Złość, część 12: Czy na pewno „Dobra matka nigdy nie zostawia płaczącego dziecka”?

Złość, część 12: Czy na pewno „Dobra matka nigdy nie zostawia płaczącego dziecka”?

Jest godzina 1 w nocy, powoli szykuję się do snu, jeszcze tylko poczytam coś niezbyt wymagającego.

Mam żelazne postanowienie, żeby o 1:30 zgasić światło i zasnąć, aby dobrze funkcjonować kolejnego dnia. Po wielu latach deprywacji snu mój czterdziestojednoletni organizm domaga się z całą stanowczością, abym każdej nocy przesypiała pełne sześć godzin (tak, dobrze liczycie, wstaję po 7:30). Jeśli tego nie zrobię, odmawia współpracy między innymi w ten sposób, że tracę pełny dostęp do kory przedczołowej mojego mózgu. Jestem wtedy drażliwa i nadwrażliwa na bodźce, mam „krótki loncik” i trudność z kontrolowaniem przeróżnych impulsów oraz zorganizowanym działaniem. Teraz, w czasie pandemii koronawirusa, która zwiększyła poziom mojego stresu we wszystkich obszarach, to szczególnie ważne, żeby moja kora przedczołowa działała tak sprawnie, jak to możliwe.

Nagle w sypialni pojawia się z nieszczęśliwą miną Duży, mój dziewięcioletni pierworodny.

Obudził go silny ból palca u stopy. Oglądam paluch i widzę zaczerwienienie i lekką opuchliznę, wygląda to, jakby rozwijał się tam stan zapalny. Na mój dotyk Duży reaguje krzykiem i zaczyna płakać. Mój dziewięciolatek jest bardzo wrażliwy na ból, jak to często bywa u wysoko wrażliwych (choć akurat ja, też wysoko wrażliwa, jestem na ból bardzo odporna).

Kilka godzin wcześniej Duży postawił nogę krzesła na tym paluchu, po czym z impetem, jak to on, usiadł na krześle.

Wyobrażacie sobie, jak to bolało? Jeśli mieliście do czynienia z wysoko wrażliwymi dziećmi, to wiecie, jak one komunikują taki ból światu: długo, głośno i dość dramatycznie. W ciągu dnia – wyspana, pełna endorfin po półgodzinnym treningu na balkonie – byłam w stanie zareagować w pełni empatycznie. Teraz jednak jest późno i chcę za chwilę pójść spać…

Początkowo jestem pełna empatii, przytulam Dużego, a jednocześnie zastanawiam się, jak działać.

Chwila narady z Mężem i postanawiamy rano umówić teleporadę medyczną (ze względu na epidemię nie możemy po prostu wybrać się do lekarza), a teraz – podać Dużemu lek przeciwbólowy. Duży łyka tabletkę paracetamolu i dalej jęczy, płacze, narzeka, dopytuje, co będzie z tym palcem. Mija kwadrans, a Dużego nadal boli, coraz bardziej. I coraz bardziej rozpacza. Podaję mu jeszcze ibuprofen, znów empatyzuję, przytulam, próbuję przekierować jego uwagę. Minęło pół godziny i nadal nic nie pomaga, Duży nakręca się, że umrze z bólu, że straci palec, że to najgorszy ból na świecie. W pewnym momencie pyta mnie retorycznie ze złością: „Czy Ty w ogóle masz pojęcie, co to jest ból?!”

Od pewnego czasu rośnie we mnie irytacja, ale to ostatnie zdanie odpala moją złość – ba! furię!

Szumi mi w uszach i kręci mi się w głowie. Dosłownie czuję, jak z mojego gardła w kierunku języka i ust wytaczają się słowa: „Przestań wyć, histeryku! To nie jest żaden ból! Ty w ogóle nie wiesz, co to jest ból!” Moja kora przedczołowa, wiedząc, że zaraz zostanie odcięta, krzyczy do mnie głośno: „Wyjdź stąd natychmiast!!!” Odnosi sukces: bez słowa wstaję i energicznym krokiem wychodzę z pokoju. Słyszę jakieś protesty Dużego, ale ignoruję je.

Zamykam się w łazience i, gryząc zaciśniętą pięść, wydaję z siebie głuche warknięcie: „Aaaaaaaa!!!” To trochę pomaga. „Ależ jestem wkurrrrrrrrwiona!” – mówię do siebie na głos i rzucam jeszcze kilka przekleństw. To pomaga jeszcze bardziej. Czuję satysfakcję, a moje napięte mięśnie rozluźniają się trochę. „Chcę spać. Chcę spokoju. Chcę, żeby było łatwiej” – szepczę do siebie cicho. Ufff. Już o wiele lepiej, zaczynam się odprężać. Teraz skupiam się na oddechu: obserwuję go przez chwilę. Poruszam głową na boki, do przodu, do tyłu, zataczam nią okręgi, masując jednocześnie kark. Poruszam ramionami, przeciągam się, w końcu zginam się w pół, wykonując luźny zwis. Wszystko zwisa, rozluźnia się, krew napływa mi do głowy. Już. Minęło. Jestem całkiem rozluźniona. Utrzymałam gada w ryzach.

Wracam do syna, który już jest spokojniejszy (chyba leki w końcu zadziałały).

Zerka na mnie z ukosa i pyta z lekkim wyrzutem, dlaczego tak nagle sobie poszłam i go zostawiłam. Odpowiadam: „Bo poczułam, że zaraz mnie szlag trafi i powiem coś bardzo niemiłego, więc zamiast tego wyszłam, żeby się uspokoić”. „Aha. Okay” – odpowiada Duży. Zna mnie dobrze i wie, że to moje wyjście było najlepszym wyjściem z sytuacji. Z autentyczną troską pyta, czy już czuję się dobrze, przytulamy się jeszcze raz i każde z nas idzie spać do siebie.

Jestem z siebie bardzo dumna, bo opisana sytuacja i słowa Dużego są dla mnie jednym z najsilniejszych zapalników.

Wiem, skąd to się bierze: z tego, jakie podejście do „narzekania” i w szczególności skarżenia się na ból wpojono mi w dzieciństwie. „Dama się nie skarży” i „Nikt nie lubi ludzi, którzy narzekają” – to kwintesencja tego podejścia. To dlatego tak trudno mi było (i jak widać, czasem nadal bywa!) zachować spokój, kiedy któreś z moich dzieci widzi koniec świata i straszny dramat tam, gdzie ja swoimi dorosłymi oczami widzę jedynie drobną trudność albo w ogóle neutralną sytuację. W większości sytuacji potrafię spojrzeć na dzieci empatycznie i zarazić je swoim spokojem. Niekiedy jednak, jak w opisanej tu scenie, szczytem moich możliwości jest wyjście z pomieszczenia.

Zdarza się wtedy, że zostawiam rozpaczające dziecko samemu sobie.

Można by to ocenić jako klęskę świadomej matki, która chce dać dzieciom poczucie, że są kochane i akceptowane bezwarunkowo, a nie tylko wtedy, kiedy zachowują się „grzecznie”. Tak właśnie surowo ocenia siebie wiele moich klientek, z którymi pracuję indywidualnie między innymi nad przeżywaniem i wyrażaniem złości.

