Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią

Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią

 

Dzisiejsze popołudnie było frustrujące dla mnie i Dużego. Jadąc z nim do specjalisty w Pruszkowie, utknęłam na Trasie Toruńskiej w gigantycznym korku związanym zapewne z deszczem. Byliśmy przez to spóźnieni, a ja zostawiłam w domu telefon, więc nie mogłam zadzwonić do rejestracji i powiadomić o tym spóźnieniu ani dowiedzieć się, kiedy najpóźniej musimy się zjawić, żebyśmy zostali przyjęci. Nie miałam też nawigacji, która brałaby pod uwagę korki, więc nie byłam w stanie oszacować, jak bardzo się spóźnimy. Nie mogłam wykluczyć, że spędzimy w samochodzie grubo ponad dwie godziny na darmo. Czara goryczy się przelała, kiedy Duży uświadomił sobie, że zostawił w szkole na swojej szafce swoje drogocenne i pracochłonne dzieło z kartonu, które pani sprzątająca mogła uznać za niepotrzebne i wyrzucić. Gdybym miała telefon, zadzwoniłabym do znajomych rodziców dzieci ze szkoły i poprosiła o zabezpieczenie dzieła – ale nie miałam.

Duży wpadł w rozpacz, a ja przez chwilę czułam, jak rozpala się we mnie złość. Dawna ja warknęłaby pewnie, że nic na to nie poradzi i trzeba pilnować swoich rzeczy (a następnie wkurzyłaby się jeszcze bardziej, słysząc celną ripostę Dużego: “Przecież ty też zapomniałaś wziąć swój telefon”). Udało mi się jednak zrobić pauzę i zajrzeć w głąb siebie. To nie złość sprawiała, że było mi tak trudno. Złość była tylko przykrywką, starym nawykiem z czasów, kiedy nie dopuszczałam do siebie bardziej “miękkich” trudnych emocji: wstydu, lęku, bezradności, bezsilności, żalu. Były one dla mnie niegdyś tak trudne do zniesienia, że moja nieświadomość wybierała irytację, wkurzenie, złość, wściekłość, furię, byle tylko ochronić mnie przed cierpieniem. Nie był to zbyt skuteczny mechanizm obronny: złość maskująca inne trudne emocje była dla mnie najcięższym gatunkowo, najbardziej trwałym i przez to szczególnie dotkliwym rodzajem złości. Czy i Wam zdarza się wściekać na płaczące w czasie choroby (albo w foteliku w czasie jazdy samochodem!) małe dziecko, bo nie jesteście w stanie mu pomóc ani znieść tej swojej bezradności? Jeśli tak, to pewnie wiecie, jak obezwładniająca i nieprzyjemna jest taka złość.

Kiedy w owej chwili za kierownicą rozpoznałam, jakie to emocje kłębiły się pod powierzchnią mojej złości, byłam gotowa powiedzieć spokojnie i szczerze:
– Duży, jest mi cię bardzo żal. Też się boję, że pani sprzątająca wyrzuci twoje dzieło. Ale najgorsza jest bezradność: chcę pomóc ci je odzyskać i nie mogę. Chciałam być na czas i nie będę. Chcę uprzedzić o spóźnieniu i nie mogę. Chcę mieć pewność, że te dwie godziny w samochodzie na coś się przydadzą i jej nie mam. Jest mi strasznie smutno i żal, że na nic z tego nie mam wpływu.

Pufff! Złość minęła, a te inne, trudne emocje jakby zelżały. Nie tylko mnie ulżyło – Dużemu też. Zamyślił się, milczał przez jakiś czas, potem powiedział mi o swoich emocjach… i już. Chciałabym, żeby zawsze nam się udawało zachować w tego typu sytuacjach tę uważność na emocje.

Wystarczy przyjąć i poczuć swoją bezradność (lub wstyd, bezsilność, rozżalenie, smutek, …), aby stała się ona lżejsza, mniej przytłaczająca. Piszę „wystarczy”, a przecież dokonanie tego zajęło mi kilka lat i bez psychoterapii zapewne by mi się to nie udało. W naszej kulturze złość wydaje się być bardziej “ok”, niż miękkie trudne emocje: wielu z nas o wiele łatwiej jest powiedzieć „jestem wściekła”, niż „czuję się bezradna”. Ale o ile spokojniejsze byłoby nasze życie, o ile lepsze byłyby nasze relacje z ludźmi, gdybyśmy robili przestrzeń dla każdej emocji, rozpoznawali ją, regulowali, a następnie regenerowali się. To self-regowe “trzy R” (recogniseregulaterestore) samoregulacji w obszarze emocji, która, w odróżnieniu od panowania nad emocjami, nie pożera naszej cennej energii. To tak proste i zarazem tak piekielnie trudne, że aż trzeba się tego uczyć na warsztatach

P.S.1. 31 marca 2020 roku poprowadziłam webinar „Spokój rodzi spokój. 12 sposobów na opanowanie złości”. Możesz wykupić dostęp do niego pod tym linkiem.

