Styczniowy wieczór w środku tygodnia, sprzątamy po kolacji.

Wszyscy z wyjątkiem pięcioletniego Malutkiego mamy Covid i od ponad tygodnia nie ruszamy się z domu. Starszaki mają naukę zdalną, a pięcioletniego Malutkiego rozpiera energia i wymyślam mu mnóstwo zabaw ruchowych. Teraz jednak jest już wyraźnie zmęczony, pociera oczy i ziewa.

– Mamo, mogę tablet? – pyta Malutki.

– Rano tak. Dziś już nie, zaraz idziemy się myć i spać – odpowiadam. 

– Ja chcę teraz! – mówi stanowczo Malutki. 

– Słyszę cię – odpowiadam spokojnie.

– No to daj mi ten tablet! – podnosi głos mój syn.

– Jest 19:30. Nie chcę, żebyś krótko przed snem korzystał z ekranów. Pograsz sobie rano.

(To nasza tradycja, że podczas kwarantann czy izolacji (oraz weekendów) Malutki zaczyna dzień od tabletu, kiedy Mąż i ja jeszcze śpimy.)

– Ja. Chcę. Teraz – Malutki brzmi naprawdę groźnie. Jak cisza przed burzą.

Znam go i wiem, że za chwilę nastąpi wybuch!

Nie patrzę na niego, nie reaguję. Skupiam się na sobie i sprawdzam, co mi to robi: czuję irytację, rośnie we mnie fala ciepła, mam ochotę powiedzieć mu coś w rodzaju: „Możesz sobie chcieć, a i tak nie dostaniesz”. Skupiam się na oddechu, fala ciepła odpływa, uspokajam się. I bardzo dobrze, bo czuję na swoim biodrze uderzenie małej pięści i słyszę wypowiedziane z wielką złością słowa:

– Masz mi natychmiast dać tablet, ty głupia mamo!

– Nie chcę być bita – mówię stanowczo i odsuwam się.

Malutki przesuwa się w ślad za mną, podnosi rękę i próbuje mnie znów uderzyć. Blokuję cios, odsuwam się znów i powtarzam:

– Nie chcę być bita.

Malutki wydaje nieartykułowany, gardłowy okrzyk i rzuca się w moim kierunku z pięściami, wykrzywiony ze złości. Robię unik, łapię go za ręce i kucam przed nim.

– Widzę, że jesteś naprawdę wkurzony. Powiedz mi to zamiast bić.

– Jesteś najgorszą mamą na świecie! Nie ma gorszej mamy od ciebie! Trzeba cię wyrzucić!

– wybucha Malutki. Już nie próbuje mnie bić i widać, że dzięki temu wybuchowi jego złość opadła nieco, za to pojawił się strach i dezorientacja. Nigdy wcześniej mi czegoś takiego nie powiedział i chyba sam nie wierzy, że z jego ust wydobył się taki komunikat. Widzę ten strach i dezorientację i postanawiam mu pomóc. Puszczam jego ręce i siadam przed nim na podłodze.

– O kurczę. Faktycznie. Jestem najgorszą mamą – mówię, jakby zdziwiona. – Wstrętną, niedobrą mamą, która nie chce ci dać tabletu. O kurka!

Malutki patrzy na mnie nieufnie, ale i zaciekawiony.

– Hmmm, co możemy z tym zrobić? – zastanawiam się, marszcząc brwi, po czym się rozjaśniam: – Wiem! Mam pomysł! Pojedziemy do supermarketu, w którym można wymienić wadliwą mamę na taką bez wad. I powiesz: „Proszę pana, mam tu taką mamę, która jest okropna, bo nie daje mi wieczorem tabletu. Proszę ją wymienić na taką, która zawsze daje, o każdej porze dnia i nocy”.

– A co powie ten pan? – dopytuje Malutki z błyszczącymi oczami.

– „Proszę bardzo, chłopczyku, tu mamy cały dział z mamami, które dają dzieciom tablety.

Do wyboru, do koloru. O, tu leżą, na tych półkach i w następnej alejce też. Rozejrzyj się i kiedy wybierzesz jakiś model, to pomogę ci go zanieść do kasy.”

Malutki śmieje się. Widać, że napięcie opadło.

– A można naprawić mamę zamiast ją wymieniać na nową? – pyta Malutki.

– Oczywiście! Trzeba pojechać do specjalnego warsztatu naprawczego. Oni tam odkręcą mi w głowie taką klapkę, zajrzą do środka, przestawią jedną wajchę i już będę ci zawsze dawała tablet. 

Malutki chichoce. 

– Może sam chcesz przestawić tę wajchę? Tylko żebyś czegoś nie zepsuł! – proponuję, podsuwając synkowi czubek mojej głowy. On udaje, że w niej gmera, po czym melduje:

– Już! To teraz daj mi tablet. Prooooooszę… – patrzy mi przymilnie w oczy.

– Synku, kocham cię i chcę, żebyś był jutro wypoczęty. Wiesz, że po tablecie gorzej się śpi, prawda?