„Bliskościowa matka nie powinna zostawiać płaczącego dziecka”; „Dobra matka nigdy nie wścieka się na płaczące dziecko”; „Wszystkie matki jakoś sobie radzą ze złością i tylko ja nie”. Takie przekonania – wypowiedziane wprost lub ukryte za innymi komunikatami – często wypływają podczas moich sesji z wrażliwymi, świadomymi mamami. Żadne z tych przekonań nie jest wspierające. Wiem coś o tym, bo też je żywiłam swego czasu – ależ mi to zwiększało napięcie i obniżało energię! Żadne też nie jest obiektywnie prawdziwe. Są sytuacje, jak ta opisana, kiedy największym sukcesem jest to, że matka nie wybucha. Ta konkretna matka, w tym konkretnym miejscu i czasie, ze swoimi indywidualnymi predyspozycjami i bagażem doświadczeń.

Tamtej nocy przed zaśnięciem świętowałam swój matczyny sukces, zamiast opłakiwać porażkę.

To dało mi więcej energii do radzenia sobie z kolejnymi takimi sytuacjami w sposób coraz bliższy temu, jakiego pragnę. Po wielu powtórzeniach takiej pożądanej reakcji mój umysł przyzwyczai się do niej i będzie ją częściej wybierał jako tę „domyślną” (przeczytaj o kanalizacji zachowań). I tego Wam życzę w Dniu Matki: łagodnego spojrzenia na siebie i doceniania swoich małych i większych sukcesów. Dobrego Świętowania!

P.S. Dziękuję Wam za tę lawinę ciepłych słów, która spłynęła na mnie po moim wystąpieniu o złości na konferencji Sylwii Włodarskiej „Bliżej potrzeb, bliżej szczęścia” dwa tygodnie temu. Niedługo wystąpię ponownie na podobnych wirtualnych wydarzeniach. W sobotę 13 czerwca opowiem o tym, jak nie zarażać się złością od dziecka i zarazić je spokojem (podczas konferencji „Chcę być skrzydlatym rodzicem” Krystyny Marczak).

Złość, część 11: „Nie będzie mi gówniarz rozkazywał!”, czyli jak zalałam gada oksytocyną

Złość, część 11: „Nie będzie mi gówniarz rozkazywał!”, czyli jak zalałam gada oksytocyną

Sobotni poranek. Śpię głęboko, kiedy do mojej świadomości dociera wołanie: „Mamooooo, chodź do mnie!”

Jestem na granicy między jawą a snem i nie od razu orientuję się, gdzie jestem i co się dzieje. Wołanie staje się coraz głośniejsze i bardziej natarczywe. „Mamoooooo!” Trudno mi oprzytomnieć, Malutki – mój trzyletni synek – chyba wyrwał mnie z głębokiego snu. Leżę jak kłoda, ręce i nogi mam ciężkie. Do późna w nocy czytałam wciągającą książkę, nie dotrzymując danego sobie jakiś słowa, że bezwzględnie będę chodziła spać najpóźniej pół godziny po północy. W minionym tygodniu z różnych przyczyn ani razu nie przespałam w nocy sześciu godzin. Kiedyś nie było to problemem, ale od pewnego czasu mój organizm potrzebuje tych sześciu godzin snu, żeby dobrze funkcjonować.

„Mamoooooo!” – krzyczy teraz gniewnie Malutki, a jego krzyk przechodzi w rozzłoszczony pisk.

Nie znoszę tego dźwięku, zresztą chyba trudno go lubić, nawet jeśli nie jest się nadwrażliwym na bodźce dźwiękowe, jak ja. „Zaraz obudzi braci, a już na pewno Małego!” – myślę zirytowana. Mały jest absolutnie bezproblemowym i pogodnym dzieckiem… o ile nie zostanie zbyt wcześnie i gwałtownie obudzony. Dzieli z Malutkim pokój. Powinnam pójść tam natychmiast i zaopiekować się trzylatkiem, żeby uratować poranek, ale nadal jestem skołowana i też coraz bardziej zirytowana.

„Mamo, chodź do mnie TERAZ! NATYCHMIAST!” – wrzeszczy Malutki na całe gardło z autentyczną wściekłością.

W jednej chwili moje ciało zalewa fala gorąca, a w głowie pojawia się myśl-zapalnik: „Nie będzie mi gówniarz rozkazywał” Oho, to mój wewnętrzny gad. Znam go bardzo dobrze. Jest piekielnie szybki i niebezpieczny, potrafi siać spustoszenie w moich relacjach. Karmi się moim niewyspaniem, ale też hałasem, nadmiarem bodźców zmysłowych, moim bólem, napięciem i trudnymi emocjami. Przywołują go pewne sytuacje i komunikaty, także niewerbalne, na przykład „żądający”, pełen złości ton, którym zwraca się do mnie teraz mój syn.

„Dobra, Stążko” – mówię do siebie – „nie chcesz tam iść wkurzona i zaczynać dnia od awantury. Wymyśl coś, włącz korę przedczołową”.

(Kora przedczołowa ludzkiego mózgu jest odpowiedzialna między innymi za kontrolowanie impulsów i planowanie działań przy uwzględnianiu ich skutków oraz pomaga w regulowaniu emocji). „A w dupie to mam!” – syczy gad. – „Trzylatek nie może mną rządzić. Przecież on ostatnio naprawdę przegina. Jest słodki tylko wtedy, kiedy cala rodzina robi dokładnie to, czego on chce. Tak nie może być, musi się nauczyć, gdzie jest jego miejsce!”.

Moje ręce i nogi, które przed chwilą jakby ostygły, stają się znów gorące, jakbym chciała pobiec do pokoju dzieci i wymierzyć maluchowi sprawiedliwość. „Ej, ale przecież on ma trzy lata. Obudził się i chce do mamy, i jeszcze nie oprzytomniał. Jeśli na niego nakrzyczę, to tylko go nakręcę. Przecież to ja jestem jego zewnętrzną korą przedczołową” – mówię do siebie. „OK, ale on ma nogi, nie? Może sam do mnie przyjść, jeśli chce, to jego interes. Nie będę leciała na każde jego zawołanie” – kłapie paszczą gad. Silny jest dziś. Staczam wewnętrzną potyczkę, podczas gdy Malutki raz po raz mnie woła. Sześcioletni Mały jakimś cudem jeszcze śpi, ośmioipółletni Duży w swoim pokoju też.

Podejmuję decyzję, że nie dam się gadowi, ale jeszcze nie wiem, jak go uśpić.

W myślach robię szybki przegląd znanych mi technik obniżania napięcia – trochę tak, jakbym przeglądała sukienki w szafie. „Ta za słaba, na tę nie mam czasu, tej mi się nie chce dziś stosować, ta nie zadziała, za bardzo jestem wkurzona i niewyspana…”. Jest! Mam sposób, który działa zawsze, kiedy tylko CHCĘ z niego skorzystać, a teraz naprawdę chcę – z całego serca pragnę uniknąć nakrzyczenia na Malutkiego o poranku i całej tej przykrej sekwencji wydarzeń, którą to by uruchomiło. Oddycham powoli i spokojnie. Zamykam oczy.

W wyobraźni przenoszę się do sali operacyjnej.

Leżę na stole, mam szeroko rozpostarte ręce przywiązane pasami do podpórek. Przed sobą, na wysokości piersi, widzę pionową płachtę materiału, nad sobą silny reflektor, obok krzątają się lekarze i położne w czepkach i maskach. Jestem znieczulona od pasa w dół, czuję tylko lekkie rozciąganie w podbrzuszu i… jest! Słyszę go! Najpierw cichy, jakby skrzeczący, a potem głośniejszy krzyk mojego synka. Umieram z niecierpliwości – tak bardzo chcę go zobaczyć!

