utworzone przez DyleMatka | lis 12, 2017 | cienie macierzyństwa, historie z życia, refleksje nad rodzicielstwem
Ostatnio zidentyfikowałam czynnik, który w największym stopniu zatruwa moją radość z macierzyństwa.
Nie, nie są nim częste infekcje moich synów, choć pośrednio odgrywają one rolę, bo bardzo mnie frustrują. Jest nim – nierealistyczne przy trójce małych dzieci – oczekiwanie, że… Nie zdradzę tego na wstępie; przeczytajcie najpierw, jak do tego doszłam.
Było wczesne środowe popołudnie, właśnie wyruszyłam z Malutkim po starszaki do ich przedszkoli.
Byłam w kiepskiej formie ze względu na ból przeciążonego kręgosłupa i nocne krzyki bobasa. Byłam też spocona i lekko ogłuszona po tym, jak wcisnęłam wijącego się i piszczącego Malutkiego w kombinezon, a następnie do fotelika samochodowego – Malutki nie znosi tego zniewolenia, zawsze pręży się i przez kolejne parę minut płacze lub krzyczy ze złości. Plan był taki: najpierw miałam pojechać do przedszkola Małego, potem do przedszkola Dużego, stamtąd do domu i po godzinie wyruszyć z całą trójką do galerii handlowej, gdzie odbywają się zajęcia taneczne Małego. Malutki potrzebował drzemki i przewidywałam, że zaśnie w samochodzie. Zadawałam sobie pytanie, jak sprawić, żeby ta drzemka potrwała co najmniej 40 minut (czyli tyle, ile maluch potrzebuje, żeby się zregenerować i obudzić w dobrym humorze), zważywszy, że w przedszkolach jest głośno, a mój najmłodszy łatwo się wybudza, kiedy jest przenoszony w foteliku.
Wszystko szło jak po maśle.
Malutki zasnął niemal od razu. Odebrałam Małego w dobrym humorze, razem odebraliśmy Dużego też w dobrym humorze (ufff!) i dotarliśmy do domu. Tam pozwoliłam starszakom pooglądać przez pół godziny telewizję, a sama przygotowałam nam jedzenie i spakowałam do torby strój taneczny Małego i bidony z wodą. Malutki nadal spał w foteliku.
W pewnym momencie poczułam znajomą kulę w żołądku, oznaczającą rosnący niepokój.
Wsłuchałam się w pytania w mojej głowie. Jak zareagują starszaki, kiedy wyłączę telewizor? Byli w dobrych humorach, więc nie powinni zanadto protestować, ale czasem w tej sytuacji rozgrywają się dantejskie sceny. Czy w ciągu pół godziny zjedzą kopytka i surówkę i sprawnie ubiorą się do wyjścia, czy będę musiała prowadzić negocjacje lub wręcz uciec się do szantażu? Czy Malutki nie obudzi się tuż przed wyjściem, domagając się piersi i powodując spóźnienie? Czy Duży nie będzie narzekał, że musi „marnować czas” podczas zajęć Małego, zamiast bawić się w domu? Czy znów będę długo krążyła po podziemnym garażu galerii, szukając dwóch sąsiadujących wolnych miejsc parkingowych (miejsca są tam tak wąskie, że po zaparkowaniu na pojedynczym nie mogę otworzyć drzwi auta)? Jak Malutki zniesie kolejne półtorej godziny w foteliku lub też, jak moja kość krzyżowa zniesie noszenie go przez ten czas w nosidle?
O co chodziło? Czy bałam się własnych dzieci?
Poniekąd tak. Jak już wspomniałam, byłam w kiepskiej formie psychofizycznej. Stuart Shanker, twórca metody Self-Reg, podkreśla, że pod wpływem stresu wchodzimy w dawne koleiny – a ból i deficyt snu oznacza stres. Dlatego byłam podatna na coś, co w zasadzie należało już do przeszłości, a mianowicie lęk przed trudnymi emocjami moich dzieci. Kiedy Duży był wymagającym niemowlęciem, bardzo starałam się uniknąć jego płaczu, który odbierałam jako komunikat, że niewystarczająco się staram spełnić potrzeby mojego synka (tak wówczas wypaczyłam ideę rodzicielstwa bliskości). Teraz też obawiałam się frustracji i złości moich dzieci.
Nagle dotarło do mnie, co kryje się za tym lękiem.
Otóż wypływał on z nieuświadomionego dotychczas oczekiwania, że przez większość czasu będzie miło i wszyscy członkowie mojej rodziny będą zadowoleni. Zobaczyłam to jak na dłoni i… nagle mój niepokój się zmniejszył, bo zdałam sobie sprawę, jak absurdalne jest to oczekiwanie. Jestem jedna, a ich troje: trzy małe istotki ze swoimi własnymi wyobrażeniami na temat tego, jak powinno wyglądać to popołudnie. Mogę się dwoić i troić, ale nie mogę sprawić, że nie będą się frustrować, złościć i smucić. To by zresztą nie było dla nich dobre, ponieważ dzięki tym trudnym emocjom ćwiczymy się w człowieczeństwie.
Dziś przez część dnia nie było miło.
Wszystkie nasze dzieci są przeziębione i mają zapalenie spojówek (konia z rzędem temu, kto bez pomocy drugiego dorosłego zapuści Malutkiemu krople do oczu!). Przez większość dnia Malutki marudził, bo swędziały go oczy, a Duży jęczał, że nikt się nim nie zajmuje i okropnie się nudzi. Jęczał także po tym, jak Mąż przez dwie godziny grał z nim w planszówkę, „Wysokie napięcie”. Wtedy zaczął marudzić i Mały, że on też chce grać i to nie fair, że jest za mały. Wieczorem Mały zaczął wymiotować i wolę nie zastanawiać się, czy to wirus i czy rozłoży na łopatki także pozostałych członków rodziny, jak to było ostatnio. Nie jest mi łatwo, ale świadomość, że w tej sytuacji po prostu nie może być przez cały czas miło bardzo mi pomaga.