– Nie! Nie wiem! – Malutki oczywiście to wie, ale jest w zaprzeczeniu. Kładzie się na podłodze i zaczyna delikatnie poruszać nogą tak, aby „przypadkiem” trącić mnie stopą. Odsuwam się, on się do mnie przysuwa i wierzga mocniej, 

– Ech, teraz chcesz mnie kopnąć? – wzdycham. – A może byś zamiast tego się przytulił?

– Nie! Bo… – Malutki szuka odpowiedniego argumentu.

– Bo jestem najgorszą mamą? – uśmiecham się.

– Tak! Właśnie tak! – mówi Malutki. Po chwili jednak wzdycha i dodaje:

– Nie, nie jesteś. Ja tylko jestem na ciebie jeszcze trochę zły i dlatego tak mówię.

– Wiem. Ale dzięki, że mi to wyjaśniłeś. I rozumiem, ja też czasem mówię w złości niemiłe rzeczy. To co, przytulisz się?

Widzę, że w Malutkim walczą dwa wilki: jeden chce mi się rzucić w ramiona, a drugi – okazać swoją złość i żal. 

– No chooooodź, przytul się – mówię. – Albo nie przytulaj się, jak wolisz – wzruszam ramionami.

Malutki z błyskiem w oku zrywa się z podłogi i z impetem wpada w moje ramiona, przewracając mnie. Przez chwilę się kotłujemy i siłujemy, uderzamy lekko „z bańki” – czołem o czoło, podgryzamy się nawzajem w ręce, łaskoczemy. Obojgu nam pomaga to rozładować resztki napięcia. W końcu mój synek przytula się do mnie mocno i pyta:

– Poczytasz mi przed snem?

– No jasne! – odpowiadam, po czym idziemy do łazienki, kąpię Malutkiego i kładziemy się do jego łóżka z książką.

Chcę skomentować tę scenę w kilku punktach przez pryzmat wiedzy o samoregulacji i relacji. 

1. Czy Malutki jest uzależniony od tabletu?

Raczej nie. Od początku pandemii zdarzają się okresy, w których zdecydowanie nadużywa urządzeń z ekranami – potrafi korzystać z nich po 3-4 godziny dziennie. Opisana powyżej sytuacja wydarzyła się właśnie w takim okresie. Mąż i ja chorowaliśmy na Covid i potrzebowaliśmy dużo snu, Duży i Mały mieli lekcje zdalne, a Malutki nudził się jak mops. Gra na tablecie albo bajki na Netflixie były więc dla wszystkich wybawieniem. Malutki w takich okresach rozregulowuje się, ale daleko mu do uzależnienia. Poznaję to m.in. po tym, że nie traci zainteresowania innymi aktywnościami i kiedy tylko mam mu do zaoferowania mój czas i atrakcyjną zabawę, to porzuca ekran bez żalu. Co ważniejsze, kiedy nasza sytuacja się normalizuje, nasz pięciolatek wraca do równowagi.

W idealnym świecie nie dopuszczałabym do tego, żeby moje dzieci nadmiernie korzystały z ekranów. One nie są dla maluchów zbyt korzystne. Jednak nie żyjemy w idealnym świecie, dlatego nie stawiam sobie (ani dzieciom) poprzeczki nierealistycznie wysoko. Mój sen jest dla mnie ważniejszy, niż zachowanie w każdych okolicznościach norm wyznaczonych przez Światową Organizację Zdrowia, zgodnie z którymi dziecko do 5. roku życia nie powinno spędzać przed ekranem więcej, niż godzinę dziennie. Generalnie jednak dbam o to, żeby dzieci korzystały z ekranów w sposób, który raczej sprzyja samoregulacji, niż ją utrudnia. Jaki to sposób? Napisałam o tym dość obszerny rozdział dla rodzica w mojej drugiej książce, „Self-Regulation. Szkolne wyzwania”. Nosi on tytuł „Domowe zasady ekranowe wspierające samoregulację”, a jego treść została zaakceptowana przez ekspertkę fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, która zajmuje się uzależnieniem dzieci od ekranów. Możesz otrzymać ten tekst mailem w formacie pdf, jeśli zapiszesz się na mój cotygodniowy newsletter.

2. Czy nie czułam się dotknięta słowami Malutkiego?

Nie. Postrzegam je jako tzw. mowę limbiczną (ang. limbic talk), czyli słowa wypowiedziane pod wpływem trudnych emocji (pisałam o tym kiedyś we wpisie o „głupiej babci”). Im człowiek jest bardziej wyprowadzony z szeroko pojętej równowagi (homeostazy) i im jest młodszy, tym bardziej prawdopodobnie, że powie coś, co jest werbalnym odpowiednikiem skoczenia „przeciwnikowi” do gardła. W opisanej tu scenie widać było wyraźnie moment, w którym Malutki zastąpił agresję fizyczną agresją słowną. 

Owszem, są pewne zdania czy komunikaty, które mnie „uruchamiają”, ale to akurat nie te słowa. Są też sytuacje, w których cokolwiek jest w stanie zapalić moją złość – to te, kiedy jestem wyczerpana, skrajnie niewyspana, coś mnie boli, mam szczególnie ciężki zespół napięcia przedmiesiączkowego. Wtedy staram się ugryźć w język i nie otwierać ust, bo cokolwiek, co powiem, może być mową limbiczną czy wręcz atakiem rozjuszonego dzikiego zwierzęcia.