Po czasie, który wydaje mi się wiecznością, pielęgniarka podchodzi do mnie z zawiniątkiem, z którego wystaje mała, pomarszczona twarzyczka i dwie maleńkie, jeszcze bardziej pomarszczone, czerwonofioletowe rączki. Kładzie mi malucha na piersi i uwalnia jedną rękę, żebym mogła go objąć, co też robię. Maluch przestaje krzyczeć, kiedy zaczynam szeptać do niego słowa powitania. Słucha mnie jak zaczarowany, poruszając paluszkami, które smyrają mnie po policzku. Mój Malutki! Mój kochany najmłodszy synek!

Zalewa mnie potężna fala miłości, czułości i roztkliwienia, do oczu napływają łzy wzruszenia.

Mój organizm doświadcza wyrzutu oksytocyny i w efekcie „wyłącza” tryb walki i ucieczki. Spłukany tą falą gad odpływa w dal. Nie mam złudzeń, powróci jeszcze nieraz, zapewne jeszcze dziś – ale teraz jestem sobą, ssaczą mamą wzywaną przez potomstwo. Ocieram mokre oczy, wstaję z łóżka i idę do pokoju dzieci, uśmiechnięta od ucha do ucha.

– Cześć, kochanie – mówię czule. – Wołałeś mnie.
– Wołałem i wołałem, a ty nie przychodziłaś! – mówi Malutki z wyrzutem.
– I przykro ci było? – pytam miękko.
– Tak! – maluch układa usta w podkówkę. Nagle cała złość go opuszcza i jest po prostu maluchem spragnionym mamy.
– Chcesz, żebym się z tobą położyła!
– Tak! – maluch robi mi nieco miejsca w swoim łóżku. Kładę się koło niego na boku, a on, rozanielony, układa głowę na moim zgiętym ramieniu.
– Kochana mama! – mruczy i po chwili oboje znów zasypiamy.

(Jakie to szczęście, że umiemy zasnąć po takiej akcji! I że reszta rodziny ma tak twardy sen!) Wstajemy jakiś czas później w świetnych humorach.

Nie patrzyłam na zegarek, ale moje wewnętrzne zmagania mogły trwać najwyżej dwie minuty.

Dwie minuty, które zadecydowały o tym jak potoczył się poranek pięcioosobowej rodziny. Gdybym nie przyszła do Malutkiego albo przyszła i była dla niego niemiła, rozkrzyczałby się na dobre. Jego bracia obudziliby się w kiepskich nastrojach. Wszyscy trzej kłóciliby się przez kolejne kilka godzin. Mąż wstałby równie wkurzony, a ja lamentowałabym cicho bądź głośno nad moim ciężkim losem. Skąd wiem, że tak by było? Z doświadczenia. Dość często udaje mi się zneutralizować mojego wewnętrznego gada, ale nie zawsze  – i wtedy widzę jak na dłoni, jakie to ważne, żeby się starać.

P.S. Przeczytaj serię artykułów o złości (nie trzeba ich czytać po kolei; oceniam, że kluczowe dla rozumienia złości są posty nr 3 i 7)

Photo by Jimmy Conover on Unsplash

Złość, część 10: „Co za babsztyl!”, czyli o złości jako zasłonie

Złość, część 10: „Co za babsztyl!”, czyli o złości jako zasłonie

Wracam po długiej przerwie do mojego cyklu postów o złości,

ponieważ szykuję kurs online „Wyreguluj swoją złość, mamo”. [EDIT z listopada 2020 roku: Ostatecznie zamiast tego kursu stworzyłam ponad półroczny program mentoringowy WYREGULOWANA MATKA.] A dziś opowiem o moich przemyśleniach związanych z sytuacją, która wydarzyła się ponad rok temu. Moje dzieci miały wtedy 7 lat (Duży), 5 lat (Mały) i niecałe 2 lata (Malutki).

Malutki cierpiał swego czasu na chorobę lokomocyjną, która zamieniała wspólne z nim przejazdy samochodem w koszmar.

Czasem wystarczyło kilka minut w aucie, aby maluch gwałtownie i obficie zwymiotował. Po takiej „akcji” potrzebował dłuższego czasu, aby dojść do siebie, był blady i osłabiony, nie chciał jeść ani pić, długo marudził. To w dużej mierze z tego względu nie potrafiłam zrezygnować z zatrudniania na popołudnia opiekunki, która zostawała z Malutkim, kiedy odbierałam Dużego ze szkoły i Małego z przedszkola albo kiedy woziłam ich na basen czy piłkę nożną. Wszystkie te miejsca były położone na tyle daleko od siebie i od naszego domu, że korzystanie z samochodu było jedyną sensowną opcją.

Pewnego dnia musiałam zabrać Malutkiego ze sobą na „wyprawę” do przedszkola i szkoły.

Jak zwykle zadbałam o to, żeby maluch nie jadł ani nie pił nic przez dwie godziny przed wyjazdem. Mimo to prowadziłam samochód, jakby siedząc na bombie. Jechałam tak ostrożnie i płynnie, jak tylko się dało, zerkając co chwila w lusterko wsteczne, żeby sprawdzić, czy po Malutkim nie widać objawów zbliżających się torsji.

Znałam je już doskonale: mój gadatliwy maluch najpierw milkł, potem robił się blady i ziewał albo przymykał oczy, następnie układał usta w podkówkę, wydawał z siebie jęk, po czym gwałtownie zwracał wszystko, co zjadł nawet kilka godzin wcześniej. Od pierwszych objawów do wymiotów upływało zwykle kilkadziesiąt sekund; jeśli udało mi się otworzyć wszystkie okna i dach albo zjechać na pobocze, zazwyczaj to wystarczyło, aby powstrzymać wymioty. Aby dopełnić obrazu sytuacji, dodam, że Malutki kategorycznie odmawiał wymiotowania do pojemnika czy woreczka, więc jeśli już zdarzyły mu się torsje, to wszystko wokół niego musiało potem zostać uprane (a ja jestem silnie nadwrażliwa na przykre zapachy)…

Tym razem jakimś cudem wszystko szło gładko.

12 minut drogi do przedszkola Małego – wyjście z samochodu i mały spacer dla uspokojenia ewentualnych mdłości – odbiór Małego z przedszkola – 8 minut drogi do szkoły Dużego – znów krótki spacer i odbiór Dużego – wreszcie ostatnia prosta: 13 minut drogi do domu. Nabrałam nadziei na szczęśliwy finał i odprężyłam się, kiedy nagle, dosłownie kilkaset metrów od domu, czekając na zielone światło odnotowałam, że Malutki przestał mówić. Zaniepokojona zerknęłam w lusterko wsteczne i zauważyłam, że maluch pobladł i zamknął oczy. – Malutki, niedobrze Ci? – spytałam. Nie odpowiedział. – O nie, on będzie rzygał! Mamo, ja nie chcę! Mamo, zatrzymaj się! Ja wysiadam! – rozkrzyczeli się Duży i Mały, których wymiotowanie wręcz przeraża i którzy siedzieli „w polu rażenia” braciszka. Siedzący pomiędzy nimi Malutki otworzył usta i… ziewnął, nadal blady i z zamkniętymi oczami.