P.S.2. z marca 2020 roku: W serii o złości ukazały się dotychczas następujące posty (nie trzeba ich czytać po kolei; oceniam, że kluczowe dla rozumienia złości są posty nr 3 i 7):

Złość, część 1: Dzień, w którym wrzasnęłam na dziecko (LINK)

Złość, część 2: Dziesięć kroków ku lepszemu życiu (LINK)

Złość, część 3: Jak zmieniamy się w gady (LINK)

Złość, część 4: I znów wrzasnęłam (LINK)

Złość, część 5 i Self-Reg, część 11: Myśli-zapalniki (LINK)

Złość, część 6 i Self-Reg, część 12: Opowiedz mi, matko, o swoich planach… (LINK)

Złość, część 7 i Self-Reg, część 19: Bezcenna pauza (LINK)

Złość, część 8: Emocje są jak fala (LINK)

Złość, część 9: Co kłębi się pod powierzchnią (LINK)

Złość, część 10:  “Co za babsztyl!”, czyli o złości jako zasłonie (LINK)

Złość, część 11: “Nie będzie mi gówniarz rozkazywał!”, czyli jak zalałam gada oksytocyną (LINK)

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: “Traffic” (CC BY 2.0) by Matthias Ripp

Co mi zrobiły studia coachingowe

Dziś znów zajmuje mnie temat relacji – z innymi ludźmi, ale też z samą sobą. Niedawno pisałam o budowaniu wioski wsparcia i podkreślałam, jak wielkie znaczenie dla naszej samoregulacji mają bliskie więzi z innymi, życzliwymi nam ludźmi. Kontynuując ten temat, opowiem Wam, jak na mnie wpłynęły Podyplomowe Studia Coachingu i Mentoringu i co zamierzam z tym zrobić. Okazją do tej refleksji była wczorajsza uroczystość graduacji i wcześniejsze, poranne spotkanie z moją grupą i superwizorami. Spotkanie to kończyło niemal roczny cykl praktycznych zajęć z coachingu, podczas których przekonaliśmy się na własnej skórze, co to znaczy doświadczać zmiany.

Jestem zadziwiona tym, jak bardzo zmieniłam się w ciągu minionego roku. Dobrą ilustracją tego jest moje zachowanie podczas pierwszego i ostatniego spotkania z grupą współuczestników studiów. W październiku ubiegłego roku wierciłem się niespokojnie na krześle i układałam w myślach to, w jaki sposób przedstawię się grupie. Dopóki nie nadeszła moja kolej, nie słuchałam tego, co mówią inni i bardzo chciałam mieć moje “wystąpienie” za sobą. Dopiero, kiedy wypowiedziałam swoją kwestię, mogłam skupić się na słuchaniu, przyjrzeć się ludziom, rozejrzeć po pomieszczeniu. Wczoraj miałam posuchę w myślach, za to serce zalane emocjami. Nie zastanawiałam się nad tym, co chcę powiedzieć, lecz słuchałam uważnie pozostałych całą sobą – umysłem, sercem i zmysłami, współodczuwałam emocje kolegów i koleżanek, falowałam wraz z nimi, kilka razy popłynęły łzy. Słowa przyszły same, z serca, a nie głowy, w odpowiednim momencie.