A jednak czasem bywa idealnie i właśnie tak było w minioną środę.
Starszaki nie protestowały, kiedy wyłączyłam im telewizor, zjadły kopytka z surówką i sprawnie się ubrały. Dotarłam na czas i dość szybko znalazłam miejsce do zaparkowania. Duży cieszył się, że może w spokoju wybrać sobie w sklepie papierniczym temperówkę i zeszyt, a potem poczytać w poczekalni szkoły tańca „O psie, który jeździł koleją” bez Małego komentującego, że to nuuuuuda. Malutki spał jak kamień niemal do końca zajęć Małego i nie zdążył zgłodnieć przed powrotem do domu. W garażu i galerii starszaki wykonywały natychmiast wszystkie moje polecenia. Wybieram wdzięczność za takie chwile zamiast narzekania w takie dni, jak dzisiejszy.
Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: „happy-kids” (CC BY-NC 2.0) by United Way of the Lower Mainland
utworzone przez DyleMatka | paź 15, 2017 | historie z życia, narzędzia rodzica, Self-Reg
Dwa dni temu zdarzyło się coś, co spowodowało u mnie najsilniejszy stres, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam.
Byłam w domu z czteroletnim Małym i prawie 11-miesięcznym Malutkim, Mąż zawiózł Dużego na trening judo. W pewnym momencie w poszukiwaniu swojego paska do spodni weszłam do łazienki i zastałam taki oto obrazek: Malutki siedzi na podłodze i bezgłośnie walczy o oddech, a Mały zaciska mu mój pasek na szyi. Owinął go wokół szyi braciszka i zapiął, a następnie zaplątał wokół swojej nogi tak sprytnie, że długo nie mogłam go poluzować trzęsącymi się rękami. Zareagowałam z poziomu gadziego mózgu; nie pytajcie, jak. Dwie z osób odwiedzających mój fanpage na Facebooku, gdzie opisałam tę sytuację, skomentowały to tak (dziękuję za te i inne empatyczne komentarze!):
„Zareagowałaś prawdopodobnie w najbardziej dostępny dla Ciebie sposób, w tej konkretnej sytuacji. A sytuacja naprawdę mrożąca krew w żyłach. Reakcja musiała być z gatunku interwencji kryzysowej, bo i sytuacja kryzysowa.”
„Czasem potrzebujemy tej mocnej i szybkiej reakcji – po to natura to tak urządziła, że mózg limbiczny reaguje szybciej niż kora nowa. Uratowałaś Malutkiego. Tylko to się liczy.”
Ta sytuacja zilustrowała to, czego uczyłam się na szkoleniu z Self-Reg: silny stres powoduje, że wyłącza się układ odpornościowy.
Dzieje się tak dlatego, że do walki lub ucieczki w obliczu śmiertelnego zagrożenia niezbędna jest energia. Po co marnować ją na ochronę przed mikrobami, które mogą nas osłabić lub zabić jutro czy za kilka dni, skoro wtedy być może nie będzie nas już wśród żywych? Podobnie rzecz się ma m.in. z układem pokarmowym – po co trawić pokarm, skoro za chwilę możemy być martwi?
Od wielu dni nie wysypiam się, jestem zmęczona i bardziej niż zwykle zestresowana ze względu na liczne zmiany w moim życiu. W związku z tym codziennie wieczorem czuję lekkie drapanie w gardle, które rano znika. Kiedy uratowałam Malutkiego, ochłonęłam, a następnie dogadałam się z bardzo przejętym Małym, poczułam narastające dreszcze, gorączkę, silny ból gardła i zatok oraz nasilający się z minuty na minutę katar. Było jasne, że następnego dnia będę chora i całkowicie niezdolna do wygłoszenia wykładu na temat emocji w ujęciu Self-Reg na pierwszej w Polsce Konferencji Wszystkich Dziewczynek.
Kiedy moja kora przedczołowa mózgu była ponownie online, postanowiłam zadziałać self-regowo i zapobiec chorobie.
Identyfikację i usunięcie najważniejszego stresora – paska zaciśniętego na szyi Malutkiego – miałam już za sobą (drugi i trzeci krok Self-Reg). Następnie wybaczyłam sobie swoją gadzią reakcję na zagrożenie (Mały pierwszy mi ją wybaczył), oceniając, że działałam pod wpływem silnego stresu (krok pierwszy). Następnie zdałam sobie sprawę (czwarty krok Self-Reg), że mogę uniknąć choroby pod warunkiem, że tego wieczoru odrzucę wszelkie zobowiązania – od kąpania maluchów poprzez gotowanie obiadu na kolejny dzień po odrobienie zadań ze szkolenia online – i postawię wszystko na jednego konia: regenerację organizmu (krok piąty Self-Reg).
Tak też zrobiłam. Oświadczyłam dzieciom, że jestem w bardzo kiepskiej formie i tego wieczoru nie kąpię ich, nie myję im zębów, nie czytam im do snu ani w ogóle nie usypiam. To samo oświadczyłam Mężowi. Następnie pochłonęłam solidną dawkę czosnku i witaminy C, zamknęłam się w sypialni z Malutkim i elektronicznym czytnikiem książek i o godzinie 20:30 już spałam. 11 godzin później obudziłam się zdrowa i zrelaksowana. Wystąpienie na konferencji oceniam jako udane, rano dałam mężowi pospać do 10, ugotowane przeze mnie leczo było bardzo smaczne, a dzieci były szczęśliwe, bo całe popołudnie miałam dla nich – pełna energii i odstresowana.
Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: „Black Belt” (CC BY 2.0) by Robert Sheie
utworzone przez DyleMatka | paź 9, 2017 | historie z życia, rozwój osobisty, Self-Reg
Facebook przypomniał mi niedawno mój pełen frustracji wpis sprzed dwóch lat.
Dodam, że to był bardzo trudny czas: czteroletni Duży od kilku miesięcy miał napady złości, a Mały był wprawdzie pogodnym i zrównoważonym dwulatkiem, ale jednocześnie pozbawionym instynktu samozachowawczego człowiekiem-demolką z wariackimi pomysłami. Oto wspomniany wpis na Facebooku:
Staram się. Słucham. Nazywam emocje. Tłumaczę. Próbuję być wzorem opanowania i spokoju, jednocześnie bardzo stanowczo zaznaczając granice. Czytam mądre książki. Prowadzę dyskusje z mężem o wychowaniu. Od czasu do czasu konsultuję się z psycholożką dziecięcą. Przez rok woziłam na terapię SI. Dbam o dietę. Zmieniam przedszkole. I co? I nic. Gdzieś głęboko powoli zaczyna kiełkować myśl, że ON TAK MA. Jest z natury cholerykiem. Jako niemowlę i toddler wpadał regularnie w histerie, teraz ma napady złości, jako nastolatek będzie wdawał się w bójki, jako dorosły będzie wydzierał się na innych ludzi. I już. Obym się myliła.
Na szczęście się myliłam, choć w sierpniu tego roku znów było źle.
Jakiś czas temu opisałam, jak pracuję z Dużym, żeby obniżyć jego reaktywność na stres i zmienić sposób wyrażania trudnych emocji. W sierpniu oboje odnotowaliśmy potężny regres, który opisałam w bardzo osobistym poście. Nie wspominałam Wam o tym, ale teraz się przyznam: po wyczerpującym emocjonalnie pobycie na działce Cioci i Wujka nie tylko Duży był rozregulowany i zaczął znów wykazywać objawy negatywnego zniekształcenia poznawczego. Ja sama także powróciłam w stare koleiny.
Zupełnie zapomniałam o tym, że jeszcze dekadę temu widziałam rzeczywistość – i samą siebie – w czarnych barwach. Teraz wszystko wróciło, wywołując we mnie uczucia lęku, bezradności, smutku i beznadziei. Wyobraźcie sobie, że kiedy Mąż kupił nową grę dla dzieci w wieku od 7 lat (widoczną na zdjęciu) i nie mogłam zrozumieć wyjątkowo kiepsko napisanej instrukcji, rozpłakałam się przy nic nierozumiejących dzieciach, bo poczułam, że jestem kretynką i do niczego się nie nadaję. Godzinę wcześniej Duży rozpaczał, że jest głupkiem i nigdy nie nauczy się rysować tak, jak chce… To był moment, w którym osiągnęłam dno. Resztką sił postanowiłam się od niego odbić – nawet nie dla siebie samej (beznadziejnej kretynki, niewartej starań), lecz dla moich dzieci, zwłaszcza rozregulowanego Dużego.
Self-Reg odmienia moje dziecko i mnie, a wraz z nami całą naszą rodzinę.
Będąc ma tym dnie, podjęłam mocne postanowienie, że spróbuję jeszcze raz: spojrzę na Dużego i siebie łagodnie i będę pracowała nad jego i swoją samoregulacją, stosując pięć kroków Self-Reg. I właśnie to robię, dzień po dniu, wspierana mocno przez ludzi, których poznałam dzięki Self-Reg. To nie jest tak, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Duży i ja stajemy się coraz spokojniejsi, pozytywnie nastawieni i odstresowani.
Self-Reg to długi proces, a nie jednorazowy skok w kierunku idealnej samoregulacji. Nie zawsze jest różowo, przeżywamy wzloty i upadki, rezonujemy w rodzinie wszyscy ze wszystkimi. Ostatnio „jadę na oparach”, bo przeżywam długotrwały i trudny do zredukowania stres w każdym z pięciu obszarów: biologicznym, emocjonalnym, poznawczym, społecznym i prospołecznym. Rozwijam się najintensywniej od wielu lat, stoję w obliczu dużych zmian w moim życiu. Ale widzę wyraźnie, że Self-Reg działa.
To naprawdę działa!
Po pierwsze, mimo tak wysokiego napięcia i niskiej energii przez większość czasu jestem łagodna dla siebie i innych jak chyba nigdy wcześniej. Duży też staje się coraz lepiej wyregulowany i bardziej empatyczny. Po drugie, kiedy przestaję dbać o samoregulację i pomagać w tym Dużemu, wszystko się rozsypuje jak domek z kart. Wyobraźcie sobie dwoje przewlekle niewyspanych rodziców, sześciolatka z ADHD (który chwilę po tym, jak przypomniałam mu, że w piekarni ma niczego nie dotykać i wydawało się, że zrozumiał, próbował zdjąć ze ściany wielki obraz), czterolatka obolałego po operacji oraz ząbkującego, chorego niemowlaka w trakcie skoku rozwojowego… Tak było w miniony weekend.
Ale wystarczyło, że wycofałam się do łazienki na kilkuminutową przerwę uważnościową, a następnie zamknęłam się w Dużym w gabinecie i, przytulając go i masując mu plecy, poczytałam mu książkę. Po krótkim czasie napięcie – i nasze, i pozostałych członków rodziny – zaczęło spadać.
Self-Reg to nie magia. To nauka okraszona sercem.
Jesteśmy razem na właściwej drodze. Ja i Duży, mój pierworodny syn – moje zwierciadlane odbicie.
utworzone przez DyleMatka | wrz 10, 2017 | historie z życia, refleksje nad rodzicielstwem, rodzicielstwo bliskości, rozwój dziecka, Self-Reg
Początek nowego roku szkolnego i przedszkolnego pragnę powitać wpisem na temat ideału nauczyciela.
