Sylwester i Nowy Rok to dla mnie ważne daty – okazja do świętowania, podsumowań i refleksji.

Sześć lat temu choroba półrocznego Dużego po raz pierwszy pokrzyżowała nam plan wyjazdu i od tamtej pory tylko raz uczestniczyliśmy w imprezie sylwestrowej (dwa lata temu u teściów). Właściwie nie mam potrzeby imprezowania, na pewno nie bez dzieci (jeszcze), podobnie, jak nie wyobrażam sobie Wigilii bez nich. Nawet kiedy spędzam Sylwestra na kanapie, w wygodnym domowym stroju, z Mężem i czasem ze śpiącym w moich ramionach gorączkującym maluchem, w myślach świętuję mijający rok i witam z dreszczykiem emocji kolejny. Rok 2017 był dla mnie przełomowy, a 2018 przyniesie prawdopodobnie kolejne kamienie milowe. Ale nie o tym jest ten wpis, lecz o postanowieniach na Nowy Rok.

Przez wiele lat podejmowałam postanowienia noworoczne.

Jako nastolatka i dwudziestoparolatka zwykle formułowałam ambitne cele, które sprowadzały się do jednego: będę BARDZIEJ. Bardziej szczupła, zadbana, wysportowana, zorganizowana, systematyczna, pracowita, asertywna. Zapisywałam, jak konkretnie chcę do tego dążyć: zero słodyczy i tłustych przekąsek po godzinie 18, minimum trzy treningi w tygodniu, dzielenie projektów w szkole, na studiach i w pracy na mniejsze części i trzymanie się harmonogramu… Znacie to z doświadczenia swojego lub osób Wam bliskich? Jeśli tak, jak długo udało się Wam lub im wytrwać w realizacji tego typu postanowień: tydzień, miesiąc, kwartał…? Mnie zazwyczaj około miesiąca. Wczoraj przeczytałam artykuł w New York Times „The Only Way to Keep Your Resolutions” („Jedyny sposób, aby dotrzymać postanowień”), do którego zapewne jeszcze kiedyś wrócę.  Podano w nim, że do 8 stycznia ludzie porzucają aż 25% swoich postanowień noworocznych.

Dlaczego tak trudno jest nam wytrwać w dążeniu do tego, aby być lepszą wersją siebie?

Odpowiedź jest prosta: samokontrola kosztuje wiele energii. Realizacja postanowień podobnych do tych, które wymieniłam powyżej jest zazwyczaj oparta na samokontroli. Rozumując logicznie, przekonujemy samych siebie, że chcemy pokonać jakiś nawyk, który nam nie służy i zastąpić go innym zdrowszym, a następnie używamy siły woli, aby tę decyzję systematycznie realizować.

Samokontrola, od czasów starożytnych traktowana jako jedna z najważniejszych cnót człowieka, to umiejętność zapanowania nad swoimi popędami, instynktami, odruchami i zamiast tego kierowania się regułami „właściwego” postępowania. O samokontroli pisałam obszernie w artykule Samoregulacja a samokontrola – Self-Reg, a w odniesieniu do obszaru emocjonalnego – we wpisie Czy warto panować nad emocjami?.

Jesteśmy do niej zdolni dzięki temu, że w toku ewolucji wykształciliśmy część mózgu nazywaną korą nową (przedczołową), która jest odpowiedzialna za wyższe funkcje ludzkiego umysłu. Kora nowa bywa nazywana niebieskim mózgiem lub też myślącym piętrem mózgu – w odróżnieniu od mózgu czerwonego lub „prymitywnego parteru mózgu”, czyli starszych ewolucyjnie, występujących także u zwierząt: mózgu gadziego i układu limbicznego (mózgu ssaczego). Ten uproszczony model ludzkiego mózgu przedstawiłam we wpisie Jak zmieniamy się w gady.

Teraz chcę jedynie podkreślić, że niebieski mózg zużywa więcej energii, niż czerwony: myślenie, planowanie, empatia poznawcza, a także samokontrola wiążą się ze sporym wydatkiem kalorycznym. Kiedy mamy dużo energii (jesteśmy wyspani, w miarę najedzeni, w dobrym nastroju, nic nas nie boli i niczego się nie boimy), względnie łatwo jest nam powstrzymać się od sięgnięcia po czekoladę czy papierosa albo zmusić się do wyjścia na siłownię, czy basen. Kiedy jednak tej energii mamy niewiele, samokontrola obniża nam ją jeszcze bardziej, aż w końcu przekraczamy poziom krytyczny i… pochłaniamy pudełko czekoladek, nerwowo wypalamy jednego papierosa za drugim, a siłownię czy basen omijamy szerokim łukiem. Czy ten schemat brzmi znajomo…? Dla mnie tak.

Jak zatem stawać się lepszą wersją siebie bez ryzyka szybkiej i spektakularnej klęski?

Odpowiedzią jest samoregulacja. Moi stali czytelnicy doskonale wiedzą, o czym mowa; znów odwołam się do wspomnianego wyżej artykułu i wpisów, a także do postu, w którym opisałam sedno podejścia Self-Reg – Kilka słów o metodzie. Samoregulacja w ujęciu prof. Stuarta Shankera, twórcy tego podejścia, to uświadamianie sobie swoich stanów pobudzenia i aktywne sprowadzanie się do optymalnego spośród tych stanów, czyli spokojuuważności.

Można to robić za pomocą pięciu kroków Self-Reg, które służą utrzymaniu odpowiedniego poziomu energii i napięcia. Opisałam je szczegółowo w poście Pięć kroków do… zwycięstwa nad czekoladą, którego tłem był mój nawyk obniżania napięcia za pomocą czekolady – tu pasuje on jak ulał. Self-Reg to metoda pozwalająca lepiej rozumieć stres oraz zarządzać napięciem i energią. Celem jest lepsze funkcjonowanie we wszystkich obszarach stresu i samoregulacji: biologicznym, emocjonalnym, poznawczym, społecznym i prospołecznym. Co ważne, samoregulacja daje nam energię do stosowania samokontroli wtedy, kiedy jest ona przydatna.

W tym roku mam tylko dwa postanowienia noworoczne: zwolnię tempo i będę dbać o samoregulację.

Z mojego rocznego doświadczenia (Self-Reg poznałam dokładnie rok temu) wynika, że kiedy stosuję Self-Reg wobec siebie, Męża i dzieci, wszystko lepiej się układa. Jesteśmy bardziej zrelaksowani, bliscy sobie, w sposób naturalny wybieramy zdrowsze potrawy i sposoby spędzania wolnego czasu.

Jeśli ten post jest dla Was pierwszym spotkaniem z moim blogiem, zachęcam Was do poczytania innych, w szczególności tych o złości rodzicielskiej i o Self-Reg.

Zapraszam Was też na prowadzone przeze mnie szkolenia z tej metody, z którymi wystartuję w lutym. Rozgośćcie się, życzę Wam owocnej lektury. A moim „starym” czytelnikom (głównie czytelniczkom) z całego serca dziękuję za towarzyszenie mi w 2017 roku. Wasze komentarze i wiadomości tu i na moim fan page na Facebooku dodają mi skrzydeł. Mam nadzieję, że pozostaniecie ze mną także i w 2018 roku.

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: „Das Neujahr kommt: 2018 geschrieben auf Mehl und saisonale Zutaten” (CC BY 2.0) by Marco Verch

5
0
Would love your thoughts, please comment.x