„Szlag!” – pomyślałam, zaciskając ręce na kierownicy.

Na sygnalizatorze zapaliło się żółte i potem zielone światło, a dwa samochody przede mną niespiesznie ruszyły. Zjechałam za nimi ze skrzyżowania, po czym zaczęłam nerwowo rozglądać się za miejscem, w którym mogłabym się zatrzymać na naszej wąskiej, krętej, pozbawionej pobocza ulicy. Kiosk – nie, przystanek autobusowy – nie, szereg zaparkowanych wzdłuż ulicy aut – nie. Jest! Kawałek chodnika, żadnej barierki, wokół żadnych pieszych! Wjechałam na chodnik, zastawiając go w całości, po czym błyskawicznie wypięłam się z pasów, włączyłam przycisk otwierający dach, rozpięłam pasy Malutkiego, wzięłam go na ręce i wystawiłam jego głowę i tułów przez otwarty dach na chłodne październikowe powietrze.

Maluch wiedział, co ma robić – tak wiele razy już przez to przechodziliśmy: zaczął powoli i głęboko oddychać z przymkniętymi oczami. Widząc, jak na jego twarz wracają kolory, odetchnęłam z ulgą. W końcu Malutki otworzył oczy, uśmiechnął się i zaczął opowiadać coś po swojemu. Ufff, co za ulga! Poczułam, jak napięcie opuszcza moje ciało. Chcąc odczekać jeszcze chwilę przed ponownym posadzeniem Malutkiego w foteliku, rozejrzałam się dookoła.

Mój wzrok padł na jakąś kobietę z wózkiem dziecięcym i kilkuletnią dziewczynką, która stała przed moim samochodem.

Kobieta miała zmarszczone brwi, pokazywała mnie palcem i mówiła coś do dziewczynki, kręcąc głową. Dziewczynka patrzyła na mnie spode łba i też kręciła głową. Nagle dotarło do mnie, o co może im chodzić: zatarasowałam samochodem cały chodnik. Wprawdzie obok był szeroki trawnik, którym kobieta mogła przejść, ale z jakiegoś powodu wolała stać na chodniku, kręcić głową i cmokać z dezaprobatą, pokazując córce, jakimi to burakami są niektórzy kierowcy. Poczułam, jak wzbiera we mnie złość. „Co za babsztyl!” – pomyślałam. – „Ma trawnik, jest suchy, zero błota – musi tu stać i robić sceny? Zero empatii, naprawdę! A przecież też jest matką i to chyba jasne, że w mojej sytuacji zrobiłaby to samo!” Miałam ochotę wysiąść z samochodu i wykrzyczeć tej głupiej, niewrażliwej babie, co myślę o jej kręceniu głową i cmokaniu.

Na szczęście udało mi się wcisnąć mentalny przycisk pauzy.

Wdech, wydech. O co ja się tak naprawdę złoszczę? I czy to czysta złość – czy ta kobieta w jakiś sposób przekracza moje granice, a złość ma mi pomóc je obronić? Jakie to granice przekroczyła? A może moja złość przykrywa inne trudne emocje wywołane tą sytuacją? Jeśli tak, to jakie? O co tu chodzi?

I nagle zrozumiałam:

przecież ta kobieta jest mi tak bliska, że równie dobrze mogłam być na jej miejscu i zachować się dokładnie tak samo. Przecież ja też jestem niezadowolona, zirytowana, bezsilna, bezradna, sfrustrowana, kiedy idę chodnikiem z wózkiem i nagle na mojej drodze pojawia się nieprawidłowo zaparkowany samochód tarasujący przejście. Przecież dbanie o ład i porządek oraz szacunek dla innych ludzi to ważne wartości, którymi chcę się kierować w życiu. Tarasując chodnik, sprzeniewierzyłam się tym wartościom – wprawdzie niecelowo i dbając o inną wartość, jaką jest zdrowie i dobrostan mojego dziecka, ale jednak… sprzeniewierzyłam się im.

Ta kobieta nie mogła wiedzieć, dlaczego to zrobiłam: nie zna Malutkiego i jego choroby lokomocyjnej, nie była z nami w aucie. Zobaczyła po prostu samochód zajmujący cały chodnik i dwulatka wystawiającego głowę i ramiona przez otwarty dach, najwyraźniej dla zabawy. Miała prawo przypuszczać, że osoba kierująca tym autem za nic ma komfort pieszych i przepisy ruchu drogowego, po prostu czeka na kogoś, zabawiając dziecko i nie chciało jej się szukać miejsca parkingowego. Faktem jest, że znalazłam się w sytuacji konfliktu wartości. Chroniąc Malutkiego przed wymiotami (a jego braci i siebie przed dyskomfortem), przez moment przestałam szanować przepisy ruchu drogowego oraz komfort pieszych – i na tym właśnie zostałam przyłapana.

Wiecie, jaka emocja kryła się pod moją złością?

To wstyd, który można też nazwać lękiem przed odrzuceniem. Tę kobietę i mnie zapewne łączyło bardzo wiele: byłyśmy matkami wyznającymi przynajmniej kilka wspólnych wartości. To dla mnie ważne, aby przestrzegać przepisów i dbać o komfort innych ludzi i dla niej zapewne też. I to właśnie ona, podobna do mnie osoba, odrzucała mnie, sygnalizując, że nie jestem ok. A przecież chcę być ok w oczach ludzi, którzy wyznają moje wartości! Przecież takie jest pragnienie nas wszystkich – istot społecznych, rozwijających się od narodzin tylko w relacji z drugim człowiekiem. Swoim zachowaniem pokazała mi, że nie przynależę do jej stada, bo złamałam ważne reguły gry – a ja wiedziałam, że w tej konkretnej chwili ma rację.

Taki jest mechanizm powstawania wstydu, który niesie ze sobą informację o naszym niezgodnym z regułami społecznymi zachowaniu i ma na celu skłonienie nas do autorefleksji i ewentualnie skorygowanie tego zachowania. Wstyd jest rzecz jasna emocją niezbyt przyjemną; taka jest też jego funkcja: ma wywoływać dyskomfort, aby skłonić nas do zmiany postępowania albo przynajmniej rozważenia jej. Jednak jeśli nie zaburzy się jego funkcji regulacyjnej u małego dziecka, zawstydzając je nadmiernie, porównując nieustannie z innymi, odrzucając je ze względu na jego zachowanie, jeśli do wstydu nie doda się lęku przed autentycznym odrzuceniem przez najważniejsze osoby w życiu, wstyd pozostanie tylko wstydem i najpóźniej po kilku minutach odpływa. W przeciwnym razie jest bardzo prawdopodobne, że to dziecko nauczy się zasłaniać czymś swój wstyd, aby nie czuć nadmiernego bólu. Ową zasłoną dla wstydu bywa często właśnie złość.

Nie macie pojęcia, jak wiele razy zasłaniałam mój wstyd złością na osobę, która zasugerowała, że nie jestem ok.