Kilka dni temu moja Przyjaciółka opowiedziała mi o nowym nauczycielu gry na pianinie, którego zatrudniła, aby dawał lekcje jej trójce dzieci. Pan Od Pianina tak mnie zachwycił, że postanowiłam o nim napisać, oczywiście za zgodą Przyjaciółki.
Rozmowę z Panem Od Pianina moja Przyjaciółka rozpoczęła zdaniem:
„Kompletnie nie znam się na nauce muzyki, ale bardzo dobrze znam swoje dzieci; proszę skorzystać z tej wiedzy”. Następnie opowiedziała mu o swoich dzieciach. Ośmioletni Najstarszy stanowił najtrudniejszy orzech do zgryzienia: jest piekielnie inteligentny, uzdolniony matematycznie, językowo i muzycznie oraz… pozbawiony motywacji do systematycznej nauki. Chętnie liźnie nowej wiedzy, po czym uznaje, że już wszystko umie i kieruje uwagę na coś nowego. Lubi grać w gry typu Minecraft i jest miłośnikiem „Gwiezdnych wojen”. Sześcioletni Średni to byłe high need baby, swego czasu wrażliwe tak bardzo, że mój Duży wydawał się przy nim oazą spokoju i wzorem pogody ducha. Obecnie, w dużej mierze dzięki intuicyjnie bliskościowemu i self-regowemu podejściu mojej Przyjaciółki, jest to pogodne, mądre, wrażliwe dziecko o nieprzeciętnej inteligencji emocjonalnej i społecznej. Jest spokojniejszy niż rodzeństwo, kocha zwierzęta. Z kolei czteroletnia Najmłodsza to niezwykle ruchliwa, przebojowa i niezależna mała kobietka, artystyczna, rogata dusza, wielka miłośniczka kotów.
Pan Od Pianina wykorzystał wiedzę o dzieciach przekazaną mu przez ich mamę i do każdego podszedł indywidualnie.
Nieco najeżonego Najstarszego („Po co mi lekcje pianina? Przecież już umiem grać!”) kupił po pierwszych dwóch minutach zajęć. Przyniósł mu do grania nuty motywów przewodnich „Gwiezdnych wojen” i „Pogromców duchów” i wspomniał, że uwielbia grać w gry i ma PlayStation. Dla Średniego miał do grania utwory o zwierzakach, był cierpliwy, wyrozumiały, spokojny, skupiony i bardzo ciepły – dokładnie takich nauczycieli Średni lubi najbardziej. Absolutnym majstersztykiem była lekcja Najmłodszej. Mała wbiegła do salonu i zaczęła biegać z kąta w kąt, robić fikołki, śmiać się, wygłupiać. Pan Od Pianina usiadł na podłodze i zaczął opowiadać o trzech kotach swojej żony. Po kilku minutach Najmłodsza usiadła przy pianinie, a Pan zaczął lekcję od zabawy w koty: ona była uciekającym kotkiem i uderzała w kolejne klawisze, a on był drugim kotem, który ją gonił. Nie dziwi mnie, że cała trójka dzieci była zachwycona lekcją gry na pianinie.
Nie wiem, czy Pan Od Pianina czytał te wszystkie mądre książki, artykuły i blogi o rozwoju dzieci, które ja i podobne do mnie mamy wnikliwie studiujemy.
Wynika z nich, że dzieci uczą się najskuteczniej, kiedy czują się bezpieczne, są radosne i zaciekawione oraz mają dobrą relację z nauczycielem, który traktuje je z szacunkiem i widzi przede wszystkim ich potencjał, a nie skupia się na ich słabościach. [Polecam w szczególności książkę Carla Honoré „Pod presją. Dajmy dzieciom święty spokój!”, która zawiera odniesienia do badań na ten temat.] Przypuszczam, że ich nie czytał – raczej ma talent i pasję dydaktyczną oraz najzwyczajniej w świecie lubi dzieci i jest ich ciekaw. Stuart Shanker nazwałby go Self-Reg natural, czyli osobą intuicyjnie stosującą Self-Reg. Zanim Pan Od Pianina rozpoczął lekcję, łagodnie pomógł każdemu dziecku przejść do odpowiedniego stanu pobudzenia, czyli stanu spokoju i uwagi. Do każdego małego ucznia podszedł indywidualnie. W efekcie dzieci skoncentrowały się na przyswajaniu nowych umiejętności, być może nawet nie zdając sobie sprawy, że właśnie to robią; po prostu świetnie się bawiły.
Marzę o takich właśnie nauczycielach dla moich i wszystkich innych dzieci.
O nauczycielach, którzy swój zawód wykonują z niesłabnącą pasją, mają wysoką inteligencję emocjonalną i intuicję. O nauczycielach, którzy w każdym dziecku widzą nieoszlifowany diament i mały cud, a swoją rolę rozumieją jako towarzyszenie młodemu człowiekowi w jego drodze rozwoju i wspieranie go w pokonywaniu trudności. Uważam, że nauczyciele powinni być nie tylko intelektualną i moralną, ale też finansową elitą kraju – świetnie opłacanymi specjalistami, którym powierzamy ogromną odpowiedzialność za przyszłość społeczeństwa. Przecież „takie będą rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”…
Tymczasem nauczyciele są niedocenianą, nędznie opłacaną i przede wszystkim silnie zestresowaną grupą zawodową.
