunięcie mi tego rozwiązania!). Następnie powinnam zainterweniować łagodnie i z troską zarówno o dziecko, jak i o rodziców. Nie można przecież wykluczyć, że ich córka po prostu często i głośno płacze, a oni nauczyli się już, że podniesiony ton pomaga przerwać nakręcającą się złość czy rozpacz (tak się czasem zdarza w przypadku moich synów). W idealnej sytuacji powinnam poznać lepiej tamtych rodziców i pomóc im zrozumieć źródła ich stresu i agresji, może także dać bezpośrednie wsparcie, na przykład zaopiekować się od czasu do czasu dziewczynką albo dać namiary na dobrego psychologa. Czy tak zrobiłam? Niestety nie, bo na przeszkodzie stanął mi własny stres…

Napiszcie mi proszę, czy i jak reagujecie na przemoc wobec dzieci i jakie osiągacie efekty. Możecie to zrobić w mailu, komentarzu pod tym postem lub na moim fan page na Facebooku. Z góry wam dziękuję za inspirację. Następny wpis będzie dotyczył tematu bicia, ale nie chcę zdradzać, w jakim kontekście. Natomiast w kolejnym poście napiszę o tym, co możemy zrobić, kiedy nienaszym dzieciom dzieje się w naszej ocenie krzywda, ale na tyle niewielka, że nie czujemy się uprawnieni do interwencji, o ile nie jesteśmy Ciocią lub Wujkiem Dobra Rada. Ten post rozpocznie krótki cykl na temat wspierania dziecka “obdarowanego” trudnościami rozwojowymi.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “You shouldnt do that with so many people watching us!” (CC BY-ND 2.0) by Tambako The Jaguar

 

 

Self-Reg, część 16: Skup się na TEJ sytuacji

Wczoraj Duży wrócił z zerówki w kiepskim nastroju, markotny i pobudzony jednocześnie. Gdy zajrzałam do jego przedszkolnej sali, siedział zapatrzony w jakiś odległy punkt, z dala od innych dzieci i nerwowo gryzł ołówek, a przed nim leżał otwarty zeszyt. Jego wychowawczyni zasugerowała mi, żebyśmy zabrali zeszyt do domu i nadrobili zaległości w pisaniu liter i sylab. Duży jęknął z rozpaczą: “Mamo, ja tego nigdy nie nadrobię! To za trudne!”

W domu nie było lepiej: Duży co chwilę prowokował spięcia. Bardzo dokuczał Małemu, który był przeziębiony i został ze mną w domu (“To nie fair, że nim się dzisiaj więcej zajmowałaś!). Koiłam, łagodziłam, nazywałam emocje, mediowałam w czasie ostrzejszych wymian zdań, zadbałam o relaks (czytanie) i zaspokojenie głodu. Podziałało.

Kiedy mój pierworodny był już spokojny, zarządziłam odrabianie lekcji i znów się zaczęło. Duży argumentował (nie bez odrobiny racji), że ćwiczenie pisania liter jest bez sensu, bo już umie czytać książki i pisać drukowanymi literami. Poskarżył się, że nie jest w stanie pracować w przedszkolu, bo trudno mu się skupić w hałasie (pod tym względem też go rozumiem, sama tak mam). Potem powtarzał, że to za trudne, on nie umie i nigdy się nie nauczy, innym dzieciom to przychodzi z łatwością. Znów koiłam, łagodziłam itd., ale to nie pomagało – pewnie częściowo dlatego, że nie byłam w stanie trwale odizolować od nas młodszych dzieci, które co chwila przychodziły do gabinetu i nam przeszkadzały. W pewnym momencie Duży zaczął mówić coś o bezsensie życia w takich męczarniach i fantazjować o śmierci…

Długo udawało mi się zachować autentyczny spokój, ale w pewnym momencie straciłam cierpliwość. Wiecie, co dokładnie do tego doprowadziło? Pewną rolę odegrało w tym moje zmęczenie kakofonią dźwięków: zawodzeniem Dużego, skrzeczeniem Malutkiego wspinającego się na moją nogę, żebym wzięła go na ręce i teatralnym szeptem Małego („Mamoooo, czy mogę teraz jeszcze coś powiedzieć? Ostatni raz, to bardzo ważne!”); to wszystko minuta po minucie odbierało mi energię. Jednak większe znaczenie miał wzrost napięcia spowodowany… oczywiście moimi myślami. (Czy kiedykolwiek napisałam wprost na blogu, że Self-Reg to metoda służąca zrozumieniu stresu oraz lepszemu zarządzaniu napięciem i energią? Jeśli nie, podkreślam to teraz; na opisywanym tu przykładzie widać jak na dłoni, od czego zależy nasz stres.)