Przyglądając się z perspektywy czasu mojemu życiu, stwierdzam, że wstyd to najczęstsza prawdziwa przyczyna moich najpotężniejszych napadów złości czy wręcz furii, zakończonych przyjaźni, zranionych uczuć innych osób, zerwanych relacji zawodowych. Złość zasłaniająca wstyd ciągnęła się za mną jak pas spalonej ziemi, a ja obwiniałam o nią tych, na których się złościłam. „Co za babsztyl!”, „Jak można być takim dupkiem?”, „Co za idiota!” – wiele takich zdań padło z moich ust albo przynajmniej rozbrzmiało w mojej głowie. Bardzo często takie sytuacje prowadziły do mojego ruminowania – długotrwałego „mielenia” danej sytuacji i związanych z nią myśli i emocji. Paradoksalnie, stosując ową zasłonę, narażałam się na większe cierpienie, niż gdybym dopuściła do siebie i przeżyła wstyd.

Zaczęłam się pochylać nad moją złością jako zasłoną wstydu nieco ponad dwa lata temu,

podczas studiów coachingowych, które bardzo silnie mnie skonfrontowały z tym kłębkiem emocji. Od tamtej pory staram się dokopywać do wstydu i wydobywać go na światło dzienne, przeżywać go świadomie i dokonywać wyboru, co chcę zrobić z informacjami, które niesie. W sytuacji, którą tu opisałam wybrałam następujące rozwiązanie: rozłożyłam bezradnie ręce, uśmiechnęłam się do kobiety przepraszająco i wypowiedziałam bezgłośnie, lecz bardzo wyraźnie: „Przepraszam”, po czym zapięłam Malutkiego w foteliku i odjechałam. Kątem oka zauważyłam, jak spięte ramiona kobiety opadają, jakby jej złość odpłynęła i poczułam… spokój i lekkość. Wiem z całą pewnością, że kilka lat temu ruminowałabym na temat tej kobiety jeszcze długo po powrocie do domu.

Jeśli chcecie popracować nad uczuciem wstydu, to zainteresujcie się książkami Brene Brown: „Dary niedoskonałości” i „Z wielką odwagą”.

 A jeśli chcecie zanurkować w głąb swojej złości i sprawdzić, co się pod nią kryje, to potrzeba głębszej pracy nad sobą, która do pewnego stopnia jest możliwa w coachingu (albo w moim programie mentoringowym WYREGULOWANA MATKA, który oferuje świadomym mamom szansę na głęboką transformację), ale powyżej pewnego nasilenia trudności – tylko w psychoterapii.

EDIT z listopada 2020 roku:

Być może zainteresuje Was moje szkolenie online „Spokój rodzi spokój. 12 sposobów na opanowanie złości”, w którym podpowiadam, jak „opanować gada” dzięki rozmaitym technikom opartym po części na samokontroli, a po części na wiedzy o stresie i samoregulacji.

P.S. Zapoznaj się z serią artykułów o złości (nie trzeba ich czytać po kolei; oceniam, że kluczowe dla rozumienia złości są posty nr 3 i 7):

Jak mój mały odludek stał się lubianym kolegą

Jak mój mały odludek stał się lubianym kolegą

Dziś opowiem Wam, jak wspierałam rozwój społeczny mojego dziecka,

a konkretnie pewien jego wycinek: relacje z grupami rówieśników. Zacznę od przytoczenia kilku scenek z naszego życia, które obrazują różnice w tym zakresie między Dużym i Małym. (Dodam, że nie porównuję dzieci w ich obecności, ale w moich myślach, nocnych rozmowach z Mężem i na potrzeby bloga trudno mi od tego uciec.)

  • Scenka 1.

Czteroletni Duży od dwóch miesięcy chodzi do nowego przedszkola, wcześniej był przez rok w innym. Pewnego dnia pyta:

– Mamo, czy mogę już nie chodzić więcej do przedszkola?

– A dlaczego? Co jest niefajnego w przedszkolu? – pytam nieco zaniepokojona.

– Tam jest dużo dzieci – odpowiada z nieszczęśliwą miną mój wrażliwy syn.

– I co robią te dzieci? – pytam.

– Bawią się beze mnie.

– A próbowałeś do nich dołączyć? Może jest jakieś dziecko albo dwoje dzieci, które bawią się same i mógłbyś się bawić z nimi.

– Nie wiem, jak. Nie wiem, co mam powiedzieć. Zresztą tam nie ma HotWheelsów ani Duplo, więc nie mam się czym bawić.

  • Scenka 2.

Czteroletni Mały od dwóch miesięcy chodzi do nowego przedszkola, wcześniej był przez rok w innym. Pewnego dnia po wyjściu z przedszkolnej sali robi z ust podkówkę i mówi drżącym głosem:

– Mamo, Wiktoria nie chce być już moją koleżanką.

(Wiktoria to ulubiona koleżanka wszystkich dzieci w grupie.) Wychowawczyni, słysząc to, mruga do mnie i szepcze:

– Wiktoria dziś się nie wyspała i była w złym humorze. Wszystkie dzieci są bardzo poruszone.

– Ojej, chyba jesteś smutny z tego powodu? – mówię i przytulam Małego.

– Tak… – szepcze Mały i prawie płacze w moich ramionach.

– A co możesz z tym zrobić? – pytam po chwili, widząc, że patrzy na mnie wyczekująco. Mały myśli intensywnie, po czym uśmiecha się radośnie i mówi:

– Mogę się bawić z Kosmą!

  • Scenka 3.

Jestem z dziećmi na wakacjach na „ranczu”’ moich teściów. Sześcioletni Duży i niespełna czteroletni Mały bawią się na dworze. Zza ogrodzenia przygląda im się ciekawie ośmioletni sąsiad, Antek. Duży zachowuje się sztucznie, przesadnie głośno mówi, zerka w kierunku Antka. W końcu podchodzi do mnie i mówi:

– Mamo, chciałbym się z nim pobawić, ale nie wiem, jak zacząć. Wstydzę się tak po prostu do niego pójść.

Mały słyszy to i mówi:

– To ja pójdę!

– Nie! – krzyczy speszony Duży, ale jest za późno, Mały już biegnie w kierunku ogrodzenia.

– Cześć, jestem Mały, mam trzy i pół roku, a tam jest mój brat Duży, on ma sześć lat. Chcesz się z nami pobawić?

Antek kiwa głową i biegnie do furtki, a potem się bawią – najpierw on i Mały, a po pewnym czasie Mały wciąga do zabawy zestresowanego Dużego.

Jak wspierałam rozwój społeczny Małego? Nijak.

Oczywiście od urodzenia miał brata, ale w pierwszych trzech latach życia miał o wiele mniej kontaktów z innymi dziećmi i dorosłymi spoza rodziny, niż Duży w jego w wieku, ponieważ był bardzo chorowity i od września do kwietnia wychodził z domu jedynie na spacery. Mały chyba urodził się z ponadprzeciętnie wysoką inteligencją społeczną (prospołeczną, jeśli taka istnieje – jest bardzo empatyczny). To nie o nim jest ta historia, lecz o Dużym i jego trudnościach, które – tak się składa – były także moim udziałem trzy dekady temu.

1. Początki: pokonywanie lęku

Jako niemowlę i toddler (brakuje mi dobrego polskiego odpowiednika tego określenia dziecka w wieku od roku do 3 lat) Duży nie wykazywał żadnego zainteresowania innymi dziećmi. W wielu sytuacjach wręcz się ich bał, czasem panicznie: potrafił uciec z placu zabaw, kiedy tylko pojawiło się na nim choćby jedno inne dziecko. Widząc to, a jednocześnie jego ogromną ciekawość świata i nienasycony głód nowości – nowych zabaw, zabawek, miejsc do eksplorowania – wcześnie zaczęłam zabierać go na różnego rodzaju zorganizowane zajęcia dla maluchów.