Niektórzy już na wczesnym etapie kariery zawodowej wypalają się, bijąc głową o mur biurokracji. Ich frustracja i stres emanują na ich małych podopiecznych (pamiętacie o rezonansie limbicznym?), którzy z kolei przenoszą go do domów rodzinnych, urządzając wieczorami sceny podczas odrabiania zadań domowych (które swoją drogą są absurdem). Dzieci uczone przez spiętych, zestresowanych, rozregulowanych dorosłych miewają problemy z motywacją, koncentracją uwagi i samooceną. Przyznam, że z obawą myślę o rozpoczęciu przez Dużego (za rok) edukacji szkolnej, a decyzja o przeniesieniu moich starszaków z prywatnego przedszkola „dla wymagających” do dwóch przedszkoli publicznych była dla mnie w czasie minionych wakacji potężnym stresorem. Przecież chodzi o setki godzin, które moje dzieci spędzają bez rodziców.
Co możemy zrobić, aby nasze dzieci uczyły się w jak najlepszych warunkach, osiągnęły swój potencjał i rozwijały talenty?
Zwykle nie mamy wpływu na program nauczania, harmonogram zajęć w konkretnej placówce i to, czy trafimy na nauczycieli podobnych do Pana Od Pianina, czy wręcz przeciwnie. Myślę, że warto robić wszystko, co w naszej mocy: wydeptywać ścieżki, rozmawiać z nauczycielami, spokojnie i empatycznie wyjaśniając nasz punkt widzenia, angażować się w życie społeczności szkolnej czy przedszkolnej i dawać jej impulsy do rozwoju w dobrym kierunku. Ja zgłosiłam się do rady rodziców w przedszkolu Małego (sama w to nie wierzę, bo jestem trochę dzikusem…) i zamierzam cichaczem wprowadzać tam elementy Self-Reg. W przypadku wielu dzieci przydatne bywa też wsparcie profesjonalistów: specjalisty integracji sensorycznej, terapeuty ręki, okulisty czy ortoptysty, fizjoterapeuty – bo dziecku trudno jest przyswajać wiedzę, jeśli jego ciało płata mu figle. Jak mawia Stuart Shanker, sfera biologiczna stanowi korzenie procesów poznawczych.
A co, jeśli mimo wszystko nasze dziecko wraca z placówki smutne, złe czy sfrustrowane, a my nie możemy dogadać się z nauczycielem?
Co, jeśli nauczyciele wciąż mają jakieś uwagi krytyczne na temat naszej latorośli? Co, jeśli naszemu dziecku przypięto łatkę niegrzecznego, leniwego, złośliwego, klasowego błazna, prowodyra bójek? Co, jeśli nie mamy możliwości przenieść dziecka do innej placówki? Oto co możemy i powinniśmy zrobić: stanąć po stronie swojego dziecka, dać mu poczucie bezpieczeństwa, zadbać o jego potrzeby i przede wszystkim nie dać sobie wmówić, że ono jest jakieś takie… nieudane i niedobre. Nie ma czegoś takiego, jak niedobre dziecko.
Podobno wystarczy jedna bliska, empatyczna dorosła osoba, aby mały człowiek wyszło na prostą.
Bądź tą dorosłą osobą.
Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: „Today I took my daughter to piano lessons” (CC BY-NC-ND 2.0) by Judy van der Velden
utworzone przez DyleMatka | sie 15, 2017 | historie z życia, refleksje nad rodzicielstwem, rodzicielstwo bliskości, rozwój osobisty
Wczoraj w nocy wróciłam z dziećmi do Warszawy po ponad dwóch tygodniach spędzonych na letnich działkach należących do członków rodzin Męża i mojej.
Mąż w tym czasie pracował; na wspólne wakacje nad morzem wyjeżdżamy dopiero w najbliższą niedzielę. Ta pierwsza część moich wakacji z dziećmi była piękna z oczywistych względów: pogoda dopisywała, więc spędzaliśmy mnóstwo czasu na łonie przyrody, pluskaliśmy się w ogrodowych basenikach i jeziorach, rozkoszowaliśmy się ciszą i czystym powietrzem, a nocą – rozgwieżdżonym niebem.
Jednocześnie był to czas bardzo stresujący. Upał dawał się wszystkim we znaki, przez kilka dni nie mieliśmy dostępu do wanny czy prysznica, domki były nieprzystosowane do raczkującego niemowlaka, Malutki ząbkował, a starszaki momentami nudziły się, pozbawione swoich zabawek i przede wszystkim towarzystwa kolegów. Ja sama też potrzebowałam czasu, aby wyciszyć swój galopujący umysł i zwolnić tempo.
Ostatni tydzień był dla mnie trudny emocjonalnie z powodu konfliktu wartości.
Spędziliśmy go na działce przyjaciół moich rodziców, do których mówię „ciociu” i „wujku”. Są dla mnie bliscy jak rodzina i mają podobne do mojej rodziny pochodzenia podejście do wychowania dzieci, diametralnie różne od mojego: dzieci ma być widać, ale nie słychać; dzieci muszą słuchać we wszystkim dorosłych; dzieci nie mają żadnych powodów do narzekania, bo są dziećmi, więc jakież mogą mieć problemy? Byłam niepoprawną optymistką, nie przewidując konfliktów, a nie przewidziałam ich dlatego, że ostatnio dłuższy kontakt z Ciocią i Wujkiem miałam, zanim zostałam mamą, kiedy jeszcze moje i ich poglądy na wychowanie były zbliżone.
[Dopisek z 2024 roku: z radością stwierdzam, że moja rodzina pochodzenia już nie ma takiego podejścia do dzieci!]
O moich dzieciach można by powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że ich nie słychać. Są bardzo głośne, ruchliwe, wszędobylskie, ciekawskie, „pyskate”, niepokorne, uparte, nie dają się zbyć odpowiedzią „bo ja tak mówię” i bardzo źle reagują na stawianie ich pod ścianą oraz konfrontacyjny, rozkazujący ton. Jest to po części efekt ich temperamentu, a po części – mojego wychowania.
Z przyczyn, które leżą w moim dzieciństwie posłuszeństwo i „grzeczność” nie są postawą, którą chcę wpoić moim dzieciom.