Ta sytuacja ilustruje dwie ważne zmiany, jakie we mnie zaszły. Po pierwsze, przestałam wsłuchiwać się tylko w mój wewnętrzny monolog i zaczęłam autentycznie słuchać innych ludzi. Oczywiście nie zawsze i nie w relacji z każdym tak jest, nadal zdarza mi się zamykać uszy i zwracam uwagę do wewnątrz, jedynie obserwując ruch czyichś warg i bezwiednie potakując, jednak to raczej wyjątek niż reguła. Jakże zdziwiona i oburzona byłam, usłyszawszy swego podczas zajęć, że nie słucham! Po drugie, podłączyłam się – wreszcie! – do własnych emocji, odciętych wiele lat temu, kiedy było mi tak trudno, że wybrałam podążanie ścieżką rozumu. “Cogito, ergo sum” było moją naczelną dewizą; definiowałam siebie przez sukcesy w nauce i potem w pracy. Nierzadko nadużywałam siebie, pracując ponad siły. Wiele razy słyszałam, że jestem cyborgiem. Stawiałam sobie dalekosiężny i ambitny cel, dzieliłam niezbędne działania na etapy, a następnie konsekwentnie go realizowałam, po trupach w postaci mojego zdrowia fizycznego i psychicznego, a nierzadko też relacji z innymi ludźmi. Osiągnęłam wiele na polu zawodowym – właściwie każdy swój cel zawodowy zrealizowałam w stu procentach – ale nigdy nie byłam w pełni usatysfakcjonowana. Bardzo trudno mi było w ciągu ostatniego roku zobaczyć prawdę o sobie, a jeszcze trudniej – poczuć z całą siłą moje emocje, zwłaszcza morze smutku i ocean wstydu. Te ciężkie do udźwignięcia emocje nadal kryły się pod moją złością wybuchającą czasem pozornie bez sensu – nadal, choć od ładnych paru lat pracuję nad złością. Te studia zanurzyły mnie w nich po czubek głowy; nieraz wracałam do domu wyżęta jak ścierka. Ale uwierzcie mi, warto było.

Trzecia z ważnych zmian to ta, że inaczej, prawdziwiej wchodzę w relacje z ludźmi i jestem ich autentycznie ciekawa. Nie chodzi tylko o inny sposób komunikowania się, otwarte, niesugerujące odpowiedzi pytania, uważniejsze słuchanie, większe wyczulenie na mowę ciała. Chodzi o coś bardziej fundamentalnego. Na początku studiów bezwiednie włożyłam koleżanki i kolegów do szufladek, szybko zakładając, że już co nieco o nich wiem. Ta osoba jest twarda i nieprzystępna, tamta miła i sympatyczna; z tą się dogadam, a z tamtą mi nie po drodze; od tej mogę się dużo nauczyć, a tamta raczej będzie się uczyć ode mnie. Każdą z tych pochopnych ocen ze zdumieniem rewidowałam, kiedy jedna po drugiej opadały nasze maski i odkładaliśmy na bok mechanizmy obronne, które stały się naszą drugą naturą. Każdy uczestnik mojej grupy okazał się inny, niż zakładałam na początku i każdy rozwinął skrzydła. Każdy też dał mi coś bezcennego: jakieś mocne doświadczenie, intensywną emocję, powód do refleksji, nowe spojrzenie na coś. Wstydzę się teraz tej arogancji, z jaką przez całe życie etykietowałam ludzi już po krótkim czasie, nie doceniając ich bogactwa. To sprawiało, że budowałam nie tak głębokie relacje, jak mi się wydawało.

Co dalej? Pragnę podać dalej to, co otrzymałam: uważność na drugiego człowieka i towarzyszenie mu na drodze rozwoju osobistego. Zamierzam połączyć moje kompetencje: świeżo upieczonego coacha, pierwszej w Polsce certyfikowanej facylitatorki Self-Reg, absolwentki Szkoły prowadzenia grup wsparcia dla rodziców, za jakiś czas także, jak planuję, certyfikowanego coacha kryzysowego, a ponadto wysoko wrażliwej mamy trzech nadal małych synów. Łącząc te zasoby, chcę prowadzić warsztaty i grupy wsparcia dla rodziców, webinaria i kursy online oraz indywidualne procesy coachingowe (w Warszawie, w realu) – wszystko to w nowym dla mnie, powolniejszym tempie. Dziękuję tym kilku dzielnym osobom, które poważnie myślą o coachingu ze mną – do zobaczenia na sesjach zerowych w nadchodzących dniach i tygodniach!

Co z blogiem? Będę go pisała, dopóki starczy mi sił. Jest ważną częścią mojego życia, a kontakt z Wami poprzez wiadomości i komentarze tu i na fan page’u na Facebooku jest dla mnie bezcenny. Dziękuję Wam za wszystko – i zostańcie ze mną, proszę.

Zdjęcie przedstawia tort z napisem “Opowiedz mi o tym więcej”, który zjedliśmy podczas uroczystości.