Na wielu znajomych robiłam wrażenie matki-helikoptera pragnącej zapewnić swojemu dziecku rozwój w każdej dziedzinie, a ja tylko (i aż!) chciałam oswoić go z innymi dziećmi oraz – może nawet w większym stopniu – zapewnić samej sobie odrobinę spokoju od wiecznego „Mama bawi!”. Duży w różnego rodzaju klubikach i salach zabaw był zazwyczaj tak podekscytowany nowymi zabawkami i zabawą proponowaną przez osobę prowadzącą zajęcia, że zapominał o swoim lęku i był w stanie przebywać nawet w sporej grupce dzieci.

Dzięki wiedzy z zakresu Self-Reg rozumiem te zachowania mojego syna.

Strach przed dziećmi był najsilniejszy, kiedy intensywnie działały na niego stresory z obszaru biologicznego (wiatr, hałas, głód, niewyspanie, dotyk trawy, piasku czy wody na skórze), a znikał, kiedy Duży robił to, co ładowało jego baterie i sprawiało wielką radość. Warto o tym pamiętać i oswajać dziecko z trudnymi dla niego sytuacjami, kiedy jest odstresowane, spokojne i uważne.

W wieku około 2,5 roku Duży zaczął pokonywać swoje lęki.

Na zajęciach wchodził w interakcję z jednym, zazwyczaj równie wrażliwym i nieśmiałym dzieckiem. Także wobec obcych dzieci przestał być aż tak lękliwy. Niebagatelną rolę odegrała w tym lektura książeczki „Kicia Kocia na placu zabaw” Anity Głowińskiej. Duży, wielki fan Kici Koci, z zapartym tchem wysłuchał treści książeczki, po czym kazał ją sobie przeczytać kilkanaście razy z rzędu. Tego dnia wyszliśmy na plac zabaw i… nie uciekł, kiedy pojawiło się na nim inne dziecko. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni raz, kiedy to lektura podziałała na mojego pierworodnego terapeutycznie.

2. Pierwsze przedszkole: cieplarniane warunki

Ze względu na opisane powyżej trudności Dużego wybraliśmy dla niego kameralne przedszkole, w którym wychowawcy wykazywali zrozumienie dla jego trudności sensorycznych. Udało nam się znaleźć placówkę, w której było jedynie czworo dzieci (!) i cudowny wychowawca, nauczyciel muzyki z Ukrainy; Duży zapałał do niego miłością od pierwszego wejrzenia.

Nie było mowy, aby nasz pierworodny wziął za rękę inne dziecko, więc podczas zabaw w kole trzymał ręce przy sobie, a na spacerach na początku szedł za rękę z wychowawcą. Po pewnym czasie zaproponowano mu, żeby trzymał kijek, którego koniec trzymał jego ulubiony, starszy od niego o dwa lata kolega. Miesiąc po miesiącu kijek wymieniano na coraz krótszy, aż w końcu wiosną wychowawczyni zameldowała mi triumfalnie, że Duży szedł z kolegą w parze, trzymając go za koniec rękawa bluzki!

Potem nastąpił regres: Duży powrócił do kijka, ponieważ dzieci zaczęły nosić bluzki z krótkimi rękawami. Dopiero po kolejnych kilku miesiącach, już w kolejnym przedszkolu, odważył się wziąć inne dziecko za rękę. Nie wyobrażam sobie, jak Duży zareagowałby na dyrektywnych wychowawców, którzy pierwszego dnia zmusiliby go do wzięcia innego dziecka za rękę.

3. Drugie przedszkole: self-regowa wychowawczyni

Po roku ze względu na dwie trudności podjęłam decyzję o zmianie przedszkola na inne niepubliczne. Po pierwsze, Duży przez siedem godzin w przedszkolu nie jadł nic, nawet jedzenia przyniesionego z domu, a wychowawcy bardzo się tym stresowali, co zwiększało jego stres. Po drugie, jego ulubiony kolega skończył sześć lat i poszedł do szkoły, a do grupy dołączyły same maluszki, niektóre ze smoczkami i w pieluchach, większość niezbyt dobrze mówiła, a mój wygadany czterolatek kompletnie nie mógł się w tym towarzystwie odnaleźć.

Duży bardzo szybko zaadaptował się do nowej, kilkunastoosobowej grupy dzięki wychowawczyni, która była urodzonym self-regowcem, nie znając nawet nazwy tego podejścia. Patrzyła na dziecko uważnie i już po krótkiej obserwacji wiedziała, czego mu trzeba i właśnie to mu dawała – jemu oraz wszystkim pozostałym w grupie. Bardzo szybko „rozgryzła” trudności Dużego z jedzeniem i łagodnie skłoniła go do próbowania i jedzenia nowych potraw. Jego, który oglądał każdy kawałek pokarmu i jeśli stwierdził coś podejrzanego – lekko ciemniejszą niż zwykle barwę chleba, jabłko pokrojone w nie takie plasterki, jak zwykle, małą plamkę na ziemniaku, który (o zgrozo!) dotknął buraka – natychmiast odmawiał jedzenia na wiele godzin. W domu Duży nadal jadł tylko wybrane potrawy podane zawsze w identyczny sposób, a w przedszkolu bez stresu zjadał wszystko, absolutnie wszystko. Już samo to wystarczyło, żebym stała się wierną fanką tej wychowawczyni, ale jej talenty nie ograniczały się do tego.

Nieśmiałe dzieci integrowała z grupą, te agresywne delikatnie wyciszała, zauważała i rozwijała ich talenty, powolutku skłaniała swoich podopiecznych do opuszczania swojej strefy komfortu, zarządzała energią i napięciem grupy. Już w październiku rozłożyła mnie na łopatki wnioskiem, do którego ja doszłam po kilku latach obcowania z Dużym: „Wie pani, zwykle nazywam emocje dzieci i jestem przejęta ich smutkiem albo strachem, a one się wtedy uspokajają. Ale z Dużym nie można wchodzić w to za głęboko, bo popycha się go w głąb tych emocji, więc tylko szybko je nazywam, a potem zwracam uwagę na pozytywy”.

W nowym przedszkolu Duży zawarł pierwsze przyjaźnie, w tym jedną z chłopcem, który na początku bywał wobec niego agresywny. Postanowiłam oswoić „agresora”, który wydawał się być liderem grupy, i zaprosiłam go wraz z niezwykle sympatyczną mamą do naszego domu. Wizyta w mojej ocenie była katastrofą: chłopcy kłócili się o wszystko, krzyczeli i płakali, a na koniec tamten ugryzł boleśnie dwuletniego Małego. Byłam załamana. Następnego dnia wychowawczyni zameldowała mi, że chłopcy przez cały dzień zgodnie się bawili i uważali, że spotkanie w naszym domu było najlepsze na świecie! Niezbadane są ścieżki, którymi chadza umysł czterolatka…

4. Trzecie przedszkole: skok w pięknym stylu na głęboką wodę

Ostatni rok Duży spędził w zerówce w kolejnym przedszkolu, tym razem publicznym, dołączywszy do zżytej 25-osobowej grupy dzieci. Z poprzedniego przedszkola zrezygnowałam, ponieważ nie chciałam wspierać własnymi pieniędzmi różnych działań dyrektorki. Jednocześnie owa self-regowa wychowawczyni zrezygnowała z pracy dla niej. Byłam pełna obaw, czy nie krzywdzę Dużego, który przez dwa lata zżył się z kolegami i koleżankami i wreszcie poczuł się w grupie rówieśniczej całkowicie swobodnie.