Nieco tylko przerysowuję moją motywację: posłuszne dzieci są idealnymi kandydatami na ofiary pedofilów i wyrastają na ludzi, którzy wybierają w wolnych wyborach Hitlera i nie potrafią mu się przeciwstawić, nawet kiedy jego zbrodnie ujrzą światło dzienne.
Ja sama byłam takim idealnie przystosowanym i grzecznym dzieckiem. Nie da się z całą pewnością stwierdzić, na jaką osobę bym wyrosła, gdybym była wychowywana bardziej demokratycznie. Jednak nie uważam za przypadek tego, że kiedy w wieku 36 lat rozpoczynałam psychoterapię (a miałam za sobą kilkanaście lat pracy nad sobą w innych niż psychoterapia formach), nie byłam w stanie określić swoich granic i nie wiedziałam, czego chcę. Pytana, czy wolę A, czy B, dokonywałam w myślach szybkiej optymalizacji: zastanawiałam się, czego oczekują ode mnie istotne w danej sytuacji osoby (Mąż, dzieci, rodzice, dalsi członkowie rodziny, przyjaciele, przełożeni czy koledzy w pracy), obliczałam coś w rodzaju średniej ważonej ich oczekiwań i na tej podstawie podejmowałam decyzję, którą po fakcie wielokrotnie roztrząsałam i podważałam jej słuszność.
Stosunkowo niedawno, bo na początku mojej macierzyńskiej drogi, jedyną przykrą emocją, jaką odczuwałam, była złość; nie znałam smutku, żalu, przykrości, zawstydzenia, osamotnienia. Byłam zewnątrzsterowna i gotowa zrobić wiele dla pochwały, nagrody czy certyfikatu, przy znikomej wewnętrznej motywacji czy zainteresowaniu danym tematem. Moim życiem rządziło „wypada”, „trzeba”, „należy”, „nie wolno”. Przez ponad dekadę cierpiałam na bulimię, przez kolejną – na pracoholizm. Przez wiele lat otaczałam się toksycznymi ludźmi, którzy wysysali ze mnie radość życia. Może tak się po prostu złożyło, ale sądzę, że przynajmniej częściowo jest to efekt tego, jak byłam wychowywana.
W ostatnich dniach przeżyłam potężny kryzys wychowawczy, bo pod wpływem stresu spojrzałam na moje dzieci oczami Cioci i Wujka.
Słuchając ich ciągłych uwag pod adresem moich dzieci (i pośrednio lub bezpośrednio moim własnym), cofnęłam się w swoim sposobie postrzegania świata do czasów dzieciństwa. Zobaczyłam w Dużym i Małym rozpieszczone, roszczeniowe dzieciaki, którym wydaje się, że są pępkami świata. Uznałam, że są niewychowane, bez kindersztuby, aroganckie, pozbawione empatii, niewdzięczne, rozjęczane, rozmemłane, siejące wokół chaos i bałagan. Uznałam siebie samą za niekompetentną matkę, która robi krzywdę dzieciom, nie wbijając im do głów elementarnych zasad pożycia społecznego i wstydziłam się przed Ciocią i Wujkiem, którzy byli głęboko zatroskani tym, jak ciężkie jest moje życie z tymi małymi potworami. Warczałam na Dużego i Małego, wygłaszałam im kazania i rozmyślałam, w jaki sposób zaostrzyć mój kurs wobec nich.
Zastanawiałam się, po co mam zapisywać się na zaawansowany kurs Self-Reg w The MEHRIT Centre, skoro mój gad jest najwyraźniej nie do opanowania. Straciłam motywację do pisania bloga: jaki mam mandat do tego, aby mądrzyć się na temat wychowywania dzieci, skoro moje własne są niewychowane? Zwątpiłam też w sens podejmowania studiów w zakresie coachingu, na które mnie niedawno przyjęto. Cytując Ciocię: „Zanim zaczniesz doradzać ludziom, ogarnij najpierw tych dwóch, oni całkiem weszli ci na głowę”.
Mój kryzys trwał kilka dni, a potem wydarzyło się coś, co utwierdziło mnie w poczuciu, że wybrałam właściwą drogę.
Dzień był bardzo udany, Duży i Mały nie nudzili się (spotkali się z ulubioną ciocią i kuzynami, a wieczorem Ciocia zaprzęgła ich do zmywania naczyń w miednicy na tarasie, a Wujek – do podlewania ogródka) i zachowywali idealnie. Wieczorem umyłam ich jako tako w miednicy, po czym zostawiłam z kolacją na parterze domku, a sama poszłam do naszego pokoju na poddaszu, żeby uśpić zmęczonego upałem Malutkiego. Nie mógł się wyciszyć, więc trwało to długo.
Leżąc z bobasem przy piersi, usłyszałam każde słowo awantury, która miała miejsce na dole. Wujek zajął krzesło, które upodobał sobie zmęczony i śpiący Mały. Mały powiedział, że to jego krzesło, na co Wujek odpowiedział, że wszystkie krzesła w tym domu są jego i Cioci, a Mały ma usiąść na innym. Mały zaczął rozpaczliwie płakać.
Wujek spokojnym tonem wyprowadził go z tego płaczu metodą zupełnie nieself-regową. Powoli, stopniowo budując napięcie wyjaśnił mu, że jeśli ktoś kupi psa i ten pies szczeka i gryzie właściciela, to właściciel odda go tam, skąd go wziął, ewentualnie do schroniska. Jeśli ktoś kupi zepsuty samochód, to odda go do salonu i zażąda nowego. Jeśli natomiast komuś trafi się dziecko, które płacze i krzyczy, to może je albo oddać do specjalnego schroniska dla dzieci, albo naprawić. A dzieci naprawia się, bijąc je pasem po pupie tak, żeby bardzo bolało i żeby dziecko zapamiętało, że ma nie płakać ani nie krzyczeć, lecz zawsze być grzeczne.