Byłam w stanie zachować autentyczny wewnętrzny spokój (a nie tylko byłam opanowana), dopóki pozostawałam myślami i emocjami „tu i teraz”. Sześciolatek w kiepskim nastroju niebędący w stanie wykonać zadania domowego – to dla mnie niezbyt stresujący bodziec nawet w połączeniu ze zmęczeniem i nadmiarem dźwięków. Moje napięcie gwałtownie wzrosło, kiedy przestałam skupiać się na tej konkretnej sytuacji i zaczęłam snuć czarne wizje przyszłości Dużego i mojej, dramatyzować i użalać się nad sobą. Szeroko pojęty rozwój Dużego jest bowiem przedmiotem mojej troski i niepokoju, od kiedy zostałam matką. (W kilku kolejnych postach będę pisała o wspieraniu rozwoju dziecka.) Oto mój wczorajszy “myślotok”: tak będą wyglądać wszystkie nasze popołudnia przez najbliższe lata; Duży znienawidzi szkołę, będzie się tam źle zachowywał i będziemy regularnie wzywani na dywanik do dyrektora; Duży wpadnie w depresję i będzie miał niskie poczucie własnej wartości; nie obędzie się bez leków przeciw objawom ADHD; ćwiczenia u ortoptyka nie pomogą i Duży będzie miał ogromne problemy ze wzrokiem (jakoś tak dziwnie pochyla się nad zeszytem, jakby źle widział!); jeśli on będzie zawsze tak siedział, to zafunduje sobie skrzywienie kręgosłupa; potrzebuję przez najbliższe lata wykwalifikowanej i anielsko cierpliwej niani na popołudnia i wieczory, a to słono kosztuje; nie dam rady po pracy codziennie wykrzesać z siebie tyle energii, pozostanę kurą domową na całe lata; to okropne, że jestem z tym całkiem sama całymi dniami; i po co mi było troje dzieci, skoro ich nie ogarniam?!? I właśnie przy tej ostatniej mojej myśli Mały cichutko i pokornie spytał, czy może zjeść krówkę, a ja wysyczałam: “NIE! Nie możesz ciągle jeść słodyczy! Będziesz gruby, nie będziesz miał siły biegać i będziesz się źle czuł!” Chwilę potem warknęłam pod adresem Dużego, że może sobie robić, co chce, nie obchodzi mnie jego praca domowa i wyszłam z pokoju. Czy nawaliłam jako matka? Trochę tak, ale też czegoś się nauczyłam.

Mały dramacik z Dużym w roli głównej przypomniał mi (i utrwalił dzięki skojarzeniu z emocjami) pewien wycinek wiedzy o Self-Reg. Stuart Shanker powtarza jak mantrę „THIS” (ang. ten/ta/to): skup się na tym konkretnym dziecku, tym jednym problemie, tej chwili. W ten sposób zdołasz zachować spokój i zmienić tę jedną sytuację, a przynajmniej zwiększyć szanse na taką zmianę w przyszłości. Ta mała zmiana spowoduje zmarszczkę na powierzchni wody. Wiele takich zmarszczek tworzy falę, która ma o wiele większą siłę. Próbując utworzyć jednym ruchem wielką falę, można srogo się rozczarować i jedynie stworzyć dużo piany. To dla mnie ważna lekcja, bo lubię szybkie i spektakularne rezultaty – chcę osiągać efekty tu i teraz, bez czekania. Jak Duży…

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “DRAW” (CC BY-NC-ND 2.0) by kristina dymond