Początki były trudne, ale z czasem Duży zżył się i z tą grupą. Mój wrażliwy pierworodny rozpoczął rok przedszkolny w stanie podwyższonego napięcia: wakacje na działce fatalnie na nas wpłynęły (pamiętacie mój emocjonalny wpis?). Skarżył się, że nie umie bawić się z kolegami, którzy lubią bajki w rodzaju „Lego Ninjago”, a Duży boi się takich agresywnych postaci i „nie jest w temacie”. Ja sama przeżywałam kryzys i nie potrafiłam go wspierać, a jedynie martwiłam się o jego przyszłe relacje z rówieśnikami – a to był dla Dużego dodatkowy stresor z obszaru społecznego.

Nie mogłam nawet zapraszać kolegów Dużego do domu, bo od września do marca nieprzerwanie co najmniej jeden z moich młodszych synów był chory. Na szczęście dziewczynki z grupy zaczęły włączać Dużego w swoje zabawy, a potem okazało się, że Duży świetnie rysuje samochody i telefony komórkowe – i jakoś odnalazł swoje miejsce w grupie. Niebagatelną rolę odegrał w tej zmianie nasz wyjazd nad morze w styczniu, który obniżył napięcie moje i Dużego tak, że oboje przestaliśmy widzieć rzeczywistość w czarnych barwach. A wiosną znów zaczęłam zapraszać pojedynczych kolegów do naszego domu. Nie wiem, czy to przypadek, że Duży najlepiej się dogaduje z największymi wrażliwcami, a ja – z ich matkami…

Co jest dla mnie najważniejsze w tej historii? Co przyczyniło się do tego, że Duży pokonywał swoje trudności?

Po pierwsze, stopniowe wyprowadzanie mojego syna z jego strefy komfortu – wtedy, kiedy był spokojny i gotowy na podjęcie wyzwania.
Po drugie, wychowawcy, którzy autentycznie lubili dzieci i widzieli w nich dobro.
Po trzecie, kontakty jeden na jeden w warunkach domowych z wybranymi kolegami z grupy.
Po czwarte, dbanie o to, aby w okresie wyzwań przedszkolnych dziecko miało jak najmniej stresu w innych obszarach (zwłaszcza biologicznym).

  • Scenka 4 – epilog.

 Wiosną tego roku przyszłam do przedszkola, żeby poczytać grupie Dużego książki o Findusie i Pettsonie. Siadam na wygodnej poduszce, przedstawiam się, dzieci otaczają mnie ciasnym wianuszkiem i gadają jedno przez drugie.

– A ja lubię Dużego! – mówi pyzata dziewczynka po mojej lewej stronie.

– Ja też lubię Dużego! – rzuca inna.

– I ja!

– I ja!

– Wszyscy lubią Dużego! On jest fajny – wzrusza ramionami jeden z chłopców, jakby zniesmaczony tym, że trzeba w ogóle wspominać o czymś tak oczywistym. A moje matczyne serce rozpływa się jak masło na patelni.

We wrześniu Duży zaczyna naukę w szkole. Będzie dobrze – prawda…?

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: „Group of five happy children jumping outdoors.” (CC BY-NC 2.0) by Lighttruth

Koniec pewnej epoki i początek nowej

Koniec pewnej epoki i początek nowej

W miniony piątek po raz ostatni wyszłam z przedszkola Dużego i od tej pory czuję smutek i nostalgię.

Skończyła się jakaś epoka: mam już dziecko, które po wakacjach będzie uczniem. To ważna cezura w życiu Dużego – jak mój powrót do pracy po pierwszym urlopie macierzyńskim i wychowawczym, jak narodziny jego młodszych braci i jak początek jego edukacji przedszkolnej. Dotarło to do mnie w pełni, dopiero kiedy opróżnialiśmy szafkę i szuflady Dużego i żegnaliśmy się z wychowawczyniami, koleżankami i kolegami. Sam Duży przeżywał koniec tej epoki już miesiąc temu. Odbyła się wtedy uroczystość zakończenia roku przedszkolnego, a dzień wcześniej – spotkanie informacyjne w jego przyszłej szkole. „Mamo, ja nie chcę być duży! Teraz tylko szkoła, potem studia i praca aż do emerytury!” – taka była jego reakcja. Cóż, trudno mu całkowicie odmówić racji…

Oprócz smutku i nostalgii czuję też nieco niepokoju i lęku przed nieznanym.

Zmiany zwykle wywołują we mnie mieszankę uczuć: lęk i entuzjazm, niepokój i ekscytację. Tym razem niewiele mam w sobie tych przyjemnych emocji (napisałabym „pozytywnych”, gdyby nie to, że każda emocja jest potrzebna, bo każda mówi nam o tym, czy nasze ważne potrzeby zostały zaspokojone). Zbyt wiele słyszałam o różnego rodzaju trudnościach szkolnych dzieci moich znajomych i dyscyplinującej, często sztywnej postawie wielu nauczycieli. Staram się wyregulować te emocje i pracować nad niesprzyjającymi przekonaniami i jestem przekonana, że mi się to uda, bo…

Nadziei dodaje mi niedawne spotkanie z przyszłą wychowawczynią Dużego.

Powiedziała nam, rodzicom, coś takiego: „Pierwsze kilka miesięcy to będzie czas adaptacji. Najważniejsze, żeby dzieci poczuły się ze mną bezpiecznie i żebyśmy zaufali sobie wzajemnie”. To czysty Self-Reg! Akurat tydzień wcześniej na szkoleniu MEHRIT Centre dla facylitatorów Self-Reg motywem przewodnim modułu był cytat ze Stuarta Shankera, twórcy tej metody, który przedstawiam na grafice powyżej: „Aby uczyć, musisz mieć relację z dzieckiem. Ale najpierw mózg społeczny musi być online.” Co to znaczy?

Jak pisałam ponad rok temu, mózgi dzieci kształtują się (całkiem dosłownie: tworzą się w nich połączenia neuronalne) w relacji z ważnymi opiekunami.

Dziecku, które w szkole nie czuje się bezpiecznie, trudno jest wykorzystać swój potencjał. Zależnie od swoich uwarunkowań, może zachowywać się ulegle albo wręcz przeciwnie, buntowniczo. Może uczyć się pilnie ze strachu przed karą, lecz nie będzie to nauka efektywna ani przyjemna. Może też przywdziać maskę „mam to w nosie” i wejść w rolę klasowego błazna lub łobuza. (Swoją drogą, jakiś czas temu bardzo mnie poruszyły mnie słowa Stuarta Shankera, że jeśli dziecko mówi ważnemu, strofującemu go opiekunowi buntowniczym głosem „Nic mnie to nie obchodzi”, to taki komunikat należy rozumieć: „Obchodzi mnie to tak bardzo, że nie dam sobie rady bez wsparcia”.) Widząc taką postawę, dorośli miewają tendencję do mocniejszego przykręcania dziecku śruby. W efekcie zwiększają stres dziecka, a niepożądane zachowania nie znikają, a wręcz mogą się nasilać.