Leżałam w łóżku z Malutkim, słuchając tego i nie mogąc się ruszyć, kompletnie sparaliżowana pewnym wspomnieniem.
Byłam malutka – pamiętam, że na poziomie moich oczu były uda mojego Taty – i zachowałam się „niegrzecznie”, chyba właśnie płakałam i krzyczałam „bez powodu”. Tata stwierdził, że gdzieś zniknęła jego grzeczna córeczka i razem z Mamą zaczął mnie szukać w całym mieszkaniu. Biegałam za nimi, czepiałam się ich nóg i krzyczałam, że jestem, nie zniknęłam, ale oni mnie „nie widzieli”. Poszli nawet do sąsiadów z naprzeciwka, pytając, czy może jestem u nich (ja wybiegłam za nimi, zapłakana), ale ci zaprzeczyli; ależ musieli mieć ubaw…
W końcu wpadłam na pomysł, żeby zawołać, że już zawsze będę bardzo, bardzo grzeczna – i wtedy nagle „odnalazłam się”. Do tej pory to wspomnienie jest dla mnie tak bolesne, że tracę dech w piersiach i zdolność myślenia, cała się trzęsę i trudno mi pohamować łzy. Nie byłam więc w stanie zejść na parter, żeby zażegnać awanturę i uspokoić Małego – dosłownie nie byłam w stanie wstać z materaca.
[Dopisek z 2021 roku: Tamta moja silna reakcja wynikała z nieuleczonej traumy, jaką wywołało u mnie tamto zdarzenie z dzieciństwa. W 2018 roku, po 2 latach psychoterapii psychodynamicznej, rozpoczęłam 2,5-letnią terapię traum w nurcie EMDR, która pozwoliła mi uleczyć tamtą traumę i wiele innych. Przeczytaj o traumie post z maja 2021 roku.]
I nagle odzyskałam spokojną pewność co do tego, jak chcę wychowywać moje dzieci.
Chcę, żeby wiedziały, że są kochane także wtedy, kiedy są smutne, przestraszone, zawstydzone, zirytowane, rozżalone, zazdrosne, wściekłe – i kiedy okazują to w mało cywilizowany sposób. Chcę, żeby miały niezmąconą pewność, że ich nie oddam i nie zbiję niezależnie od ich występków. Nie chcę, żeby wyrosły na nieempatycznych dorosłych naruszających granice innych ludzi i będę nad tym pracować. Porozmawiam z mądrą psycholożką zajmującą się dziećmi z ADHD o tym, jak sprawić, żeby Duży nie brał do ręki bez pozwolenia cudzych cennych przedmiotów. Wyślę Małego na terapię słuchu Johansena, żeby przestał non stop produkować dźwięki, co powoduje, że Duży podnosi głos, aby być usłyszanym i poziom hałasu jest stale wysoki.
Będę im nadal wyjaśniać, że zanim sięgną po dokładkę jedzenia, powinni upewnić się, że dla wszystkich wystarczy. Będę jeszcze bardziej starać się odkładać rzeczy na miejsce i uczyć tego dzieci (na razie kiepsko mi to wychodzi). Będę nadal uczyć ich rozwiązywania konfliktów bez użycia przemocy. Wierzę, że w końcu nauczą się tego wszystkiego, podobnie jak ja mozolnie uczę się rozpoznawania swoich granic i odróżniania własnych przekonań od cudzych. Wiem i ciągle się przekonuję, że nie mają złych zamiarów, a jedynie często zapominają o zasadach w ferworze zabawy albo pod wpływem silnych emocji.
Kiedy w końcu zeszłam na dół, Mały był autentycznie spokojny i z apetytem wcinał kolację.
Wujek był zadowolony, że dał mu lekcję – postraszył go i osiągnął zamierzony efekt wychowawczy. Ale nie miał racji. Mały przestał płakać, bo historia o gryzącym psie i zepsutym samochodzie zaciekawiła go i odwróciła jego uwagę od frustracji związanej z krzesłem, a kanapka zaspokoiła jego głód. Uspokoiwszy się, podjął polemikę z Wujkiem, mówiąc z całkowitym przekonaniem i bez cienia strachu, że dzieci się nie bije, a poza tym mama go bardzo kocha i nigdy go nie odda. Nie ma jeszcze czterech lat, a już to wie bez cienia wątpliwości. Krótkoterminowo to chyba ja osiągnęłam zamierzony efekt wychowawczy…
Ten post napisałam na gorąco w nocy po opisanej awanturze.
Od tamtej pory wróciłam na ścieżkę, którą uważam za właściwą, a dzieci się wyciszyły i zachowują o wiele lepiej. Dużo myślałam o mechanizmach, które popchnęły mnie w stare koleiny – głównie o rezonansie limbicznym, o którym pisałam w poście zatytułowanym Jak kształtujemy mózgi naszych dzieci i w Spokój rodzi spokój. (A w moim artykule Rodzice, dzieci, ekrany i mózgowe wi-fi napisanym dla fundacji Dajemy Dzieciom Siłę możesz przeczytać, jak mózgowe wifi rozstraja dziecko, którego rodzic nadużywa urządzeń z ekranami.)”.
P.S. Bardzo proszę czytelników o powstrzymanie się od nieprzyjemnych komentarzy pod adresem moich Rodziców, Cioci czy Wujka. Oni dorastali i zostali rodzicami w zupełnie innych warunkach, a ich zachowaniem kierują inne schematy poznawcze, niż te, którymi ja się kieruję; schematy poznawcze bardzo trudno jest zmienić, nawet jeśli widzi się taką potrzebę. Moim Rodzicom daleko do sadystów czy choćby ludzi chłodnych emocjonalne; mam ogólnie dobre wspomnienia z dzieciństwa i czułam się kochana. Swoją drogą, moja Mama mówi, że taka forma zdyscyplinowania mnie, o jakiej piszę zdarzyła się jej i Tacie tylko jeden raz; sami uznali, że jest zbyt drastyczna.