3. Czy nie zarażam się złością dziecka?

Oczywiście, że się zarażam! Rezonans limbiczny, czyli zarażanie się pobudzeniem i emocjami, to naturalny mechanizm neurobiologiczny właściwy dla człowieka i wielu innych gatunków (przeczytaj Jak kształtujemy mózgi naszych dzieci oraz Rodzice, dzieci, ekrany i mózgowe wi-fi). Nie wyobrażam sobie, żeby rodzic nigdy nawet w najmniejszym stopniu nie zarażał się złością, rozpaczą, ale też entuzjazmem czy ekscytacją swojego dziecka. Jednak dorośli mają więcej strategii poradzenia sobie z tymi emocjami; ich mózgi są lepiej rozwinięte i dzięki temu potrafią, kiedy trzeba, korzystać z samokontroli.

Lubię stosować techniki uważnościowe (mindfulness), aby nie dać się porwać fali trudnych emocji. W opisanej tu sytuacji skupiłam się na chwilę na oddechu i to wystarczyło, bo byłam generalnie spokojna.

Jeśli nie masz pomysłu, jak się uspokoić, kiedy emocje biorą górę, albo masz pomysły, które nie działają, może Ci pomóc moje szkolenie „Spokój rodzi spokój. 12 sposobów na opanowanie złości”

4. Co to za wygłupy na temat zakupu nowej mamy?

Można to określić jako rodzicielstwo przez zabawę (ang. playful parenting; to tytuł książki Lawrence’a Cohena). Kiedyś nie umiałam się bawić: ani z moimi dziećmi, ani w ogóle. Byłam raczej poważną osobą i „nie czułam” zabawy, wygłupów, żartów, beztroski. W miarę rozwoju i dojrzewania w roli matki przychodzi mi to coraz łatwiej: zachowuję się coraz bardziej niepoważnie. 😊 Z moim najmłodszym synkiem większość trudnych sytuacji rozwiązuję poprzez zabawę i wygłupy, jak w opisanej tu sytuacji.

Swoją drogą, nieskromnie polecam Ci wysłuchanie mojej rozmowy z Dorotą Blumczyńską na temat radzenia sobie z trudnymi sytuacjami w rodzicielstwie właśnie poprzez zabawę. Rozmowa była częścią pierwszej polskiej konferencji online dla rodziców „Playful Parenting”, której gościem był m.in. Lawrence Cohen. Nagranie możesz kupić, do końca lutego otrzymasz 10-procentową zniżkę na hasło dylematki.

5. Czy żarty zawsze pomogą rozładować trudną sytuację?

Absolutnie nie! To, co pomaga danemu dziecku, może rozzłościć lub przestraszyć inne. Gdybym zaczęła żartować na temat wymiany mamy na nową z moim średnim synem, Małym, kiedy miał pięć lat, jego złość przemieniłaby się w furię. Kiedy Mały się złości, trzeba zachować pełen szacunku dystans i najlepiej nic nie mówić. Gdybym potraktowała tak samo pięcioletniego Dużego, mojego wrażliwego pierworodnego, przeraziłby się, że może mnie stracić albo ktoś może mi coś zrobić i wpadłby w czarną rozpacz, a wieczorem dopytywałby, czy na pewno nikt mnie nie zabierze i nie zepsuje mi nic w głowie. Co więcej, „właściwa” reakcja dorosłego może być różna w przypadku tego samego dziecka w różnych sytuacjach. To bardzo indywidualna kwestia i wymaga eksperymentowania i wycofywania się w nietrafionych pomysłów. Malutki i ja jesteśmy już nieźle zgrani i mamy za sobą setki takich prób, dlatego intuicja najczęściej podpowiada mi, co pomoże.

6. Czy zawsze mam przestrzeń na takie wspieranie dziecka?

Oczywiście, że nie. Czasem ograniczam się do „Nie chcę być bita” i nie mam siły ani ochoty wdawać się w dłuższe rozmowy. Zdarza mi się też warknąć coś niemiłego i wyjść z pokoju. Tak, jak w opisanej tu scenie, reaguję tylko, kiedy mam zasoby, czyli odpowiedni poziom energii. Codziennie dbam o to, żeby zachować jej odpowiedni poziom – także wieczorem, w czasie choroby, PMS, izolacji czy kwarantanny – redukując te stresory, które mogę zredukować i ładując swoje baterie na wszelkie dostępne mi sposoby. Ale kiedy mam niski poziom energii (ot, choćby dziś, w drugim dniu nowego semestru, co wiąże się dla mnie z niewyspaniem) i nie jestem w stanie wesprzeć dziecka, to się za to nie biczuję, to by nie pomogło. Pomaga łagodność dla samej siebie.

Jeśli uznasz ten wpis za wartościowy, udostępnij go, proszę! 🙏

8
0
Would love your thoughts, please comment.x