W naszym społeczeństwie dominuje dyscyplinujące podejście do wychowania i nauczania, mające na celu osiągnięcie posłuszeństwa nawet kosztem relacji.

Większość czasu spędzam w szklanej bańce: wśród podobnie myślących rodziców, przyjaciół i znajomych, a także tysięcy osób na Facebooku, którym bliskie jest podejście Self-Reg. Kiedy jednak wychodzę z tej bańki, widzę, że wielu dorosłych rozumie troskę o dzieci jako ich dyscyplinowanie. W czerwcu wiele stresu kosztowała mnie dyskusja z kobietą, która na festynie z okazji Dnia Dziecka w parku dawała raz po raz klapsy swojemu synkowi, bo ten narzekał na długie czekanie w kolejce. To była kobieta wykształcona (nawet rozzłoszczona posługiwała się wyszukanym słownictwem), młoda i zadbana, bez śladów wskazujących nadużywanie substancji psychoaktywnych. Przyszła z dzieckiem na festyn, więc dba o nie, kocha.

Była wściekła i oburzona nie z powodu zachowania synka (klapsy wymierzała mu spokojnie i metodycznie), lecz dlatego, że nazwałam jej klapsy biciem i twierdziłam, że łamie tym prawo. „Proszę pani, dzieci wychowywane bezstresowo stają się mordercami, powodzenia w wychowywaniu pani dzieci”. „Proszę ze mnie nie kpić, że biję człowieka. Tam na straganie ktoś kradnie cukierki, niech się pani tym zajmie, skoro pani chce ścigać przestępców. Mój syn ma zły humor, zasługuje na skarcenie”. Opisujący to wydarzenie post na moim fan page na Facebooku (z 4 czerwca) został wyświetlony 60 tysięcy razy i wywołał burzę komentarzy, a zatem jest to poruszający serca temat. Na szczęście większość biorących udział w dyskusji opowiedziała się przeciw klapsom jako metodzie wychowawczej. Tym po drugiej stronie barykady polecam lekturę artykułu przytaczającego wyniki badań: klapsy nie tylko mają negatywny wpływ na zachowania i osiągnięcia dzieci w dłuższej perspektywie, ale też są po prostu nieskuteczne jako narzędzie wychowawcze.

Bardzo leży mi na sercu to, żeby rodzice i nauczyciele widzieli w dzieciach istoty z gruntu dobre, a ich trudne zachowania postrzegali przez pryzmat stresu.

Dlatego wraz z self-regowym teamem będę nadal realizować naszą misję, którą jest przybliżenie tego podejścia szerokiemu gronu odbiorców. Natalia Fedan dziś wróciła z Kanady, gdzie przy okazji uczestnictwa w dorocznym sympozjum Self-Reg rozmawiała ze Stuartem Shankerem właśnie o naszej misji i strategii. Pomagajcie nam, proszę, w ich realizacji: my jako ekspertki Self-Reg tworzymy zmarszczki na oceanie samokontroli, a Wy zmieniajcie je w fale, które będą sięgać coraz dalej i zmieniać rzeczywistość.

Źródło grafiki: https://self-reg.ca/self-reg/graphics/

Jak wspieram dzieci w przeżywaniu trudnych emocji

Jak wspieram dzieci w przeżywaniu trudnych emocji

Moi stali czytelnicy zapewne przypominają sobie (mgliście), że w styczniu rozpoczęłam mini cykl wpisów na temat wspierania rozwoju dziecka.

Omawiam w nim poszczególne obszary samoregulacji. Dotychczas napisałam o obszarze biologicznym, a konkretnie o długiej drodze, jaką pokonał Duży, aby nauczyć się pływać oraz o tym, jak stresory w obszarze biologicznym mogą wpływać na rozwój poznawczy dziecka. W kolejce czekają długie wpisy na temat rozwoju w obszarze społecznym i prospołecznym.

Dziś proponuję Wam krótki post na temat obszaru emocji,

który analizowałam obszernie we wpisie Czy warto panować nad emocjami?. Chętnie opisałabym niedawną sytuację, w której Duży boleśnie zmierzył się z pewną emocją dzień po tym, jak ja zmierzyłam się z tą samą w moim „dorosłym” świecie. Chciałabym, ale nie opiszę, bo Duży nie wyraża na to zgody. Przejdę zatem bezpośrednio do wniosków.

Ostatnio rozwijam się, aż furczy.

Uczę się na nowo kontaktu z samą sobą i relacji z innymi ludźmi podczas własnej psychoterapii, na studiach podyplomowych w zakresie coachingu (w tym w dwóch procesach coachingowych: własnym i prowadzonym przeze mnie) i w szkole trenerów grup wsparcia dla rodziców. Wszystkie te procesy sprawiają, że często i intensywnie przeżywam trudne dla mnie emocje. Czasem kilkuminutowe aktywne słuchanie klienta powoduje takie wyczerpanie mojej psychiki i ciała, że trudno mi jest dźwignąć się z krzesła. Obieram siebie jak cebulę z kolejnych warstw i zastanawiam się, co odkryję na końcu tego procesu. Czy w ogóle jest jakiś koniec?

Co to ma wspólnego ze wspieraniem rozwoju dzieci w obszarze emocji? Bardzo wiele.

Zaobserwowałam, że kiedy tylko zaczynam nieźle sobie radzić z regulacją jakiejś własnej trudnej emocji, natychmiast przestaje być dla mnie trudne, kiedy wyrażają ją moje dzieci. Wstyd, lęk przed oceną, przykrość, poczucie osamotnienia, panika, zawiść – to wszystko staje się może nie łatwe, ale… znośne i nawet wzbogacające. Mój wniosek – może oczywisty, jednak dla mnie rewolucyjny – jest taki, że drogą do wspierania rozwoju dzieci w obszarze emocji jest nauka samoregulacji w obszarze emocji.

Dziś Duży i Mały wrócili z przedszkoli w świetnych humorach, zaczęli uzgadniać, w co będziemy się bawić i…

nastąpił wielki wybuch. Pokłócili się potwornie o to, w co się bawić, kto jest ważniejszy, komu mama poświęca więcej czasu. Pobili się, byli wściekli, rozgoryczeni, pełni niechęci do siebie i pretensji do mnie, znudzeni, rozżaleni. Powietrze było gęste od tzw. limbicznych komunikatów:

„Już nigdy nie będę się z tobą bawić, ty głupku”
„Kochasz tylko jego”
„Nikt na mnie nie zwraca uwagi”
„Nic nie jest tak, jak chcę”
„Chcę, żeby go bolało”.

Trwało to dość długo, a ja przez cały ten czas byłam całkowicie spokojna. Nazywałam emocje, parafrazowałam, przytulałam, masowałam skopane nogi i pobite plecy, w międzyczasie kilkanaście razy przystawiając do piersi Malutkiego, który skończył dziś półtora roku i żąda karmienia o wiele częściej, niż w pierwszych dniach życia.

Zaraziłam dzieci spokojem,

zaakceptowałam ich emocje, wspólnie doszliśmy do przyczyn, a potem każdemu zaproponowałam inną wyciszającą aktywność. Kiedy wychodziłam do mojej szkoły, zgodnie się bawili. To nie magia, to Self-Reg w działaniu.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: „Shame” (CC BY-ND 2.0) by Christian