P.P.S. z czerwca 2024 roku: Wkrótce startuje ponownie mój newsletterowy projekt „Lato z dziećmi i… spokojem”. Aby do niego dołączyć, zapisz się na stronie, do której prowadzi poniższy przycisk. Kiedy otrzymasz mail z prośbą o potwierdzenie adresu e-mail, koniecznie potwierdź zapis!
utworzone przez DyleMatka | lip 14, 2017 | historie z życia, refleksje nad rodzicielstwem, Self-Reg
Przerywamy nasz program, żeby zaprezentować Państwu… samoświadomość trzyipółlatka i sześciolatka.
Mam mnóstwo zadań na dzisiejszy wieczór i kawałek nocy, ale mam też ogromną potrzebę podzielenia się z Wami na gorąco tym, czego byłam dziś świadkiem i co skłoniło do autorefleksji.
Sytuacja 1: nieco podminowana nawałem różnych zadań odbieram starszaki z przedszkola.
Obaj są rozstrojeni i poirytowani, zwłaszcza Mały, który w szatni kilka razy zmienia buty na kalosze i odwrotnie. Pochylając się nad Dużym, żeby pomóc mu zapiąć pas samochodowy, proponuję, żeby pooddychał tak, jak to ćwiczymy. Duży prycha z irytacją tak mocno, że kropelki śliny padają na moje okulary. Ciśnienie mi skacze, a gad w mojej głowie syczy: „ON CIĘ OPLUŁ! ZJEDZ GO TERASSSSSS!”. Mówię Dużemu chłodno, że nie lubię być opluwana, siadam za kierownicą i próbuję sama się uspokoić poprzez skupienie na oddechu. Nie daję rady, bo w pobudzony układ limbiczny wwierca mi się ciągłe jęczenie Małego: „Ja nie chciałem kaloszy! Ja chciałem buty! Dlaczego założyłem kalosze? Nie lubię kaloszy” itd. Dojeżdżamy na zajęcia logopedyczne Małego. Kilka metrów przed wejściem do gabinetu Mały staje i mówi, że mam mu zmienić kalosze na buty.
– Daj spokój, przecież za chwilę będziesz musiał je zdjąć, do gabinetu nie wchodzi się w butach – odpowiadam i pociągam go za sobą.
Rozpętuje się małe piekiełko.
Mały płacze, krzyczy, piszczy, że on nie chciał kaloszy, nie lubi kaloszy, nie lubi pani Kasi (logopedki), jest zły na mamę, chce do domu, chce wejść do gabinetu w butach. Jestem opanowana, ale czuję złość, nie potrafię zamienić się w uosobienie spokoju. Mały nakręca się coraz bardziej i w końcu muszę go wziąć, wierzgającego, na ręce i zanieść z powrotem do samochodu, gdzie zaczyna krzyczeć z kolei, że on chce do pani Kasi i mam natychmiast wrócić do pani Kasi i jest na mnie strasznie, STRASZNIE zły!
Kiedy już w domu oboje się uspokoiliśmy,
Mały spytał z wyrzutem:
– Dlaczego zabrałaś mnie od pani Kasi?
– Bo tak płakałeś i krzyczałeś, że zajęcia były niemożliwe, a w dodatku przeszkadzałeś pani i dziecku w drugim gabinecie.
– Ale mamo, mogłaś mnie przytulić! – mówi do mnie powoli jak do osoby niespełna rozumu. – Wtedy by przestałem płakać i by nie byłem na ciebie zły, i by mogłem pójść na zajęcia. [Gramatyka oryginalna; uwielbiam ten tryb warunkowy trzylatka.]
Oniemiałam. Dla niego to takie oczywiste, że potrzebował mojego spokoju i bliskości, żeby się uspokoić. A ja wprawdzie czytam o tym w mądrych książkach, ale nie zawsze umiem tę wiedzę zastosować w praktyce.
Sytuacja 2: Duży podejrzanie szybko wychodzi z toalety (znów nie umył rąk!).
Zanim zdążę zareagować, wkłada palce do ust Malutkiego i bada, czy już mu się pojawiły dolne dwójki.
– Duży, umyłeś ręce? – pytam złowieszczo (nienawidzę, po prostu nienawidzę takich sytuacji!).
– Yyyy… zapomniałem.
– I te zasikane palce wkładasz bobasowi do buzi? Tyle razy ci mówiłam, że to niehigieniczne! – mówię ostrym tonem. – Chcesz, żeby się rozchorował, bo ciągle pakujecie mu z Małym brudne palce do buzi? Choćby we wtorek miał biegunkę, zaraził się od was!
– Nie! Nie chcę, żeby Malutki chorował! Mamo, nie strasz mnie! – mówi poruszony Duży.
– Straszę cię, bo może to do ciebie dotrze – mruczę pod nosem bez przekonania.
– Nie dotrze. Na pewno nie dotrze. Kiedy mnie straszysz, to ja przestaję myśleć i jeszcze częściej robię różne rzeczy bez sensu. To mnie niczego nie nauczy. Lepiej powiedz mi to spokojnie i wtedy się postaram.
Oniemiałam po raz drugi tego dnia. Słowo honoru, że nic mu nie mówiłam o tym, co się dzieje z mózgiem człowieka w trybie walki i ucieczki!
Moje dzieci mają wprost niezwykłą samoświadomość.
Na pewno nie tylko moje. Zastanawiam się – nie, raczej wiem – dlaczego ja ją zyskuję powoli, w bólach, grubo po trzydziestce. Postaram się, żeby moje dzieci swoją zachowały.
Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: „Grandson’s Fun In The Puddles” (CC BY 2.0) by Audrey